Rozdział 10
.
Ta posiadłość to istna pułapka — pomyślał Harry, kiedy zamiast do obiecanej ścieżki ucieczki dotarli do pomieszczenia przepełnionego krzywymi zwierciadłami. Zielone oczy wyglądały dziwnie i nienaturalnie w pofalowanym odbiciu - przypominały nieco spojrzenie spłoszonego zwierzęcia - jednak skierowawszy je w stronę Katriny, Harry mógł dostrzec autentyczną konsternację znaczącą jej twarz jak blizny, kiedy zatrzymała się przed obłym zwierciadłem, z którego spoglądała na nią jej, bardzo zaokrąglona, kopia.
Widząc rosnącą nieprzerwanie frustrację w oczach Dracona, który to rozglądał się po falujących, podobnie jak ocean, odbiciach własnej twarzy, Harry, zapobiegając gwałtownej erupcji gniewnego wulkanu, postanowił ingerować.
— Katrino — westchnął cicho; zielone oczy prześwidrowały bielejącą stopniowo twarz młodej dziewczyny. — Odnoszę wrażenie, że nie znajdziemy w tym pomieszczeniu wspomnianej drogi ucieczki. — Starał się, Merlin mu świadkiem, aby jego głos brzmiał łagodnie - Katrina, mimo to, drgnęła gwałtownie niczym zdzielona pejczem.
— Jeśli to jakaś forma podstępu... — groźba Dracona obiła się o ich kości policzkowe jak gawronie skrzydła.
Dłoń Harry'ego spoczęła na ramieniu mężczyzny, zaciskając się na nim tak kurczowo, jak mugolski mechanizm skonstruowany ze sprężyn, trybików i kół zębatych.
— Jestem pewien, że nie, Draco — odezwał się głosem, w którym nie istniało wahanie. Zielone oczy spotkały szare.
Młody dziedzic Malfoy'ów oblizał nerwowo wargi - jego źrenice mówiły wszystko to, o czym Harry lękał się myśleć.
— Twoja bezgraniczna wiara w ludzi mnie zachwyca — wycedził szarooki, namiętnie skubiąc materiał własnego rękawa - w jego głos wkradł się, słabo skrywany, ślepy niepokój.
— Myślę — rozległy się przyciszone słowa dochodzące zza ich pleców, toczące się po pomieszczeniu ospałym echem, na których dźwięk, Harry poczuł, jak fala dreszczy przebiega w dół jego kręgosłupa — że najwyższy czas, abyście zrozumieli, że walka, którą toczycie, nie jest możliwa do wygrania.
Draco i Katrina odwrócili się gwałtownie - ze zgodnością przywodzącą Harry'emu na myśl dwa, przyciągane ku sobie magnesy - wyszarpując różdżki z połów swej odzieży i celując w ślepym amoku przed siebie - cel, który obrali, był nieruchomy, a wciąż tak bardzo nieuchwytny, że zielonooki zapragnął odchylić głowę do tyłu i śmiać się, śmiać się długo i rozpaczliwie z beznadziejności ich położenia, póki nie pękną mu płuca, a głos nie ochrypnie. W obsydianowych, dziewczęcych oczach majaczyły słone krople łez, rozmazując jeszcze bardziej, i tak już naruszony, makijaż - czarne strugi tuszu zmieszały się z pudrowym różem i podążyły w dół zastygłych jak modelina śladów kosmetycznych preparatów upiększających jej młodą twarz.
Trybiki w mózgu Harry'ego ruszyły niczym z kopyta, szukając furtki w murze, który zdawał się szczelny jak próżnia - z tego labiryntu nie istniało materialne wyjście, nie takie, do którego byliby w stanie dotrzeć o własnych siłach.
Zielonooki wiedział doskonale, że w momencie, w którym zainicjują walkę, zostaną z całkowitą brutalnością rozdzieleni - nie poradzą sobie w pojedynkę, nie przeciw ciemności; tylko zjednoczenie i jasny umysł mogły wyprowadzić ich z pułapki, w którą nieumyślnie wpadli - jak zawsze zagrzebując się zbyt głęboko; ruchome piaski, po których stąpali, wciągały ich w swą objętość z precyzyjną brutalnością.
Snape musiał uwierzyć w ich bezradność. Musiał ją zobaczyć.
Harry powoli, z ostrożnością odwrócił się w kierunku Naczelnika, oplatając swój umysł kopułą magii umysłu, której nigdy w pełni nie zrozumiał, a którą nauczył się żonglować niczym słowami.
Zielone oczy napotkały czarne, chude ramiona młodszego mężczyzny luźno spadały wzdłuż szczupłego ciała.
— Tak było zawsze — wyszeptał Harry, patrząc w owe czarne zapaście, w których nie dostrzegał najmniejszej iskry światła.
Niedawno usłyszane słowa Snape'a kotłowały się w jego czaszce niczym trucizna, wypalały ogromną przepaść w jego duszy, kusiły do działania.
Harry nie wiedział, czy dając Naczelnikowi to, co jest od niego wymagane, to, czego ten pragnie skosztować, uda się na moment uśpić jego czujność. Harry nie wiedział, czy jego duma wytrzyma tak wielkie obciążenie, nie wiedział, czy jest w stanie brzmieć autentycznie, oddając coś, czego oddawać nie pragnął, a przede wszystkim Harry nie potrafił nawet sobie wyobrazić reakcji dwójki jego kompanów, defensywnie zwróconych przeciw czarnookiemu mężczyźnie, na jego działania.
Nie znienawidźcie mnie za to, proszę — pomyślał zielonooki, powoli podchodząc bliżej mężczyzny; bardziej wyczuł, niż zobaczył, że Draco sztywnieje gdzieś za jego plecami, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co zamierza uczynić były Wybraniec. Atmosfera momentalnie zgęstniała, powietrze stało się ciężkie, jakby jego wilgotność podniosła się raptownie o kilka procent, Harry poczuł, jak owo natężenie mas pary wodnej osiada na jego płucach jak stado ważek, na moment pozbawiając oddechu. Pragnął zamknąć oczy - nie spoglądać w twarz temu, przed którym zamierzał się ukorzyć - tysiące otaczających go luster odbijało jego sylwetkę płynącą niespiesznie w stronę mężczyzny niczym oceaniczna fala, szata, najpewniej będąca własnością stojącego przed nim mężczyzny, wzdęła się przy jego krokach, jakby była gęstymi kłębami dymu lejącymi się po podłodze, muskającymi jego kostki jak aksamit — idealnie dopasowana w barkach — pomyślał wbrew sobie Harry, starając się uspokoić zbędny natłok spostrzeżeń dokonanych ostatnimi czasy. Obsydian oczu Naczelnika śledził stawiane przez młodego mężczyznę kroki niczym demon wypatrujący pośród ciemności swojej ofiary.
Harry schylił głowę, odsłaniając kark; gdzieś za swymi plecami usłyszał zduszony jęk Dracona; nie zmienił swojej pozycji, ulegle kierując swój wzrok w podłogę — widziałem już wojnę — pomyślał gorzko — widziałem wojnę, wiem, jak zaskarbiano sobie na niej przychylność jej liderów.
Nie musiał nic mówić - poddanie się jego woli było widoczne w każdym skrawku młodej skóry, w każdym zacienieniu na twarzy, w każdym drgnięciu palców, tak ulotnym, a tak znaczącym; choć starał się rozluźnić mięśnie ciała, poczuł, jak te zdradziecko napinają się boleśnie w wyczekiwaniu na niewiadome.
Snape musiał wiedzieć, co zamierzał powiedzieć mu poprzez ten gest - jego oddech na moment zatrzymał się (dla pobocznego obserwatora była to kwestia setnych sekundy - niedostrzegalna, nieistniejąca chwila, dla dwójki trwających naprzeciw siebie czarodziejów wystarczająca ilość czasu).
Harry czekał cierpliwie, nie ośmielając się podnieść wzroku - miał cichą nadzieję, że w ten sposób kupi im szansę na uniknięcie pokuty za zakradanie się po dobra Naczelnictwa chronione klauzurą poufności.
Cichy szept Snape'a przebił się przez jego myśli. W jego głosie tliła się aura zmysłowości, Harry poczuł, jak jego ciało zaczyna piec - palić niczym tchnięte płomieniem ognia. Ciśnienie w jego mózgu raptownie wzrosło, a fala gorąca rozlała się po jego podbrzuszu z bezlitosną ospałością - w tej chwili istotą, która była przez zielonookiego najbardziej znienawidzona na całym, ziemskim padole, był on sam.
— Opadnij przede mną na kolana, Harry.
Jego imię miało smak zakazanego owocu; gdy serce młodszego mężczyzny uderzyło o klatkę piersiową jak młot pneumatyczny, nie musiał spoglądać w lustro, aby wiedzieć, że jego źrenice bezwolnie rozszerzyły się do wielkości latających spodków.
Harry starał się zapanować nad swoim oddechem - cyrkulacja powietrza między jego płucami a otoczeniem gwałtownie wzrosła, a nagła suchość w gardle uderzyła w niego jak susza pośrodku bezkresu pustyni.
A więc to jest miejsce, w którym przyjdzie mu zapieczętować własne poddanie - monumentalna posiadłość o prezencji labiryntu (Harry miał nadzieję, że nie zagubi w niej samego siebie).
Powoli, pragnąc ukryć wszelkie, niepożądane reakcje własnego organizmu, opadł na ziemię, nie tracąc przy tym ani trochę z majestatu, chcąc zachować godność, którą starano się mu odebrać. Wokół nich setki jego odbić towarzyszyły Harry'emu w owym odważnym geście uległości - widok własnej sylwetki opadającej na chłodną ziemię przyprawiał go o mdłości, za wszelką cenę starał się unikać patrzenia w lustro, które mrugało ku niemu zewsząd, kusząc jego spojrzenie jak ladacznica leniwie opierająca się o latarnie na skrzyżowaniu miejskich ulic.
Wszystko wokół zdawało się zatrzymać na ten jeden moment. Zielone oczy wpatrywały się nieruchomo w posadzkę, a Harry'emu zdawało się, że czas stanął w miejscu - marna wskazówka zegara zadrżała i zastygła w ślepej trwodze. Snape górował nad nim, milcząc jak zaklęty, a zielonooki nie odważył się spojrzeć w jego czarne oczy, zastanawiając się, czy tym razem dane by mu było ujrzeć w nich coś więcej, poza chłodnym opanowaniem. Czarny kosmyk włosów wpadł mu na twarz i zwisał teraz bezwładnie koło jego policzka palącego gorącem.
— Podnieś wzrok — usłyszał cichy rozkaz, przez który niemal zakręciło mu się w głowie.
Powoli zaczerpnął powietrze, zbierając w sobie wszelkie pokłady odwagi, które jeszcze posiadał (nie na darmo był absolwentem Gryffindoru). Spojrzenie zielonych oczu uniosło się bez entuzjazmu na czarne, przypatrujące mu się z uwagą, która byłaby w stanie rozpuścić go niczym czekoladę nad ogniem.
Wargi mężczyzny drgnęły w rozleniwionym uśmiechu, czerń zamigotała niczym gwiazdy obsiewające firmament.
Kiedy spomiędzy warg starszego mężczyzny wydostało się ciężkie westchnienie, Harry ledwie powstrzymał swe ciało, noszące imię zdrajcy, od okazania żaru, który ogarnął go niczym objęcia mroku. Czując gorąco rozlewające się po jego żołądku, biel błysnęła mu przed oczami niczym ból.
— Lubie patrzeć w twoje oczy — cichy głos oplótł się wokół jego szyi z powolną ospałością, odbierając oddech, wyciskając powietrze z płuc. — Nigdy nie potrafiłeś ukryć w nich własnych emocji.
Harry nie spuścił wzroku - doskonale wiedział, że tego właśnie oczekiwał trwający przed nim mężczyzna - przeciwnie, podjął walkę, której, z pewnością, przyjdzie mu pożałować.
— Nigdy przed panem, Naczelniku — wypowiedział cicho, acz stanowczo zielonooki, kąciki jego warg drgnęły w grymasie gorzkiej ironii - jeszcze na tyle potrafił się zdobyć. — Nigdy przed panem.
Jego oczy jaśniały tak, jak w cienkich wiązkach wspomnień, w owych chłodnych nitkach przeszłości, którym ciało, umysł i dusza młodszego mężczyzny oddały się niegdyś w zrywie ślepej rozpaczy i głębokiego żalu - to zadziwiające, co potrafi uczynić człowiek będący pod wpływem potężnych emocji.
Chłodne palce dotykające rozgrzanego policzka sprawiły, że oddychanie przychodziło byłemu Wybrańcowi z niebotycznym trudem.
— Przebiegły, genialny chłopcze, nigdy nie trzymał się ciebie przydomek „Złoty".
Przeciągły syk rozciął powietrze niczym światło błyskawicy, Harry zastygł w bezruchu jak spetryfikowany, gdy słowa padające na ich ciała jak grad, wyżłopały w jego sercu dymiący, pylący się krater.
— Nie waż się — szept przetoczył się przez jego zmysły słuchu niczym imaginacja, uderzył w jego mózg jak stare, cierpkie wino, paraliżując jego zdolność logicznego rozumowania. — Nie waż się go dotykać. Plugawisz jego dobre imię swymi brudnymi palcami, odbierasz mu honor, który się mu należy. Gdyby nie on, gdyby nie jego działania, wciąż byłbyś zaledwie pyłem w oku Czarnego Pana, nie osiągnąłbyś niczego, byłbyś nikim.
Palce dotykające skóry jego policzka zatrzymały się; Harry obserwował z niemą zgrozą, jak owe onyksowe oczy rozpalają się siłą piekielnych odmętów, a spojrzenie unosi się powoli na młodego, nieroztropnego mężczyznę, który to (wciąż, znów i na nowo) nie potrafił pozostać milczącym obserwatorem, kiedy powinien. Serce zielonookiego zamarło, by, nie tak długą, chwilę później zacisnąć się boleśnie, gdy kąciki chudych warg Snape'a drgnęły w chłodzie bezlitosnego uśmiechu.
— Szkoda, że twój wspólnik nie jest choćby w połowie tak sprytny, jak ty. — Mężczyzna pozostał spokojny, jego głos oscylował zrównoważeniem i chłodną nutą pogardy mogącą spopielić ludzkie sumienia.
Draco zaciągnął się głęboko powietrzem, jakby zbierał w sobie odwagę na wypowiedzenie słów mogących pogrążyć go w jeszcze większej niełasce dzierżącego władzę.
Szczęka Harry'ego zacisnęła się niemal boleśnie w pełnym przeszywającego napięcia oczekiwaniu.
— Wiem, co starasz się uczynić — wysyczał młody dziedzic Malfoy'ów przez zaciśnięte zęby, z jego ust odraza wylewała się jak ropa z uszkodzonego tankowca — próbujesz odebrać mu honor, próbujesz stłamsić jego godność, ale to nie wystarczy, aby tego dokonać.
Powieki zielonookiego opadły i zacisnęły się z pełną siłą na oczach, napięcie przecięło jego tętnice jak strzała z łuku, chłód rosił sobie prawa do jego skóry, wywołując dreszcz, który spłynął mu niczym woda w dół kręgosłupa. Harry pomyślał, że jeśli chciał posmakować ziarna manipulacji oraz obrócić sytuację na swoją korzyść, właśnie został brutalnie pozbawiony tej możliwości.
Atak Naczelnika był szybki i bezwzględny, i ani trochę nie smakował materializmem.
Umysł jest potężną bronią w dłoniach wprawnego czarodzieja - Harry nauczył się tego już dawno temu. Snape bardzo umiejętnie wykorzystywał swoją przewagę sił - jego napaść przypominała natarcie rozjuszonej kobry, która precyzyjnie i szybko zadaje ostateczny cios.
Harry pamiętał z tej sekundy jedynie krzyk Katriny. Potem nie było już nic więcej, poza Draco skowyczącym z bólu na chłodnej ziemi, jakby jego ciało przeżywało katusze, mimo że nie ucierpiał żadnej fizycznej szkody.
I wówczas Harry zrozumiał - to nie jego ciało zaatakowano kilka miesięcy temu w siedzibie znamienitego Naczelnictwa, strukturą, która poniosła stratę, był umysł - to dlatego Draco wyglądał niczym po spotkaniu z dementorami, to dlatego w jego oczach płonął tak monumentalny strach - pozbawiono go godności, największego przymiotu, jaki posiadać może człowiek, a następnie stłamszono jego mentalność, zbezczeszczono ją i zaatakowano. Myśli są niczym korytarze przecinające nasz mózg, niczym rozgałęzienia rzeki tworzące niepojętą pętlę labiryntu. Im głębiej wniknie się w jego struktury, tym większy ślad pozostaje w nim po ludzkiej obecności.
W umyśle Draco zakodowany został materiał nieposiadający konturów ani kształtów, przeniknął on tak głęboko, że odbijał się w każdej jego myśli, w każdym słowie - informacja, że Severus Snape jest jedynym, którego powinien lękać się ponad życie, że jest jedynym, stanowiącym zagrożenie dla jego ciała, duszy i umysłu. A on starał się spychać to w głąb podświadomości, pozbyć się tej części siebie, która odczuwała lęk, odczuwała ślepą panikę, jednak wystarczyło lekkie, krótkie przypomnienie - niczym pojedynczy impuls nerwowy - aby cofnąć się myślą do minionych zdarzeń i uświadomić mu tym samym, przed kim powinien milczeć, kogo powinien darzyć szacunkiem (oraz lękiem silniejszym od buntu).
Harry, mając w głowie mętlik przyprawiający o depresję, wyciągnął na oślep ramiona niczym do modlitwy i pochwycił w swoje dłonie zwiewny materiał szaty Snape'a przelewający mu się przez palce jak woda wysokogórskiego potoku.
— Dlaczego tak wielką uwagę poświęcasz jego słowom? — Szept zielonookiego rozbrzmiał pośród rozdzierających duszę krzyków zgoła niedorzecznie. Czarne oczy opadły na jego twarz niczym skrzydła wielkiego ptaka. — Przecież masz mnie. Przecież to na moim oddaniu zawsze ci zależało.
Harry wiedział, że jego struktura, którą oblekał się niczym kokonem, pada jak domek z kart, kruszy się u ich stóp i zanika, Harry wiedział, jak bardzo odsłonięty staje się jego umysł, czuł, jakby wewnątrz jego ciała coś pękało na dwoje, rozrywało się niczym rozszarpywane przez krwiożercze pazury bezlitosnej bestii wraz z nieludzkim krzykiem, który padał z ust Dracona jak drzazgi. Żal zakuł jego wnętrzności jak ogień, gardło zacisnęło się tak boleśnie, że zielonooki dziwił się, iż jakikolwiek, racjonalny dźwięk przechodzi mu jeszcze przez usta.
Rzeczywistość wpisała się w scenerię mrocznego snu, Harry nie potrafił powiedzieć, co z otaczających go, przebiegających koło jego twarzy zdarzeń jest prawdą, a co jedynie urojeniami jego chorego umysłu; jak przez mgłę dostrzegał białą jak lilie skórę Katriny oraz jej chude ramiona owinięte wokół szyi Dracona jak pnącza winorośli - łzy mrugające do niego z jej bladej skóry niczym perły, jej kolana, na których odciskała się twarda płaszczyzna posadzki, sine wargi drżące jak w gorączce.
Bał się, że jego dłonie roztrzęsą się w nieopamiętaniu, bał się, że słabość naznaczy go jeszcze bardziej, niż już to uczyniła, bał się, że jego godność rozkruszy się pod stopami Naczelnika niczym porcelanowa zastawa.
Nie potrafił znieść agonalnych krzyków swego towarzysza, wpijały się w jego umysł niczym uderzenia młota pneumatycznego, niczym rzężenie budowniczych, mugolskich machin, niczym tętent kopyt na marmurowym dziedzińcu. Skóra dłoni zaświerzbiła jak dotknięta zarazą, ale odrzucił od siebie własną godność i mocniej zacisnął palce na gładkim, niczym cień, niczym noc, materiale.
— Wybacz mu, proszę — wyszeptał, gotów ukorzyć się przed mężczyzną, pochylając się nad czernią zwiewnego materiału ściskanego w dłoniach, aby oddać jego gładkości swoje usta.
Materiał, który ściskał między palcami, został brutalnie wyrwany z jego rąk, zanim zdążył ucałować jego powierzchnię, krzyki Dracona urwały się, tak nagle i tak ostatecznie, iż przeraziło to Harry'ego bardziej od poczucia własnej śmiertelności (zacisnął wargi, nasłuchując dźwięków cichego oddechu i dopiero gdy odgłos chwiejnie chwytanego powietrza rozbrzmiał w jego uszach, pozwolił, by uleciało ono z jego własnych płuc niczym z przebitego balona) - rozpadał się, a świadomość tego przerażała go bardziej od wizji czającego się na jego duszę dementora.
Zielonooki, mając wrażenie, że w miejscu serca pozostała mu pusta, ziejąca dymem, dziura, pozwolił swoim dłoniom opaść bezwładnie na podłogę - szmaragd jego oczu spoczął na bladości własnych palców drżących jak w malignie.
Nie wiedział, czego dokładnie spodziewać się po Naczelniku, jednakże, kiedy gładki materiał musnął jego policzek, a cichy szelest szaty rozbrzmiał tuż koło jego uszu, poczuł, jak jego serce podjeżdża wysoko pod gardło - Snape przyklęknął naprzeciw niego i, z niespodziewaną delikatnością, ujął jego twarz w swoje duże, blade dłonie.
Czerń pochłonęła zieleń, jakby była Czarną Dziurą w samym środku Galaktyki, wciągnęła ją niczym powiew magii na ruchomych piaskach, Harry poczuł, jak od nadmiaru przeciwstawnych emocji zaczyna kręcić mu się w głowie.
— Chcesz mnie przebłagać — usłyszał, gdzieś nad swoją głową, pragnąc krzyczeć i rzucać się w szale, i drapać wściekle podłogę, póki nie rozkrwawi własnych palców, i uciekać z dzikim wrzaskiem, i uczynić wszystkie te czynności jednocześnie, ale zamiast tego przygryzł wargi, modląc się, aby rozbicie nie widniało na jego twarzy z przejrzystością lustra, i wsłuchał się w głos mężczyzny, jakby spodziewał się dostrzec w nim ukryte znaki, które pozwolą mu wyjść z twarzą z niezręczności tej sytuacji — i, uwierz mi, rozumiem to, zawsze doceniam niezmąconą kłamstwem szczerość — wyszeptał cicho, tak cicho, że zielonooki ledwo usłyszał jego słowa. — Jednak - mówiłem to już kiedyś, lecz powtórzę raz jeszcze - nie proś o wybaczenie w czyimś imieniu, choćby była to jedyna rzecz, która przychodzi ci na myśl.
Harry powstrzymał się przed spuszczeniem wzroku - powstrzymał się przed okazaniem własnej słabości.
— Jakimi innymi zaleceniami obdarzysz mnie, Naczelniku? — zapytał cicho, nie pozwalając swojemu głosu na opadnięcie z sił — to absurdalne — pomyślał — on musiał już wyczuć, że nie mam w sobie ikry, którą mi przypisują obcy ludzie.
Długie palce ciaśniej owinęły się wokół jego policzków - zielonooki spodziewał się bólu, ostrej krawędzi paznokcia przecinającej skórę jak nóż sprężynowy, ale jego palce były łagodne, zawsze były łagodne.
— Zaleceniami? — powtórzył powoli Snape, świdrując Harry'ego nieczytelnym wzrokiem.
Zaciśnięte gardło bolało, jak po zażyciu trucizny.
— Jak brzmią inne rozkazy, które powinienem spełnić? — sprecyzował, pragnąc znaleźć się w jakimkolwiek innym obrębie ziemskiego globu, byleby zniknąć z tego zgubnego, amoralnego zakątka świata.
Snape milczał dłuższą chwilę, jego twarz pozostała nieczytelną maską, jego oczy nie zaprzestały obserwowania zastygłej w bezruchu twarzy zielonookiego młodzieńca.
Jego kciuk pogładził ciepły policzek, zahaczając o kącik drżących warg.
— To, co powiedziałem, nie było rozkazem, dziecko, a poradą — wyszeptał Snape, jego ciepły oddech osiadł na twarzy Harry'ego jak pierz. — Moim jedynym rozkazem jest, abyś oddał mi dokumenty, które odebrał sobie twój towarzysz wraz z moją córką. Niczego więcej od ciebie nie wymagam.
Harry zastanawiał się, czy gdyby teraz odpuścił, zyskałby jeszcze jedną szansę na dostanie się do dokumentacji - dałby sobie rękę uciąć, że Snape nie ukryje jej dwa razy w tym samym miejscu (nie próbował nawet zrozumieć, jakim cudem Draco i Katrina przedarli się przez zabezpieczenia Naczelnika - na dobrą sprawę wcale nie chciał tego wiedzieć).
Zbawca Ode Złego spuścił wzrok - za jego plecami jasnowłosy arystokrata dyszał ciężko, jak po pokonaniu dystansu maratońskiego, Katrina poruszyła się niespokojnie, jej sukienka zaszeleściła jak listopadowe liście.
— W porządku. — Odwrócił wzrok w bok - z powierzchni krzywego zwierciadła spoglądała na niego jego nienaturalnie zniekształcona twarz niczym należąca do okaleczonego monstrum, zwijająca się jak wiry wodne, szyderczo odzwierciedlając chwilowy stan jego, krzyczącego o ratunek w stronę starożytnych, nieznanych sobie bóstw, umysłu. — Oddaj mu akta, Katrino.
Spojrzenie, jakie Naczelnik posłał w stronę swojej jedynej córki, było jego jedynym pocieszeniem - dawno nie widział tak wielkiego niedowierzania, tak szczerej frustracji, tak intensywnie zarysowanych emocji w ziemistych rysach twarzy tego jedynego, którego protekcji nie uznawał, mimo że bezsprzecznie jej podlegał - rozsypało się po taflach szydzących z nich zwierciadeł, szepcząc zapamiętale, że w każdej, najmarniejszej sytuacji, można odnaleźć lichy okruch ślepej satysfakcji.
-VVV-
Tak oto rozpoczął się cały korowód przedstawienia scenicznego, którego byliśmy aktorami, gdy, udając, że kilka ostatnich, minionych godzin wykasowało się z naszej pamięci jak po zaklęciu Obliviate, zasiedliśmy razem do wspólnego stołu, spożywając kolację, jakby była Ostatnią Wieczerzą, w akompaniamencie dźwięków Mozarta odbijających się leniwie od ścian. Lux Aeterna będzie pogrywać żałobnie przez, na moją głowę trwającą zdecydowanie nazbyt długo, godzinę, zdając się przypominać o tym, że wszystko ma swój kres - reqiuem na śmierć jej kompozytora zostanie, niczym kielich gorzkiej trucizny, wystawiony na stół przez milczącego gospodarza, lustrującego nasze twarze zza gęstych rzęs.
Poczęstuje nas winem - po skończonym posiłku wstanę od stołu, ściskając w ręku niedopity kieliszek szkarłatnego trunku i podejdę do okna, zza którego spoglądać będzie na mnie bezkresny, wolny jak ptak, świat przyrody.
— Dlaczego to robi? — zapyta Draco, kiedy będzie myślał, że On nie słyszy.
Przeciągnę palcem po chłodnym szkle szyby, przyglądając się pusto świerkom, których wierzchołki kołysać się będą leniwie w akompaniamencie przeciągłego świstu wiatru, myśląc o tym, że nigdy nie powinienem był zrozumieć odpowiedzi tak klarownie i tak czysto.
— Ponieważ kryją się w nim dziesiątki ukrytych intencji. Ponieważ jego myśli mają powłoki piętrzące się kolumnowo nad ich realnym znaczeniem. Nigdy nie przypuszczaj, że wstawił się On całkowicie po jednej, odrębnej stronie barykady, ponieważ jedyną stroną, którą realnie popiera, jest jego własna.
Draco pokręci głową, marszcząc wąskie brwi, spoglądając w moją twarz w ślepym niepojmowaniu.
— Więc dlatego wspiął się na szczyty wyżyn społecznych - bo widzi w tym jakieś wyższe, potężne cele?
— Nie, Draco — odpowiem, wzdychając ciężko, czując, jak czarne oczy przesuwają się po odbiciu mojej twarzy majaczącym na szybie jak cień. — Uczynił to, ponieważ teraz, pierwszy raz od dekady, może się nazwać wolnym człowiekiem.
-VVV-
Nie przekonuje mnie to — pomyślał Harry, wpatrując się w ziemistą twarz Naczelnika, obserwującego Katrinę, która to, przygryzając swoim starym zwyczajem przykryte grubą warstwą karminowej szminki usta, zawijając kosmyk długich włosów wokół palca, zaciskała dłonie na arystokratycznym, chudym ramieniu młodego Malfoy'a, prosząc o opowiedzenie jej jakiejś ciekawej, pełnej zwrotów akcji, historii. — Pragnienie władzy potrafię zrozumieć, chęć chronienia jedynego dziecka również, ale, na powabną Morganę, jeżeli jego myśli nie zajmuje jedynie idea szerzenia nowych rządów, to jakie znaczenie ma w tym wszystkim nasza obecność? Twierdzi, że pragnie mojego poparcia, więc jakim kosztem zamierza go sobie zaskarbić? Czyniąc to, co czyni, ustawia się w zdecydowanie nieprzychylnym świetle - szczególnie w moich oczach.
Harry odwrócił głowę, powracając do rozmyślania nad kwestią o stokroć bardziej zaprzątającą jego umysł - czy istnieje jakikolwiek sposób, aby na powrót dorwać się do papierów, które, jeszcze chwila, jeszcze moment i byłyby w ich niezaprzeczalnym posiadaniu. Gdyby wszystko przebiegło należycie, gdyby szczęście im dopisało...
Po gustownym posiłku otrzymał, wnioskując po uśmieszku, jakim poczęstował go przy tym Snape, najgorszej jakości herbatę, w której posiadaniu był Naczelnik.
Napar był gorzki i parzył Harry'ego w język, mimo to ukrył się za filiżanką, ściskaną niemiłosiernie pomiędzy palcami, jak za tarczą, obserwując z rezerwą gładką powierzchnię drewnianego blatu stołowego, której nie naznaczyły jeszcze najmniejsze ślady zarysowań. Co kilka minut spoglądał, znad krawędzi białej filiżanki, na trajkoczącą Katrinę, nakręconą jak katarynka, jakby za punkt honoru obrała sobie zagłuszenie niezręczności i dusznego napięcia majaczącego w powietrzu jak rosa.
Draco, starając się utrzymać swój temperament na wodzy, zaciskał zęby tak mocno, że Harry mógł usłyszeć, jak raz na kilka sekund zgrzytają one o siebie niczym zardzewiała konstrukcja huśtawki użytkowana przez łaknące odrobiny zabawy dziecko.
Kiedy więc od drzwi prowadzących do, jak przypuszczał zielonooki mężczyzna, przedpokoju, dało się słyszeć żywiołowe pukanie, oderwał on wzrok od ssącej właśnie z intensywną namiętnością dwie kostki cukru Katriny i zmrużywszy oczy, posłał drzwiom skropione zawodową czujnością, wnikliwe spojrzenie, będąc nader podejrzliwy wobec jakiegokolwiek osobnika, który to nie lękał się pukać do jednych z wielu drzwi w posiadłości należącej do chłodnego Naczelnika niczym do baru mlecznego po godzinach.
Snape, który do tej pory zdawał się na wskroś pochłonięty lekturą czasopisma o, jak na gusta Harry'ego, mało chwytliwym tytule Eliksirotwórstwo Praktyczne, wstał powoli od stołu - zanim minął zielonookiego młodzieńca, opartego, na pozór swobodnie, o marmurową powierzchnię parapetu, ten zdołał dostrzec zniesmaczony grymas, który przeciął jego ziemistą twarz jak grom - Harry jeszcze nie wiedział, że podobne zdegustowanie naznaczy za moment jego własne rysy.
Horacy Slughorn przybrał nieco na wadze, jego twarz była pulchna i okrągła jak piłka oraz, całkowicie karykaturalnie, wciąż tak samo promienna, jak za szkolnych czasów Zbawcy Ode Złego. Wkroczył on do pomieszczenia niczym bardzo zadowolony, obżarty niedźwiedź, sposobiący się do snu zimowego, jego usta wyciągnięte były w szczwanym uśmiechu ogrodowego gnoma - Harry dostrzegł płytkie dołeczki w jego lekko zaróżowionych, pucatych policzkach.
Harry odjął od warg filiżankę z gorącym naparem i pomyślał, że jeśli zamierzał się ewakuować w zaciszny, pusty kąt posiadłości, ta chwila zdawała się ku temu najlepsza, bezkonkurencyjna w porównaniu z jakąkolwiek inną.
— Profesor Slughorn. — Snape odgrodził starszemu mężczyźnie drogę od reszty pomieszczenia i choć Harry nie widział jego twarzy, mógł niemal dostrzec aksamitne nuty sztucznie jowialnego zainteresowania w jego cichym głosie. — Kłaniam się uprzejmie, w czym mogę panu pomóc?
— Severusie, mój chłopcze, zawsze wiedziałem, że w przyszłości rozwiniesz skrzydła i osiągniesz sukces — zawołał Horacy z optymizmem promieniującym z twarzy jak radioaktywne pierwiastki. — Czyż nie mówiłem, że w tak pilnej młodzieży przyszłość narodu? Ambitni studenci zawsze wzlatują ponad horyzonty.
Zielonooki, z trudem powstrzymując się od sardonicznego prychnięcia, zacisnął mocniej palce na ciepłej strukturze filiżanki i starając się poruszać bez zbędnych szelestów, wszczął, jakże gryfońską, ucieczkę, przesuwając się zręcznie niczym polująca pantera w stronę schodów prowadzących na piętro.
— Przyszedłem, aby zaprosić cię, drogi chłopcze, na organizowany przeze mnie raut towarzyski, być może doszły już cię o nim słuchy. — No i proszę - kwintesencja Slughorna w jednym zdaniu - wokół goreje najprawdziwsza wojna, a on organizuje rauty (dla kilku wybranych, naturalnie). — Oczywiście, można się tam spodziewać najznamienitszych... — głośne wciągnięcie powietrza, przypominające nieco wystrzał z procy, przerwało niekończący się wywód emerytowanego profesora, Harry zacisnął zęby, modląc się w duchu o to, żeby nie było to związane z jego fascynującą obecnością.
— Na brodę Marlina, Harry, nie spodziewałem się, że zastanę tu również ciebie!
To by było na tyle z niezauważalnego rozpłynięcia się pośród ścian — pomyślał ze zrezygnowaniem zielonooki, przywołując na twarz uśmiech pełen blasku, ciepła i niebotycznego zaskoczenia. — Już sobie przypominam, dlaczego w dzieciństwie nie uznawałem żadnych bogów.
Zielone oczy zwróciły się tęsknie w stronę schodów na piętro, przeklęty Stary Ślimak — pomyślał ogniście młody mężczyzna, po czym odwrócił się raptownie, starając się wyglądać na nader zaskoczonego - cóż, podejrzewał, że nawet Horacy Slughorn nie pozwoli nabrać się na tak żałosny chwyt.
— Pan profesor! — zawołał Harry, brzmiąc niczym podekscytowany dzieciak, który pierwszy raz w życiu został zabrany do ZOO, w głębi duszy czując frustrację zapalającą jego żyły jak substancja narkotyczna. — Bardzo miło mi pana znów zobaczyć. — Harry dałby sobie rękę uciąć, że usłyszał głuche, zduszone parsknięcie Dracona, brzmiące tak, jakby go przyduszano. — Doskonale pan wygląda, a ta gustowna szata, prawdziwy, modowy wirtuoz z pana, profesorze. Jak się panu wiedzie? W jednym z ostatnich wydań Proroka Wieczornego przeczytałem, że dorobił się pan własnej publikacji, moje najszczersze gratulacje!
Slughorn napuszył się jak paw, prostując ramiona, jakby stroszył piórka, w brązie jego oczu roziskrzyły się tryumfalne ogniki - nie ulegało wątpliwości, że został właśnie miło połechtany; Harry, patrząc w jego uśmiech ospałego leniwca, przetwarzał właśnie na dnie umysłu kwestię dotyczącą tego, że skoro ten, okrągły jak wazon, czarodziej, wszedł do budynku przez drzwi frontowe, nie mogą być one zatem tak ściśle chronione, jak początkowo sądził (uznawał to za pewnik, za coś tak oczywistego, że nawet niewartego weryfikacji) — jeśli to prawda — pomyślał zielonooki — to trafi mnie grom z jasnego nieba.
— Dziękuję, drogi chłopcze, dziękuję, miło mi usłyszeć słowo otuchy, szczególnie teraz, kiedy jestem niejako skonfundowany... — Slughorn podrapał się po krzywo ogolonym policzku i zmarszczył swoje wąskie czoło, co rozpostarło nad jego brwiami istną pustynię wypukłych wydm i zapadłych dolin. Jego agrestowe oczy zwróciły się w kierunku Snape'a. — Co się stało, Severusie, że tak namiętnie barykadujesz się w tych ścianach? Rozumiem twoją obawę przed mugolskim ramieniem zbrojnym, naprawdę, mój chłopcze, jednak nakładanie tak silnych blokad na własne drzwi to już lekka przesada, nie uważasz? Zakrawa niemal o paranoję, jeśli by ktoś mnie spytał o zdanie. Kto by pomyślał, że aby dostać się do drzwi tarasowych, musiałem obejść naokoło cały ten... — Harry nie usłyszał, co takiego obejść musiał stary Mistrz Eliksirów, ponieważ zmniejszające zakres przyswajanych przez niego informacji uczucie otępienia uderzyło w niego jak młot pneumatyczny.
Katrina przestała rozgryzać cukier i podniosła głowę na starszego maga, patrząc na niego tak, jakby urosła mu druga głowa. Harry zatrzymał się w pół drogi do schodów, którą ponownie podjął, gdy uwaga starszego Mistrza Eliksirów skupiła się na swoim pierwotnym rozmówcy. Draco, z lekko uchylonymi wargami, wyglądał, jakby dopiero co został oblany kubłem zimnej wody.
— Czy wygłupiłem się aż tak bardzo? — zapowietrzył się mężczyzna, gdy zorientował się w nagłych zmianach na twarzach trojga, młodszych magów.
Oczywiście — zrugał się w myślach Harry, zamykając oczy i przykładając palce do nasady nosa. — Przecież wychodziłem, w akcie rozpaczliwej ostateczności, oknem, dlaczego o tym, na słodką Morganę, nie pomyślałem, kiedy był na to jeszcze czas. A teraz...
— Dziękuję ci, Horacy, za uprzejme zaproszenie. — Harry'emu nie umknęło to nagłe przejście z grzecznościowych tytułów, na zwracanie się do gościa po imieniu - w cichym głosie Naczelnika groźba zatliła się niczym gradowe chmury, mefistofeliczny uśmiech zamajaczył na jego ziemistej twarzy. — Obawiam się, że nie skorzystam.
Zabezpieczy okna — przemknęło Harry'emu przez myśl — niech to szlag.
— Ależ, drogi chłopcze...
— To oznaczało — chłodny głos zza pleców Harry'ego padł na posadzkę jak rozbity wazon i wcielił się w jej szczeliny jak ciecz, zielonooki przygryzł wargę, czując, jak jego umysł na powrót gna w zdwojonym tempie, starając się obmyślić metodykę działania (jakiegoś zrywu, który pozwoliłby im odbić te przeklęte, horrendalne dokumenty) — że Naczelnik pana odprawia, panie Slughorn. — Lucjusz Malfoy pojawił się w pomieszczeniu jak upiór, Harry, oglądając się w jego stronę, ujrzał protekcjonalny uśmiech rozlewający się na jego obliczu niczym farba. Kroczył przez jadalnię jakoby paw korzystający ze świeżego powietrza. — Pozwoli pan, że wskażę panu drzwi.
Jest nas trójka, na Merlina — pomyślał Harry, przygryzając wargę — a nie potrafimy odzyskać jednego skoroszytu z papierami i uciec gdzie pieprz rośnie. Swojego czasu zakradałem się do nieosiągalnego rzekomo Banku Gringotta, odzyskanie jednej, niegroźnej teczki nie powinno stanowić dla mnie aż takiego, kuriozalnie ogromnego, problemu.
— Tato, tatulku, kochany mój tatusiu — odezwała się tak nagle, tak absurdalnie poniewczasie albo przeciwnie, przedwcześnie, ogólnikowo mówiąc: tak całkowicie swobodnie, a z takim niedopasowaniem, że wszystkie pary oczu skierowały się w jej stronę, Katrina, brzmiąc niczym skowronek, niczym dzwoneczek — teraz rozumiem, już uprzytomniłam sobie, właśnie przed chwilą, przed sekundką, dlaczego Harry, ten dzielny, przystojny Harry, był taki skonfundowany, taki spłoszony, kiedy pierwszy raz spojrzał mi w oczy, bo kiedyś, wyobrażasz sobie, nie potrafiłam tego ogarnąć umysłem, popłoch na jego twarzy, kiedy ja, taka niewinna i niegroźna, złapałam go za rękę, ale, tatuśku, on widział ciebie, patrząc w moje oczy, nie spoglądał w moją twarz, a w twoją, w twoją duszę, co jest nie w porządku z twoją duszą, zapytasz, ale ja nie wiem, tato, nie wiem, ale moje oczy są lustrem, choć powinny być jeziorem. Nie, nie jestem z tego powodu smutna, naprawdę, nie jestem ani trochę zasmucona, spójrz, jaka ze mnie gapa, znowu roztarłam sobie tusz na twarzy i pewnie powiesz, że takie dziewczynki, jak ja nie powinny się malować tak mocno, ale skąd możesz wiedzieć coś o dziewczynkach, tatusiu, mama zawsze pozwalała mi zabierać swoją amarantową szminkę bez pytania o pozwolenie, ale nie możesz o tym wiedzieć, tatku, bo nie było cię tam, gdzie wtedy byłeś, jeśli nie tam? Mama przyniosła pluszowego misia na piąte urodziny i mówi, Katrinko, przecież wiesz, od kogo ten miś, to ten pan, który miesiąc temu rozmawiał z mamusią pod blaszanym daszkiem niedaleko tej małej kawiarenki, w której uwielbiałaś jeść rurki z kremem, pamiętasz, prawda? No i tam był ten pan i dał mamusi pieniążka, to miś od tego pana, spójrz, jakie ma złote, duże oczy.
Śpiewny głos Katriny ciągnął się niczym hipnotyczne zaklęcie, Draco otrząsnął się z odrętwienia, spoglądając (nareszcie, nareszcie) z wyrazem konsternacji w przyglądające mu się oczy Harry'ego - Harry skinął na niego palcem i przesunął się tak cicho, jakby płynął, w stronę schodów, a potem wyżej i wyżej, stopniami na górę.
Zielonooki, czując, jak szarooki młodzieniec wykrada się po cichu za nim, wszedł na palcach po schodach, wygrzebując z połów szat swoją, tętniącą pragnieniem liźnięcia jej języczkiem magii, różdżkę z piórem feniksa, czując ciepło przyjemne i kojące, rozlewające się w górę i w dół jego ramienia jak dreszcze.
— Accio mugolskie dokumenty — wyszeptał zielonooki, czując nerwowe palce Dracona zaciskające się na jego ramieniu jak pnącza winorośli.
To nie mogło być takie proste — niedowierzająco pomyślał Harry, czekając w zniecierpliwieniu na to, co przyniesie los.
Cichy szelest kartek był niczym odgłos uderzających o wiatr, ptasich skrzydeł - zdawał się w tamtym momencie najpiękniejszą melodią we wszechświecie. Dracon pochwycił papiery, wyglądając tak, jakby za moment miał rozpłynąć się niczym lody śmietankowe na pełnym słońcu.
— Ubóstwiam ją, Merlin mi świadkiem, ubóstwiam tę małą laleczkę — wyszeptał, składając ręce, jak do modlitwy, wyglądając przy tym niedorzecznie.
— Okno — mruknął Harry, w którego sercu zapaliło się na nowo światełko nadziei. — Szybko, póki nie zauważył naszego zniknięcia.
— Naczelnik niezwykle rzadko nazywa cię twoim imieniem — zamyślił się Draco, kiedy przemykali się (ponownie, jak w zamkniętym kole) w stronę najbliższego okna. — Kiedy już musi, wybiera nazwisko, kiedy przemawia przez niego irytacja albo niesmak, w innych wypadkach, które zdarzają się coraz częściej, mówi dziecko, dziecko, jak do zagubionego ośmiolatka stojącego na rozstaju dróg, dziecko, jakby dla was dwóch czas się zatrzymał.
Trochę tak jest — pomyślał Harry, sięgając ręką okna; chłodny wiatr osiadł na, przemęczonych całą tą farsą, ciałach jak szron. — W pewnym sensie, właśnie to miało miejsce: w pewnym momencie nasze zegary wspólnie wybiły ostatnią godzinę - stało się to kiedy na zawsze zgasło światło w oczach mojej matki.
Harry przełożył kolano przez parapet, by ponownie skosztować chłodu, sunącej ku wolności jak rozciągnięty w słońcu wąż, rynny.
-VVV-
— Świat jest pełen niespodzianek — zauważy Draco, gdy z sercami bijącymi w rytmie cha-cha prześlizgniemy się poza pole antydeportacyjne, tonąc w nieustannym przekonaniu, że niebawem zostaniemy pochwyceni i zapłacimy za własne grzechy - każdy za swoje. Nic takiego nie nastąpiło, a śmiech ulgi płynący z gardła Dracona zmieszał się ze świstem towarzyszącym teleportacji i nawet obolałe kolana, kiedy wylądowaliśmy, z wielką werwą, na schodach u podnóża naszej bazy, przyprawiając się o nowe zasinienia na nogach, nie potrafiły go uciąć.
— Zastanawia mnie, czego ten facet naprawdę chce — powie chwilę później młody Malfoy, siedząc przy tak znajomym, tak wytęsknionym stole, którego nie spodziewał się, najpewniej, już nigdy więcej zobaczyć. Ulga wyleje się z nas jak fala wspomnień, a Antoniusz, który spojrzy na nas zza gęstego obłoku dymu ciągnącego się z długiej fajki, ćmiąc ją łagodnie i nieprzerwanie, pokręci głową i oznajmi, że on nie będzie dłużej uspokajał rozhisteryzowanej Hermiony i mamy się tym zająć osobiście - jego ton będzie świadczył o tym, że nasz powrót ani trochę nie poruszył jego stalowych nerwów, jednak jego oczy zmrużą się troskliwie, szukając poważniejszych ran na naszych ciałach.
— Dobrze jest wrócić do domu — wymruczy Draco, opierając się czołem o stołowy blat.
Później będzie wypierał się namiętnie tych słów, z godnością kręcąc głową, drażniony śmiejącymi się spojrzeniami, które będę posyłać w jego stronę jak słodką melodię zwycięstwa.
