Rozdział 10

Przelotne spotkanie

- Widziałam go!

- W porządku, pani... – Lestrade zerknął na Donovan, która siedziała na kanapie tuż obok szlochającej blondynki.

- Kate Peterson – podsunęła Sally, okazując współczucie i podsuwając paczkę chusteczek, chociaż zapłakana kobieta ignorowała jedno i drugie.

Lestrade przysunął sobie jedno z krzeseł i usiadł.

- Kate – powiedział łagodnym głosem. – Możesz mi powiedzieć, co dokładnie się stało?

Wzięła drżący oddech.

- Ja... ja się martwiłam – wykrztusiła w końcu. – Maggie miała być wczoraj u swojego brata, więc nie mogłam do niej zadzwonić, i najpierw pomyślałam że może została u Tony'ego na noc, ale nie spałam zbyt dobrze i próbowałam znowu zadzwonić rano, bo wiedziałam że wróciłaby do domu żeby się przebrać i nadal... – Złapała oddech i chwyciła Sally za ramię. Policjantka poklepała ją po dłoni. – I nadal nie było... nie było... Więc powiedziałam Henry'emu, że podjadę do parku pobiegać – zerknęła przelotnie na swój sportowy strój – ale że wrócę na czas, żeby przygotować Alice do przedszkola...

Wydawało się, że zrozumiała własne słowa dopiero po chwili i jej oczy rozszerzyły się.

- Alice... – Zaczęła wstawać z kanapy. – O mój Boże, muszę wracać. – Rozejrzała się prędko po pokoju. – Która godzina?

Lestrade uniósł się lekko na krześle i chwycił ją za dłonie, popychając z powrotem na kanapę i mrucząc coś uspokajająco pod nosem. Złapał spojrzenie Sally.

- Dzwoniłaś do niego?

Skrzywiła się, ale skinęła głową.

- Już jedzie. Powiedział, że zabierze po drodze Johna.

Lestrade zastanowił się przelotnie, skąd John może potrzebować podwózki o ósmej piętnaście rano, ale szybko zwrócił się z powrotem do Kate.

- Więc przyszła pani tutaj... – zaczął.

Kate skupiła się na nim raz jeszcze i Sally wcisnęła jej do ręki chusteczkę.

- Przyszłam tutaj... – powtórzyła. – Tak, zaparkowałam na samym końcu, bo wszystko było zapchane. Przeszłam ulicę piechotą i... zobaczyłam go. – Zamrugała. – Minęłam go, ale nie zdawałam sobie sprawy... - Potrząsnęła głową. – Dopiero co skręciłam za róg i właśnie wychodził przez furtkę, i pomyślałam, że to furtka Maggie, ale potem stwierdziłam, że musiałam się mylić, bo cały czas był dość daleko i zbliżał się do mnie... Przeszłam tuż obok niego. – Jej oczy sprawiały wrażenie zamarzniętych.

- Co dalej? – odezwała się Sally.

- Użyłam swojego klucza i weszłam do środka, ale było tak strasznie cicho... – Przerwała, a po jej policzkach spłynęła świeża porcja łez. – Maggie nigdy nie jest cicha – wyjaśniła. – Nigdy... – Znowu zastygła. – Teraz już jest. – Jej twarz wykrzywiła się.

- Co możesz nam powiedzieć na temat mężczyzny? – spytał stanowczo Lestrade. – Tego, który wyszedł przez furtkę Maggie? Jesteś w stanie go opisać? – Skinął głową na Sally, która wyjęła długopis i notatnik.

- Był wysoki – zaczęła Kate, marszcząc brwi. – Wyższy niż Henry... O Boże, Henry... – Znowu zamilkła.

- Kate! Kate, musisz się skupić – powiedział Lestrade, znowu pochylając się do przodu i chwytając ją za dłonie. – Co jeszcze?

- Eee... Był ciemny. To znaczy jego włosy, nie skóra, skóra była blada.

- Więc był biały? Biały mężczyzna z ciemnymi włosami...

- Nie mogłam za bardzo zobaczyć... - Uwolniła jedną rękę i pomachała nią bezwiednie przed swoją twarzą, podczas gdy jej spojrzenie ponownie traciło ostrość.

- Czemu nie mogłaś zobaczyć jego twarzy, Kate? – Lestrade podniósł nieco głos i kobieta otrząsnęła się.

- Miał na szyi szalik, jego broda była cała zasłonięta... i miał okulary. Ciemne okulary.

- Przeciwsłoneczne?

Kate zamknęła oczy, próbując się skoncentrować.

- Nie. Chyba nie. Wyglądałby dziwnie, bo nadal nie było zupełnie jasno. Normalne okulary, tylko szkła trochę przyciemnione... Nie mogłam zobaczyć oczu.

- Która była godzina? – spytał Lestrade, ale Kate tylko wzruszyła ramionami.

- Zadzwoniła do nas o siódmej dwadzieścia pięć – mruknęła Sally. – Co miał na sobie? – Odwróciła się do Kate.

- Nie wiem! – Kate potrząsnęła głową. – Zwykłe buty i spodnie, chyba, nie zauważyłam nic dziwnego... Poza tym jego płaszcz wszystko zasłaniał, był jednym z tych długich, wełnianych, jakby... – poszukała w myślach słowa - ...trzepoczących.

Długopis zastygł nad notatnikiem i Sally wbiła spojrzenie w Lestrade'a, który pokręcił głową.

- Jakiego koloru był szalik? – spytała ostro Donovan. – I jakiego rodzaju miał włosy?

Kate zdawała się nie wyczuwać wiszącego w powietrzu napięcia.

- Był niebieski – odparła. – A włosy kręcone. Opadały trochę na bok. – Wskazała na swoje czoło.

Sally bazgroliła po kartce z furią. CB radio Lestrade'a zaszumiało informacją o pojawieniu się Sherlocka w budynku, i Donovan wydała z siebie zaskoczone prychnięcie, kiedy inspektor wyrwał jej notatnik z rąk, po czym stanął na nogi i ruszył w kierunku korytarza.

- Zostań tutaj – poinstruował przez ramię, po czym zamknął za sobą drzwi.

Złapał ich dokładnie w momencie, kiedy mieli wejść do środka i Sherlock zastygł, unosząc w górę brew.

– Coś nowego – powiedział, obserwując z zainteresowaniem wyraz twarzy Lestrade'a.

Inspektor stał w miejscu przez dłuższy moment, opierając się plecami o drzwi, nadal z ręką na klamce... po czym zrobił krok do przodu i wepchnął notatnik w dłonie Sherlocka.

- Mamy na górze ofiarę, kobieta. – Mówił cicho i pośpiesznie. – Dziewczyna znalazła ją jakąś godzinę temu i wydaje jej się, że widziała mężczyznę wychodzącego dokładnie wtedy, kiedy zbliżała się do mieszkania. Jest już na granicy histerii – jeśli wejdziesz tam wyglądając w ten sposób...

Sherlock skończył już przeglądać zapiski i był w trakcie zrzucania z siebie płaszcza. Podał go Watsonowi razem z notatnikiem.

Lestrade obserwował przez chwilę niepewnie, jak Sherlock wchodzi do łazienki i odkręca kran, po czym zdecydował, że musi zapytać.

- Nie sądzę, żebyś był... To tylko zbieg okoliczności, prawda?

Sherlock wyszedł na korytarz z włosami ulizanymi do tyłu, przypominając nieco gwiazdę filmową z lat czterdziestych.

- Mogę cię zapewnić, że nigdy wcześniej nie byłem na tej ulicy – powiedział mu, zdejmując szalik i owijając go wokół szyi Johna. – Ale nie nazwałbym tego zbiegiem okoliczności.

- Myślisz, że ktoś specjalnie się za ciebie przebiera? – spytał John, mrugając na widok dramatycznie zmienionego wyglądu Holmesa.

- Nie pierwszy raz przestępca robiłby z morderstwa osobistą rozgrywkę, prawda? – zauważył Sherlock, a błysk w jego oczach był zdecydowanie zbyt znajomy. – To nie tak, że nigdy wcześniej nie byłem pośrednim targetem.

John i Lestrade wymienili spojrzenia, obaj czując ucisk w piersiach, kiedy po raz kolejny zawisło w powietrzu widmo Moriarty'ego.

- Na litość boską, zostań z nim – mruknął Lestrade i John pokiwał głową, rzucając płaszcz Sherlocka na krzesło w przedpokoju.

Detektyw czekał już niecierpliwie przy drzwiach do salonu. Lestrade westchnął głęboko i otworzył je, po czym poprowadził ich do kanapy, na której Kate siedziała z pustym wyrazem twarzy. Jej spojrzenie przemknęło po nowoprzybyłych bez zainteresowania, a Sherlock wysunął się do przodu.

- Nazywam się Sherlock Holmes, a to mój... partner, John Watson.

John zastanowił się, czy tylko wyobraził sobie krótką przerwę, ale Sherlock dokończył zdanie tak samo jak zwykle. Kobieta na kanapie nie zareagowała w żaden sposób.

- Kiedy ostatni raz widziała pani zmarłą? – spytał Sherlock.

Kate wzdrygnęła się i Sally poklepała ją po plecach.

- Magdalena Harris – wyszeptał Lestrade. – Maggie.

Sherlock z wysiłkiem stłumił zniecierpliwienie.

- Kiedy ostatni raz rozmawiałaś z Maggie? – poprawił się.

Kate w końcu skupiła na nim wzrok.

- Sobota wieczór – odparła.

- Wieczór? – powtórzył Sherlock. – O której godzinie?

Kate wzięła drżący oddech.

- Przed dziesiątą – powiedziała. – Nie rozmawiałam z nią od lunchu, i wydzwaniałam przez cały wieczór, ale powiedziała, że wyłączyła dźwięk w komórce... Odezwała się do mnie tuż przed dziesiątą.

- Dlaczego by... ach – wymamrotał do siebie Sherlock, po czym zwrócił się z powrotem do Kate. – Nagrałaś się na pocztę, prawda? Zagroziłaś, że przyjedziesz, jeśli do ciebie nie oddzwoni?

- Skąd pan wie?

- Masz na myśli, że... – zaczął Lestrade, ale Sherlock uniósł rękę i opuścił wszystkie palce poza wskazującym, wyraźnie domagając się ciszy. Wyciągnął drugą dłoń w stronę Johna, który włożył do niej notatnik. Sherlock podszedł do kanapy i ukucnął przy Kate.

- Musisz zapisać dla mnie całą waszą rozmowę – powiedział łagodnie. Przewrócił notatnik na świeżą kartkę i podał jej, pstrykając palcami na Sally, która niechętnie oddała swój długopis.

- Mogłabyś to dla mnie zrobić? – spytał. – To ważne.

- Naprawdę? – Jej głos drżał, ale oczy wpatrywały się w Holmesa.

- Złapię go...

- Kate – wymamrotał Lestrade.

- Kate – powtórzył Sherlock. – Jeśli mi pomożesz. Słowo po słowie, jeśli dasz radę – poprosił.

Pochyliła głowę i zaczęła pisać. Sherlock wstał i ruszył w stronę drzwi, z Lestradem i Johnem drepczącymi mu po piętach.

- Zostań z nią – powiedział bezgłośnie Lestrade w kierunku zachmurzonej Sally.

Sherlock zniknął na schodach na piętro, kierując się w stronę dźwięków dochodzących z sypialni, w której znaleziono Maggie. Kiedy Lestrade wszedł do pomieszczenia, detektyw klęczał już przy szafie, badając palcami cztery wgniecenia w dywanie i kompletnie ignorując oficerów policji.

- Czy mam... – John wskazał na leżące na łóżku ciało.

Lestrade pokiwał głową.

- Proszę bardzo. Ustaliliśmy już czas śmierci na mniej więcej północ, kilka godzin w tę lub w drugą stronę. – Podążył za Johnem na środek pokoju i obaj spuścili wzrok na sylwetkę Maggie. – Dwadzieścia siedem lat – kontynuował. – Biały ojciec, matka pochodzenia hiszpańskiego, stąd kolor skóry. Pracowała w dziale marketingowym jednej z dużych sieci bankowych. Jej dziewczyna w szkoleniach i rekrutacji, w tym samym budynku.

W tle rozlegała się seria dźwięków otwieranych szuflad i zatrzaskiwania szafek. John przyjrzał się posiniaczonym nadgarstkom dziewczyny.

- Czyli motyw się zgadza – powiedział, przypominając sobie ślubny pierścionek na palcu Kate. – Nie wygląda mi na naśladowcę. – Obejrzał ranę na klatce piersiowej. – Identyczna. Bardzo mało krwi. – Wyprostował się. – To facet, którego szukamy.

- To oczywiste. – Głos Sherlocka rozbrzmiał tuż nad jego ramieniem i John drgnął z zaskoczenia.

- Potrzebujesz cholernego dzwonka na szyję – mruknął. Przechylił głowę, nadal przyglądając się Maggie. – Nie wygląda ci na jakby... ułożoną? – spytał. – Nie została po prostu rzucona na łóżko, sprawia wrażenie... upozowanej. Chyba, że ktoś ją przesuwał?

Lestrade potrząsnął głową.

- Dziewczyna powiedziała, że z całą pewnością nie dotykała ciała – odparł. – Poza tym wszyscy wyglądali w taki sposób. – Wskazał na spokojną twarz Maggie. – Włosek nie spadł jej z głowy. Zupełnie jakby zasnęła, a nie została brutalnie zamordowana. – Westchnął. – Musimy złapać tego faceta. Sherlock, co dla mnie masz? – Zamilkł, ale nie było odpowiedzi. – Sherlock?

- Eee... wyszedł z pokoju, sir – odezwał się jeden z technicznych.

- Cholera jasna! – John wypadł natychmiast z sypialni, z Lestradem tuż za plecami.

- Przemyśl jeszcze ten pomysł z dzwonkiem, co?

John tylko warknął w odpowiedzi, rozglądając się szybko po dolnym korytarzu, po czym pośpieszył do salonu.

Znaleźli Sherlocka stojącego naprzeciwko kanapy z notatnikiem w ręku, analizującego zapiski Kate, która patrzyła na niego wielkimi załzawionymi oczami.

- Słyszałaś jakieś dziwne dźwięki podczas rozmowy? Czy mówiła niewyraźnie, głos był w jakikolwiek sposób nietypowy?

- Co? – spytała z zaskoczeniem Kate.

- To perfekcyjnie proste pyt...

John zrobił dwa kroki do przodu i uniósł rękę. Dla siedzących na sofie kobiet musiało to wyglądać jak klepnięcie w ramię, ale z tyłu było wyraźnie widać, jak doktor ściska Sherlockowi tył szyi – zupełnie, jakby łapał kota – i Lestrade patrzył z podziwem, jak detektyw natychmiast cichnie.

Kate odwróciła się do Sally.

- O co mu chodzi? – spytała. Wskazała na notatnik w dłoni Sherlocka. – Dlaczego musiałam pisać... – Wyglądało na to, że w końcu zaczyna łączyć ze sobą puzzle.

Sally położyła jej dłoń na ramieniu.

- Obawiamy się, że Maggie nie była sama, kiedy rozmawiałyście przez telefon – wyjaśniła delikatnie. – Zadzwoniła do ciebie pod przymusem.

- Wręcz przeciwnie – odparł Sherlock, który zdążył już strącić dłoń Johna. – Prawdopodobnie błagała o ten telefon.

- Błagała? – powtórzyła Kate z przerażeniem.

Ręka Watsona ponownie drgnęła i Sherlock prędko pozmieniał w głowie wyrażenia.

- Próbowała uratować ci życie – wyjaśnił. – Odwiodła cię od przychodzenia do niej wieczorem i upewniła się, że nie będziesz oczekiwać od niej telefonu przez cały następny dzień. Morderca z pewnością ostrzegł ją, co się stanie, jeśli przyjdziesz.

- Więc był tutaj, kiedy... – Kate oddychała coraz szybciej. – Był tutaj, kiedy rozmawiałyśmy? Był z nią, kiedy dzwoniła? – Wyraźnie odtwarzała w pamięci całą konwersację.

John wziął notatnik z ręki Sherlocka i przejrzał go, po czym przekazał Lestrade'owi.

- Ale dlaczego nic nie powiedziała? – krzyknęła Kate, ściskając w dłoni chusteczkę i rozdrabniając ją na małe kawałeczki. – Mogłam zadzwonić na policję, mogłam...

- Przypuszczam, że groził zrobieniem krzywdy tobie – wyjaśnił Sherlock. – Lub twojemu dziecku – dodał, spuszczając wzrok na ślady plasteliny na spodniach dresowych Kate.

Wyglądało na to, że jego słowa powstrzymały kobietę przed absolutnym załamaniem i jej uwaga automatycznie zmieniła kierunek.

- Alice – powiedziała. – Mój Boże, muszę zadzwonić do Henry'ego, pomyśli, że coś mi się stało. – Przekręciła się na bok, rozprostowała nogę i wyciągnęła z kieszeni telefon komórkowy. – Co ja mu powiem...? – wyszeptała.

- Jak sądzę, powiedziałaś mu dziś rano, że idziesz biegać? – podsunął Sherlock, zerkając na jej tenisówki.

Kate pokiwała głową z zawstydzoną miną.

- I używałaś tej wymówki wcześniej?

Znowu kiwnięcie.

- A twój mąż jest idiotą?

- Co? Nie! – zjeżyła się. – Jest bardzo inteligentny!

Sherlock uniósł powątpiewająco brew.

- W takim razie z całą pewnością wie o romansie – oznajmił. – Wygląd sznurowadeł wskazuje na to, że buty nie są nowe, ale po sklepowych naklejkach na podeszwach od razu widać, że nie biegałaś w nich ani razu.

Osłupiała Kate wygięła stopę, odsłaniając wspomniany dowód.

- Zakładasz je w domu i zdejmujesz znowu tutaj – ustalił Sherlock. – Jeśli twój mąż nie jest głupi, równie dobrze możesz powiedzieć mu prawdę. Nie wydaje mi się, żeby był specjalnie zdruzgotany tym, że...

John ponownie go uciszył i popchnął w stronę drzwi, które Lestrade otworzył na oścież i zatrzasnął za nimi głośno, ignorując dobiegającą nadal z korytarza sprzeczkę. Pokręcił głową i spróbował wyrzucić Sherlocka z głowy, mając nadzieję, że detektyw podzieli się później resztą uzbieranych dedukcji.

Na kanapie Kate zaczęła obgryzać paznokcie, po czym prędko cofnęła dłoń i usiadła na niej. Potem spuściła wzrok, patrząc na to, co właśnie zrobiła, i na nowo zalała się łzami. Jej komórka zaczęła wygrywać melodię.

Sally westchnęła, kiedy kobieta nie wykonała żadnego ruchu, żeby odebrać.

- Chcesz, żebym z nim porozmawiała? – zaproponowała, widząc imię mężczyzny na ekranie. Kate wahała się przez dłuższą chwilę, po czym powoli rozwarła palce i wyciągnęła dłoń. Sally wzięła od niej telefon i wstała.

- Pan Peterson? Z tej strony Sierżant Donovan, Metropolitan Police Service. Z pana żoną wszystko w porządku, nie została w żaden sposób zraniona, ale jest świadkiem w sprawie. Czy jest pan w stanie przyjechać? – Milczała przez chwilę, słuchając. – Tak, najlepiej będzie, jeśli najpierw zawiezie pan córkę do przedszkola – zgodziła się. – Tak, to bardzo poważne. – Kolejna przerwa. – Shoreditch. Numer... – Uniosła brwi. – Dokładnie tak – powiedziała, patrząc znacząco na Lestrade'a. – Tak, obawiam się, że ma pan rację. Do zobaczenia wkrótce. – Rozłączyła się. – Wygląda na to, że Świ... – Przerwała, przypominając sobie o obecności Kate. – ...że Holmes miał rację.


- To się nie zaliczało do nagłych wypadków – rzucił z irytacją Sherlock, chwytając z krzesła swój płaszcz. – Obiecałeś, że nie zrobisz tego, dopóki nie nastąpi absolutna konieczność.

- Nic nie obiecywałem – zaprzeczył John. – Zażądałeś, żebym tego nie robił. To nie to samo. Poza tym uważam, że sytuacja podpadała pod konieczność. – Wytarł rękę o dżinsy. – Musiałeś sobie tak zalać te włosy? Całą szyję masz mokrą.

- Nikt ci nie kazał dotykać mojej szyi! – odwarknął Sherlock. – A ja nie przypuszczałem, że moje życie jest zagrożone przez dwóch policjantów i zawodzącą kobietę.

- Życie nie, ale wolność? Czy to nie było przypadkiem strzelanie sobie w stopę? Po mieście chodzi seryjny morderca, który przebiera się za ciebie. A ty jak zwykle jesteś tak pochłonięty sprawą i myślą, że może być w nią wplątany Moriarty, że ignorujesz niebezpieczeństwo!

- Zrobiłeś to na oczach Lestrade'a! – wysyczał Sherlock. – Na oczach Sally! – Chwycił swój wciąż owinięty wokół szyi Johna szalik i pociągnął go, w geście, który miał go rozwiązać. Na nieszczęście John zrobił supeł w innym stylu niż sherlockowy i szarpnięcie tylko gwałtownie zacisnęło mu materiał na szyi, przez co stracił równowagę i boleśnie uderzył biodrem w krawędź stołu.

Sherlock przytrzymał go i w sekundę zdjął szalik z szyi, tym razem skutecznie.

- Przepraszam – powiedział sztywno. – Nie chciałem...

John machnął ręką, uciszając go.

- Jestem po twojej stronie, Sherlock – zapewnił. – Zawsze. Nie chcę zwalniać ci tempa, pozwalam ci podejmować ryzyko... wierz mi, nie mam zamiaru ci mamisynkować. – Wszedł do łazienki i wrócił trzymając w dłoni mały ręcznik, którym zaczął energicznie wycierać włosy Sherlocka. Holmes pochylił się nieco do przodu, zastanawiając przelotnie, czy powinien sprawdzić dokładną definicję słowa "mamisynkować".

- Ale powstrzymanie cię przed podpadnięciem policji, kiedy i tak już stąpasz po cienkim lodzie... I ktoś – prawdopodobnie genialny ktoś – próbuje skierować podejrzenia na ciebie... – pocieranie ręcznikiem zrobiło się jeszcze bardziej zamaszyste – to zdecydowanie podpada pod moją pracę – dokończył i zrobił krok do tyłu.

- Próbowałem tylko pomóc – marudził Sherlock, usiłując zrobić ze swoją czupryną chociaż minimalny porządek. – Jeśli jej mąż nie będzie zdruzgotany informacją, nie powinno to pomóc w powiedzeniu mu prawdy?

John westchnął i odwiesił ręcznik.

- Nie rozumiem, jak możesz łączyć taki geniusz z takim... – Umilkł. – To ten sam poziom, co powiedzenie Molly, że jej chłopak jest gejem – dodał. – Co zresztą, jeśli sobie przypominasz, nie było twoją najtrafniejszą dedukcją.

Sherlock wydął obrażony wargi.

- Potrafisz być okropnie irytujący – burknął.

- Witaj w moim świecie – zripostował John. – Skończyliśmy? – Wyprostował się, splatając ramiona na klatce piersiowej, jakby utrzymanie takiego poziomu uporu i lojalności w tak małym opakowaniu wymagało fizycznego wysiłku.

Sherlock nie był w stanie dłużej się krzywić.

- Skończyliśmy, John.


CB radio już po paru minutach zatrzeszczało w kolejnym meldunku i Lestrade wyszedł na korytarz, rejestrując od razu, że jego najbardziej niezbędny ból głowy zdążył już opuścić budynek. Jeden z oficerów policji wprowadził do środka męża Kate i Lestrade wyciągnął dłoń. Mężczyzna wyglądał na roztrzęsionego, ale jego uścisk był mocny, a głos pewny.

- Gdzie jest moja żona? – zapytał.

Lestrade przyjrzał mu się, oceniając wzrost na około metr osiemdziesiąt – jeśli wierzyć słowom Kate, znacznie mniej, niż u mordercy. Miał ciemne oczy i włosy i ciepły odcień skóry; Kate definitywnie miała swój typ, nawet jeśli w podstawowych sprawach była raczej elastyczna.

- Pani Peterson jest fizycznie nietknięta – zapewnił go. – Ale bardzo zdenerwowana. Czy mogę spytać, ile pan...

- Te drzwi? – Henry przecisnął się obok niego i Lestrade podążył za nim prędko. Nawet, jeśli wszystko wskazywało na kolejne działanie seryjnego zabójcy, nie mógł zignorować kogoś z tak oczywistym motywem.

Kate skamieniała na ich widok, biała jak ściana. Sally podniosła się z kanapy i zawahała przez moment, kiedy Henry ruszył w ich stronę, ale mężczyzna tylko usiadł obok swojej żony i wziął ją w ramiona.

- Nic ci nie jest? – spytał, po chwili odsuwając ją od siebie lekko i lustrując od stóp do głów. – Nikt cię nie skrzywdził? – Potrząsnęła bez słowa głową i znowu ją objął.

Spojrzał znad jej ramienia na Sally.

- Cała ta policja... to musi być... – W jego twarzy dało się wyczytać setki różnych emocji. – Czy to ten seryjny morderca? – spytał w końcu.

- Na to wskazują wstępne ustalenia – przytaknęła Sally.

Wziął głęboki oddech.

- Czy Magdalena... czy ona nie żyje? – Odpowiedział mu gwałtowny szloch Kate i Henry zacisnął powieki, kołysząc swoją żonę w przód i w tył. W końcu wsunął jedną rękę pod jej nogi i przeniósł na swoje kolana, głaszcząc po włosach i pozwalając jej płakać w swój drogi garnitur.

Lestrade i Sally zajęli się notatkami, zerkając co chwilę kątem oka na rozgrywającą się przed nimi scenę.

W końcu Kate odsunęła się.

- Henry... – Z trudem łapała oddech i Sally trąciła nieco do przodu paczkę chusteczek. Kate wzięła jedną i doprowadziła się do porządku. – Jak... Jak dużo... – Nie miała pojęcia, od czego zacząć.

- Wiedziałem od samego początku – powiedział jej, wzruszając ponuro ramionami. – Rozpoznałem tę twoją poświatę... miałaś identyczną na początku naszego małżeństwa. – Jego głos był smutny i oczy Kate znowu się załzawiły. Otarł je.

- Znam jej imię, jej adres, jej stanowisko w firmie – przyznał. – Wiem, jak często spotykałaś się z nią na lunch... i jak często kupowałaś potem kanapkę na przerwie. – Zamknął na chwilę oczy, zaciskając wargi. – Nie zatrudniłem detektywa ani nic takiego, jeśli się nad tym zastanawiasz – dodał. – Ale ludzie uwielbiają plotki. – Uśmiechnął się blado. – A ty jesteś beznadziejnym kłamcą, Katie. Naprawdę strasznym. W życiu nie uprawiałaś joggingu.

Gapiła się na niego zszokowana.

- I... tak po prostu to znosiłeś? Czemu nigdy nic nie powiedziałeś?

Henry znowu wzruszył ramionami, ale mięśnie jego szczęki drgnęły.

- Myślałem, że jeśli wszystko wyjdzie na jaw, poczujesz się, jakbyś musiała wybierać. – Wziął głęboki oddech, po czym zmusił się do kontynuowania. – I że możesz wybrać . – Z trudem zapanował nad głosem. – Miałem nadzieję, że wszystko jakoś przycichnie. Że się znudzisz, że zdecydujesz, że ja i Alice jesteśmy... – przerwał i odwrócił wzrok, mrugając wściekle.

Kate podniosła niepewnie dłoń, trzymając ją przez chwilę w powietrzu, po czym oparła ją na piersi Henry'ego. Objął ją znowu, wtulając twarz w jej włosy.

- Bałem się – wyszeptał.

Sally ostatecznie porzuciła swoje miejsce na kanapie i zajęła jedno z krzeseł. Skręciła się nieco, jakby usiadła na czymś niewygodnym.

- Przepraszam – powiedziała, widząc pytające spojrzenie Lestrade'a. Wyjęła spod siebie poduszkę i zaczęła ją oglądać, szukając zapięcia.

Lestrade wrócił do czytania zapisków.

- Sir?

W głosie Sally była dziwna nuta i Lestrade podniósł wzrok, rejestrując, że policjantka założyła rękawiczki i trzyma w dłoniach mały czarny portfel: jeden z tych, do których wkłada się karty kredytowe lub – w jego głowie pojawiła się nowa myśl – legitymacje.

Donovan podniosła głowę i spojrzała na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Chyba wiem, jak się dostaje do domów.