Rozdział dziewiąty
Miejsce, które Turgon uparł się mu pokazać, było bardzo przyjemne, ale Fingon z trudem ukrywał zniecierpliwienie i wykrzesywał z siebie odpowiednią ilość zainteresowania, gdy młodszy brat opowiadał mu żywo o swoich planach na założenie miasta, gestykulując żywo i podpierając się szkicami rozwiniętymi na ziemi. Finrod i Turgon wyciągnęli go na wycieczkę na wybrzeże, co z jednej strony dawało Fingonowi zajęcie, ale z drugiej odcinało go od wiadomości z obozu kuzynów. Pojechał jednak, by załagodzić burzę, jaka została po wyjeździe Maglora. Turgon był prędki w gniewie, ale równie szybko zapominał urazy, więc kiedy wysłany przez niego Finrod przyszedł namawiać starszego kuzyna na wycieczkę, Fingon zgodził się, widząc, że brat w zawoalowany sposób daje mu do zrozumienia, że znudziło mu się gniewanie.
To wszystko niestety sprawiło, że posłaniec pchnięty przez ojca dotarł do nich dopiero po trzech dniach. Fingon gotów był jechać co koń wskoczy, ledwie usłyszał, że Maedhros odzyskał przytomność. Musieli jednak dokończyć pomiary, które były Turgonowi niezbędne do dalszego planowania, chociaż trzeba było Finrodowi przyznać, że poganiał przyjaciela, jak tylko mógł. Turgon prychał trochę i narzekał, aż machnął w końcu ręką i stwierdził, że wrócą sami z Finrodem, bo Fingon namiesza mu tylko w notatkach i tak czy inaczej będzie trzeba powtarzać pomiary.
xxx
Fingon przyjechał do obozu kuzynów późnym rankiem; wyjechał z domu przed świtem, bo i tak nie mógł spać. Straże przy bramie wpuściły go bez słowa sprzeciwu, jeden z elfów zaprowadził do synów Feanora. Szli przez obóz, który w dużej mierze przekształcił się już w osadę. Namioty należały tu do rzadkości, większość domostw stanowiły proste budynki. Cokolwiek można było powiedzieć o Feanorianach, na pewno nie to, że marnowali czas.
Na podwórzu panował gwar, co chwila ktoś przechodził spiesznie. Fingon podążył do źródła zamieszania i zgodnie z przypuszczeniami, zastał tam Celegorma, miotającego się w tę i z powrotem. Przyczyną była zwierzyna, najwyraźniej dopiero co zwieziona z polowania. Celegorm komenderował towarzyszami, sam także ubrudzony po łokcie. Musiał zagonić do pracy wszystkich, którzy byli w domu, zorientował się Fingon, widząc Maglora zręcznie sprawiającego bażanta.
– Nie, zaczekajcie, najpierw weźcie tamtą. – Celegorm machnął ręką, wskazując leżącą sarnę, a potem obrócił się i omal nie wpadł w Fingona. – Och.
Nagłe zamilknięcie Celegorma musiało być odmianą, bo Maglor uniósł głowę znad bażanta. Przez moment Fingon wychwycił jego ponure spojrzenie, nim na ustach śpiewaka nie zagościł uprzejmy, wystudiowany uśmiech.
– Musisz nam wybaczyć, że nie przywitamy się należycie – odezwał się, wstając; był tak samo brudny, jak młodszy brat. – Tyelko zwiózł tyle dziczyzny, że trzeba się o nią zatroszczyć, nim zacznie się psuć. Ale pozwól ze mną, niech się tylko domyję. – Maglor wskazał kuzynowi otwarte drzwi domostwa i poprowadził go do środka, nie rozstając się z oskubanym już bażantem.
– Nie trzeba było przerywać pracy, przyjechałem do... – zaczął Fingon, ale Maglor wciął mu się w pół zdania.
– Wiem, po co przyjechałeś – powiedział ostro, ale zaraz pokrył niemiłe wrażenie uśmiechem. – Postałbyś tam chwilę dłużej, a jak nic dostałbyś ptaka do oskubania, zrobiłem ten błąd rano. Przepraszam na chwilę, przebiorę się.
Maglor zostawił go w kuchni i wyszedł. Fingon rozważał przez moment wyjście i poszukanie Maedhrosa na własną rękę, ale uznał, że lepiej zaczekać. Wyczuwał napięcie pod pozorną uprzejmością Maglora, który sprawiał wrażenie, jakby ze wszystkich sił próbował nie okazać, jak bardzo nie odpowiada mu wizyta. Zważywszy, w jak dobrych kontaktach byli przez tamte trzy tygodnie, Fingon nie bardzo rozumiał zachowanie kuzyna.
– Maitimo śpi – powiedział w progu Maglor, teraz już czysty i przebrany.
– Jak z nim? – Fingon przyjrzał się uważniej kuzynowi. Maglor nie był już tak niedospany i schrypnięty, jak przedtem w obozie ojca, ale jednocześnie sprawiał wrażenie spiętego i zdenerwowanego.
– Lepiej, zdecydowanie lepiej. Alcarino jest zadowolony, ręka w końcu zaczyna się goić – odparł Maglor, tonem, jakby recytował coś z pamięci. Niedopowiedziane przez niego „ale" zawisło w powietrzu.
– Więc co cię tak martwi? – zapytał wprost Fingon, nie spuszczając wzroku z kuzyna.
– Zamyka się na nas – skrzywił się Maglor. – Wie już, że tylko ty pojechałeś go szukać. Podejrzewam, że ciebie przywita lepiej niż nas. Zresztą, sam zobaczysz.
xxx
Cztery w tym tygodniu, jedenaście przez poprzednie dwa, co w sumie z wcześniejszymi... Caranthir przerzucił kartki nerwowym gestem, szukając potrzebnych informacji. Znalazł, podsumował. I zaklął.
Próby uporządkowania rachunków prowadzonych przez przynajmniej dwóch braci, prócz niego, nigdy nie były łatwym zadaniem, bo o ile jeszcze Maglor pisał na przyzwoitych kartkach, tym swoim zamaszystym pismem, na widok którego Caranthir podświadomie oczekiwał rymów, tak Celegorm miał zwyczaj notować, gdzie tylko się dało. Caranthir zaniedbał ostatnio rachunki, zajęty handlem z Moriquendi, i w tej chwili mściło się to na nim.
Caranthir stłumił chęć trzaśnięcia księgą i wyrzucenia wszystkich notatek. Milczał; gdy przedtem mamrotał pod nosem, wyklinając cicho bałagan w papierach, Maedhros zauważył, że przecież może wyjść, jeśli mu przeszkadzają z Fingonem. To było najwięcej, co do niego powiedział od rana. Caranthir odmówił, tłumacząc się tylko brakiem jakiegokolwiek sensu w notatkach braci. W życiu by nie przyznał, że to obecność Fingona w pokoju pozbawiała go zdolności sensownego myślenia.
Findekano, prychnął w duchu Caranthir, przygryzając wargę, by nie zakląć głośno. Przyjechał przed południem, akurat, gdy Maedhros spał. Z początku to Maglor wziął na siebie obowiązek zabawiania gościa, ale gdy ranny obudził się, Caranthir nie miał już wyjścia, jak tylko spotkać się z kuzynem.
Bolało. Maedhros przywitał Fingona z entuzjazmem i musiał być wypoczęty, bo zrobił się rozmowny. Wyraził nawet chęć, by usiąść i Caranthir wstał, by mu pomóc, ale Fingon był bliżej. Syn Fingolfina posłał mu zaskoczone spojrzenie, widząc kuzyna zamarłego w połowie drogi między łóżkiem i stołem, a on tylko zaczerwienił się i wrócił na swoje miejsce.
Fingon nie robił nic złego, a jednak Caranthir z całego serca pragnął, by kuzyn wrócił już do siebie. Swoboda, z jaką Maedhros z nim rozmawiał, przypominała tylko o ciężkim milczeniu ostatnich trzech dni. Ranny brat wypytywał z zaciekawieniem o samotną podróż Fingona, potem o obóz wuja, gdy już się zorientował, że Noldorowie nie skupili się w jednym miejscu. Caranthir siedział i słuchał tego wszystkiego, od pewnego momentu nawet już nie udając, że próbuje cokolwiek podliczyć. Słuchał i zastanawiał się, kiedy w tym wszystkim padnie ta jedna prośba, by Fingon zabrał Maedhrosa ze sobą na drugą stronę jeziora. Zważywszy na atmosferę ostatnich dni, Caranthir nawet by się nie zdziwił.
Prośba nie padła, za to w pewnym momencie Fingon musiał zauważyć, że chory zaczyna być zmęczony, bo zapytał w końcu o samopoczucie. Maedhros momentalnie przycichł, poruszył się niespokojnie, jakby próbował wsunąć się głębiej.
– Mogę? – Fingon sięgnął ręką po koc, najwyraźniej chcąc go odchylić, by zobaczyć, czy jest jakiś postęp w gojeniu ran.
– Nie.. Nnnie. – Maedhros rozejrzał się gorączkowo i ku satysfakcji młodszego brata odetchnął, gdy odnalazł go wzrokiem.
Caranthir nie omieszkał skorzystać z sytuacji. Przyniósł bratu świeże zioła, pomógł się położyć, okrył z ostentacyjną starannością. Mimo niechęci, Maedhros przywykł bardziej do braci i swobodniej zaakceptował pomoc Caranthira niż dotyk kuzyna. Fingon przez moment nie wiedział, gdzie ma się podziać, a potem pożegnał się i wyszedł, by pozwolić rannemu odpocząć. Caranthir odetchnął z ulgą i wrócił do swoich rachunków.
xxx
To wszystko było nierealne. Łóżko, czyste i suche, świeże powietrze wpadające przez uchylone okno. Jedzenie, które miało smak, które mógł zjeść lub nie, wedle uznania. Zioła o intensywnym zapachu, kojące nieco ból. Dom.
Za każdym razem, gdy się budził, nie potrafił się nie dziwić. Ani bracia, ani Alcarino nie znikali, jedzenie wciąż miało smak, a zioła trochę pomagały. Przedtem jeszcze bracia mówili do niego, opowiadali o błahostkach, o czym który lubił, a Maedhros mógł ich słuchać dla samego tylko dźwięku, bo głosy były czyste, elfie, znajome. Bezpieczne. Coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że to wszystko jest prawdziwe.
Tym bardziej bolała cisza. Trzy dni całkowitej bierności ze strony Maedhrosa i ignorowania przez niego wszelkich prób rozmowy zamknęły braciom usta. Nawet Maglor podejmował cichą pieśń dopiero, gdy Maedhros dryfował już na granicy snu.
Im lepiej mu było na jawie, tym mocniej uderzały koszmary, ledwie zamknął oczy. Bez głosu, bez rozmów dających jakiś punkt oparcia, Maedhros zsuwał się, gubił, aż do momentu, w którym nie wiedział już, czy bracia nie byli tylko przywidzeniem. A jednak, gdy już uświadamiał sobie z powrotem, gdzie jest, gorycz kazała mu trzymać się z dala od najbliższych, którzy przecież zostawili go na pastwę losu.
Teraz także jadł w milczeniu, nie patrząc na Maglora. Skupiał się raczej na łyżce, wściekły, że nie może sam jej chwycić; ręka była za słaba i zbyt drżała, by mógł samodzielnie jeść, więc wolał już, by brat go karmił, oszczędzając tym samym większego upokorzenia.
– Co ty tu jeszcze robisz? – sarknął Maedhros, gdy brat po posiłku nie wycofał się do stołu, a najlepiej z pokoju, tylko przesiadł się z łóżka na krzesło i nie spuszczał z niego wzroku.
– Musimy porozmawiać.
– Nie chcę. – Maedhros odwrócił głowę, przymknął oczy; tyle mógł zrobić. – Dlaczego po prostu mnie nie zostawisz? Dotąd dobrze ci to wychodziło – przypomniał. Może jeśli zrani Maglora, ten w końcu przestanie przestanie przychodzić.
Ale nie, tym razem Maglor nie położył uszu po sobie i nie wycofał się, tylko z trzaskiem odstawił miskę po posiłku.
– Nie popełniam dwa razy tych samych błędów – wycedził, przypominając bratu, że ojciec nie pomylił się, gdy nadawał mu imię. – Dobrze wiesz, dlaczego nie wychodzę.
– Czasem się zastanawiam.
– A dlaczego trzymałeś Smyka z dala od ojca? – odciął się Maglor, teraz już wytrącony z równowagi; głos drżał mu niebezpiecznie. – Powiedziałeś mu wtedy, że pozwolisz mu odejść, gdy będzie bezpiecznie. Nie mogę cię teraz zostawić, dopóki nie dojdziesz do siebie. Jeżeli później nie będziesz chciał mnie znać, nie będę się narzucać. Ale nie teraz, Nelyo. Nie teraz.
– Przedtem mogłeś. – Maedhros podniósł wzrok na brata.
– Naprawdę? Naprawdę uważasz, że nie robiliśmy nic? – zapytał Maglor, nie kryjąc już goryczy ani urazy. – Myślisz, że nie ruszyliśmy z odsieczą? Nie zdołaliśmy dotrzeć do bram, zostaliśmy zepchnięci. Musiałem się wycofać – wyrzucał z siebie urywanym głosem, jakby ze wszystkich sił powstrzymywał się od krzyku. – A potem Morgoth przysłał posłów. Zażądał, byśmy wrócili na Zachód, lub wynieśli się na południe. Oraz zrezygnowali z roszczeń do Silmarili. Wtedy i tylko wtedy, twierdził, wypuści ciebie. Uważasz, że mogłem mu uwierzyć po tym, jak cię pojmał i wyrżnął w pień cały twój oddział? Że mogłem złamać Przysięgę i przekląć braci i siebie, wiedząc jednocześnie, że nie kupię tym twojej wolności? Naprawdę sądzisz, że było mi łatwo odesłać jego posłów z odmową?
Maedhros zamrugał oczami w zdziwieniu. Pierwszy raz słyszał o warunkach, jakie Nieprzyjaciel postawił braciom. Sauron powtarzał mu zawsze, że został porzucony i zapomniany, a ostatnie zachowanie Curufina zdawało się to potwierdzać. Teraz zaś Maglor mówił zupełnie co innego... I mówił szczerze, stwierdził Maedhros.
– Myślałem, że cię zabił, gdy odmówiliśmy – przyznał Maglor. – Miałem nadzieję, że nie żyjesz, bo śmierć wydawała mi się łaskawszym rozwiązaniem. Gdybym wiedział... Nie wiem, co bym zrobił. Wybacz mi, jeśli potrafisz – rzucił i wstał gwałtownie. Wyszedł, tak jak Maedhros prosił go chwilę wcześniej i chory został sam ze swoimi myślami.
xxx
Obudził go cichy, tłumiony płacz. Maedhros otworzył oczy i dostrzegł młodszego brata siedzącego na podłodze przy łóżku. Maglor nie zauważył nawet, że jest obserwowany; głowę skrywał w ramionach opartych na pościeli koło ręki brata i tylko plecy drgały w szlochu. Urywanym głosem mamrotał przeprosiny, prosił o wybaczenie i znów przepraszał. Maedhros nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział brata płaczącego; chyba w Valinorze, przy śmierci dziadka. Bo nawet gdy zginął ojciec, Maedhros nie przypominał sobie u niego ni jednej łzy. Chociaż kto wie, co było potem...
– Nie powinieneś płakać – odezwał się najstarszy syn Feanora, by nie dopuścić do głosu wspomnień z tamtego czasu.
Maglor poderwał głowę, wzięty z zaskoczenia, na policzki wypełzł mu rumieniec.
– Wybacz, nie chciałem cię obudzić – powiedział nieco nerwowo.
– Twoi podwładni nie powinni cię takim widzieć. – Maedhros nagle zapragnął pocieszyć brata, pogładzić po ciemnych puklach rozsypanych na pościeli, ale prawe ramię nie nadawało się do niczego. Przekręcił się ostrożnie na prawy bok i sięgnął zdrową ręką do policzka Maglora.
– Nie ma czegoś takiego jak moi podwładni – żachnął się młodszy brat. Wyprostował się, uciekł poza zasięg Maedhrosa. – Nigdy nie chciałem być królem – wyrzucił z siebie cicho; coś, co jak Maedhros podejrzewał, leżało mu na sercu od dawna.
– Ale byłeś – zauważył spokojnie. – I nadal jesteś – przypomniał. Choć wrócił i z każdym dniem był dłużej przytomny, władzę faktycznie nadal sprawował Maglor. I będzie pewnie jeszcze przez dłuższy czas.
Uwaga Maedhrosa tylko dobiła brata. Maglor przestał patrzyć w podłogę i utkwił w nim przenikliwe spojrzenie. Fea, zwykle stonowana, płonęła jasnym światłem w jego oczach.
– Byłem – poprawił gorzko Maedhrosa. – I zdołałem podjąć najgorszą decyzję z możliwych. Jednym słowem, jednym zakazem skazałem cię na lata tego wszystkiego, ciebie, brata, króla.
– Przestań. – Maedhros wychylił się bardziej, zmusił brata do uniesienia głowy. – Nic byś nie wskórał. A ja nigdy, w najczarniejszych momentach nie chciałbym, żeby któryś z was dołączył do mnie – powiedział z mocą. – To, że byliście daleko, względnie bezpieczni, utrzymało mnie przy życiu.
– Mogłem uwolnić cię lata temu – trwał przy swoim Maglor. Był spięty, jakby jednocześnie próbował się odsunąć i pragnął poddać dotykowi.
– Nie mogłeś – zaprzeczył Maedhros i poprawił się. – Żeby mnie wtedy uwolnić, musiałbyś wyrąbać sobie drogę do najgłębszych lochów Angbandu i zarżnąć całe najgorsze zło tego świata – głos miał zimny, ostry jak stal, palce przykurczyły się odruchowo na policzku brata. – Nie mieliśmy takiej siły, by to zrobić, wtedy, gdy lekkomyślnie sądziłem, że zdołam przechytrzyć Morgotha. Wątpię, czy teraz ją mamy, nawet z pomocą Nolofinwego. Utrzymałeś wszystkich młodszych bezpiecznie, także nie zadręczaj się tym, że byłeś rozsądniejszy niż ojciec i ja.
– A jednak Findekano...
– Nawet Fin z pomocą orłów Manwego nic by nie wskórał, gdyby Morgoth nie znudził się i nie zostawił mnie samego na szczycie – przerwał mu Maedhros. Tak długo powtarzał to sobie w myślach przez ostatnie godziny, że nawet zdołał powiedzieć to głośno z przekonaniem. Choć starał się to w sobie zagłuszyć, to jednak wciąż bolała świadomość, że bracia nie podjęli próby, na jaką odważył się kuzyn. Bracia cię porzucili, szeptał w zakątkach pamięci jedwabisty głos Saurona.
– Nelyo? – zaniepokojony głos Maglora sprawił, że Maedhros otworzył oczy; nawet nie zdawał sobie sprawy, że je zamknął.
Brat miał poczucie winy wypisane na twarzy, oczy wciąż błyszczące, wzburzone. Maedhros z całą siłą zrozumiał, do czego próbują doprowadzić podszepty z zakątków umysłu. Nawet tu próbujesz mnie z nimi poróżnić? zapytał w myślach wyimaginowanego oprawcę, a potem zmierzył jeszcze raz sylwetkę Maglora. Nie, nie pozwoli na to.
– To przeszłość, zdaje się – powiedział, siląc się na spokój. – A ty naprawdę nie powinieneś płakać, posłuchaj tylko, jak okropnie brzmisz – spróbował pogodniej.
– Głos, jakie to ma znaczenie? – parsknął gorzko Maglor, wciąż chyba zbyt głęboko pogrążony we własnych wyrzutach sumienia, by zauważyć, że brat próbuje zmienić temat. – Oddałbym go bez chwili wahania, gdybym mógł się cofnąć, wydostać cię, gdybym...
– Kano – przerwał mu Maedhros. – Nigdy więcej tak nie mów. Nigdy. To twój głos przywoływał mnie z powrotem z najczarniejszych wspomnień – przypomniał; głos brata był jedynym, co pamiętał z ostatnich tygodni, jedynym wspomnieniem po mętnym obrazie Fingona na orle. – Niebezpiecznie jest prosić o takie rzeczy, a nie ma na Ardzie siły, która byłaby zdolna cofnąć czas. Pragnąc tego możemy jedynie zejść na złą ścieżkę. – Gorszą, dodał w myślach. – Nie wracaj do tego, proszę – dorzucił znużony i opadł głębiej w poduszki.
Maglor patrzył na niego w milczeniu, niepewny, nieprzekonany, ale gdy Maedhros wyciągnął rękę, nie uciekł, tylko chwycił ją w swoje dłonie. Najstarszy syn Feanora rozluźnił się nieco.
– Zaśpiewasz?
