Dla imaginebrolin. Która chciała: "Iorweth i Roche w wesołym miasteczku! Czy raczej w jakimś bardziej zbliżonym do stylizowanych na średniowieczne realiów rodem z gier i książek odpowiedniku wesołego miasteczka. Kiermasz, obchody przesilenia czy równonocy - wybierz to, co ci najbardziej w duszy gra. Ważne, żeby było śmiesznie, crackowato i tak, aby oburzyło wszystkich przeciwników robiącego ostatnio karierę gendyryzmu. Tak z przymrużeniem oka. Na wesoło. Z dużą ilością pornografii dowolnego rodzaju. Może być również spożywany alkohol w przekraczających normę ilościach. Inwencję pozostawiam tobie". I to wszystko niby w drabble'u upchnąć. I jeszcze z moją inwencją własną. Skończyło się tym, że wątki albo ledwie wspomniane są, albo wykręcone szalenie. Jak to u mła bywa.


Potrzeby tego świata


Jarmark. Świetna rzecz. Ludno, gwarno, kolorowo, muzyka gra, akrobaci pokazują sztuczki, przedstawienia teatralne się toczą, alkohol leje, zabawki terkocą, jedzenia w bród. Fantastyczna rzecz, naprawdę. Roche był bardzo kontent, że mu te trzy dni urlopu w okolicy przesilenia letniego się udało wyszarpać. I nawet wyjechał z Wyzimy na prowincję, żeby to wyglądało na taki uczciwy urlop, z odpoczynkiem. W stolicy co chwilę by go ciągnęło do roboty.

A tu na prowincji, proszę, kramik z drobiazgami muzycznymi. Instrumenty, ha, jasne, piszczałki i fleciki się tam też pewnie sprzedawało, zysk z tego szedł spory, ale Vernonowi jednego rzutu oka na czekającą klientelę starczyło, by ustalić, że poza tym musiano tutaj oferować świerszczyki spod lady. Sądząc z długości „ogonka" bardzo porządnej jakości świerszczyki. Może chłopakom kupię, zamyślił się kapitan, oni tam w końcu muszą burdel ogarniać, kiedy mnie nie ma, święto im przepada... Sekundę później przestał myśleć o takich głupotach w ogóle, porwany przez radosny tłum w kierunku barda. Nie Jaskra, bynajmniej, jakiegoś młodego i raczej nieznanego, za to odpowiednio urodziwego, śpiewającego ładnym, głębokim barytonem. No, wszystko jak trzeba.

Do wieczora nawet lepiej było. Dziewoje chętnie oddawały się za byle broszkę, muzyka przygrywała, sztuczki akrobatów tyle radości sprawiły Roche'owi, jakby znów dzieckiem był, czyli od groma i ciut ciut. Świat się mu stał krasny i nawet chłopi nie irytowali przesadnie.

W takim nastroju mijał ponownie kramik z instrumentami oraz materiałami zbereźnymi. Setny raz tego dnia pewnie, aczkolwiek o tej porze kolejka się nieco zmniejszyła, zamykano już powoli, właściciel pewnie chciał sobie też pochędożyć, nie tylko na obrazki zerkać.

— Elfki oczywiście — syknęło coś od strony sklepiku — sobie wykorzystujecie jako obiekt fantazji. Uprzedmiotowienie czyste. Dobry elf to martwy elf, ale elfka może jeszcze być żywa, byleby waszą była kurwą?

Cóż, nieludzie miewali takie odpały. Elfy tak jakoś źle znosiły fakt, iż ich córki i siostry ciałem muszą kupczyć, by ich dumni mężczyźni z głodu nie pomarli. Vernona to nawet śmieszyło.

Pomijając jednak kwestie rozrywkowe, to żadna nieludzka swołocz nie będzie psuła ludziom – i Roche'owi – jarmarku. Nie ma mowy.

— A co ty sobie, zarazo sakramencka, myślisz, że jak tobie nie staje, to innym też nie może? — sarknął, doskakując do kramu, chwytając kupującego za ramię i obracając z prychnięciem. — Chcecie wylądować w ciupie za podejrzenie o wspiera...

I tu go nieco przytkało. Albowiem kupującym – w biały dzień, dobra, biały wieczór, na publicznym targu, u ludzi, pod samym nosem Vernona – był nie kto inny, a Iorweth. Że Rzeźnik. Lis Puszczy. Którego teraz najwyraźniej zatkało mniej więcej tak samo, jak kapitana.

— Co ty tu robisz? — wyrwało się zresztą też obu na raz, zgrane, jakby setki razy ćwiczyli.

A potem zapadła cisza. W trakcie której panowie łypali na siebie podejrzliwie.

— Flet kupował — bąknął niepewnie sprzedawca. — Waszmościowie się znają?

— Wy nie udawajcie, cholero, że nie wiecie, kogo obsługujecie... Broń jeszcze może macie w wozie, co? A w nocy masakrę planujecie, zdradzieckie ścierwo? — warknął Roche.

Sprzedawca zamrugał oczyma, łącząc fakty. Elf. Bez oka. Wychudły, po partyzancku czujny.

— Że niby... To, to... To Iorweth jest? — wyjąkał.

— Ano, Iorweth — przez zaciśnięte zęby potwierdził Vernon. — A żebyś wiedział, kto twoje dupsko do ciupy za konszachty ładuje i że na prawie nie kadukowym jestem: Vernon Roche, dowódca Niebieskich Pasów, do usług. Gratuluję, właśnieście z całą wioską się znaleźli w mojej jurysdykcji.

Kramarz się zrobił bieluchny, jak twaróg.

— Kurwa, już po wiosce, przecież jak nie wy, to elfy nas zabijają — jęknął płaczliwie. — Ale on tylko flecik kupował, naprawdę...

Elf spróbował się wyrwać. Kapitan natychmiast zapomniał o chłopie, zacisnął palce.

— Psujesz mi z resztą kretynów każdy dzień roboczy. Parę razy prosto z łóżka mnie wyganiały wasze zajaździki. Trudno, za to mi płacą, ale czy musisz mi — zapytał powoli watażkę — psuć także jeden jedyny w roku urlop? Złośliwa gnido?

Iorweth dumnie milczał. Roche westchnął ciężko.

— Cholera, przecież ja będę musiał do Wyzimy wracać, papiery wypełniać, tutaj nawet garnizonu nie ma stałego, będę się musiał do Biećwy kopnąć... Niech to wszyscy diabli, ja po godzinach przecież jestem, nie w pracy — marudził najzupełniej szczerze. — O. Właśnie. Nie jestem w pracy. To zrobim tak... Policzę do czterech i ma cię tutaj nie być, jasne?

— Nie kupiłem fletu — prychnął elf, jakby odzyskawszy animusz. — A stary mam złamany, potrzebuję...

— U was kuśki zawsze złamane — zauważył zimno Vernon. — No, to raz, dwa...

Puścił watażkę i odszedł na kilka kroków, coby mu ułatwić wmieszanie się w rzednący tłum. Elfia swołocz nie skorzystała z okazji.

— Flet. Normalny, żadne tam wulgarne aluzyjne, po prostu instrum... Po prostu flet — zwróciła się za to do sprzedawcy. — Poproszę.

Nawet wyjęła monetę z mieszka. Kapitana za to na tak jawny dowód lekceważenia szlag trafił.

— Co ja powiedziałem? — syknął.

— Skoro dałeś cztery sekundy, to i czterdzieści minut dasz — odparł sentencjonalnie watażka, spokojnie dokonując zakupu; kramarz wyglądał, jakby przed omdleniem chronił go tylko lęk, że tym klientów obrazi. — Nie chce ci się.

Owszem, Vernonowi się cholernie nie chciało, ale na takie dictum, to schwycił elfa ponownie, palce wbił mocno.

— Skoro tak ci do szubienicy spieszno — warknął — to proszę bardzo, urlop sobie popsowam, ale spełnię życzenie, niech nie mówią, że ja dla nieludzi serca nie mam...

Nieludź westchnął ciężko. Chłopina ni to sklął, ni to zapłakał.

— Roche, jak sam zauważyłeś, jesteś tu na urlopie. Bez swoich ludzi. Garnizon najbliższy w Biećwie, też nieduży. Zastanów się, jak ty chcesz mnie do tego więzienia doprowadzić? Ze strzałą w gardle skończysz nim kilometr ujedziemy. A jeśli nie, to do rana wszystkie wiochy stąd do Biećwy, łącznie z tą ostatnią, garnizonem i więzieniem, spalone do ziemi będą. Zbędne może okrucieństwo — zadeklamował Rzeźnik, z emfazą nawet, co już Roche wkurzyło niemożebnie — ale cóż ja poradzę, komanda są mi bardzo oddane, młode, zapalczywe, żarliwe...

Cholera jasna. Kapitan rozluźnił uchwyt.

— Nie mam ochoty sobie psuć urlopu — akcentował każde słowo. — Nie z powodu jednego fletu, do diaska. Jasne?

— Oczywiście. — Iorweth wzruszył ramionami. — Ja też cię puszczę, puszczam, bo nie mam ochoty psuć sobie jarmarku ani tobie urlopu, nie dlatego bynajmniej, że jeślibym cię palcem tknął, to Foltest nieludziom z tego regionu drugą pacyfikację pogórza mahakamskiego zrobi. A jak się nad tobą rozrzewni, to jeszcze cały kraj zdziesiątkuje...

— Zapakować? — spytał w tej samej chwili sprzedawca, głosem całkowicie wypranym z emocji, jak u goblińskiej zabawki. — Flet, znaczy. Znaczy, przepraszam, ale...

— Nie pakować. Pogram sobie zaraz. Tak mi jakoś... wzruszliwie na duszy. — Watażka uśmiechał się złośliwie. — Święto jest, wesoło jest, Dh'oinne pełno...

— Jak spróbujesz dać sygnał do ataku, skurwysynu...

— ...to w nim zginiesz i będziemy mieli pacyfikację. Nie. Ja tu po flet, Roche. Naprawdę. To jest też nasze święto, mój lud też się bawi. Nie mam powodu, by je psuć — ton odpowiedzi brzmiał całkiem niewinnie.

I chyba nawet szczera to niewinność była. Żadnych oznak przygotowań do ataku w końcu Vernon nie widział, pusto było, nic na horyzoncie, na jarmarku faktycznie nieludzi było sporo, podpalenie straty by w elfach przyniosło.

Rozluźnił palce. Iorweth bez słowa wywinął się spod jego dłoni, flecik – a ładny, taki porządniejszy, droższy, zupełnie profesjonalny, nie jakaś strugana fujarka – chwycił, płynnym gestem wyjął zbereźne obrazki spod lady i przywłaszczywszy sobie, chciał odejść.

— A to nie jest dowód uprzedmiotowienia aby? Obrzydliwa ludzka fantazja? — spytał drwiąco kapitan.

Kramarz, zgodnie z przewidywaniami oraz zdrowym rozsądkiem, milczał.

— Jest. Wtedy, jak wy to... wykorzystujecie — wyjaśnił z godnością watażka. — Wtedy to jest opresja i uprzedmiotowienie, i wyzysk symboliczny. Ale jeśli my, to nie, to jest rewindykacja i dekonstrukcja. Zabieramy Dh'oinne dowód przemocy i używamy dla własnej korzyści. Elf marzący o elfce to równowaga sił, więc...

— Elf marzący o człowieku byłby uprzedmiotowieniem? — zainteresował się Roche.

— Tak, ale to by było dobre, bo człowiek jest oprawcą, jest po stronie władzy, więc to też byłaby zemsta, rewindykacja i dekonstrukcja — prychnął terrorysta.

— Czyli cokolwiek robicie wy jest dobre, a cokolwiek robimy my jest złe? — upewnił się kapitan, nawet z pewnym takim ubawieniem.

Iorweth otworzył usta. Zamknął. Otworzył znowu po sekundzie, burcząc „wcale nie, nie rozumiesz oczywiście, zbyt skomplikowany koncept dla Dh'oine" głosem dziwnie podobnym do tego urażonego, zapędzonego w kozi róg dziecka. Albo takiegoż arystokraty.

— Cokolwiek robimy my i jest dobre dla naszej rasy, to jest dobre z naszego punktu widzenia. Z waszego punktu widzenia odwrotnie — rozwiązał w końcu problem wewnętrzny watażka. — O, właśnie. To ja jeszcze te z Foltestem wezmę.

Foltest, niestety, za kolportowanie swojej podobizny w pisemkach erotycznych do wiezienia ładować nie pozwalał. Twierdził, że w sumie te wizerunki mu schlebiają, a miłość ludu do seniora to w ogóle rzecz piękna. Wobec czego Roche musiał zagryźć zęby i nie przyłożyć handlarzowi za znieważenia majestatu. Zamiast tego męczył dalej ideologicznie elfika.

— Aha. Ale w takim razie ten tu zdrajca, skoro sprzedaje ludziom obrazki roznegliżowanych elfek... o, i panów też widzę, macie — dodał, wyciągając głowę i przyglądając się kartkom w ręku watażki. — O, Isengrim, ha, ależ to ludzie mają fetysze... O czym to ja – a, o dupie. W takim razie chłopina robi dobrze, nie?

Terrorysta skinął głową.

— Z waszego punktu widzenia. Z naszego nie. Dlatego ja się na niego oburzyłem, a ty go bronisz.

— Ja go nie bronię — zastrzegł się Roche. — Mnie tam to, że Wiewiórki kradną, naprawdę nie dziwi. No, że pornografię, to może, bo u was z ciupcianiem raczej ciężko, ale że rabujesz nawet biednego chłopa, to akurat całkiem spodziewane. Żal by mi skarbu państwa było, ale szczęściem, jak znam urząd skarbowy, to go i tak z tych obrazków rozliczą, bo przecież nie udowodni, żeś je ukradł, musiałby się przyznać, że ci flet sprzedał, a za to stryczek...

— Jak się już tak w kruczki prawne bawimy — oznajmił dostojnie, już się dystansując od własnych słów jakby, elf — to tutaj jest też moja podobizna. A nie wypłacono mi nigdy honorarium z tytułu praw autorskich czy praw do wizerunku, więc mogę to chyba potraktować jako zajęcie na poczet odszkodowania i należnego mi procenta od zysków...

— A sprytne. — Vernon zakląskał językiem. — Tylko zapomniałeś, że skazani prawomocnym wyrokiem za morderstwa, zbrodnie wojenne, terroryzm i inne paragrafy, z których skazano właśnie ciebie, tracą prawa do ochrony wizerunku i pokrewne. Z wizerunkiem twoim i reszty Wiewiórek można sobie choćby papier do wychodka produkować, nic wam do tego.

— Dobrze. Policzcie mi — skapitulował terrorysta.

— Ja mogę za darmo dać — zapewnił szybko chłop.

— A potem na procesie Roche nie omieszka opowiedzieć, jak to kradłem zbereźne obrazki po jarmarkach — prychnął Iorweth. — Dobrego imienia mnie pozbawi, ze sławy pośmiertnej wyzuje. Nie ma mowy. Zapłacę za tę szowinistyczną ludzką propagandę...

— Jak tak patrzę na wasze urojone wyposażenie — wtrącił Vernon, przyglądając się obrazkom — to to zdecydowanie nie nasza propaganda jest. Właściwie wroga. Dywersja i sabotaż znaczy. Kto to rysuje? — spytał sprzedawcy. — Draniowi się wizyta służb należy, jak nic.

— Bo to fantazje — zachlipał kramarz. — Przecież wszyscy wiedzą, że pornografia nic wspólnego z rzeczywistością nie ma. A kto rysuje nie mam pojęcia, ja tylko dystrybuuję...

— Nazwisko dostawcy.

— A faktycznie — mruknął watażka. — Scoia'tael też mu chętnie wizytę złoży.

— Panowie, zlitujcie się — załkał nieomal chłop. — Czasy ciężkie, ludzie z czegoś żyć muszą, dzieci też pewnie mają, a jak artyści, to kochanki, wiecie panowie, jak kobieta mężczyznę wydrążyć umie...

— Jak chcą żyć, to niech żyją z czegoś innego niż rysowanie mnie spół... w objęciach kejrana. Krabopająki też odpadają — wytknął elf. — Isengrim o te Zerrikanki może się nawet nie obruszy...

— Ale o ckliwe romansidła zaczynające się od Yaevinna w szpitalu ja się obruszam — oznajmił kapitan. — Byłem bowiem niedawno w odwiedzonym przez chuja szpitalu. Trupy z Wyzimy jeszcze nie ostygły. Rozumiem, że ludzie mają fantazje, ale niechże mają też trochę modestii! Grabą sobie radzą, jak potrzebują, w zaciszu domowym, a nie tu publicznie pomoce wytwarzają!

Sprzedawca się skulił.

— Ludzie... i nieludzie też — dodał szybko, zerkając na terrorystę — mają potrzeby. Ja tylko dostarczam, czego publika żąda. Kobiety lubią, wiecie przecież, panowie, takie scenariusze, jak to on, zły i mroczny, i okrutny dla całego świata, na jej widok mięknie i potem dla niej jednej się zmienia, łagodnieje, innych reza, a jej kwiatki przynosi, wszyscy wiemy, że to miraż i blaga, i idiotyzm, że tak w życiu nie ma, ale powyobrażać sobie panienkom miło, ja tylko reaguję na zapotrzebowanie rynku, co ja winny, że babom w głowach fiu-bździu siedzi?

— Tyle winny, że to społecznie szkodliwe jest, a ty kolportujesz — warknął Vernon. — Potem te durne szlachcianki Wiewiórek bronią, dostarczają informacji, jedna kretynka nawet do zamku wpuściła, jak się skończyło, wiadomo, ludzi w pień wyrżnięto, a z nią tak się ten jej kochanek zabawił, że wnętrzności prawie idiotce uszami wypłynęły i jej to mi zupełnie nie szkoda, żołnierzy żałuję.

— Roche oczywiście oczernia — pospieszył z zapewnieniami watażka. — Ale owszem, jak się te pisemka nie skończą, to czyjeś wnętrzności uszami wypłyną.

Mina kramarza wyrażała czystą rozpacz. Iorweth schował kartki za pazuchę i już miał odchodzić, gdy go kapitan powstrzymał.

— A gdzie ty z tym? Ja to rekwiruję. Dowód przestępstwa w końcu.

— Nie ma mowy. Znaczy, możemy się podzielić...

— To ja biorę te z tobą i florą tudzież fauną różnoraką.

— Po moim trupie...

— Chętnie.

— ...może potorturuj sobie chłopa i wydobądź zeznania, to jest równoważne z dowodem rzeczowym w sądzie, a zawsze ci dobrze szło.

Rzeczony chłop musiał się podtrzymać stoiska.

— Nie, bez dowodu rzeczowego sędzia sobie w pełni nie uświadomi... istoty zjawiska — odparł pogodnie Vernon. — Dawaj te obrazki, fiucie, albo ci gardło poderżnę, pal sześć wioskę.

Handlarz wtrącił nieśmiało:

— Ktoś już wcześniej takie kupił. W pakiecie. Wszystkich dowódców Scoia'tael...

— Kiedy ostatnio sprawdzałem, wspólny był językiem urzędowym Temerii — wytknął kapitan.

Sprzedawca się natychmiast poprawił:

— Dowódców Wiewiórek. No, całkiem sporo nawet było takich, co kupowało. Może ich poszukacie, panowie, odkupicie... albo inaczej odbierzecie? — spróbował nieszczęsny kramarz, uznawszy słusznie, że woli stracić klienta niż wioskę.

Panowie zamarli.

— Ktoś to już kupił?

— No ba, ja przecież od samego rańca ruch miałem... Wielu kupowało. Te z panem — mówiąc, ukłonił się lekko Roche'owi — to już nawet wyszły całkiem, bo to nowa seria, próbna jakby, więc miałem mało, nie, że większy popyt na Pasy niż Scoia'tael... Wiewiórki jest... — jął tłumaczyć, zdawszy sobie sprawę z niebezpieczeństwa.

— Zaraz. Ze mną też takie są w obiegu? — spytał powoli kapitan.

Przytaknięto.

— Z florą tudzież fauną? — dopytał elf.

— Nie, bo to elfy się z naturą kojarzą, więc o was to najwięcej... No co ja poradzę, ja wiem, że to stereotypy, ale fantazje na kliszach i stereotypach przeca żerują! Nie, o Pasach to głównie z krasnoludami i elfami, i ludźmi, ale takie... ostrzejsze, dla... dla znawców, no, że co wy tam niby tym złapanym robicie. Nawet takie z oboma panami są — chłop przełknął ślinę. — No, widzicie, panowie, ja wam wszystko mówię, uczciwie, nie ma powodu ciągać nigdzie, urlopu sobie psuć, flecik, zapewniam, pierwsza klasa...

— Jak to: z nami oboma? Że my na nich niby... uprawiamy...? — panowie spytali unisono; no, prawie unisono, unisono na słowo honoru novigradzkim targiem dane.

Sprzedawca skinął głową, burcząc pod nosem niewyraźnie. Roche zrekonstruował to na mniej więcej „niestety, prawa rynku, bardzo dużą popularnością się to cieszy". Jakby popularność miała tutaj cokolwiek ułatwić, polepszyć, lżejszym uczynić.

— I one już, oczywiście, zeszły? — retoryczność zapytania Iorwetha biła na kilometry.

— Ano, zeszły, panowie, wszyściutkie, mogę nawet pozwolić wóz sobie przeszukać...

— Pozwolić, dobre sobie — prychnął Vernon.

— Kupujących pewnie było wielu, z różnych klas i różnych miejscowości? — wtrącił watażka tonem męczeńskim.

Kupiec znów potaknął, jakbyście przy tym byli panie, a kobiety to już w ogóle brały, jak złoto.

— Daj temu spokój. — Elf położył dłoń na ramieniu kapitana, pociągnął do tyłu, od nieszczęsnego chłopa.

Roche uświadomił sobie, że prawie się rzucił tamtego dusić.

— Nie znajdziemy klientów. Za dużo osób się tu dzisiaj przewalało. Nawet nie wiem, czy jest sens artystów szukać, zaraz sobie ci, co kupili, porobią kopie, zaczną sprzedawać... Jak kamień rzucisz, nie powstrzymasz kręgów na wodzie. Samo minąć musi. Ostaw.

Bolesne, ale wiewiórcza swołocz miała rację. Vernon zacisnął zęby. Odetchnął.

— W porządku. W porządku. Kto na tym jarmarku najmocniejsze nalewki sprzedaje? Coś czuję, że będę potrzebował.

— O, zaiste. Ja też — wymamrotał Iorweth.

— Ty nie myślisz, skurwysynie, że ja z tobą pić będę?

— Nie ze mną, a w jednej melinie. Albo pod jednym kramem. Z tobą to nie zamierzam, spróbowałbyś zaraz ze mnie informacje wyciągać.

— O, na takie widowisko to ja mógłbym bilety sprzedawać. Zyskiem bym się z panami podzielił — zaoferował kramarz.

Zaraz, zgromiony spojrzeniami oraz doskakującym mu do gardła dłońmi kapitana (bo przecież kapitan naprawdę nic takiego nie zamierzał zrobić, same mu się rzuciły, no), jął przepraszać, zapewniać, że żartował, to ze stresu, niech się panowie nie urażają.

— Już bardziej urażony to ja nie będę — oświadczył teatralnym tonem watażka. — Ale przynajmniej mam kolejny dowód na podłość waszej rasy. I powód do słusznej pomsty.

— Już cię widzę, jak mordujesz wioski, krzycząc, że to za nieprzyzwoite obrazki. I za siebie z kejranem na tychże obrazkach. Gmin, jak to sobie unaoczni, przynajmniej trochę rozrywki będzie miał przed śmiercią.

Terrorysta się wzdrygnął. Sprzedawca, na skutek szoku reagujący z opóźnieniem, podał im adres przybytku z najlepszym, najmocniejszym alkoholem, takim zaprawianym czarami, ale „nie ślepnie się po nim, zapewniam".

— Dobra. To ja idę. Tobie, elfie, z litości też pozwalam. Napijesz się, wygadasz, lżej się na duszy zrobi...

— O kryjówkach Scoia'tael może jeszcze?

— Cóż, zastanów się, skąd niby artysta mógł mieć tak dokładną wiedzę o twoim wyglądzie? I anatomii? Ktoś w komandach ci świnię podłożył, opowiedział, złośliwa szuja, kto to takim fiutem mógł być... Yaevinn może...

— Namawiasz mnie do zdrady? Z powodu pisemek zbereźnych? Naprawdę?

— Każda okazja dobra. I nie do zdrady, a do słusznej odpłaty, bo przecież ten, kto cię do tych obrazków opisał, to straszliwa swołocz jest.

Szli już w kierunku źródełka najwyższego dobra, alkoholem zwanego.

— Myślisz, że ja się na to złapię? — parsknął elf. — Muszę nadzieje rozwiać.

— O, tak mówisz, póki trzeźwy jesteś. Pożyjemy — zaśmiał się Roche, z humorem nagle lepszym — zobaczymy...


Nim mi ktoś ten crack wypomni: owszem, wiem, Vernuś w grze sprawia wrażenie tak kochającego swoją pracę (aż miło patrzeć), że łapałby Iorwetha nawet na urlopie.


C. narysowała kilka takich kart, okładek, no, materiałów erotycznych a la powyższy crack. Na AO3 pod odpowiednią częścią linki wiszą. Albo można na jej tumblrze, papierowybandyta, poszukać.