Rozdział 10
Pułkownik Misuzu znów otworzyła oczy i wbiła w niego nienawistne spojrzenie. Zanim Chit Sang zrozumiał, co się dzieje, z jej ust buchnął płomień skierowany prosto w jego twarz.
Przymknął powieki, żeby nie widzieć. Jej wściekłości, napędzanego gorączką i izolacją szaleństwa. I prawdziwości jej oskarżeń. Był zdrajcą. Parszywym, przegniłym do szpiku kości zdrajcą. Potrzebował tylko kogoś, kto wreszcie powie to na głos. Lepiej by dla niego było, gdyby białe płomienie strawiły nie tylko jego twarz, ale i całe ciało. Tylko... jeżeli on był zdrajcą, to kim w takim razie był książę Ozai, że go do tego nakłonił? Też zdrajcą czy może najdoskonalszą bronią, jaką posiadał Władca Ognia – sitem, które wyłapywało żołnierzy niegodnych służby?
Zamarł, czekając na śmierć, ale nic się nie wydarzyło. Nieśmiało otworzył oczy, spodziewając się znów zobaczyć rozwścieczoną Misuzu. Zamiast niej, zamiast żelaznych drzwi z zakratowanym okienkiem, miał przed sobą ścianę. Nierówną, chropowatą, ale zadziwiająco mocną. Czuł na twarzy bijące od skały ciepło, więc niewiarygodnie gorący płomień musiał się z nią zderzyć z drugiej strony. Ale naprędce utkana konstrukcja wytrzymała atak. Uratowała mu życie.
Li stał tuż obok. Ręce skrzyżował na piersi i patrzył na niego wyczekująco.
– Czyli jesteś zdrajcą, Chit Sang? – spytał beznamiętnie, kładąc tylko minimalny nacisk na jego prawdziwe imię. A więc usłyszał. Usłyszał wszystko. – Chętnie dowiem się więcej na ten temat.
Chit Sang cofnął się o kilka kroków, a ściana zapadła się z powrotem w podłogę, jakby nigdy jej nie było. Li posłał mu lekki, pogardliwy półuśmiech i podszedł do celi Misuzu.
– Czy dobrze słyszałem? – spytał ją szeptem. Jego monotonny głos brzmiał jakoś dziwnie. Jakby chłopak na siłę próbował brzmieć poważniej. Doroślej. – Gościliśmy tu syna generała Iroh?
Znał pułkownik Misuzu dość dobrze, by wyobrazić sobie, jak zareaguje na to pytanie. Książę Lu Ten zdecydowanie nie był tematem, który należało z nią poruszać. Dałaby się za niego poćwiartować, obedrzeć ze skóry. Gdyby zginął, rzuciłaby się na jego stos pogrzebowy. W jej oddaniu nie było – w każdym razie z tego, co się orientował – niczego romantycznego. Kochała swojego księcia, ale nie mężczyznę, którym był.
Posiadając tę wiedzę, miał pełne prawo oczekiwać wybuchu. Spodziewał się kolejnego strumienia białego ognia – I jak ona w ogóle tkała białe płomienie? Musiały być przeraźliwie gorące! – ale atak nigdy nie nadszedł. Zupełnie, jakby w więzieniu Misuzu straciła cały swój pazur. Li stał niewzruszenie na wprost drzwi jej celi, spokojnie czekając na odpowiedź. Chit Sang bał się znów pokazać kobiecie na oczy, ale wytężył słuch. Ciekaw był, co odpowie. Jeżeli w ogóle.
– Oczywiście, że tu był – zaskrzeczała po kilku sekundach. – Ten zdrajca wydał go waszej armii. Książę wszystko mi powiedział. Bydlak podobno nawet zabrał jego Złoty Płomień!
Chit Sang nerwowo przełknął ślinę. Sięgnął do kieszeni i zacisnął palce na złoconej koronie w kształcie płomienia, którą książę Lu Ten dał mu, by udowodnić swoją tożsamość. Tak naprawdę okazanie tego klejnotu koronnego wystarczyłoby, żeby przekonać Ozaia o śmierci bratanka. Ale Chit Sang nie chciał, nie był jeszcze w stanie, wrócić do domu. Musiał najpierw na własne oczy zobaczyć księcia. Albo to, co z niego zostało. Obawiał się, że jeśli tego nie zrobi, do końca życia nie będzie pewien, jak wielkim okazał się zdrajcą.
Wzmianka o koronie książęcej Narodu Ognia, która dzień w dzień zdawała się parzyć Chit Sanga przez ubranie, nie zrobiła najmniejszego wrażenia na Li.
– I gdzie on teraz jest? – spytał, kiedy opowieść Misuzu urwała się niespodziewanie.
– Gdzie jest? Sam powinieneś wiedzieć najlepiej. Ten kuternoga, który go zabrał, miał takie samo ubranie jak twoje!
Tym razem kobieta zdołała go zaskoczyć. Agent aż zesztywniał pod tą swoją maską beznamiętnego spokoju.
– Musiało się pani przywidzieć – odpowiedział jej i ukłonił się lekko. – To jest więzienie wojskowe. Nie podlega ono jurysdykcji policji kulturalnej i żaden z moich kolegów na pewno nie zabierał stąd więźniów.
No i agent się doigrał. Jego obrzydliwie oficjalne kłamstwo rozseirdzilo Misuzu do tego stopnia, że zaczęła na przemian wrzeszczeć i pluć ogniem, ale nie znalazła już w sobie dość energii, by znów rozgrzać płomienie do białości. Li ukłonił się jeszcze raz jakiemuś cieniowi na ścianie, nie utrzymując kontaktu wzrokowego z uwięzioną, obrócił się na pięcie i odszedł w kierunku tej morderczej klatki schodowej, jakby za jego plecami zupełnie nic się nie działo. Chit Sang posłusznie podążył za nim. Od tego chorobliwie zielonkawego światła robiło mu się niedobrze. Pewnie brakowało mu powietrza.
Szedł za Li, trzymając się go jak cień, nie zwracając uwagi, dokąd idzie. Gdyby chłopak chciał, mógłby go zaprowadzić prosto do jakiejś pustej celi, zamknąć w środku i wyrzucić klucz. Nawet by się nie buntował. Dopiero spotkanie z Misuzu uświadomiło mu, co zrobił, żeby przypodobać się młodszemu synowi Władcy Ognia.
Co go podkusiło, żeby wykonywać polecenia księcia Ozaia?
Na powierzchni nie było już śladu ani po powozie, ani po chudzielcu z armii. Niebo całkiem zniknęło za zasłoną ciężkich chmur, a jedynym widocznym źródłem światła była majacząca w oddali strażnica. Chit Sang ledwo mógł dostrzec zarys domku, na którego dachu wcześniej siedzieli, i białą wstęgę brukowanej drogi prowadzącej przez pola do miasta. Uniósł głowę i spojrzał w atramentową czerń nieba. Na nos spadła mu ciężka kropla deszczu.
– Chodźmy na stację. – Li wyrósł przy jego boku tak nagle, że Chit Sang aż się wzdrygnął. Prawie już zdążył zapomnieć o jego obecności. – Zaraz zacznie lać. Lepiej mieć wtedy dach nad głową.
Skinął głową. Chłopak miał rację – nie było sensu jeszcze do tego wszystkiego moknąć.
Nie wiedział, co dokładnie go obudziło – szum deszczu za oknem czy tępy ból, który niemal rozsadzał mu czaszkę. Jae przetarł zmęczone oczy i powoli, bardzo powoli opuścił stopy na zimną podłogę. Po omacku znalazł porzucone pod łóżkiem kapcie, narzucił sobie kołdrę na plecy i na chwiejnych nogach poczłapał w kierunku drzwi.
Ok każdego wieczora zamykała wszystkie okiennice w mieszkaniu, więc w kuchni było ciemno jak w grobie, ale bał się szukać krzemieni. Zresztą i tak dokładnie wiedział, gdzie co stoi. W końcu prawie nigdy nie ruszał się z domu. Wyminął stół, przy którym coraz rzadziej jedli z Ok wspólne posiłki, i podszedł do stojącej w rogu wysokiej szafki. Starał się otwierać drzwiczki powoli, ale jak na złość zawiasy lekko zaskrzypiały. Wzdrygnął się i zastygł w bezruchu, nasłuchując, ale Ok najwyraźniej wciąż spała twardo, bo nie przybiegła mu na ratunek. Wcześniejsza afera w parku musiała ją naprawdę zmęczyć.
Jego siostra była kochana, ale czasem naprawdę przesadzała z tą wieczną histerią.
Zdjął z pułki gliniany kubek i, wciąż błądząc na oślep, sięgnął po dzbanek z wodą. Nagły impuls bólu wkłuł się w mózg Jae jak długa igła i na chwilę aż go zamroczyło. Oba naczynia wypadły mu z rąk i z hukiem rozbiły się na podłodze. Woda z dzbanka doszczętnie przemoczyła mu kapcie, ale prawie tego nie zauważył. Był zbyt zajęty kurczowym trzymaniem się krawędzi kuchennego blatu.
Drżał z zimna. Miał wrażenie, że zewsząd, z każdego rogu kuchni, dobiegają go dziwne odgłosy. Jakieś szmery, piski, jakby w mieszkaniu zalęgły się szczury. Nagle kuchnia rozbłysła mdłym światłem oliwnej lampki i Jae zacisnął powieki, starając się ochronić oczy.
Poczuł na ramieniu czyjąś silną, kościstą dłoń. Ok. Obudził ją całym tym zamieszaniem.
– Co się stało? – Przez to dudnienie w głowie prawie jej nie słyszał. – Co ci jest, Jae?
– Głowa mnie boli – wysapał, bezskutecznie próbując przekrzyczeć chrobotanie szczurów, których nie było. – Nie przejmuj się.
Spróbował się wyprostować, ale nie do końca mu się to udało. Z pomocą Ok usiadł przy stole. Wciąż walcząc z szumem w uszach, zaczął obserwować, jak siostra zbiera z podłogi kawałki gliny.
– Jesteś pewien, że nic ci nie jest? – Zerknęła na niego kątem oka. – Blado wyglądasz. Bardziej blado niż zwykle, znaczy się. Na pewno nie skaleczyłeś się w nogę?
Spojrzał w dół, na swoje chude kostki i przemoczone kapcie. Nie zauważył nawet jednej kropli krwi.
– Jestem pewien – odpowiedział. – Chwilę posiedzę i będzie w porządku.
Ok burknęła coś pod nosem, ale nie protestowała. Jae mógł tylko mieć nadzieję, że jej nie okłamał.
– Hej... Myślisz, że ta dziewczyna z parku mogłaby wpaść jakoś niedługo? – spytał po chwili, starając się brzmieć nonszalancko. – Może ona coś pomoże?
Ok nie odezwała się. Kilka razy spróbowała utkać stłuczony kubek do kupy, ale nieregularne kawałki wciąż na nowo się rozpadały. W końcu poddała się i z kwaśną miną wyrzuciła skorupy do śmieci.
– Nie rób sobie zbyt dużych nadziei, Jae – mruknęła. – Wcale nie jest pewne, że ona będzie umiała ci pomóc. Ale pogadam z nią, jak ją spotkam. Umówię się. Może być przyszły tydzień?
– Pewnie. Dzięki, siostrzyczko. – Szczury trochę się uspokoiły. Jae odetchnął z ulgą. – Wiesz, w sumie to był dobry dzień.
Ok prychnęła pogardliwie i przysiadła na wolnym krześle. Na podłodze nie było już nawet śladu po jego wypadku.
– A co w nim niby było takiego dobrego, głąbie?
– Spędziliśmy go razem – zauważył.
Jego siostra roześmiała się niepewnie.
– Tak, faktycznie – przyznała, kręcąc głową. – Dawno tego nie robiliśmy, co? Wiesz, może naprawdę powinniśmy więcej wychodzić.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Jae czekał niecierpliwie, aż dziwne odgłosy, które słyszał, się uspokoją. Kiedy w końcu ustąpiły miejsca błogiej ciszy, rozsiadł się wygodniej na krześle, owinął się kołdrą i odetchnął głęboko.
– Zagrałbym w go* – oznajmił.
– Teraz? Jest środek nocy, Jae!
Wzruszył ramionami.
– No i co z tego? – zapytał.
Ok znów się roześmiała, tym razem znacznie radośniej, wstała i poszła po planszę do gry.
Ulewa rozszalała się na dobre i świat poza zadaszoną stacją zniknął za siną zasłoną deszczu. To, co wcześniej było tylko chłodnym powiewem znad morza, przerodziło się w iście lodowaty wiatr. Chit Sang usiadł na ławce w głębi peronu, podkulił nogi i objął kolana ramionami. Miał nadzieję, że zwinięty w ciasną kulkę da radę zatrzymać w sobie więcej ciepła. Li przycupnął obok niego, opuszczając kapelusz niżej na oczy, jakby szykował się do drzemki.
– Więc jesteś zdrajcą? – zapytał jakby od niechcenia, w ogóle nie patrząc na Chit Sanga.
Zżerającą agenta ciekawość było widać jak na dłoni.
– To trochę bardziej skomplikowane – odpowiedział. – Kiedy robiłem to, co zrobiłem, wydawało mi się, że tak trzeba.
– A co dokładnie zrobiłeś?
Zastanowił się chwilę, wrócił w myślach do tego dnia, kiedy książę Ozai przekazał mu jego specjalne zadanie. Chit Sang miał dopilnować, by młody książę Lu Ten nie wrócił do domu. By stał się ofiarą tej niekończącej się wojny. Ofiarą, która miała pchnąć Naród Ognia ku świetności.
– Mój brat jest słaby – tłumaczył mu wtedy książę Ozai, wlepiając w niego intensywne spojrzenie pustynnego sokoła – leniwy i sentymentalny. Marnuje swój geniusz militarny, grając w Pai Sho i uwodząc damy dworu mojej żony. Nie takiego Władcy Ognia potrzebuje Naród. Iroh musi się nauczyć, jak dźwigać na swoich barkach brzemię władzy!
Chit Sang przytaknął wtedy swojemu księciu. Zgodził się, że książę-generał Iroh musi zostać zahartowany jak każde inne wojenne narzędzie i że nic tak nie hartuje człowieka jak prawdziwe cierpienie. Nie znał się zupełnie na dworskich intrygach i żaden potomek Azulona niczym nie różnił się w jego oczach od pozostałych. Słowa Ozaia wydawały się mieć sens, a rozkaz był, przynajmniej w teorii, dziecinnie prosty. Lu Ten pozostawał dla niego jedynie jednym z wielu oficerów bez twarzy i historii. Bez zastanowienia zgodził się sprzedać jednego księcia, by zadowolić drugiego. Nawet przez myśl mu nie przeszło, by nazywać to zdradą.
Nie powiedział tego wszystkiego Li. Wróg czy nie wróg, nie miał zamiaru obarczać chłopaka swoimi problemami. Zresztą pewnie i tak by tego wszystkiego nie zrozumiał. Mieszkańcy Królestwa Ziemi nie mieli dość rozwiniętej kultury, by pojąć tak zawiłą politycznie sytuację, Chit Sang ułożył więc skróconą i ocenzurowaną wersję swojej historii.
– Wydałem w ręce wrogiej armii człowieka, który jest trzeci w kolejce do tronu Narodu Ognia – podsumował krótko. – A teraz chcę być absolutnie pewien, że on już nigdy nie zobaczy ojczyzny, bo inaczej będzie ze mną bardzo, bardzo źle.
Li poruszył się niespokojnie na ławce. Chit Sang nie spojrzał na niego. Wciąż było mu przeraźliwie zimno i nie miał najmniejszego zamiaru się ruszać.
– Czyli jesteś zdrajcą. – W głosie agenta wybrzmiał zupełnie nowy ton, nuta, której rozszyfrowania Chit Sang nawet nie próbował się podjąć. – Dla kogo w takim razie pracujesz?
Agent chyba miał nadzieję, że odpowiedzią będzie „dla Królestwa Ziemi". Chit Sang uśmiechnął się paskudnie. Żałował, że w ciemności chłopak nie może zobaczyć jego twarzy.
– Dla Narodu Ognia, przyjacielu. Zawsze dla Narodu Ognia.
Co to by mogło oznaczać w praktyce, sam jeszcze do końca nie wiedział. Miał nadzieję, że wszystko stanie się jasne, gdy już wróci do ojczyzny. Może znajdzie dla siebie jakieś spokojne zajęcie i zapomni o wszystkim, w co wpakował się w Ba Sing Se. O miesiącach bezowocnego oblężenia. O infiltracji miasta. I o wszystkim, czego nie chciał wiedzieć, na temat trzymających miasto w ryzach Dai Li.
Deszcz trochę osłabł, z ulewy przeszedł w lekką mżawkę. Li wstał i otrzepał przód szaty z jakichś niewidzialnych pyłków.
– Wiem tylko o jednym jeńcu, którego przetrzymują Dai Li – powiedział. – Wątpię, żeby to był ten twój książę, ale postaram się go do ciebie przyprowadzić. Gdzie cię znajdę?
– Tutaj. Za cztery dni w południe. – Chit Sang też podniósł się z ławki. Nie miał zamiaru zostawać na tym ziąbie ani chwili dłużej. Wolał już iść do miasta na piechotę niż nocować na stacji. – Do tego czasu nie próbuj mnie szukać. I tak mnie nie znajdziesz.
Miał nadzieję, że wywarł na młodym Dai Li odpowiednie wrażenie. Zwłaszcza, że w swoich własnych uszach brzmiał dość niemrawo.
Li skinął głową i ruszył przed siebie, raźnie wkraczając w wilgoć na zewnątrz. Ruszył na wschód, w stronę wielkiego jeziora leżącego pośród pól, nie oglądając się na Chit Sanga ani razu.
Godzinę przed świtem w gabinecie Guotina rozległo się pukanie do drzwi. Odgłos wybudził dowódcę Dai Li z głębokiego snu. Mężczyzna zerwał się z pryczy, niedbale narzucił na siebie szatę z poprzedniego dnia i pospiesznie utkał ścianę, która oddzieliła jego gabinet od sypialni. Wciąż do końca nie oprzytomniał i był odrobinę zdezorientowany. Jego agenci nigdy nie przychodzili tak wcześnie. Z reguły czekali, aż na horyzoncie pojawi się choćby smuga słonecznego światła.
Pukanie się powtórzyło, głośniejsze i bardziej energiczne. Guotin usiadł za biurkiem i odchrząknął, żeby pozbyć się nieznośnego ucisku w gardle. Zanotował w pamięci, żeby odwiedzić znachorkę. Znowu zaniedbał swoje leczenie, a nie miał zamiaru doprowadzić się do stanu wyjściowego, kiedy to prawie wcale nie mógł mówić.
– Wejść! – zawołał chrapliwie.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie i w progu ukazał się jeden z jego ulubionych chłopców z Sekcji Trzeciej. Jego wysoka, smukła sylwetka zdawała się górować nad całym gabinetem.
– Dobry wieczór, szefie – przywitał się z lekkim ukłonem. Teatralnym, bo też i Guotin znalazł go w teatrze. – Mam nadzieję, że nie obudziłem.
Dowódca Dai Li niecierpliwie machnął ręką. Wciąż był niewyspany, nie miał czasu na zbędne konwenanse.
– Nowiny? – burknął tylko.
– Generał How przyjął późnym wieczorem dość osobliwego gościa, panie Guotin. – Agent podszedł bliżej, płynnie i bezgłośnie jak cień, i złożył na stole ciasno zrolowany raport. Spod długiego rękawa szaty błysnęła jasna, gładka skóra jego dłoni. – Nasz własny agent Liang, Sekcja Druga, pytał go dzisiaj o to, w której części murów osadzeni są jeńcy z Narodu Ognia.
Guotin mimowolnie pochylił się do przodu. Co też ten jego głupiutki siostrzeniec znowu wymyślił? Wyraźnie nakazał mu zrobić sobie wolne i zostawić w spokoju sprawę tamtego maga ognia. I w ogóle wszystkie sprawy, które mógłby mieć.
– A How? – spytał, siląc się na obojętność.
Twarz agenta nawet nie drgnęła. Tylko jego oczy zdawały się uśmiechać bezczelnie do Guotina.
– Nic mu nie powiedział, oczywiście. Wyrzucił go z gabinetu.
Agent zamilkł, czekając na kolejne pytanie. Wybitnie podobało mu się trzymanie dowódcy w napięciu. Guotin pozwalał mu zachowywać się, jakby wciąż występował na scenie, chociaż pewnie nie powinien. Ale jak dotąd mężczyzna ani razu go nie zawiódł, więc tolerował jego... ekscentryzm.
– I?
– I proszę sobie wyobrazić, że agent Liang znalazł to więzienie niejako na własną rękę. Towarzyszył mu w tym jakiś osiłek.
Osiłek. Jaki znowu osiłek? O ile Guotin się orientował, jego siostrzeniec z nikim takim nie utrzymywał kontaktów... Chociaż z drugiej strony ostatnio Liang prawie w ogóle z nim nie rozmawiał. Nie miał serca, by kazać śledzić swojego siostrzeńca, ale zaczął się zastanawiać, czy aby nie powinien tego zrobić.
Agent poruszył się niecierpliwie. Guotin gestem wskazał, żeby mówił dalej.
– Czy mam go śledzić, szefie? – spytał.
– Nie przeszkadzaj mu. Ale gdyby znów pojawił się w pobliżu generalicji...
– Natychmiast pana poinformuję.
Guotin posłał agentowi lekki uśmiech. Akurat tyle, żeby mężczyzna poczuł, że jego praca jest doceniana.
– Dziękuję – odpowiedział. – Możesz odejść, Min Su.
Adiutant generała Howa skłonił się nisko i opuścił gabinet, a Guotin chciwie rozwinął jego skrupulatny raport pełen ściśle tajnych ploteczek.
Tak, Min Su nie bez powodu był jego ulubionym agentem.
*go – gra planszowa pochodząca z Chin. Gracze układają na planszy na przemian czarne i białe kamienie w taki sposób, by swoim kolorem otoczyć grupę kamieni w kolorze przeciwnika.
