Tradycyjne podziękowania dla Czytelników. Cieszą mnie Wasze wizyty. W tym rozdziale Lavender powie rodzinie o swej ciąży, zaś Ron zechce zaimponować rodzinie narzeczonej. Hermiona pozna kto jest a kto nie jest jej przyjacielem.
Jeśli chodzi o linię czasową w tym rozdziale mamy rok 1999, lato/wczesną jesień. Wedle książek Voldemort został pokonany w 2 maja 1998 w czasie bitwy o Hogwart, czego nie zmieniam. Czyli Bal z pierwszego rozdziału miał miejsce w grudniu 1998, bo cóż załóżmy, że magiczna odbudowa zamku zajęła wakacje, zaś Uczta Zwycięstwa miała miejsce w maju 1999. Hermiona pracuje w biurze Scrimgeoura od maja/czerwca 1999, zaś Elaine zna go znacznie dłużej niż koniec roku 1998 (potem wyjaśnię skąd ta wiecznie rumieniąca się szara mysz go zna).
Toraach: Elaine jest kobietą pełną sprzeczności, co słusznie zauważyłeś. Jest profesjonalistką w pracy, ale bardzo nieśmiałą i zakompleksioną gdy przychodzi do kwestii urody. Dodatkowo ma mętne pojęcie o związkach a wdała się w romans w pracy z kimś kto jest technicznie jej przełożonym. I w głębi serca nie uważa się za dość dobrą dla osoby na stanowisku Rufusa.
Galatea to pragmatyczka więc oczywiście Harrego by zaakceptowała, chociaż wolałaby Draco, Cormaca czy Zabiniego. Co do Elaine przeprowadziła dedukcję. Wiedziała, że skoro wnuczka nosi wartą kilkaset galeonów biżuterię (miała baba oko) musi mieć zamożnego przyjaciela. A ponieważ Elaine całe dnie siedziała w pracy nie miała kiedy poznać kogoś spoza Ministerstwa. A że lista kawalerów na stanowiskach była krótka, to zgadywała i oczywiście była zachwycona, że starsza wnuczka sypia z kimś sensownym. Dopisałam też scenę rozmowy Rona z rodziną Lavender.
Ostrzeżenia: delikatne sceny erotyczne, jednak dalekie od tego co się znajduje w kategorii "M". Ja naprawdę wolę subtelność ponad dokładność, wszak od czego wyobraźnia?
Hermiona, po dłuższych staraniach, znalazła sobie pokłady gryfońskiej odwagi. Dzięki Lucjuszowi odkrywała nową siebie, ale przecież nie bez powodu była kim była w szkole. Postanowiła wyznać prawdę Ginny, nawet jeśli młodsza z dziewcząt nie zrozumie. Przyjaciele nie powinni się nawzajem okłamywać, a ona przecież nic nie powiedziała o Lucjuszu. A on był mężczyzną jej życia i nic tego nie zmieni.
- Ginny – zagaiła pewnego wieczora – chcę z tobą porozmawiać.
- Jasne, nie ma sprawy – rudowłosa sprawiała wrażenie zadowolonej – czy masz coś konkretnego na myśli? Wyglądasz strasznie poważnie, mam nadzieję, że jesteś w stanie w pracy znieść tę ropuchę?
- Umbridge, ona szczeka ale nie gryzie, chyba że na polecenie. Scrimgeour trzyma ją na krótkiej smyczy i zarzuca papierkową robotą by się nie nudziła.
- Czyli jednak jest bardziej kompetentny od Knota. Ale o czym chciałaś rozmawiać? Bo patrząc po twojej minie raczej nie o pracy.
- Nie – zaczęła – chodzi o Rona, znaczy niezupełnie o Rona ale temat o niego zahacza.
- Zrozumiałaś, że jesteście dla siebie stworzeni? – zapytała młodsza z kobiet z nadzieją w głosie.
Hermiona głośno przełknęła ślinę. Tego właśnie się obawiała i przed tym drżała. Reakcja przyjaciółki potwierdzała najgorsze możliwe scenariusze, ale nie mogła już zrobić kroku w tył. Nie zamierzała uciekać tylko dlatego, że spotkała trudność. Jeśli będzie musiała odejść z Grimmauld Place 12.. zarabia dość by wynająć mieszkanie choćby na Pokątnej. A Lucjusz na pewno nie wyrzuci jej z domu w potrzebie.
- Nie jesteśmy Ginny – zaczęła powoli – nigdy nie będziemy pasować. Nie kocham Rona a nasz pocałunek w trakcie bitwy był błędem wynikającym z emocji. Poza tym, poza tym jestem z kimś innym. Pasujemy do siebie i bardzo go kocham.
Rudowłosa czarodziejka lekko zbladła, a jej oczy ciskały błyskawice. Nie sprawiała wrażenia zadowolonej, a reakcja wskazywała na wszystko ale nie akceptację. Jeszcze nie krzyczała, ale najwyraźniej była tego bliska. Opanowała jednak złość i zadała pytanie, usiłując zachować spokój. Hermiona jednak nie miała wątpliwości, że zaraz dojdzie do nieszczęścia.
- Kto to jest? Znam go? Jak się nazywa?
- Malfoy – zaczęła ostrożnie brunetka – to..
- Oszalałaś – wrzasnęła Ginny z właściwą dla Weasleyów bezpośredniością – Malfoy? Po tym jak cię traktował w szkole? Jakbyś nie zauważyła on chodzi i wszędzie obściskuje tę krowę Parkinson!
- Pansy nie jest taka najgorsza – zaczęła ostrożnie Hermiona – poza tym ja wcale nie mówiłam o Draco. Kocham Lucjusza i chciałabym żebyś..
- Mam to zaakceptować? – Ginny już nawet nie próbowała ukryć wściekłości – porzuciłaś mojego brata dla śmierciożercy? Ach tak, zapomniałam on ma pełne złota skrytki w Gringottcie. Ile ci zapłacił?
Hermiona poczuła łzy pod powiekami. Jeśli wcześniej źle czuła się z pragnieniem Lucjusza by na razie nie ogłaszać ich związku, teraz poczęła w pełni podzielać jego obawy. Ostrzegał ją przed negatywną reakcją otoczenia, ale młoda kobieta liczyła przynajmniej na zrozumienie u najbliższych przyjaciół. Oczekiwała za dużo, co naraz do niej dotarło. Nie rozumiała tylko dlaczego została tak źle oceniona. Przecież nigdy, przenigdy nie szydziła z nikogo z powodu biedy!
- Kocham go, mam w dupie jego skrytki. Kocham go bo jest mądry, dobry, wspaniały, inteligentny i opiekuńczy. A Draco dojrzał i przeprosił za swoje zachowanie.
- A Ron nie jest?
- A żebyś wiedziała. Robił mi bez przerwy afery chociaż nie byliśmy ze sobą. Lucjusza interesuje czy się dobrze czuję, dba o mnie i kocha.
- To ojciec fretki! Ron – krzyczała Ginny
- Ron ma problem z alkoholem i sława uderzyła mu do głowy. Chcę ocalić naszą przyjaźń, ale …
- Poleciałaś na kasę!
Miała dość. Naraz dostrzegła w Ginny ten sam ośli upór, który tak ją złościł u Rona. Młodsza dziewczyna nawet nie próbowała słuchać, głucha na wszystko oprócz swoich racji. Naraz zrozumiała dlaczego Percy wolał pracować całymi dniami i okazjonalnie spotykać rodzinę. Pewnie wiecznie słuchał kłótni, zaś w pracy nikt mu nie suszył głowy. Wręcz przeciwnie, Scrimgeour traktował go w serdeczny sposób i nawet awansował na osobistego asystenta. Wiedziała, że często rozmawiali o wielu bynajmniej nie zawodowych sprawach i zrozumiała, że poza czysto zawodowymi stosunkami szef-podwładny po prostu się lubią.
- Nie! – przerwała – kocham Lucjusza a ty jesteś dość tępa by tego nie zrozumieć!
- Nie mów tak do mnie Granger. Wynoś się z mojego domu! – wrzasnęła Ginny.
- To dom Harrego – przerwała Hermiona – i tylko on może mnie stąd wyrzucić.
Trzask. Uderzenie dłoni o policzki przerwało potok słów. Hermiona uderzyła byłą już przyjaciółkę. Nie zamierzała nikomu pozwolić tak o sobie mówić. Nie panowała nad swoimi emocjami, tak jak nie panowała w czasie kiedy uderzyła Draco w trzeciej klasie. Brunetka rzadko traciła nad sobą panowanie, ale jeśli już do tego dochodziło, potrafiła zrobić to spektakularnie a wręcz epicko. Jej lewy sierpowy budził powszechny szacunek, nie tylko wśród przyjaciół.
- Dość – krzyk Harrego przerwał kłótnię – Ginny, nie możesz stąd wyrzucić Hermiony. Moja przyjaciółka ma prawo tutaj mieszkać jak długo chce. Hermiono, proszę nie bij mojej narzeczonej.
- Przepraszam – wybąkała Hermiona.
- Ona zdradza Rona z ojcem fretki!
- Nikt nikogo nie zdradza. Pozwólmy naszym najbliższym wybierać!
- Wiedziałeś – wrzasnęła Ginny- i nic mi nie powiedziałeś. Popierasz to?
- Hermiona to przyjaciółka i zamierzam ją wspierać. Nie obchodzi mnie czy będzie z Ronem, Lucjuszem czy Krumem, byle była szczęśliwa. Ona zawsze okazywała mi lojalność i zamierzam odpłacić tym samym.
- Ale to Malfoy – powtarzała Ginny.
- Dba o Hermionę i skopię mu jego szacowny tyłek jeśli coś jej zrobi.
Czy dziwne, że po tym wszystkim panna Granger chciała po prostu odejść daleko? Kochała Harrego jak brata i za nic w świecie nie chciała zniszczyć jego życia i związku z Ginny. Rudowłosa była jego przeznaczeniem i miłością, nie miała wątpliwości że łączy ich coś wyjątkowego. Za nic w świecie nie kazała by mu wybierać między nimi. Nikomu nie wolno kazać dokonywać podobnych wyborów. To ona, szkolna przyjaciółka powinna odejść i zamieszkać sama. Albo u Lucjusza, co powinno nawet się udać.
Wybiegła z domy ignorując wołania Harrego. Nie chciała mu rozwalić związku z Ginny. Kochał rudowłosą ze wzajemnością a ona, Hermiona nie chce być wężem w rajskim ogrodzie. Odejdzie bo ma dokąd i nie będzie przeszkadzać. Jej przyjaźń z młodszą dziewczyną oraz wszelkie więzi z Wealeyami zostały właśnie zerwane. Przez łzy rzuciła zaklęcie teleportacji i wylądowała przed drzwiami wejściowymi wspaniałego dworu. Nie wiedziała czemu jako pierwsza o tym pomyślała. Czy słuchała instynktu czy miłości?
Nieśmiało zapukała. Lucjusz powiedział by przychodziła o dowolnej porze dnia i nocy, ale dopiero teraz stanęła przed drzwiami Malfoy Manor kompletnie zapłakana. Nie mogła już nie więcej słuchać. Obelgi Ginny i błagania Harrego raniły. Nie, nie ma ochoty przebywać dłużej w domu Blackółw.
- Pan prosi do salonu – usłyszała głos skrzata
Wciąż nie do końca poznała jego posiadłość. Wielkość i bogactwo domu ją przytłaczało, ale tamtego dnia nie myślała już o podobnych problemach. Szła szerokim, słabo oświetlonym korytarzem przeklinając prostactwo Ginny.
- Hermiona? - głos Draco przywrócił ją do rzeczywistości – co się stało? Płaczesz?
- Lu.. , twój ojciec, muszę się z nim zobaczyć.
- Wróci późno, słuchaj mogę pomóc? Chcesz się czegoś napić?
- Tak, chyba potrzebuję. Nie wiem co zrobić – westchnęła.
- Ale – zaczął blondyn – może zacznij od początku? Dlaczego stoisz tutaj zapłakana? Problemy w pracy?
- W domu – wyjaśniła – powiedziałam Ginny o tym, o mnie i Lucjuszu i nie przyjęła tego dobrze.
- Szlag – jęknął blondyn najwyraźniej przerażony widokiem roztrzęsionej kobiety – Mimi, przyprowadź Pansy! - rozkazał skrzatce domowej.
Posadził Hermionę w wygodnym fotelu i wcisnął w dłoń szklankę whisky. Ojciec tak zawsze robił kiedy odczuwał złość, a czuł, że Gryfonka za chwilę wybuchnie. Przeczesał krótkie blond włosy najwyraźniej zagubiony. Najwyraźniej próbował coś powiedzieć, ale żadne dźwięki nie opuszczały jego gardła. Zaciskał nerwowo dłonie czekając na Pansy, albo ojca. Chyba wolał żeby próbowała go pobić niż wypłakiwała oczy, ze złą dziewczyną wiedział co zrobić.
Wszyscy wiedzieli, że ich szkolne stosunki były fatalne. Hermiona szlochała w fotelu w salonie Malfoyów, zaś obok niej stał kompletnie bezradny dawny wróg. Wypił duszkiem szklankę whisky jakby w alkoholu szukając oświecenia i wskazówki co zrobić z zapłakaną kobietą. Oczywiście nie znalazł niczego poza zawrotami głowy.
- Draco? Co jest? - zapytała Pansy wyraźnie niezadowolona – Mimi wyciągnęła mnie z wanny i .. – krzyczała po czym zobaczywszy rówieśniczkę zapanowała nad głosem – Hermiona, co się stało?
- Kłótnia z Weasleyetką – wyjaśnił Draco – nie wiem jak pocieszać kobiety, pomóż Pans – powiedział błagalnie.
- Dobrze Smoku – zachichotała – przynieś nam lody, kawę i winko, no ruchy. Aha i Hermiona potrzebuje wygodnej koszuli nocnej i szlafroka.
- Co wy planujecie? - zapytał podejrzliwie chłopak.
- Babski wieczór – wyjaśniła Pansy – będziemy rozmawiać o sukniach i mężczyznach.
- Dobra, zrozumiałem, że mam znikać.
Ciemnowłosa objęła płacząca Gryfonkę. Zabrała jej z dłoni kieliszek i zmusiła by usiadła. Hermiona instynktownie odwzajemniła uścisk, zła, że wcześniej nie szukała pomocy u swych nowych przyjaciół. Pansy, ta Pansy której nienawidziła w szkole, delikatnie przeczesywała jej włosy i coś szeptała uspokajającym tonem.
Hermiona nawet nie wiedziała kiedy zapanowała nad szlochem. Bliskość drugiej osoby koiła nerwy. Ginny była jej jedyną przyjaciółką przez ostatnie lata, chyba jedyną jaką miała w szkole. Od samego początku przebywała głównie z Harrym i Ronem, niewielką uwagę poświęcając z innym. Na ósmym roku nawiązała bliższą znajomość z Lavender i Parvati, ale nie zostały nigdy przyjaciółkami, na to było za późno, ale oczywiście łączyło je silne koleżeństwo. To Ginny powiedziała o zaproszeniu od Wiktora Kruma i planach pójścia na Przyjęcie u Slughorna z McLaggenem. Wówczas nie usłyszała żadnego złego słowa, bowiem rudowłosa była zbyt zajęta psioczeniem na Lavender.
- Ona, nie wiedziałam co robić – mówiła Hermiona.
- Dać jej w pysk – odparła Pansy – niech zgadnę, powiedziała, że lecisz na kasę itd.?
- Mniej więcej. I uderzyłam ją, po tym jak nazwała mnie szlamą i zasugerowała coś okropnego.
- Ja bym ją przeklęła, potrzebujesz lodów i dużo wina.
Hermiona protestowała, ale Pansy praktycznie wlała w nią wino. Szum alkoholu nieco rozluźnił spiętą dziewczynę i powiedziała o przebiegu kłótni z Ginny. Lody faktycznie pomagały, zaś ciemnowłosa regularnie dolewała do kieliszka. Ślizgonka niewątpliwie wiedziała jak dbać o gościa i miała zadatki na wspaniałą gospodynię. Taka winna być pani Malfoy, co powiedziała na głos. Szczerze chciała powiedzieć coś miłego dziewczynie, która pocieszała ją jak mogła chociaż nie były przyjaciółkami. W szkole odnosiły się do siebie wrogo, zaś ostatnia Wojna zrobiła z nich sojuszniczki.
- Pansy, jesteś naprawdę wspaniała, dziękuję – wybąkała Hermiona czując zawroty głowy.
- Nie ma za co, wkrótce zostaniemy rodziną. Podsłuchałam rozmowę Draco z ojcem i powiedzieli, że czekają aż skończymy dwadzieścia lat.
- Wspaniale, mieszkasz tutaj?
- Tak – skinęła głową Pansy – ty też powinnaś. Potter… Harry to twój przyjaciel, ale Weasleyetka – zaczęła.
- To była przyjaciółka. Nie wracam na Grimmauld Place.
- O to zamieszkamy w czwórkę wspaniale!
Dzięki lodom i winu Hermiona odzyskała część spokoju. Przysnęła na fotelu, zaś Pansy transmutowała narzutkę w koc. Teraz kto inny winien otoczyć opieką zbiegłą Gryfonkę, a panna Parkinson wiedziała, że wykonała swoje zadanie.
Miała mocną głowę, a raczej praktykę w przebywaniu na przyjęciach od dziecka, toteż odczuwała jedynie lekkie zawroty głowy. Nie po raz pierwszy piła butelkę wina na spółkę z inną dziewczyną, z tym, że zwykle jej towarzyszki nie padały tak szybko. Grzeczna i ułożona Daphne Greengrass potrafiła przebić prawie wszystkich. Po przyjęciu miała jeszcze siłę prowadzić do domu swego narzeczonego, Notta.
- Jest jakiś powód dla którego nie mogę wejść do salonu? - szare oczy Lucjusza uważnie lustrowały Pansy
- Tato – zaczęła dziewczyna – wejdź ale po cichu, tam jest Hermiona i śpi.
- Dlaczego śpi w salonie?
- Przyszła tutaj załamana po kłótni z Weasleyetką i Draco poprosił bym pomogła ją uspokoić. Lody i wino pomogły, ale ona śpi.
- Mądra dziewczynka – pochwalił ją Lucjusz – ale niczego innego nie oczekuję od mojej córki. Idź do Draco, zapewne aż go skręca z niecierpliwości.
- Dziękuję.
Lucjusz już dawno zaakceptował Pansy jako narzeczoną i przyszłą synową. Kazał mówić do siebie „tato" a sam nazywał „córką" tak w zaciszu domowym jak i towarzystwie. Kiedy ktoś nadgorliwie nazwał Pansy panią Malfoy, zamiast panną Parkinson uśmiechał się z aprobatą. Zobaczył jak dziewczyna biegnie do swej sypialni i zmrużył oczy. Wpadł mu do głowy pewien pomysł.
Zawołał Mimi i przeniósł Hermionę do swej sypialni. Osobiście przebrał w koszulę nocną, czując wyraźne pulsowanie w pewnej strategicznej części ciała. Doceniał oczywiście starania Pansy w celu uspokojenia dziewczyny, ale osobiście wolał by jego młoda kochanka zachowała przytomność. Mocno ją objął i zasnął z twarzą wtuloną w brązowe włosy.
Hermionę obudził pulsujący ból głowy oraz intensywny zapach. Wiedziała, że nie przebywa w swojej sypialni, ale nie była w stanie myśleć. Czuła obecność drugiej osoby, ciepły oddech na karku, oraz znajome dłonie dotykające piersi. Uśmiechnęła się i pocałowała przystojnego czarodzieja o platynowych włosach.
- Podoba mi się pobudka – Lucjusz zamruczał niczym zadowolony kot – a ja wiem co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem.
- Na pewno wiesz - zachichotała kładąc się na plecach.
Wykorzystali swój czas do śniadania. Nie tracili ani sekundy na zbędne słowa i gesty. Prawie zdarł z niej koszulę nocną kiedy jego dłoń bezskutecznie próbowała dostać się do strategicznym miejsc. Cienki jedwab był doprawdy nieznośny! Masował ją i dotykał w jaki sposób, że prawie podskoczyła pod sufit. A jednak przerywał kiedy docierała na sam szczyt by zmieniać strategię. Poprzysięgła sobie podręczyć go w podobny sposób. On zaczyna całować jej dłonie, kiedy ona ledwie wie na jakim świecie żyje!
Był znakomitym kochankiem. Sposób w jaki całował piersi, wewnętrzną stronę ud i parę innych miejsc uznawała za nieprzyzwoicie pociągający. „To jest tak cudowne, że powinny tego zakazać! Na Merlina"- krzyczała nawet nie myśląc o zaklęciach ciszy. Kilka razy próbowała dotykać go w podobny sposób, ale brak doświadczenia uniemożliwiał przerwanie w krytycznym momencie. Zamierzała jednak trenować. Kiedy jednak wszedł z nią z impetem, zapomniała o wszystkim.
- Mogliby używać zaklęć ciszy! - Draco krzywił się z przyzwyczajenia – to nieprzyzwoite!
- Daj spokój my robimy równie nieprzyzwoite rzeczy – zauważyła Pansy – mam ci przypomnieć co potrafisz zrobić z językiem?
- Rodowe umiejętności – blondyn wypiął dumnie pierś – wiesz skoro ojciec może tak z Granger bez skrępowania, to co powiesz na stół w salonie?
- Chętnie, ale najpierw ja usiądziesz na krześle a ja odpowiednio przywitam twojego braciszka – zażądała – a to Hermiona, powinieneś mówić jej po imieniu!
- Ale to nasza Granger, nazywa się Granger i dla mnie będzie Granger chyba że zmieni nazwisko na Malfoy. Przywykłem by tak o niej myśleć! - tłumaczył się – chodźmy poszukać odpowiedniego krzesła. Normalnie ojciec by się wściekł za spóźnienie na śniadanie, ale chyba nie zejdzie z Granger w najbliższym czasie.
- Albo ona z niego – zauważyła Pansy.
- Nigdy ci nie brakowało wyobraźni – zachichotał – nie żebym narzekał.
Tamtego dnia śniadanie faktycznie się nieco opóźniło. Kiedy jednak cała czwórka zadowolona i zaspokojona w końcu dotarła do jadalni, spędzili całkiem miło czas. Hermiona zdecydowanie zapomniała o Ginny, zwłaszcza kiedy Lucjusz zaproponował przedpołudnie w bibliotece. Nic bardziej nie mogło ucieszyć panny Granger niż czytanie książek u boku ukochanego. Draco postanowił iść na spacer z Pansy, niekoniecznie w niewinnych celach.
xxxxxx
Elaine obudziła się dość wcześnie. Wypite wino dawno wyleciało z głowy, zresztą wypiła ledwie dwie lampki na przyjęciu u Higgsa, Bertiego. A taka ilość nie szkodziła nawet jej. Skronie pulsowały niebezpiecznie nie z powodu alkoholu, ale samej myśli o wrzaskach jakie niewątpliwie usłyszy. Babka Galatea i ciotka Lukrecja dostaną szału, delikatnie mówiąc.
- Szlag, Lav-Lav musiałaś? - jęknęła nie zdając sobie sprawę, że mówi na głos – ze wszystkich facetów na świecie musiałaś wybrać durnego kumpla Pottera? Jak na niego wołali? Wiewiór? Babcia gotowa go wykastrować, a to oznacza cała masę papierkowej roboty!
- Jeśli ta dobra kobieta zrobi podobną przysługę społeczeństwu, Bertie na pewno znajdzie sposób by ją uniewinnić. Tylko niech nie używa Niewybaczalnych!
- Przepraszam, nie chciałam cię budzić – wybąkała - naprawdę przepraszam – powtórzyła całując go w policzek – muszę zapobiec mordowi w rodzinie, ale wynagrodzę ci to – obiecała – naprawdę – zapewniła składając na jego ustach bynajmniej nie niewinny pocałunek.
- Czy ty mnie usiłujesz właśnie przekupić? - zapytał najwyraźniej ubawiony – a jeśli tak to dwie uwagi. Po pierwsze podobna próba jest nielegalna, po drugie, hmmm powinnaś nieco poćwiczyć. Na szczęście – kontynuował tym samym tonem udawanej powagi – mamy nieco czasu przed śniadaniem, na lekcję oraz karę. Bardzo surową karę.
Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć przycisnął swoje usta do jej ust. Nie protestowała, nigdy nie protestowała i w pełni dostosowywała się do jego pragnień, w tym aspekcie słuchając babki. Zachowała spokój, kiedy podciągnął wysoko, nieprzyzwoicie wysoko jej koszulę nocną. Wyczuwała jego pośpiech, zapewne spowodowany niezadowoleniem z jej planów na niedzielę. Nawet nie próbował udawać subtelności, jakby licząc, że ów wybuch namiętności uziemi ją, albo przynajmniej zniechęci do wyjścia.
O tak, nie robił nigdy przykrych uwag jeśli chciała iść na babską imprezę z Doris i koleżankami z biura. Wysłał ją nawet na zakupy i wcisnął do ręki swoją kartę kredytową. Słowem nie skomentował rachunku, ani tego że spędziła pół soboty w łóżku w swoim mieszkaniu odsypiając zabawę. Przysłał Zwinkę z herbatą i eliksirem antykacowym. Ale kiedy powiedziała o miłości swej kuzynki do Weasleya oraz o jej planach ratowania Lavender.. no cóż, wspomnieć, że nie lubił Zakonu Feniksa to nawet nie dotknąć problemu.
- Wrócę szybko – obiecała kiedy skończyli śniadanie.
Teleportowała się do swojego mieszkania. Tutaj właśnie miała przyjść za godzinę kuzynka, przed uroczym spotkaniem z rodziną. Elaine szybko zrobiła zakupy w najbliższym sklepie spożywczym, na wypadek jakby Lavender czegoś potrzebowała. Poza tym przecież lokum powinno sprawiać wrażenie zamieszkanego, czyż nie? Spacerowała nerwowo po mieszkaniu, mając nadzieję, że tym razem kuzynka raczy przyjść punktualnie.
Ubrała się w elegancką, prostą sukienkę. Długo myślała nad odpowiednim strojem, wiedząc jak wiele zależy od reakcji babki. Może ułatwić sprawę, albo wręcz przeciwnie, ale jeśli starsza pani postanowi nie wyklinać Lavender za głupotę dziewczyna jakoś przez to przejdzie. Nie bez powodu od dziecka wbijała im do głowy zasady wychowania i zwyczaje rodzin czystej krwi. Młode, ładne i dobrze ułożone czarownice mogły poprawić sytuację swoją i swych najbliższych.
Ich rodzina nie należała do ścisłego grona najważniejszych rodów czystej krwi, szczycili się jednak dobrą tradycją. Należeli do czarodziejskiego świata od paru pokoleń i przykładali wielką wagę do wykształcenia oraz zachowania zwyczajów magicznej populacji. Pracowali w większości dla Ministerstwa, Gringotta lub św. Munga, mogąc z czystym sumieniem określić się rodzajem klasy średniej. Podobnie jak spora część populacji obserwowali i usiłowali naśladować elitę, patrząc z góry na rodziny jak Weasleyowie. Należeć od Uświęconej Dwudziestki Ósemki i mieć więcej dzieci niż pozwalały finanse stanowiło coś niesłychanego.
Nie musiała dodawać, że pozostali członkowie rodziny nie będą równie wspaniałomyślni. Chwyciła dłoń kuzynki i wypowiedziała formułę zaklęcia teleportacji. To nie będzie przyjemna niedziela. Wręcz przeciwnie czeka ją koszmarny dzień. Najpierw wysłucha wrzasków a potem wróci, żeby zostać uraczona przemową urażonego kochanka. Czym sobie na to zasłużyła?
- Elaine – babka przywitała ją radośnie – wyglądasz kwitnąco, ale czy nie masz innych planów, niczego ważniejszego niż rodzinne, drugie śniadanie?
- Ależ co może być ważniejszego? – wtrąciła zdumiona Lavender
- Elaine wie, Lavender – druga wnuczka została przywitana daleko mniej radośnie – miło cię widzieć, wejdźcie dziewczęta.
Nieśmiałe pukanie do drzwi wyrwało Elaine z zamyślenia. Zerknęła na zegarek i aż krzyknęła z zaskoczenia. Lavender przybyła parę minut przed czasem, co było tak niepokojące co wspaniałe. Ona nigdy, przenigdy nie przychodziła wcześniej.
- Gotowa? - zapytała starsza z kobiet.
- Nie, ale chyba nie mam wyjścia – jęknęła młodsza – dzięki, że jesteś przy mnie.
- Jak zareagowali Weasleyowie?
- Są zachwyceni, że zostaną dziadkami a Ron obiecał mnie poślubić.
- To bardzo dojrzałe – zauważyła Elaine.
- Wiem, że go nie lubisz i uważasz za prostaka, pijaka i bawidamka. Ale on chce zostać ojcem.
- Nie ja jedna tak uważam a wiesz sama co o nim piszą w gazetach. Rita Skeeter to hiena, ale Ronald Weasley nie jest niewiniątkiem.
- Czyli go skazałaś i oceniłaś!
- Nie oczekuj ode mnie że go polubię. Chcę twego szczęścia i jeśli to oznacza tolerowanie tego prostaka będą wobec niego uprzejma i zachowam dla siebie swoje komentarze. Jak trzeba wbiję wzrok w podłogę i nie odezwę się ani słowem.
O tym, że babka od dawna traktowała obie dziewczęta odmiennie wiedzieli wszyscy. To starsza Elaine była tą dobrą, która jak przystało na dobrą córkę rodziny, podjęła pracę w Ministerstwie i to całkiem niezłą jak na początek. Lavender z kolei, cóż wolała pracować nad makijażem i ubraniami. Chociaż zyskała popularność jako wizażystka i modystka, nie uchodziło to w rodzinie za właściwą karierę. No i kochała Rona Weasleya, a to już było niewybaczalne. A odkąd babka odgadła skąd starsza z dziewcząt ma biżuterię wartą kilkaset galeonów młodsza dziewczyna miała jeszcze ciężej.
- Muszę coś powiedzieć – zaczęła nieśmiało Lavender.
- Babciu może usiądziemy do herbaty?- zaproponowała Elaine.
Starsza pani chciała coś powiedzieć, ale zamilkła. Wyczuwała kłopoty i złe wieści i w normalnych warunkach pewnie by bez ceregieli zmyła głowę niepokornej wnuczce. Ale skoro druga, bardziej zaradna prosiła o spokój powinni usiąść. Galatea Cattermole słuchała zawsze albo ludzi w odpowiednim wieku, albo zdolnych i obiecujących. Elaine należała do owej drugiej kategorii, zaś droga biżuteria potwierdzała jak dobrze potrafiła wykorzystać siłę młodości oraz dobrego wychowania.
- Bardzo chętnie, chodźcie dołączcie do naszego grona.
W niewielkim, jasnym salonie już czekali rodzice Lavender. Powitali swą córkę uśmiechem, dyplomatycznie nie wspominając jak dalece woleliby aby pracowała w Ministerstwie lub św. Mungu, nie zaś jako pomoc w sklepie Madame Malkin. To co nadchodziło było dość trudne i bez regularnych przepychanek.
- Muszę wam coś powiedzieć – powiedziała Lavender zbierając w głosie całą swą odwagę. Nie puszczała dłonie swej kuzynki, jakby w obawie czy nie zemdleje.
- Czy coś ci się stało? – zapytała troskliwie Lukrecja Brown – wyglądasz blado.
- Nie mamo, nic złego..- wybąkała dziewczyna – chociaż nie wiem jak zareagujecie.
- W czym rzecz? – zapytał rzeczowo ojciec
- Wujku, to jest trudne, daj jej powiedzieć – wtrąciła Elaine - Lav-Lav powiedz im, albo ja powiem, to twoi rodzice!
- Co takiego wiesz, czego my nie wiemy? – zapytała podejrzliwie Lukrecja, najwyraźniej ogarnięta najgorszymi przeczuciami.
- Jajestemwciąży- wykrzyczała przestraszona dziewczyna jednym tchem.
- Możesz mówić wolniej? – tym razem pani Brown usiłowała zabrzmieć spokojnie – dlaczego jesteś taka przerażona?
- Jestem w ciąży – wyszeptała i wtuliła w swoją kuzynkę.
- Kto? Kto jest ojcem? – zapytała babka
- Ronald Weasley – wyjaśniła Elaine po chwili milczenia
- Szlag, szlag! Od kiedy wiesz? – Lukrecja zaatakowała swą bratanicę.
- Lav powiedziała mi wczoraj ciociu – wyjaśniła dyplomatycznie.
Zapadła chwila okropnej ciszy. Lavender nie miała odwagi nawet spojrzeć na krewnych. Wściekłość w głosie matki wróżyła możliwie najgorzej. Elaine wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z babką, która zaklęła siarczyście pod nosem. Galatea Cattermole rzadko traciła nad sobą panowanie, a jeśli do tego doszło było naprawdę źle.
Jak wyjaśniła niefrasobliwa kuzynka niedługo miał przyjść Ron i zostać oficjalnie przedstawiony rodzinie. Z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego, bowiem atmosferę w domu babki można było kroić nożem. Elaine oczywiście chciała uciec najdalej, ale sumienie nakazywało by została.
- A ty nie masz nic ważniejszego do zrobienia moja panno? – zapytała Galatea.
- Co takiego ma robić Eli-Li? – zapytała zdumiona Lukrecja – jest niedziela!
- Już ona wie co – burknęła babcia – nie przeklnę twojej bezmyślnej kuzynki jeśli tego się boisz Elaine. Musimy pomyśleć co dalej.
- Jak to co? Lav urodzi dziecko i odda do adopcji – zadecydował pan Brown.
- Nie oddam mojego dziecka ! – zaprotestowała dziewczyna.
- Nie masz pracy ani męża, nie możesz stawiać warunków – zauważyła babka
- Ron się ze mną ożeni, obiecał! – broniła się Lavender.
- Ale my nie wyrażamy zgody –krzyknęli chórem państwo Brown – a bez tego małżeństwo nie będzie w pełni ważne, nigdy nie pobłogosławimy związku z tym prostakiem i pijakiem. Gazety piszą o nim raz po raz!
Elaine pomasowała skronie. Awantura już nie wisiała w powietrzu, ale wybuchła niczym eksplozja. Babka rzucała jej pełne wyrzutu spojrzenia, czego na szczęście nie dostrzegli pozostali zbyt zajęci wyliczaniem artykułów Rity Skeeter na temat Weasleya. Trójka dorosłych wrzeszczała na siebie, usiłując nawzajem obwinić za zaistniałą sytuację.
Poprzedniego dnia wysłuchiwała sprzeczki swego ukochanego, Bertiego oraz Tyberiusza McLaggena na temat ostatniego meczu Harpii. Alternatywę stanowiła relacja żony i dwóch córek tego pierwszego z wyprawy na zakupy do Paryża oraz porównanie sklepów w części mugolskiej i czarodziejskiej. Nie wiedziała co było gorsze, zwłaszcza, że kobiety najwyraźniej chciały ją zaciągnąć na parudniowe buszowanie po sklepach.
- No naprawdę nie bądź taką sknerą Rufusie – powtarzała słodko Domicella Higgs – puść swoją uroczą czarodziejkę na zakupy i daj jej nieco poszaleć, nie pożałujesz.
- Elaine ma moją kartę z Gringotta w torebce, jeśli o co ci chodzi moja droga.
- Nic nie mówiła! Zaraz z nią pogadam, koniecznie musi jechać z nami do Paryża.
Faktycznie nosiła w torebce jego kartę z Gringotta, której nawiasem mówiąc nie jeszcze użyła. Był to szalenie wygodny sposób dla czarodziei, którzy musieli płacić za różne rzeczy w mugolskim świecie a nie chcieli nosić dużych sum pieniędzy. Elaine wiedziała, że danie czegoś podobnego to dowód wielkiego zaufania, podobnie jak dostęp do prywatnych sal w restauracjach. Poprzedniego wieczoru słuchała pisków pani Higgs, teraz zaś musiała uczestniczyć w rodzinnej awanturze bo jej kuzynka.. przetarła ponownie skronie.
- Ale jeśli on chce się żenić to chyba dobrze – wtrąciła Elaine.
- Nie ma mowy, nie wyjdziesz za tego pajaca, a jeśli wyjdziesz to masz nie pojawiać się z nim w progu naszego domu, bo ubiję! – zagroziła Lukrecja.
- Ależ ciociu za morderstwo można iść do Azkabanu – zauważyła przytomnie Elaine.
- Słusznie, zatem go wykastruję by więcej nie skrzywdził żadnej kobiety – nie dawała za wygraną zdenerwowana czarownica.
- Kocham go i nikt mnie do niczego nie zmuszał! – protestowała Lavender.
- Na pewno, ale małżeństwo to poważna sprawa – zaczęła Elaine – czy jesteś pewna że go kochasz i chcesz z nim być?
- Tak, wiem czego chcę.
- Damy sobie radę – wtrąciła babka po czym odciągnąwszy Elaine na stronę kontynuowała – wracaj Sama-Wiesz-Do-Kogo, Lavender to jest młoda i bezmyślna ale nie skrzywdzę mojej krwi.
Nieco uspokojona wyszła. Mogła wracać, skoro nabrała pewności, że nikt nikomu nie urwie głowy ni nie wyrządzi fizycznej krzywdy. Zdecydowanie wolała spędzić uroczą i ciepłą niedzielę w ogrodzie, nie zaś w słuchając rodzinnej awantury. Nie potępiała Lavender, nie mogła. Ale kiedy usłyszała z jaką pewnością kuzynka mówiła o swej przyszłości z ojcem swego dziecka.. odczuwała zazdrość. Obietnica, nawet mglista i złudna na lepszą przyszłość, jest lepsza niż brak czegokolwiek.
Elaine nie doczekała do wizyty Rona w domu swej babki. Być może dobrze, że nie usłyszała żenującej awantury. Oczywiście poszło źle, nie źle ale po prostu fatalnie co by mógł przewidzieć każdy średnio bystry człowiek.
Ron naprawdę chciał dobrze wypaść i dlatego nawet założył szatę czarodziejów. Ojciec zmusił go by się ubrał w coś, co pasowało na uroczystą okazję. Wyglądał nieźle i pewnie by wywarł nienajgorsze wrażenie, gdyby za dużo nie mówił.
- Ronald Bilius Weasley- głos Galatei Cattermole niósł w sobie ciepło lodowca.
- Tak – odparł chłopak.
- I jesteś ojcem dziecka mojej wnuczki? Zamierzasz ją poślubić? – pytała dalej.
- Oczywiście, tak należy postąpić – powiedział odruchowo, dzięki czemu starsza kobieta spojrzała na niego przyjaźniej.
- Masz pracę? – zapytała Lukrecja – jak zamierzasz utrzymać moją córkę?
- Nie mam – odparł – nie znalazłem niczego odpowiedniego, niczego gdzie by zaoferowali mi godziwą wypłatę. Nie jestem byle absolwentem Hogwartu, mam znajomości. Znam Harrego Pottera i mam status wojennego bohatera! Nie szturchaj mnie kobieto – warknął na usiłującą go powstrzymać Lavender.
Lukrecja wymieniły z matką zirytowane spojrzenia. Naprawdę próbowały być uprzejme, chociaż nie znosiły wybranka Lavender. Pytanie o pracę oraz pomysł na utrzymanie żony to zwyczajna, rodzinna troska. Przecież mężczyzna dość dorosły by płodzić dzieci, winien pomyśleć o ich utrzymaniu.
Ron, najwyraźniej urażony pytaniami, począł w szybkim tempie pożerać podane jako poczęstunek ciasteczka. To tylko pogorszyło i tak złą atmosferę, bowiem Galatea Cattermole zwracała wielką uwagę na maniery przy stole. Może gdyby Ron nie chwalił się nieustannie swoimi przygodami i znajomościami nie wywołałby takiej irytacji.
- Czyli nie zamierzasz szukać pracy i jesteś na utrzymaniu rodziców – podsumowała sprawę Lukrecja.
- Mam czas, teraz jestem młody i nie chcę tracić życia na przerzucanie papierków czy ważenie mikstur. Coś się znajdzie i załatwi, zawsze załatwi. Harry mi pomoże a inni Zakonu też – podkreślał z dumą – tak człowiek ma znajomości nie musi zasuwać.
Nic dziwnego, że atmosfera ze złej przeszła w okropną. W oczach rodziny Lavender Ron pokazał się jako bezczelny i zarozumiały. Jego okropne maniery przy stole tylko pogarszały sprawę. Matka i babka młodej kobiety patrzyły z niesmakiem na mężczyznę, który jadł a jednocześnie zachwalała swoje rzekomo szerokie znajomości. Lavender próbowała go hamować, on jedna nie zwracał na nikogo uwagi. Był przecież wojennym bohaterem i znanym człowiekiem, zaś jako taki nie musiał kłopotać głowy podobnymi szczegółami.
- Nie wychodź za niego Lavender – zawyrokowała babka – nigdy nie uznamy małżeństwa z tym prostakiem. Wróć do domu rodziców.
- To moja narzeczona i nie potrzebuję niczyjego zezwolenia na ślub z nią. Mam prawo poślubić każdą kobietę jakiej zapragnie i nikomu nic do tego. Lavender jest moja i żadne gderanie tego nie zmieni.
- Bezczelny chłopaku – syknęła Galatea Cattermole – wydaje ci się, że sława trwa wiecznie. Harry Potter pokonał Czarnego Pana, nie ty. To Dumbledore opracował plan, pomógł Zakon a ty przypadkiem znalazłeś się w kluczowym miejscu i czasie. Aż dziw, że możesz przejść przed drzwi skoro ego aż cię rozpiera. Mogłeś sobie wlatywać do szkoły latającym samochodem i ignorować zasady, ale my nie jesteśmy Dumbledorem i nie zamierzamy wybaczać zarozumialstwa. A jak chcesz zostać zaproszonym do mojego domu, naucz się zachowywać przy stole.
Oczywiście doszło do kłótni. Ron zamiast grzecznie poprosić o rękę Lavender, zaczął krzyczeć. Rodzice dziewczyny z kolei nalegali by go zostawiła, ona jednak nie chciała słuchać. Uwierzyła na ów jeden, o jeden za dużo, moment że naprawdę jestem niezrozumianym i niedocenionym. I że ponoć jest wyśmiewany z powodu finansowej sytuacji rodziny.
Od Autorki: Nie bijcie za zachowanie Ginny, w następnych rozdziałach wyjaśnię czemu postąpiła tak a nie inaczej. Ron dla odmiany próbował zaimponować znajomościami, zamiast ubliżać ludziom, ale jeszcze wiele numerów przed nimi.
