Mosiężne drzwi Malfoy Manor tym razem otworzył Nochal, kłaniając się nisko i wyraźnie unikając jej wzroku. Najwyraźniej spotkanie w kuchni zapadło mu w pamięć i dalej peszyło.
- Pan czeka na wschodnim balkonie, panienko. Czy wskazać drogę?
- Tak, proszę - odpowiedziała zaskoczona.
Nie wiedziała, że Lucjusz ma balkon specjalnie przystosowany do oglądania wschodu, ale biorąc pod uwagę, jak wielka była jego posiadłość - nie powinno jej to dziwić. Ruszyła za skrzatem, ciekawie rozglądając się na boki. Po pokonaniu jakiegoś miliona schodów dotarli do odpowiedniego pokoju, a Hermiona starała się nie dyszeć i miała nadzieję, że nie wonieje od niej alkoholem. Wyjście na balkon bajkowo zapraszało do skorzystania z niego; delikatny wietrzyk łopotał śnieżnobiałą firaną, łaskocząc ją po twarzy.
Oczywiście. Nawet firanki były jedwabne.
Lucjusz stał do niej tyłem. Miał na sobie tylko lekką, srebrną szatę, która unosiła się przy każdym powiewie i ukazywała owłosioną łydkę. Najwyraźniej taka była arystokratyczna wersja szlafroku. Mimo że nie był jeszcze kompletnie ubrany, jego włosy były jak zawsze nienagannie proste i uczesane.
- Dzień dobry Lucjuszu - powiedziała cicho, nagle speszona. Nie pasowała do tej idealnej, filmowej scenerii; nie „wczorajsza", zmęczona i taka… zwyczajna.
Jak można się było spodziewać, odwrócił się powoli, niczym książę z bajki ukazany po raz pierwszy na scenie. Zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów i zmarszczył czoło.
- Witaj, Hermiono. Wyglądasz na zmęczoną. Coś się stało?
- Nie, nic - odpowiedziała pospiesznie, uśmiechając się z zakłopotaniem. Usiadła szybko przy stole, na którym leżało już przygotowane śniadanie - Po prostu mnie zaskoczyłeś swoją propozycją.
Lucjusz podszedł do niej powoli i musnął jej policzek ustami, łaskocząc ją w szyję włosami.
- Dziwnie pachniesz. Nie tak, jak zwykle - powiedział z lekką podejrzliwością w głosie, po czym usiadł obok niej i wbił w nią wzrok - Gdzie byłaś wczoraj?
- Na zakupach z Pansy i Ginny. Przepraszam, że wydałam twoje pieniądze, mam odłożone rachunki i oddam ci wszystko co do knuta, nikt nie chciał przyjąć ode mnie żadnej kwoty, nawet nie mogłam zapłacić za głupiego loda - powiedziała pospiesznie, gubiąc się w wodospadzie słów - Za trzy dni będę mieć wypłatę i natychmiast zlecę…
- Hermiono.
Skuliła się pod jego spojrzeniem pełnym dezaprobaty.
- Nie pytam o zakupy. Wydawaj z moich pieniędzy ile zechcesz, mam ich aż nadto, sam z resztą zasugerowałem takie wyjście goblinom odpowiedzialnym za moją skrytkę. Czemu jesteś zmęczona i dziwnie pachniesz?
- Przestań mnie przesłuchiwać - burknęła. - Nie chcę, żebyś za mnie płacił, mam pracę i zarabiam.
Lucjusz zacisnął pięści, a jego oczy zaczęły ciskać gromy. Zignorował uwagę o pieniądzach.
- Wstydzisz się - skwitował zimno - Zapewne odwiedziłyście jakiś nędzny przybytek, jak czarodziejki klub. O której wróciłyście? Z kim tańczyłaś? Ktoś cię dotykał?
- Lucjuszu! - spojrzała na niego ze zdziwieniem - Na Merlina, skąd takie przypuszczenia? Opanuj się proszę. Po pierwsze, wcale nie muszę ci się spowiadać - burknęła, ale zaraz westchnęła cicho, dając za wygraną - Byłyśmy wieczorem na jodze, a potem poszłyśmy do mnie do domu i trochę wypiłyśmy. Straciłyśmy poczucie czasu, nie piję zbyt często i przesadziłam z alkoholem. Gdybym wiedziała, że czeka mnie śniadanie z tobą, na pewno bym tak nie postąpiła, więc nie masz prawa być na mnie zły.
Skupił na niej wzrok, mrużąc podejrzliwie oczy.
- Zatem nie byłyście w żadnym klubie.
- Nie.
- To dobrze. Podać ci herbatę?
Trochę zbita z tropu nagłą zmianą tematu, podziękowała i chwyciła filiżankę w obie dłonie. Lucjusz widząc to poprawił jej dłonie, aby trzymała filiżankę prawidłowo. Zirytowało ją to.
- To tylko śniadanie, nie mogę trzymać herbaty jak chcę?
- Przepraszam - wyglądał na zaskoczonego - Po prostu robiłaś to źle.
Westchnęła cicho. Rzeczywiście, nie było to z jego strony wyrachowanie, tylko odruch.
- Przepraszam, że niszczę ci poranek - powiedziała cicho - Dziękuję za piękny list i wybacz, że nie jestem idealna.
Po raz pierwszy odkąd przybyła, uśmiechnął się lekko.
- Nie szkodzi. Nie byliśmy umówieni. Jakbyśmy byli, twoje zachowanie byłoby niewybaczalne - rzucił surowo - Zrelaksuj się proszę. Zjedzmy razem. Chcę, żebyś poczuła się tu bardziej jak u siebie.
Śniadanie minęło w niezręcznej ciszy; Hermiona nie jadła wiele, ale po kilku francuskich tostach poczuła się o niebo lepiej. Gdy Nochal zebrał talerze, postanowiła rozluźnić atmosferę.
- Często tu jadasz? Ta część domu chyba nie jest zbyt blisko twojej sypialni.
- Ten balkon znajduje się tuż obok mojej sypialni - odpowiedział, unosząc brwi - Jedne z drzwi do mojej sypialni znajdują się w tym saloniku.
- Naprawdę? - Hermiona wstała, podeszła do wspomnianych drzwi i otworzywszy je, zorientowała się, że Lucjusz ma rację. Spłonęła rumieńcem. - Przepraszam. Twój dom jest duży, trochę się gubię.
- Przyzwyczaisz się.
Wstał i podszedł do niej. Zatrzymał się niebezpiecznie blisko, tak, że musiała zadrzeć głowę wysoko, żeby spojrzeć mu w oczy. Uświadomiła sobie z paniką, że jego głowa znajduje się coraz niżej i zaraz ją pocałuje.
- Nie! - pisnęła i odskoczyła szybko, lądując pod ścianą. Lucjusz zamarł z wyrazem konsternacji na twarzy. Wyprostował się i natychmiast przywdział beznamiętną maskę.
- Nie rozumiem, panno Granger. Coś się stało?
- Nie, przepraszam, to…. - odchrząknęła - Nie miałam dzisiaj okazji porządnie umyć zębów. Nie chcę, żebyś po taki pocałunku raz na zawsze stracił ochotę na całowanie mnie.
Zapadła cisza. Ciężka, namacalna cisza. Drgnęła, gdy zupełnie bez ostrzeżenia wybuchnął śmiechem. Nigdy nie widziała go w takim stanie; z kącików oczu pociekły mu łzy i ledwo łapał oddech.
- Hermiono, jesteś przezabawna - wydyszał - Nie martw się, nic nie zniechęci mnie do całowania ciebie.
- Naprawdę? - spytała, nerwowo skubiąc brzeg bluzki.
- Oczywiście - powiedział z wyższością, po czym podszedł i zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie. - Dlatego nie uciekaj, gdy chcę cię całować. Zwykłem spełniać swoje zachcianki i nie lubię, gdy ktoś mi to uniemożliwia.
Jej protest utonął jego ustach. Przewróciła oczami w duchu - ah, to męskie ego.
- Masz jakieś plany na dzisiaj? - spytała, gdy uwolnił jej usta.
Spłonęła rumieńcem, gdy spojrzał na nią z lubieżnym uśmiechem i oczami wskazał drzwi do sypialni. - Jakieś inne plany - użyła nacisku na słowie „inne".
- Cóż, przyznam ,że liczyłem na coś…
- Lucjuszu. Jestem, jak to się mówi, wczorajsza, poza tym dopiero zaczęliśmy być razem. Postaraj się o mnie trochę, na Merlina!
Widać było, że go zaskoczyła. Natychmiast ją puścił, chwycił jej dłoń i kurtuazyjnie pocałował.
- Dobrze, panno Granger. Nie będę już taki poufały, dopóki mi na to nie pozwolisz.
Sama nie wiedziała, czy czuje ulgę, czy zawód. Z jednej strony jakaś dzika, nieokiełznana strona jej chciała, żeby porwał ją do sypialni; ale ta silniejsza, racjonalna, podpowiadała jej, że dobrze robi.
- Nie chcę się spieszyć - wytłumaczyła się niepotrzebnie.
- W takim razie nie mam żadnych planów. Czy jest coś, co chciałabyś robić?
Zamyśliła się. Dawno nie była już w odwiedzinach u Harry'ego i Dracona.
- Chyba mam pomysł - uśmiechnęła się diabolicznie, a Lucjusz lekko pobladł.
- Czemu mam wrażenie, że mi się to nie spodoba? - syknął.
- Nie marudź, pokaż, gdzie masz garderobę. Wybiorę ci coś do ubrania.
- Ty mi wybierzesz? - zadrwił, ale bez złośliwości - Moje poczucie smaku jest nienaganne. - stwierdził z wyższością.
- Owszem, ja - uparła się - Ponieważ dopiero na miejscu dowiesz się, gdzie cię zabieram.
- Cóż, skoro nalegasz… W takim razie zapraszam - z rezygnacją wskazał jej dłonią drzwi do garderoby, które natychmiast otworzyła.
I poczuła zazdrość. Nigdy nie miała tylu ubrań, co on.
- Tutaj jest sekcja oficjalna - wskazał część po prawej - Tutaj codzienna, tu ubrania do pracy, tutaj wizytowa, dalej jest wieczorowa, nieoficjalna. W tamtej części jest bielizna.
Lekko zagubiona ruszyła w stronę części nieoficjalnej i zaczęła grzebać w starannie rozwieszonych szatach.
- Czyli nie wybieramy się nigdzie, gdzie można spotkać ludzi - stwierdził, widząc jej wybór.
- Wprost przeciwnie. Ale nie martw się, nie narażę cię na śmieszność. - Wyciągnęła dość prostą jak na jego styl szatę, w kolorze lodowatego błękitu. Lamówka była matowo granatowa , a w szacie nie było nic połyskliwego; idealna.
- Tę - podała mu ze słodkim uśmiechem.
Podejrzliwie spojrzał na szatę, na nią, na szatę i przymknął oczy.
- Chyba będę tego żałować. - zapadła krótka cisza - Chcesz mi pomóc z ubraniu się, panno Granger? - zapytał, powoli rozpinając szlafrok.
- Może innym razem - mruknęła, chociaż jej zdradliwe oczy dość bezczelnie kierowały ją coraz niżej, wraz z każdym rozpiętym guzikiem. - To ja, echem, może - odchrząknęła - Poczekam na zewnątrz.
Zamknęła za sobą drzwi, ale zdawało jej się, że słyszy cichy śmiech.
*NNN*
Podczas gdy Lucjusz się przebierał, wysłała szybkiego Patronusa do Harry'ego z wiadomością, że wpadną do nich na kawę. Nie dostała odpowiedzi, ale była pewna, że przyjaciel otrzymał wiadomość. Miała nadzieję, że nie sprawia mu zbyt dużego kłopotu, ale skoro miała się umawiać z Lucjuszem na poważnie, powinna wprowadzić go powoli w grono swoich znajomych. Harry powinien być najłatwiejszy do zniesienia na początek, z racji tego, że Lucjusz zawsze ma wsparcie w postaci swojego syna u jego boku i w razie niezręcznej ciszy zawsze ma z kim porozmawiać.
- Jak wyglądam?
Drgnęła, słysząc cichy głos za sobą. Nie usłyszała otwierających się drzwi do garderoby. Odwróciła się i zarumieniła lekko; szata nie była strojna, ale bynajmniej nie umniejszało to jego urody. Błękit uwydatnił srebrny blond jego włosów i wyglądał po prostu zniewalająco. Nawet w pozornie prostej szacie prezentował się niczym grecki bóg.
- Odpowiednio - odpowiedziała cicho, starając się panować nad rumieńcem. Półuśmiech, jaki jej posłał wyraźnie znaczył, że nie wyszło jej to zbyt dobrze.
- Czy na pewno jestem dobrze ubrany na nasze… Wyjście?
Okręcił się wokół własnej osi, prezentując się w pełnej krasie. Było to zaskakująco frywolne z jego strony i zbiło nieco Hermionę z tropu.
- Eee….
- Panno Granger, wolałbym, aby wyrażała pani swoje zdanie za pomocą całych słów, nie samogłosek - zbeształ ją lekko.
- Zaskoczyłeś mnie - fuknęła - Poza tym, mówiłam, ze wyglądasz odpowiednio. Powtarzam, nie naraziłabym cię na śmieszność. Przecież będę widziana w twoim towarzystwie, nie chciałabym, abyś wyglądał przy mnie źle - zakończyła niewinnie, posyłając mu zwycięski uśmieszek.
Pochylił lekko głowę, jakby chciał powiedzieć „Wygrałaś to starcie" i podszedł bliżej. Odruchowo chciała odskoczyć - sama nie wiedziała, skąd w niej te paniczne odruchy - ale zmusiła się do stania nieruchomo. Mężczyzna chwycił ją za dłoń, zmysłowo splatając razem ich palce i całując lekko jej opuszki.
- Czy żyjemy teleportacji łącznej? Merlin wie, w jaki kominek chcesz mnie wpakować. Wolałbym uniknąć Fiuu.
-Oczywiście. Czy będziesz tak uprzejmy i zaoferujesz mi swoje ramię? - spytała oficjalnie, wpatrując się w jego palce i usta pieszczące jej mały palec.
- Tak chyba jest dobrze? Tylko złapię cię mocniej - ścisnął jej dłoń, a Hermiona przełknęła ślinę.
Wyciągnęła różdżkę i machnęła nią, patrząc mu w oczy. Po chwili znajdowali się przed drzwiami domu jej najlepszego przyjaciela. Zastukała do drzwi, nie puszczając dłoni Lucjusza. Było jej z tym nieswojo i stresowała się, że jej ręka się spoci i on to wyczuje, ale nie chciała wykonywać żadnych gestów odtrącających. Głupia jesteś, warknęła na siebie w duchu. Jesteście teraz razem. Chociaż nigdy nie przeszły by jej przez gardło słowa „mój chłopak" , jeśli miała by je wypowiedzieć, mając na myśli właśnie jego. Znacznie lepiej pasowało określenie „mój mężczyzna", co brzmiało pretensjonalnie. Jej chaotyczne myśli krążyły jeszcze chwilę wokół nomenklatury, zanim drzwi otworzyły się i powitało ich spokojne spojrzenie Dracona.
- Hermiono, ojcze. Jak miło was widzieć.
- Draco - Lucjusz nie dał po sobie poznać zaskoczenia. Doskonale wiedział, gdzie się znaleźli gdy tylko zakończyła się teleportacja. - Panna Granger była uprzejma zaaranżować to spotkanie. Mam nadzieję, że nie przeszkodziliśmy wam w niczym. Czy twój… Czy pan Potter jest obecny?
- Właśnie robi kawę - odsunął się lekko, gestem zapraszając do środka - Proszę, wejdźcie.
- Dziękuję, Draco - najwyraźniej status partnerki jego ojca wreszcie zmusiło do nazywania jej po imieniu. Nagle dziwnie zatęskniła za „Granger", chociaż wielokrotnie go wcześniej upominała, aby to zmienił. - Dawno się nie widzieliśmy, byłam ciekawa, co u was.
Stłumiła cichy chichot na wspomnienie jego spanikowanego głosu, zawodzącego, że na pewno zaciążyła. Najwyraźniej już doszedł do siebie.
Weszli do salonu, gdzie powitał ich zapach świeżo mielonych ziaren. Usiedli przy stole, a po chwili kuchni wyszedł Harry, niosąc tacę pełną filiżanek.
Harry. W odświętnej, zielonej szacie. W pośpiesznie nałożonym żelu na włosy, który ewidentnie był jego dziełem; Draco na pewno nie zezwoliłby, aby włosy jego partnera wyglądały jak przyklepany tapir. Nerwowo podszedł do stołu i uśmiechnął się. Dość upiornie. Całymi zębami. Na Merlina, jakim cudem widać było całą jego dolną szczękę?! Nie zdążyła rozstrzygnąć tej kwestii, bo się przywitał.
- Witaj, Harry, dziękuję za kawę…
- Panie Potter - Lucjusz skinął głową, wcześniej taksując go dokładnie od stóp do głów - Wygląda pan dzisiaj… Bardzo schludnie - skłamał gładko, zatrzymując dłużej wzrok na jego włosach. Draco posłał biednemu Harry'emu mordercze spojrzenie, które ten zdawał się nie zauważać.
- Dziękuję, panie Malfoy.
- Lucjuszu, to Harry, Harry, to Lucjusz. Może w naszej obecnej sytuacji będziecie mówić sobie po imieniu? - zasugerowała Hermiona. Oboje spojrzeli na nią, a potem na siebie, z lekką niechęcią.
- Harry - zaczął Lucjusz, jak zawsze uprzejmy.
- L…Lucjuszu - wydukał Harry. Miał minę, jakby kazała mu wypić ropę z czyrakobulwy.
- Skoro już się zapoznaliśmy - zaczął ironicznie Draco - To może usiądźmy wszyscy i wypijmy tą kawę. Jesteście może głodni? Harry zaraz przyniesie ciasto do kawy, ale jeśli macie ochotę na coś innego…
- Dziękujemy, jesteśmy po śniadaniu - uśmiechnęła się Hermiona.
Harry prawie upuścił tacę i oddalił się pospiesznie do kuchni po ciasto, a Draco lekko zbladł i odchrząknął.
- Rozumiem. Więc, ojcze, wasz związek.. Dotarł do pewnego etapu… Tak więc jesteście ze sobą oficjalnie?
- Tak, Draco - oczy Lucjusza lśniły psotnie, a Hermiona nie wiedziała, o co im wszystkim chodzi. - Jesteśmy ze sobą oficjalnie i na poważnie, chociaż na razie nie sypiamy ze sobą, jak mogła zasugerować Hermiona.
Aż sapnęła z wrażenia. Rzeczywiście, mówiąc, że zjedli razem śniadanie, sugerowała, że została u niego na noc. Nie usprawiedliwiało go to jednak przed wygłaszaniem tak intymnych uwag.
- Chciałabym, aby szczegóły naszego życia prywatnego pozostały prywatne, Lucjuszu - spojrzała na niego krzywo - Harry, wracaj, wcale nie uprawiamy seksu!
- Dobrze wiedzieć - pojawił się jak zaczarowany, niosąc ciasto - Znaczy, mnie nic do tego, ale… Sama rozumiesz, Hermiono - postawił ciasto na stole i rozdał talerzyki - Nie jest to informacja, którą chciałbym usłyszeć na dzień dobry, zwłaszcza, że wasz związek to wciąż dla mnie nowość. - usiadł przy stole i pierwszy poczęstował się kawałkiem słodyczy. - Lucjuszu, mam nadzieję, że traktujesz moją przyjaciółkę Poważnie i nie zamierzasz jej porzucić, jak tylko… Eeee… Jak tylko chwile pobędziecie… Razem, to znaczy….
- Tak, panie Potter? - spytał z lekkim rozbawieniem Lucjusz - To znaczy, Harry? - poprawił się.
- Jak już zdecydujecie się dokonać aktu seksualnego, zawierające elementy penetracji, ojcze - pomógł Draco swojemu czerwonemu i zawstydzonemu chłopakowi. Hermiona jednak była wzruszona; wiedziała, ile kosztowało Harry'ego samo zaczęcie takiej kwestii.
- Ah, o to chodzi. Ależ oczywiście, że nie tylko na tym mi zależy. Nie zwykłem publicznie pokazywać się z kochankami, to szkodzi mojemu wizerunkowi.
- A ile konkretnie było tych kochanek? - spytała Hermiona, karcąc się, bo zabrzmiało to napastliwie. Na szczęście mężczyznę rozbawił jej dziecinny wybuch zazdrości.
- Ah, kto by je zliczył - upił łyk kawy, mrużąc oczy z przyjemności. - Wyśmienita, Draco. Moja ulubiona.
- Właściwie to Harry jest odpowiedzialny za kawę. Przypadkiem lubicie ten sam rodzaj.
- Moje uznanie dla pańskiego podniebienia, panie… Harry. - uśmiechnął się czarująco - Trudno pozbyć się starych przyzwyczajeń.
- Równie trudno przyzwyczaić się do faktu, że siedzisz w mojej kuchni i uśmiechasz się do mnie szczerze, zamiast krytykować każdy mój ruch - Harry nabrał pewności siebie i usiadł swobodniej.
- Oh, Harry, wiesz, że gdybyście mogli wziąć z Draco ślub, mógłbyś mówić do Lucjusza „tato"? - zasugerowała Hermiona, chichocząc jak najęta. Zauważyła, że była w tym osamotniona. Lucjusz i Harry wpatrywali się w nią ponuro, ale Draco zdobył się na coś, co wyglądało na pośpiesznie ukrywany uśmiech.
- To bardzo dziecinna i niepoważna uwaga, panno Granger - skomentował chłodno jej wypowiedź mężczyzna - Myślałem, że jesteś poważniejszą osobą i wiesz, jak się zachować. To żenujące.
- Nie jesteśmy na kolacji u ministra - warknęła, rozeźlona - Zażartowałam.
Zapadła krępująca cisza. Hermiona pospiesznie poczęstowała się ciastem. Niesamowicie denerwowała ją ta strona Lucjusza; już miała wrażenie, że ją wychowuje, jakby była jego własnością.
- To… Jak tam w pracy, Hermiono? - zaczął słabo Harry, szatkując ciasto widelczykiem - Davidson poddał się wreszcie z tym patentem?
- Oh, on nigdy się nie podda - westchnęła ze znużeniem - Nie rozumie, że nie ma potrzeby zmieniać ludzi w centaury. Tym bardziej, że zmiana dotyczy jedynie wyglądu i nie da się jej odczarować, on jest jednak nadal święcie przekonany, że dokonał cudu.
- Człowieka w centaura? Cóż to za bzdury? - Draco uniósł jasne brwi, patrząc to na swojego partnera, to na nią. - Nie słyszałem o tym.
- Jakiś kretyn wynalazł zaklęcie, zmieniające człowieka w centaura - wyjaśniła Hermiona - Zmienił swoją żonę i jej siostrę. Zaklęcie jest nieodwracalne, uniknął wyroku tylko dlatego, że one same go o to prosiły i nigdy nie były szczęśliwsze, wykpił się jedynie grzywną za lekkomyślne używanie magii niezatwierdzonej…. A teraz chce otrzymać patent na to zaklęcie, żeby zostało wprowadzone do użytku. Dotychczas odrzuciłam 12 jego wniosków, a on wciąż się nie poddaje.
- Idiota - prychnął Draco - Co by było, jakby zaczął je rzucać na przypadkowych ludzi…. Nie zniósłbym Pottera jako centaura, jeszcze więcej grzywy do czesania…
- Hej! - oburzył się jej przyjaciel.
Lucjusz siedział cicho, sącząc powoli czarną kawę. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale ewidentnie czuł się nie na miejscu.
- A co u ciebie w pracy, Lucjuszu? - zwróciła się do niego Hermiona - Jakieś problemy?
- Oh, nie - odparł uprzejmie - Wszystko jak w zegarku. Nie zwykłem pozwalać ludziom wchodzić mi na głowę.
- Cóż, byłby to dramat dla twojej fryzury - mruknęła pod nosem.
- Hermiono, nie mamrocz, proszę. Nie dosłyszałem.
- Mówiłam, że doskonale zarządzasz ludźmi - uśmiechnęła się słodko. Szybko dopiła kawę i spojrzała na chłopaków - Dziękujemy za kawę, ale będziemy się zbierać. Niedługo muszę wracać do domu, zostawiłam tam Ginny i Pansy…
- Zostawiłaś Parkinson u siebie w domu bez nadzoru?
Poczuła ukłucie niepokoju na widok pobladłej twarzy Dracona.
- Czy to źle?
- Nie nie, nic…. Nic takiego. Dziękujemy za odwiedziny.
Chciała drążyć temat, ale towarzyszący jej Lucjusz wstał i również zaczął dziękować za gościnę. Harry pospiesznie wstał i uścisnął jego dłoń, zapewniając, że to żaden kłopot i zapraszając jeszcze kiedyś. Ewidentnie nieszczerze.
- Przejdziemy się chwilę? - spytała Hermiona, gdy drzwi zamknęły się za ich plecami. - Będę musiała deportować się do domu, ale chciałabym jeszcze z tobą porozmawiać - zaczęła nieśmiało.
- Czy coś się stało? - zapytał, oferując jej ramię. Ruszyli wzdłuż drogi, powoli zmierzając w stronę parku.
- Nic takiego, po prostu… Chciałam cię przeprosić za moją lekkomyślną uwagę. Nie było to w dobrym guście. Ale nie chcę, żebyś mnie beształ jak małe dziecko przy każdej okazji.
- Czasami to silniejsze ode mnie - przyznał - Jednak powinnaś wstrzymać się od takich uwag.
- Byliśmy w gronie przyjaciół, Lucjuszu, to nie było nic złego. Tylko niewinny żart, dobry czy też nie, ale nikt przez to nie ucierpiał.
Przymknął ze znużeniem oczy i zatrzymał się.
- Rozumiem. Postaram się trochę rozluźnić w towarzystwie pana Pottera. Ale też powinnaś zmienić nieco swoje zachowanie. Kompromis.
- Ja… Postaram się. Nie chcę przynosić ci wstydu - zagryzła wargę - Ale nie chcę też sztucznie się zachowywać przy tobie.
- Rozumiem - niespodziewanie pociągnął ją z pień grubego drzewa, które osłoniło ich przed wścibskimi oczami. Już myślała, że ją pocałuje, że przyciśnie do siebie… Ale nie. Zatrzymał się milimetr przed jej ustami, uśmiechnął leniwie i odsunął. - Dziękuję za odwiedziny, Hermiono. Będziemy w kontakcie. - machnął różdżką i zniknął z trzaskiem.
Oszołomiona jego zachowaniem, jeszcze chwile stała w miejscu, zanim potrząsnęła głową i deportowała się do mieszkania.
Początkowo zastanawiała się, czy dobrze trafiła. Pod ścianą stało parę kartonów i sądząc po wystającym z jednego rękawie jej kryzysowego, różowego dresu, w środku były jej ubrania. Z jej sypialni dochodziły ożywione głosy. Szybko podeszła do drzwi i oniemiała.
Pansy właśnie kończyła porządkowanie jej rzeczy. Pełno nowych rzeczy, które kupiła wczoraj oraz kilka takich, które wcześniej widziała, ale nie pamiętała, żeby je kupowała. Ginny stała obok i coś radośnie paplała, mieszając w wieszakach. Po chwili ją zauważyły.
- Hermiona! NIESPODZIANKA!
Dumne z siebie, zaciągnęły ją do szafy.
- Nie musisz dziękować! Byłyśmy na zakupach i dokupiłyśmy parę rzeczy, te które mierzyłaś ale nie chciałaś kupić, nie wiem dlaczego….
- Bo były stanowczo za drogie - przerwała monolog Pansy.
- Oj przestań, i tak za wszystko płaci Lucjusz, więc nie rozumiem, o co ci chodzi….
- Pansy! Nie chcę korzystać z jego pieniędzy, nie jestem dziwką! Ginny, jak mogłaś na to pozwolić?
Zapadła niezręczna cisza. Ginny, wyraźnie zawstydzona, spojrzała w swoje buty.
- Ja wiem, Hermiono, ale… Te rzeczy wyglądają naprawdę niesamowicie, no i, przecież mówiłaś, że oddasz Lucjuszowi pieniądze….
- Nie stać mnie, żeby mu oddawać pieniądze za sukienki po 700 galeonów każda - warknęła.
- 700 galeonów? - Wytrzeszczyła oczy - Ale Pansy….
- 700, 70, co za różnica? Ważne, że wyglądają nieziemsko. Zwłaszcza na tobie. Poza tym, musisz mieć odpowiednie ubrania, skoro jesteście razem, nie możesz się pokazywać w towarzystwie Lucjusza w bawełnianych koszulkach - wytknęła jej była ślizgonka - A jeśli chodzi o ceny, jesteście śmieszne. Od czego jest bogaty mężczyzna, jeśli nie od tego, żeby płacić za zakupy swojej kobiety?
- Nie jestem tobą - warknęła Hermiona - Jutro zamierzam to wszystko oddać do sklepu. Jak mogłyście! Nie jestem taka płytka!
- Płytka? - Pansy wyraźnie poczerwieniała - A więc takie masz o mnie zdanie. Cóż, dobrze wiedzieć, Granger. Przynajmniej z normalną garderobą nie będę musiała się za ciebie wstydzić w pracy. - zabrała swoją torebkę - Wiem, kiedy jestem niemile widziana. Najwyraźniej moje towarzystwo jest zbyt uwłaczające dla wielkiej pani jak ty - zadrwiła i wyszła, trzaskając drzwiami. Hermiona jak w transie podeszła do swojej szafy i aż jęknęła, widząc, że metki są pozrywane. Ginny wyglądała, jakby miała zapaść się pod ziemię.
- Hermiono, przepraszam…. Specjalnie to zrobiłyśmy, żebyś ich nie oddała, ja naprawdę nie wiedziałam, że są takie drogie, przy kasie targowała się Pansy, ja wtedy byłam w sekcji z butami bo tam były takie śliczne czółenka i…. - urwała, orientując się, że bełkocze bez sensu. - Ja… Przepraszam.
- Nie szkodzi, Ginny - Hermiona usiadła na fotelu, czując się nagle o wiele lat starzej - Niepotrzebnie naskoczyłam tak na Pansy.
- Masz trochę racji, powinna przemyśleć, co robi.
- Tak, ale ja ją obraziłam. Na brodę Merlina, ale się pokomplikowało… Przecież Lucjusz sobie pomyśli, tak jak i cały czarodziejski świat, że jestem z nim dla pieniędzy. Mnie po prostu nie stać na to, żeby mu oddać aż tyle złota!
- Przecież cię zna - żachnęła się jej przyjaciółka - Wie, że to nie tak. Wyjaśnisz mu wszystko i tyle.
- Jak mu wyjaśnię? „Hej Lucjusz, wiesz, wydałam tysiące twoich galeonów, ale to tak naprawdę moja koleżanka, która za bardzo lubi zakupy i sam rozumiesz…". Brzmi to totalnie nierealnie.
- Odłóżmy to na później - poprosiła polubownie ruda - Opowiedz lepiej, jak było na śniadaniu - zmieniła niezgrabnie temat, uśmiechając się nieśmiało. Zniosła dzielnie sceptyczne spojrzenie przyjaciółki, która po chwili zmiękła i poddała się.
- Było…. Bardzo poprawnie - zaśmiała się cicho Hermiona, aczkolwiek nie było jej zbyt wesoło - Był dość sztywny, ale nie z wyrachowania, jest prawdziwym niewolnikiem etykiety. Ale wyglądał…. wyglądał nieziemsko. Zawsze tak wygląda. Nieważne, jaka pora dnia czy nocy, zawsze wygląda cudnie - westchnęła - A potem poszliśmy na kawę do Harry'ego i Draco, gdzie jak zwykle chlapnęłam coś o wspólnym śniadaniu, a oni doszli do oczywistych wniosków…
- Cała ty - zachichotała Ginny.
- No właśnie. No i trochę sobie zażartowałam z tego, że jakby Draco mógł wziąć ślub z Harrym to ten mówiłby do niego „tato" i trochę się na mnie oboje wkurzyli…
- Nie dziwię im się. Na brodę Merlina, Hermiono, tak drażliwy temat? Dlaczego wsadzasz kij w mrowisko?
- Czasami…. Wiesz, Lucjusz jest trochę inny, jak jest tylko ze mną. Czasem o tym zapominam i stawiam go w niezręcznych sytuacjach. Ale powoli się docieramy. Chcę zawalczyć o ten związek. - spojrzała bezradnie na Ginny - Nie wiem, czy mamy jakąś przyszłość razem, ale ja naprawdę się zakochałam, wiesz? Tak naprawdę. Totalnie. Po raz pierwszy w życiu.
- Trzeba to uczcić - uśmiechnęła się lekko Ginny - Ale bez alkoholu.
- Bez - zgodziła się stanowczo Hermiona - Ale najpierw napiszę Pansy list z przeprosinami. Chciała dobrze, ona po prostu ma totalnie inny system myślenia. A te rzeczy są naprawdę cudne. Merlinie dopomóż, nigdy się nie wypłacę - jęknęła, przeliczając w myślach swoją raczej przeciętną pensję na rachunki, jedzenie, życie ogólnie i nowe długi . - Ale nie wszystko naraz, najpierw list. Gdzie ja zostawiłam pergamin…?
