Rozdział 9 – Umowa na czas określony

- Zła wiadomość jest taka, że Sasza jest dość mocno wkurwiony. Chce ukarać małego za ucieczkę z domu, całkowicie zabraniając mu wchodzenia na lód. Nie tylko łyżwiarstwa figurowego, ale w ogóle jakiegokolwiek wchodzenia na lód. Ponoć już wziął hokejówki Viktora i pociął je piłką do metalu. Nie zrobił tego samego z figurówkami, tylko dlatego że mały jakimś cudem nie dał ich sobie zabrać. Ale mój brat przysięgał, że do tamtych łyżew też się dobierze.

Yakov zaklął pod nosem.

- Zajebiście szybko przeszła mu troska o syna. – wycedził, przyciskając sobie palce do czoła – Zastanawiam się, co ten dzieciak musiałby sobie zrobić, by pani brat chciał go tulić zamiast karać. Błagam, niech mi pani powie, że dobra wiadomość chociaż trochę równoważy złą!

- Cóż, tak jakby. – kobieta westchnęła głęboko – Dobra wiadomość jest taka, że Sasza nie przyjedzie do Petersburga. Poszedł łapać stopa na Słowację. Nie wsiadł do autokaru, którym jechali pozostali uczestnicy obozu, bo martwił się o Viktora. Jakimś cudem nie stracił pracy na wakacje, ale musi dostać się na miejsce z własnej kieszeni.

- Pewnie jeszcze obwinia dzieciaka o to, że mógł zostać bez roboty. – burknął Feltsman.

- Rzeczywiście, raczej nie pali się do ściskania odnalezionego syna. Ale dobra strona tego jest taka, że zostawił Anastazji samochód i to ONA przyjedzie dzisiaj po Viktora i to z NIĄ będzie pan mógł negocjować sytuację małego. Po pierwszym telefonie, odczekałam chwilę i zadzwoniłam jeszcze do niej na komórkę. Wtedy była już sama i mogłam z nią porozmawiać na spokojnie. Powiedziałam, że w razie czego Vitya może zostać u mnie na całe wakacje. Co prawda nie będę miała dla niego zbyt wiele czasu, ale to i tak lepsze, niż gdyby miał siedzieć w Novowladimirsku. Latem Anastazja z Saszą są zawsze bardzo zajęci, więc mały jest pod opieką Starego Petrova albo przyjaciela rodziny, tego smarkacza, Dymitra. Bratowa jak na razie podziękowała mi za propozycję… wciąż jest trochę roztrzęsiona i stęskniona za synem… chciałaby go natychmiast zabrać do domu i wyściskać… ale wyczułam, że rozważa zostawienie Viktora w Petersburgu. A przynajmniej nie odrzuca tej opcji. Rozumie pan, co panu sugeruję?

- Że niby… chłopak miałby trenować u mnie przez całe wakacje? – Yakov wydukał z niedowierzaniem – Wie pani… ja ze swojej strony nie mam nic przeciwko, ale… naprawdę pani sądzi, że to się uda?

- Sądzę, że może się udać, jeśli odpowiednio dobierze pan słowa. – Anna westchnęła głęboko – Zrobiłam, co mogłam, żeby przekonać mojego brata i jego żonę. Może nie byłam do końca skuteczna, ale wydaje mi się, że udało mi się zasiać pierwsze ziarno niepewności. A przynajmniej u Anastazji. Nie powiedziała tego wprost, ale jestem prawie pewna, że zaczęła mieć wątpliwości co do „taktyki wychowawczej" Saszy. Teraz potrzebny jest ktoś, kto by ją upewnił w tym przekonaniu. Umie pan rozmawiać z kobietami, prawda?

- Tak mi się wydaje.

Gdy chodziło o postępowanie z przedstawicielkami płci pięknej, uważał się za eksperta. A przynajmniej do piątkowej rozmowy z Vierą. Od tamtej „wpadki" (w podwójnym znaczeniu) nie był już tak pewny siebie jak wcześniej.

- Przygotowałam panu grunt. – powiedziała siostra Saszy – Wszystko, co musi pan zrobić to przekonać Anastazję.

Jasne. Musi tylko przekonać mamusię chłopaka. Ale czy to na pewno było „tylko"? Może trzeba było powiedzieć „aż"?

- Ma pani dla mnie jakieś rady?

Anna zastanowiła się chwilę.

- Niech pan mówi to, co czuje. – stwierdziła w końcu – Oczywiście rozsądne argumenty też się przydadzą… ale jeśli skupi się pan tylko na nich, Nastia potraktuje pana jak przemądrzałego starucha, który chce uczyć dwójkę młodych rodziców wychowywania dziecka. Ona i Sasza słuchają słów krytyki, odkąd tylko Vitya się urodził. Dlatego gdy ktoś próbuje ich pouczać, już na wstępie stają się rozdrażnieni. Wiem, że to dla pana trudne, ale… niech pan spróbuje potraktować moją bratową jako kogoś równego sobie. Niech pan spróbuje zapomnieć, że ma pan do czynienia z Uosobieniem Fatalnych Technik Wychowawczych i zamiast tego pomyśli, że ma pan przed sobą sojusznika. Koniec końców wszyscy chcemy tego samego, czyż nie? Żeby Vitya był zdrowy i szczęśliwy.

Uch, w samo sedno, Pani Profesor!

Szkoda tylko, że moja definicja „zdrowy i szczęśliwy" rozmija się z definicją Uprzedzonego Dupka i Pani Posłusznej Żonki. – Feltsman pomyślał, zaciskając zęby.

I o co w ogóle chodziło z tym całym… „niech pan mówi to, co czuje"? Miał sięgnąć po babskie taktyki? Wywalić duszę przed obcą kobietą? Przyznać się do swoich uczuć… do uczuć, których sam jeszcze do końca nie rozumiał? Kurwa, był beznadziejny w tych sprawach! Nawet z Lilią, do której miał bezwarunkowe zaufanie, nie potrafił porozmawiać na pewien temat. Jeszcze nie zrobił porządku w swoim sercu. A teraz ktoś mu radził, by… nie, kurwa, to niewykonalne!

- Oczywiście zrobi pan, co zechce. – Anna zdawała się czytać mu w myślach – Ale powiem panu tylko tyle, że Anastazja nie jest taka, jak mój brat. Na pewno nie wykorzysta tego, co pan powie, przeciwko panu. A uważam, że będzie pan miał największe szanse na przekonanie jej, jeśli szczerze i od serca powie pan, dlaczego pana zdaniem Viktor powinien jeździć figurowo na łyżwach. Jeżeli pokaże pan, że jest pan kimś, komu zależy… zamiast udawać poważnego trenerem, który do wszystkiego się dystansuje.

Zabrzmiało to podejrzanie podobnie do tego, co powiedziała Tatiana. Podczas pamiętnej rozmowy przy wódce też padła sugestia, że Yakov powinien skończyć z udawaniem„zdystansowanego profesjonalisty" i słuchać intuicji.

Feltsman na chwilę się zadumał. Z jednej strony ufał przybranej siostrze, ale z drugiej wciąż miał wątpliwości, czy w tej sytuacji powinien się odsłonić. Po piątkowej potyczce słownej z Aleksandrem Nikiforovem wcale się do tego nie palił! O nie, nie palił się ani trochę!

„Nie masz własnych dzieci, więc dopierdalasz się do cudzych."

„Chcesz wykonywać obowiązki, które do ciebie nie należą."

„Bardziej zależy ci na tym, by ten gówniarz cię lubił, niż na wyegzekwowaniu od niego odpowiedniego zachowania."

Gdy twoim przeciwnikiem jest facet, który bez żadnych skrupułów napierdala cię we wszystkie czułe punkty, tracisz ochotę na przyznawanie się do swoich uczuć. A właśnie to proponowała Anna - by Feltsman przyznał, że zależało mu na chłopcu. By wspomniał chociażby o dzisiejszym incydencie – o tym, że wystarczyło kilka łez na buzi Viktora, by Yakov zaczął mieć miękko w portkach.

Gdyby przyznał się do czegoś takiego, to tak jakby dał Saszy do ręki pistolet do strzelania gównem! O nie, kurwa! Nie ma mowy! Prędzej wyściska się z Wronkovem, niż zrobi coś takiego! Nie ma opcji!

Ale… jeśli tego nie zrobi, to złamie obietnicę. Przecież przyrzekł chłopcu, że zrobi, co w jego mocy! Dał słowo!

" Anastazja nie jest taka, jak mój brat. Na pewno nie wykorzysta tego, co pan powie, przeciwko panu."

Czy siostra Nikiforova miała w tej sprawie rację? Czy Feltsman mógł jej zaufać?

- Chciałbym się tylko upewnić… - zaczął, mocniej ściskając komórkę – Jeśli przekonam Anastazję, pani brat się ugnie?

- Na jakieś dziewięćdziesiąt procent.

Szkoda, że Yakov był pesymistą, który prędzej skłaniał się w stronę mało prawdopodobnych dziesięciu procent, niż solidnej dziewięćdziesiątki.

- Zna pan to powiedzenie „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal"? – spytała Anna – Sasza jest na Słowacji. Łatwiej mu będzie przełknąć myśl o Viktorze jeżdżącym figurowo na łyżwach, gdy ma to miejsce daleko od niego… aniżeli wtedy, gdy dzieciak robił to w sąsiednim miasteczku, tuż pod jego nosem. W dodatku jest szansa, że w drodze na obóz mój brat trochę ochłonie. Może spojrzy na całą tę sytuację z dystansu i odechce mu się cięcia figurówek? Moim zdaniem, jeśli kiedykolwiek miałby się ugiąć, to tylko teraz. Nie umiem tego wyjaśnić, ale mam przeczucie, że to jedyna szansa. Ostatnia szansa, by zmienić bieg wydarzeń.

Feltsman doskonale to rozumiał. On też nie potrafił tego wytłumaczyć, ale sam miał wrażenie, że będzie to walka „o wszystko albo nic". Albo Viktor będzie mógł legalnie robić to, co kocha, albo…

Po prostu, kurwa, pogódź się z tym, że NIGDY NIE BĘDZIESZ JEŹDZIŁ FIGUROWO NA ŁYŻWACH!

Po kręgosłupie Yakova przeszedł dreszcz. Tamto potworne zdanie zostało wypowiedziane pod wpływem gniewu (i obitego podbródka i zmiażdżonych jąder), ale w każdej chwili mogło stać się prawdą. W końcu, jeśli ta ostatnia bitwa zostanie przegrana… jeśli rozmowa z Anastazją zakończy się klęską, ten dzieciak będzie miał tylko jedno wyjście: pogodzić się z aktualnym stanem rzeczy.

Pięćdziesięciolatek przełknął ślinę.

Nie mogę przegrać! – pomyślał z determinacją – Nie chcę już NIGDY WIĘCEJ wypowiedzieć tamtego zdania!

- Ile mam czasu? – zapytał, patrząc na zegarek.

- Zakładając, że Anastazja wyjechała tuż po naszej rozmowie, powinna być w Petersburgu za jakieś dwie, trzy godziny. W końcu o tej porze są największe korki. Chciałabym móc powiedzieć, że ja też będę wtedy w mieście, ale niestety jeszcze nie wyjechałam z Moskwy. Dotrę do domu dopiero wieczorem, zatem… nie będę mogła panu pomóc.

- Nie szkodzi. Zrobiła pani dość. Teraz wszystko w moich rękach.

- Tak, teraz wszystko w pana rękach. Powodzenia!

Łagodny głos Anny Nikiforovej został zastąpiony przez sygnał zakończonego połączenia. Przez moment Yakov czuł się jak dowódca łodzi podwodnej po odbyciu ostatniej rozmowy z dowództwem. Już nikt mu nie pomoże. Był zdany wyłącznie na siebie.

PUK! PUK!

Do gabinetu weszła Hanna.

- Przyniosłam panu paracetamol, truskawkowego lizaka i gorącą czekoladę. Bo wie pan, czekolada jest dobra na wszystko.

- Dzięki. – Feltsman skinął sekretarce głową – Jak mały?

- Już się uspokoił. Siedzi sobie cichutko w kąciku i czyta gazetkę. Mówię panu, jest taki spokojny i grzeczny.

- A co mu dałaś do poczytania? Chyba nie ten chłam dla kulturystów, co?

- Nie, nie, wziął sobie „Świat Mody". Wciągnął się w artykuł o odżywkach do włosów.

- Wspaniale. – wycedził Feltsman.

- Powinien pan go widzieć wczoraj. Pożyczył ode mnie „Annę Kareninę". Czytał ją przez cały dzień!

Od Tołtsoja po szmatławce dla bab. – Yakov podrapał się po głowie – Cóż za szeroki obszar zainteresowań!

- Swoją drogą, przyszli kandydaci na menadżerów i fizjoterapeutów. – odezwała się Hanna – Sześć osób czeka w kolejce.

- Tylko tyle? – Feltsman uniósł brew.

Igor i Pavlo powiedzieli, że znaleźli co najmniej dwudziestu potencjalnych zastępców.

- Było ich więcej, ale… - młoda kobieta zaśmiała się przepraszająco – Vitenka nagle rzucił coś w stylu: „dobrze, że przyszło tylu mądrych panów, na pewno znajdzie się ktoś, kto wymasuje panu Feltsmanowi kontuzjowanego siusiaka!" No i… tego… niektórzy załapali, że to był żart, ale większość „przypomniała sobie, że musi coś zrobić" i wyszła.

- Aha.

Jakaś część Yakova nawet nie była zdziwiona faktem, że srebrnowłosy chochlik przepłoszył więcej niż połowę kandydatów. Kurwa, jakaś część jego nie była zdziwiona ani trochę! Ech, zabawne jak podziwianie Mulenia Różu i Kaplicy Sekstyńskiej znieczula człowieka na niektóre rzeczy.

Może to i dobrze, że uciekli? – pięćdziesięcioletni trener pomyślał, wzruszając ramionami – Skoro nie są dość mocni psychicznie, by wytrzymać teksty Viktora, to nie zasługują na to, żeby tu pracować.

- Powiedz im, że mogą zacząć wchodzić jeden po drugim. Chciałem przełożyć termin rozmów kwalifikacyjnych, ale skoro przyszło tylko sześć osób, powinienem uwinąć się w miarę szybko. Aha, i powiedz dzieciakowi, że za dwie godziny przyjedzie po niego mama. Jak tylko ta kobieta się tutaj zjawi, masz mnie natychmiast zawołać, jasne? Niezależnie od tego, co bym robił i jak bardzo nie byłbym zajęty…

- Oczywiście! – chyba pierwszy raz widział u swojej sekretarki tak energiczne potakiwanie głową – Naturalnie, proszę pana!

- A, i jeszcze jedno! – zawołał, gdy była już przy drzwiach – Dziękuję, że zajęłaś się małym. I wczoraj i dzisiaj.

Hanna odpowiedziała serdecznym uśmiechem.

- Naprawdę nie ma problemu. – niedbale machnęła ręką – Trochę różni się od pozostałych dzieci, ale generalnie to dobry chłopczyk. Wystarczy okazać mu odrobinę zrozumienia, a robi się naprawdę przekochany. Zastanawiam się, dlaczego uciekł z domu. Wie pan… kiedy krzyczał, że jego rodzice chcieliby grzeczniejszego chłopca, który by wyglądał tak jak on, zrobiło mi się tak okropnie przykro.

Nie tylko jej. Kątem oka Yakov zerknął na widoczne za oknem szczątki stołu.

Novak powiedział kiedyś, że z wychowywaniem dziecka jest trochę jak z doglądaniem rośliny, która wyrasta z przypadkowo zasadzonego nasionka. Jeszcze przed wypuszczeniem pierwszych listków, rodzice mają marzenia i aspiracje. Nie wiedzą nawet z jakim gatunkiem mają do czynienia, a mimo to snują plany. Wyobrażają sobie pachnące płatki róży, giętkie listki konwalii, pnącą się ku górze łodygę tulipana… i nagle okazuje się, że ukochana roślinka nie przypomina ani róży, ani konwalii, ani tulipana i – ba! – nawet nie jest kwiatem!

To cholernie przykre, Yakov. – w głowie Feltsmana zabrzmiał głos zmarłego trenera – Ten moment, gdy widzisz w oczach swoich rodziców zarzut pod tytułem „nie jesteś tym, na co liczyliśmy". Ale przecież, jak możemy stać się czymś, czym NIE jesteśmy?

Zabawne, że dopiero teraz, wiele lat po usłyszeniu tych słów, Yakov w pełni zrozumiał przykre przesłanie. Dopiero patrząc w zapłakane oczy małego kaktusika uświadomił sobie, z jak wielkim bólem wiązało się nie spełnianie oczekiwań własnych rodziców.

Obserwując jak jego własne palce rozrywają opakowanie lizaka, pięćdziesięcioletni mężczyzna westchnął ponuro. Tak cholernie teraz żałował, że nie może poprosić Novaka o pomoc. Kiedy stary dureń jeszcze żył, Feltsman narzekał na luzackie usposobienie swojego trenera i jego zamiłowanie do botanicznych metafor… a dzisiaj zabiłby za możliwość usłyszenia jeszcze jednej porypanej rady!

Sprawie Viktora przydałby się ktoś taki jak Novak. Ktoś spokojny. Ktoś wiecznie uśmiechnięty i łagodny, jak pierdolony kwiat lotosu. Misza Novak nie dałby się sprowokować Saszy. Misza Novak nie musiałby się zastanawiać, jak przekonać Anastazję, bo od początku wiedziałby, jak to zrobić – w końcu zakochany w roślinkach gamoń zawsze wyglądał, jakby miał gotowe odpowiedzi na wszystko!

Problem w tym, że Novak należał do przeszłości. Stół Novaka również należał do przeszłości. Igor i Pavlo, których Novak zatrudnił, też wkrótce będą należeć do przeszłości – za drzwiami czekali ludzie gotowi zająć ich miejsce.

- Przekaż pierwszej osobie z kolejki, by weszła za piętnaście minut. – Yakov zwrócił się do Hanny.

Zdjął z półki zieloną teczkę, usiadł na starym krześle i jeszcze raz wbił wzrok w rozrzucone na trawniku kawałki drewna. Czy mu się to podobało, czy nie, będzie musiał nauczyć się rozwiązywania problemów bez oglądania się na cień zmarłego trenera. Sam zatrudni godnych następców swoich przyjaciół i sam zawalczy o nowego ucznia.

Jeśli po trzydziestu latach pracy nie da rady pokonać tych dwóch przeszkód… to nie zasługiwał na to, by wygrać zakład z Wronkovem.

Rozmowa z mamusią Viktora raczej nie będzie łatwa, - pomyślał, wkładając sobie lizaka do ust i nieznacznie odchylając się do tyłu – ale wybieranie nowych pracowników powinno być orzeźwiające. Czempionowi przydadzą się energiczni młodzi ludzie.

Nieznacznie się rozluźnił. A nawet poczuł się odrobinę podekscytowany.

Ekscytacja utrzymała się do momentu otworzenia zielonej teczki, przejrzenia zgromadzonych przez Igora i Pavlo CV i rzucenia okiem na tak zwanych„energicznych i młodych" ludzi..

Żeby nie było – kandydaci prezentowali się zacnie. Tu doktor, tam profesor, dyplom prestiżowej uczelni, certyfikacik z tego i tamtego, doskonałe kwalifikacje, doświadczenie godne mistrza danej dziedziny… i tylko jeden problem – daty urodzenia. Wszystkie zbyt blisko roku, w którym Yakov przyszedł na świat.

A przecież wyraźnie zaznaczył, że chce ludzi młodych! Może niekoniecznie gówniarzy tuż po studiach, ale, kuźwa, przynajmniej z dziesięć lat młodszych od siebie! Był pewien, że wielokrotnie wspominał o tym fakcie kolegom. Co z tego, że znaleźli mu dobrze wykwalifikowanych ludzi, skoro wszyscy kandydaci byli niebezpiecznie blisko wieku emerytalnego? Jaki sens z zatrudnienia kogoś na dwa, trzy lata? Może dla kogoś innego miałoby to sens, ale nie dla Yakova.

Zgoda, to trochę głupie i porypane i dziecinne, ale lubił stałość. Lubił myśl, że Klub Mistrzów był rodziną. Członkowie rodziny mogą się zmieniać co kilkadziesiąt lat, ale, cholera, nie co chwilę!

Igor i Pavlo zapewne założyli, że i tak przegram zakład z Wronkovem. – zaśpiewał złośliwy głosik w głowie sfrustrowanego mężczyzny - A nawet jeśli wygram, to szybko przejdę na emeryturkę. Pewnie dlatego zignorowali moją prośbę.

Być może właśnie ta myśl sprawiła, że Feltsman był tak negatywnie nastawiony do kandydatów, którzy jeden po drugim wchodzili do gabinetu. A może winę ponosił fakt, że każdy z podstarzałych gamoni – każdy, co do jednego – już na samym wstępie zadawał upierdliwe pytania…

„Dlaczego tutaj nie ma biurka?"

Następca Novaka czuł, że zaraz wyjdzie z siebie. O co chodziło tym kretynom? No naprawdę, kurwa, szło zwariować!

„Ale nie, serio, czemu niczego nie ma?"

„To jakiś rodzaj testu? Część procesu rekrutacyjnego? Coś jak tekst tamtego dzieciaka w recepcji?"

„A, już rozumiem! Takie nowoczesne podejście… siedzimy naprzeciwko siebie na krzesłach, jak u psychologa!"

„Pewnie pozbył się pan biurka, bo wciąż uderzał się w kolana. Ja też non stop uderzam się w kolana."

„To metafora. Między rozmówcami nie ma żadnej przeszkody!"

Że Yakov nie dał żadnemu z tych durni po mordzie, to był cud. Że dwóm z sześciu pacanów zaproponował okres próbny, to był jeszcze większy cud! Ale największym cudem było to, że ostatni z kolesi zdążył się uchylić, gdy będący na granicy wytrzymałości psychicznej trener rzucił w niego krzesłem.

Nic dziwnego, że pacan wystrzelił z gabinetu jak rakieta. Feltsman w ogóle nie żałował przerażenia tego faceta na śmierć. No, może troszeczkę żałował krzesła, które pierdolnęło w ścianę i rozpadło się na kawałki. I tym sposobem w gabinecie nie było już ani jednej rzeczy po Novaku. Ech…

Od samego początku nie miałem głowy do tych nieszczęsnych rozmów kwalifikacyjnych. – pocierając czoło, Yakov podsumował efekty rekrutacji – Powinienem po prostu przełożyć je na inny dzień.

To byłby dobry pomysł. Z całą pewnością lepszy niż udawanie koncentracji. Bo gdyby pięćdziesięcioletni mężczyzna miał być wobec siebie całkowicie szczery, to podczas minionej godziny koncentrował się na rozmowach tylko w połowie. Próby zacumowania myśli wokół chwili obecnej i tak kończyły się tym, że zmartwiony umysł co chwilę dryfował w stronę Viktora i jego rodziców.

Ciekawe, czy któryś z kandydatów zauważył nerwowe ruchy stopy Feltsmana, która tupała o podłogę, jak u zniecierpliwionego ucznia, nie mogącego się doczekać końca lekcji?

Stękając, mężczyzna podniósł się z krzesła. Do przyjazdu Anastazji została jakaś godzinka. No, może dwie – jeżeli droga wjazdowa do Petersburga bardzo się zakorkuje. Jednak coś mówiło Feltsmanowi, że dodatkowy czas niczego by nie zmienił. Koniec końców, wszystko pewnie i tak będzie zależało od szczęścia. Szanse na przekonanie matki chłopca wynosiły jakieś pięćdziesiąt procent.

Gdyby tylko można było podciągnąć te szanse do sześćdziesięciu procent. Albo pięćdziesięciu pięciu. Pięćdziesięciu jeden?

Czy istniał jakiś trik? As w rękawie? Cokolwiek, co Yakov mógłby wykorzystać, by chociaż odrobinę zwiększyć szanse powodzenia? Nic nie przychodziło mu do głowy. A kubek po czekoladzie był przygnębiająco pusty.

Z zamiarem poinformowania sekretarki, że płynna bomba cukrowa wcale nie jest dobra na wszystko (i sprawdzenia, czy niesforny chochlik nie rozniosł jeszcze recepcji), Feltsman wyszedł z gabinetu. Zastał… dosyć osobliwy widok.

- „Pokaż, że ci zależy, a twój związek z narowistą pięknością spod znaku Koziorożca przejdzie w bardziej zaawansowane stadium!" – zza kolorowej kazety rozległ się głos Viktora.

- Miło to słyszeć. – z brodą opartą na nadgarstku westchnął rudy młodzieniec – Moja narzeczona jest spod znaku Koziorożca. A co piszą o pracy?

- „Starając się o posadę, zapamiętaj, że szczerość znaczy więcej niż pochlebstwa!"

- Super, dopiszę to sobie do mojej listy anegdot. – siedzący po drugiej stronie chłopca wysoki szatyn w gustownym niebieskim żakiecie wyciągnął z aktówki skórzany kalendarzyk – Przeczytasz też mój horoskop?

- Okej, a jaki masz znak zodiaku? – radośnie zaświergotał chłopczyk.

- Baran.

- No dobra… „Przepracowujesz się. Pojedź na relaksującą wycieczkę."

- „Relaksującą wycieczkę"? – elegancik podrapał się po głowie – Tylko gdzie?

- Może do Pizdy? – z uśmiechem w kształcie serca zasugerował malec.

Podbródek rudzielca zsunął się z dłoni i przygrzmocił w kolano. Kalendarzyk ze skórzaną oprawą z cichym plaśnięciem upadł na podłogę.

- G… gdz… gdzie?! – wyjąkał zaczerwieniony Baran.

- No… do tego włoskiego miasta, gdzie jest krzywa wieża. – wyjaśnił chochlik.

- A, w sensie że do Pizy. – drugi z młodzieńców zakrył sobie twarz dłońmi.

- D-dobry pomysł. – przełykając ślinę wybełkotał szatyn – M-może rzeczywiście tam pojadę? Jeszcze nie byłem w Piździe… ZNACZY SIĘ W PIZIE!

- W tym pierwszym też jeszcze nie byłeś, skoro już o tym mowa. – rudzielec wymamrotał zza rozpopostartych palców.

- Ej, czemu przekręcacie nazwy? – rozżalonych tonem spytał Viktor – Przecież to miasto nazywa się „Pizda".

- N-nie mały… - właściciel aktówki zwrócił się do chłopca – P-poprawna nazwa tego miasta to „Piza".

- Nie, „Pizda". – z uroczo nadętymi policzkami kłócił się dzieciak - Dziadek mówił mi, że miasto z krzywą wieżą nazywa się „Pizda"!

- Na pewno źle go zrozumiałeś.

- Nie, dobrze go zrozumiałem. Dziadek mówił, że Pizda to wspaniałe miejsce, które powinien odwiedzić każdy mężczyzna! Największą atrakcją jest krzywa wieża, nazywana też Salutującym Siusiakiem, a dziewczyny mają tak jędrne piersi, że mogą nosić staniki bez fiszbinów!

- Co to… „fiszbiny"?

Na buzię chłopca wstąpił wyraz śmiertelnej powagi.

- Nie wiesz, co to „fiszbiny"? – Viktor spojrzał szatynowi prosto w oczy – To jak ty swojej mamie pomagasz wybrać biustonosz?

- Eee… nie pomagam? – z miną nastolatka zaprowadzonego do klubu ze striptizem, koleś spod znaku barana pocierał jeden z zaczerwienionych policzków – A to moja mama nie może sobie sama kupić biustonosza?

- Zwariowałeś? – chochlik odpowiedział oburzonym spojrzeniem – Jak może sobie sama kupić stanik, skoro jest kobietą?

Zabrzmiało to równie absurdalnie jak stwierdzenie, że facet z racji posiadania penisa nie może sobie sam kupić prezerwatywy. Jednak w rzeczywistości było absurdalne tylko na pierwszy rzut oka. Yakov potrzebował kilku sekund, by rozkminić ukryty przekaz. Rudzielec i elegancik nie byli dość sprytni.

- Eee… czyli że…

Z małych usteczek wyszło głośne westchnienie. Dziewięciolatek uniósł paluszek i tonem proroka głoszącego Prawdę Objawioną wytłumaczył:

- Mama chce kupić biustonosz, który spodobałby się tacie. Dlatego potrzebuje opinii faceta.

- Aaaa! – szatyn wreszcie zajarzył – Czyli twoja mama kupuje sobie staniki pod twojego ojca?

- No przecież, że nie pod siebie! – Vitya prychnął tonem pod tytułem „Kurde, ty na serio jesteś po dwudziestce?!"

- Tyle że moja mama jest rozwiedziona. – elegancik mruknął, podnosząc kalendarzyk.

- Może rozwiodła się, bo nie pomagałeś jej w wybieraniu bielizny? – z nadgarstkiem zasłaniającym usta zachichotał rudzielec.

- Odczep się, Ilia! – prychnął jego kolega - Sam wpadasz w panikę, gdy Olga pyta cię o zdanie w tych sprawach. Ech, i wciąż nikt mi nie wytłumaczył, co to są te fiszbiny…

Po usłyszeniu ostatniego zdania, Feltsmanowi zaczęło coś świtać. Zaraz! Przecież znał tych młodziaków. To ich spotkał wtedy pod kioskiem, gdy jechał z solistkami na bankiet! Co oni tutaj, u diabła, robią?

- Fiszbiny to coś, czego potrzebują biuściaste kobiety, by piersi im nie latały. – wyjaśnił Viktor.

Obaj młodzieńcy zarumienili się.

- By… b-by piersi nie… - facet spod znaku Barana zmarszczył brwi. Wciąż miał wyraźny problem z rozkminieniem, jak działała wspomniana część garderoby.

- Stanik bez fiszbinów jest jak ryba bez ości! – zaświergotał chłopiec.

- C-co? – z zaczerwienionymi policzkami spytał Ilia.

- No wiesz, ryba. Wyobraź sobie, że jesteś kobietą i masz na piersiach takie dwie rybki, które płyną brzuszkami do góry. Bez ości cała ta miękkość zaczyna latać na wszystkie strony i…

- NIE! – rudzielec pisnął, zasłaniając zaczerwienioną twarz – Dość już, wystarczy!

- Błagam, przestań, NIE chcę sobie tego wyobrażać! – z wyciągniętą przed siebie otwartą dłonią, błagał elegancik.

Yakov westchnął z irytacją. Krzyżując ramiona, oparł bark o ścianę.

- Vitya, nie znęcaj się nad bezbronnymi prawiczkami. – burknął, zwracając na siebie uwagę towarzystwa – Jak zejdą z nadmiaru zboczonych informacji, będzie zbyt dużo sprzątania.

Zejdą" albo, co gorsza, „dojdą". – zakpił w myślach.

Rozpoznawszy Feltsmana, młodzieńcy omal nie spadli z krzeseł.

- T-to… TO PAN! – zawyli, celując w niego palcami wskazującymi – Specjalista z kiosku!

- Tak, to ja. – Specjalista przewrócił oczami – Co tutaj robicie?

- Przyszli w sprawie pracy! – radośnie poinformował go Viktor.

- Pracy? – Yakov uniósł brew – Nie mam ich na liście.

Zapamiętałby takich gołowąsów jak oni. Zresztą, rekrutacja nie była nawet ogłaszana do publicznej wiadomości – pod uwagę mieli być brani jedynie kandydaci poleceni przez Igora i Pavlo.

- S-siostra Wlada jeździ tutaj na łyżwach. – nerwowo pocierając czubek ucha wyjaśnił Ilia – Usłyszała od kogoś, że klub potrzebuje nowego menadżera i fizjoterapeuty. Dopiero co skończyliśmy studia, więc nie robimy sobie dużych nadziei, ale postanowiliśmy mimo wszystko spróbować.

- Kiedy zobaczyliśmy, w jakim wieku są pozostali kandydaci, zaczęliśmy myśleć nad ucieczką, - dodał Wlad – ale pański wnuczek nakłonił nas, byśmy jednak zostali. Naprawdę bardzo nam pomógł! Zagadał nas, dzięki czemu zapomnieliśmy o nerwach.

Na policzki Yakova wstąpił krwisto-czerwony rumieniec.

- T-to nie jest mój wnuk! – pięćdziesięciolatek wysapał z twarzą przypominającą parujący czajnik.

Elegancik próbował naprawić swój błąd.

- P-przepraszam! – pisnął, uspokajająco unosząc dłonie – Nie chciałem sugerować, że wygląda pan staro.

- To pana synek, prawda? – Ilia zapytał, ostrożnie czochrając uśmiechniętemu malcowi włosy.

Gdyby Feltsman rzeczywiście był parującym czajnikiem, to w tym momencie woda zaczęłaby się wylewać.

- KURWA MAĆ, to nie jest mój… - z jakiegoś powodu nie potrafił dokończyć tego zdania – S-skąd pomysł, że jesteśmy ze sobą spokrewnieni?!

- N-no bo on taki doinformowany i w ogóle. - pocierając kark tłumaczył Wlad.

- Założyliśmy, że usłyszał o tych fiszbinach od pana. – Ilia posłał potencjalnemu pracodawcy przepraszające spojrzenie.

- Zapewniam was, że jego biologiczny dziadek był jeszcze większym znawcą tematu niż ja. – wycedził Yakov.

- Aaaaa! Czyli nie jesteście spokrewnieni, ale go pan pan adoptował.

- Trzeba było tak od razu!

- NIKIGO NIE ADOPTOWAŁEM! – ryknął Yakov.

- Jeszcze. – rzucił Viktor.

Z wrażenia pięćdziesięciolatek omal nie zakrztusił się własną śliną.

Jeszcze"?! Co to, kurwa, ma znaczyć?! Jakie „jeszcze"?!

- Jeżeli moja mama się zgodzi, pan Feltsman adoptuje mnie do swojego klubu łyżwiarskiego! – radośnie zaanonsował chłopczyk – Was też może adoptuje, ale musicie mieć zgodę rodziców! – zakończył ze śmiertelną powagą.

Oczy Kandydatów do Adopcji omal nie wyszły z orbit.

- Zgoda rodziców?! – Wlad złapał się za głowę – Nikt mi nie powiedział, że trzeba mieć zgodę rodziców!

- A może być zgoda narzeczonej? – dopytywał się Ilia.

- Nie, rodziców! – pokreślił Vitya – Pan Feltsman powiedział wyraźnie: nie babci, nie cioci, nie narzeczonej, tylko rodziców!

- Ale moi rodzice są na Majorce! – jęknął rudzielec – Pojechali tam na urlop. Nie ma szans, bym ich teraz ściągnął.

- Kurde, siostra mówiła mi, że tutaj panują specjalne zasady, ale czegoś takiego to się nie spodziewałem. – Baran miał minę jak swój znak zodiaku po zgubieniu rogów – Żeby wymagali zgody rodziców… niesłychane!

- Potrzebujesz jeszcze recepty od laryngologa na aparat słuchowy! – zza biurka padła rozbawiona sugestia Hanny.

- Aparat słuchowy? – zdziwił się Ilia.

- Kim jest Larry Głupolog? – spytał Vitya.

- To taki pan, który…

- DOSYĆ TEGO! – Yakov wydarł się na cały korytarz – KURWA MAĆ, DOSYĆ! WY DWAJ, JAZDA DO MOJEGO GABINETU! WŁAŹCIE DO ŚRODKA I MIEJMY TO JUŻ ZA SOBĄ!

Kiedy przemykali obok niego z minami pełnymi zrozumienia i aktóweczkami przyciśniętymi do piersi, uświadomił sobie, że przed chwilą jasno i zrozumiale odpowiedział na pytanie: „dlaczego pracownicy tego klubu prędzej czy później zaczną potrzebować aparatów słuchowych". Wydawszy z siebie na-wpół poirytowane, na-wpół zrezygnowane prychnięcie, ścisnął czubek nosa. Zanim zamknął za sobą drzwi, usłyszał jeszcze głos sekretarki:

- La-ryn-go-log to taki lekarz, który ogląda uszka i sprawdza, czy wszystko z nimi w porządku. Zajmuje się też innymi dziurkami na twarzy i hormonami.

- A, czyli to ktoś taki jak ginekolog, tylko bada z drugiej strony! – rozumnie wywnioskowiał Viktor – I jak kogoś zgwałcą przez uszy, to się udzie do tego laryngłupologa?

- Wiesz co, słoneczko? – młoda kobieta westchnęła głęboko – Jak trochę podrośniesz, dam ci do przeczytania książkę takiego jednego pisarza z Polski, okej?

Ależ oczywiście! – w myślach zakpił Yakov – Dajmy mu do poczytania jedną wielką metaforę zboczenia… bo przecież nie jest jeszcze dostatecznie zboczony… co się będziemy przejmować?

Toż wydarzenia z książki, o której mówiła Hania, przy wyczynach Viktora uchodziły za przykłady grzeczności!

Ech, mniejsza o to. W tej chwili priorytetem było dokończenie cholernych rozmów kwalifikacyjnych. Ale przedtem należało uporać się z pewnym… eghm… problemem technicznym. Otóż - po zamachu na życie ostatniego z kandydatów w pomieszczeniu ostało się tylko jedno krzesło.

- Niech mnie tylko któryś zapyta, dlaczego nie ma biurka, a wyleci stąd na zbity ryj! – Yakov ostrzegł mrocznym tonem.

- W-wiemy dlaczego nie ma biurka. – Ilia zaśmiał się nerwowo – Widzieliśmy stół na trawniku i w ogóle…

Feltsman pokręcił głową.

- Ty tam, wystrojony! – zwrócił się do wysokiego szatyna – Jak ci tam było… Wlad? Bądź tak miły i wyciągnij z szafy trzy poduchy w kwiatki.

Dobrze, że trzymał je tutaj na wypadek kimania w pracy! Chyba gdzieś była jeszcze karimata, ale szukanie jej byłoby zbyt czasochłonne i upierdliwe. Poduchy będą musiały wystarczyć.

Wlad stanął przed szafą, lecz kiedy położył dłoń na klamce drzwiczek, zawahał się.

- I czego się boisz?! – Yakov prychnął, gniewnie wymachując rękami – Co ty myślisz, że ja tam trzymam pornole, czy jak?!

Spanikowany młodzieniec potrząsnął głową i rozchylił wrota starego mebla. W środku czekała wielka kartka ze śladami pomalowanych szminką ust i napisem:

„WYCIŚNIJ Z NAS DZISIAJ SIÓDME POTY!

Kochamy cię,

Twóje dziewczyny!"

Szczęka Yakova poleciała w dół.

Kurwa!

Nie no, wspaniale, zajebiście! Nie ma to jak całe życie sypiać z jedną kobietą, a w więku pięćdziesięciu lat wyjść na podstarzałego Casanovę, który w wolnym czasie posuwa cztery młody laski.

Ilia i Wlad poczerwienieli jak buraczki w barszczu babuni. Oczyma wyobraźni Feltsman widział nad ich głowami chmurki, takie jak w komiksach. A w chmurkach teksty w stylu:

„O matko, taki napis i to w tym samym miejscu co PODUSZKI?! Jezu, a co jeśli on bzyka się ze swoimi kociakami W TYM GABINECIE?!"

- Tylko żeby, kurwa, była jasność! – Yakov zagrzmiał, uderzając pięścią o parapet – Dziewczyny, dla których kupowałem rzeczy w kiosku, to nie moje kochanki, tylko zawodniczki, którymi się zajmuję. To podstępne wyrachowane wiedźmy, więc wykorzystują mnie, bym załatwiał im różne rzeczy. Kiedy pisały o wyciskaniu potu, miały na myśli trening. Łyżwiarstwa figurowego, nie czegoś innego. Zrozumiano?!

Buraczki energicznie pokiwały główkami. Pięćdziesięciolatek również zaczął przypominać buraka, tyle że takiego dużego i agresywnego. Przeklęte smarkule… już on im, kurwa, pokaże! Ma z nich wycisnąć siódme poty, tak? Ależ, kurwa, proszę bardzo! Nie ma problemu drogie panie! Papcio Feltsman z radością spełni tę niecodzienną prośbę! Masha skoczy tyle flipów, że ta jej wymyślna fryzurka całkowicie się rozpadnie! Sońka zrobi tyle ćwiczeń kondycyjnych, że będzie miała na gębie impresjonistyczny bohomaz zamiast makijażu! Lenka powtórzy figury obowiązkowe tyle razy, że odechce jej się powtarzania plotek! Viereczka…

Yakov wzdrygnął się. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, cała złość zniknęła. Agresywny burak zamienił się w mięciutkiego pomidorka.

Mam nadzieję, że kiedyś znowu zacznie się do mnie odzywać. – Yakov pomyślał, pocierając kark.

- W porządku? – zatroskanym tonem spytał Ilia – Nagle bardzo pan zmarkotniał.

- To nic takiego. – mruknął Feltsman – Po prostu zastanawiałem się, czy wszystkie z moich solistek zjawią się dzisiaj na treningu.

Poduszki w kwiatki zostały rozłożone na podłodze i każdy z trójki mężczyzn zajął miejsce. Przypominało to bardziej zebranie pionierów niż rozmowę kwalifikacyjną. Pan „nie umiem kupować podpasek" i Kolega „nie wiem, co to fiszbiny" zyskali właśnie dodatkowe punkty – samym faktem, że NIE uciekli. No naprawdę, wytrzymałe z nich chłopaki – żeby przetrwać Viktora i wiadomość od solistek! No, no.

Rzecz w tym, że wytrzymałość nie wystarczy. – pomyślał Feltsman - Jeśli będą mieli gówniane życiorysy, będę musiał ich spławić.

O dziwo jednak, jak na świeżaków tuż po studiach, Ilia i Wlad wcale nie mieli słabych CV.

- Studiowałeś w Stanach? – Yakov zaczął od Wladimira Malinovskiego – W jaki sposób to sobie załatwiłeś?

- Mam tam krewnych. – z nieśmiałym uśmiechem odparł szatyn – Pomogli wszystko załatwić. A ja zawsze chciałem studiować zarządzanie właśnie w Stanach.

- Aż dziw, że tam nie zostałeś. Nie znam ani jednej osoby, która spędziłaby za oceanem taki szmat czasu i wciąż miała ochotę wrócić.

Tatiana była tylko jednym z wielu przykładów. Teraz, gdy o tym pomyśleć, całkiem sporo byłych łyżwiarzy Klubu Mistrzów opuściło Rosję na rzecz „płynącej mlekiem i miodem" Krainy Wuja Sama.

- Nie mógłbym tam zostać. – elegancki młodzieniec wyjaśnił, przygładzając krawat – Kiedy tam studiowałem, bardzo tęskniłem za rodziną. Straciłem sporo pieniędzy na bilety do domu. Krewni często wypominali mi, że głupio robię, latając do Rosji tylko po to, by być na urodzinach siostry albo spędzić święta z mamą. Mówili, że skoro mam być menadżerem, to powinienem podejść do tego bardziej… yyy… racjonalnie. Że marnotrawię pieniądze ze stypendium tylko po to, by pobyć przez dwa tygodnie w miejscu, które znam od dziecka. Ale nic nie mogłem poradzić. Oczywiście w Stanach są rosyjskie restauracje i całe dzielnice i w ogóle, ale ja tak strasznie tęskniłem za pierogami mojej mamy. No i w ogóle za Petersburgiem. Chyba to miasto jest na mnie skazane…

Po ostatnim stwierdzeniu zaśmiał się nerwowo. Chyba sądził, że przedstawił samego siebie z bardzo złej strony. Chociaż w rzeczywistości… przedstawił się z bardzo dobrej strony.

Podoba mi się. – uznał Feltsman – Nie lubię sztywniaków, którzy myślą tylko kategoriami oszczędności i kasy. A poza tym, jest blisko związany z rodziną… to też duży plus. No i studiował w Stanach. Novak zawsze chwalił metody zarządzania stosowane przez Amerykanów.

- Zresztą, nawet gdyby chciał wrócić, nie miałbym jak. – Wlad uśmiechnął się przepraszająco – Kiedy po zdobyciu dyplomu wracałem do Rosji, samolot miał dwie doby opóźnienia. Z powodu jakiś tajfunów, czy czegoś… no i dzięki temu wyjeżdżałem ze Stanów z wizą od dwóch dni nieważną. Podczas kontroli paszportów w dość lodowaty sposób dano mi do zrozumienia, że już nigdy nie wpuszczą mnie do USA.

- Nie przejmuj się. – wycedził Yakov – Jeśli będę chciał, żebyś wjechał do Stanów, to wjedziesz i to z błogosławieństwem konsula.

- Czy to znaczy, że mnie pan zatrudni? – oczy Malinovskiego zaświeciły się.

- Jeszcze nie wiem. O, widzę, że ty też nie próżnowałeś. – Feltsman zwrócił się do drugiego z młodzieńców – Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale masz więcej kursów, niż widziałem na ulotce Centrum SPA. Akupunktura, lasery, masaż tajski… ale chyba nie dopisałeś sobie tego wszystkiego, by urozmaicić CV, co?

- Przysięgam, że naprawdę skończyłem te wszystkie kursy. – z ręką na sercu wyrzucił z siebie Ilia Shevchenko – Większość z nich zrobiłem za granicą. Shiatsu uczyłem się w Indiach, masażu tajskiego w Tajlandii, a akupunktury w Chinach. Ja i Olga… moja narzeczona, znaczy się… mieliśmy wcześniej fazę na podróżowanie autostopem. Znikaliśmy z Petersburga na całe wakacje i zaczepialiśmy się w różnych zagranicznych kurortach. W zamian za pracę mieliśmy jedzenie i miejsce do spania. No i dzięki temu mogłem się też czegoś nauczyć od fizjoterapeutów, którzy pracowali razem ze mną… prosiłem ich, by organizowali dla mnie kursy zamiast opłat za nadgodziny. Było bardzo fajnie, chociaż za każdym razem oszczędności z całego roku szły w zapomnienie. Teraz podróże już trochę nam się przejadły i chcielibyśmy zaczepić się gdzieś na stałe. Z pomocą rodziców Olgi kupiliśmy mieszkanie.

Okej, on też mi się podoba. – stwierdził Yakov – Światowy, sporo zainwestował w samego siebie… no i dobrze mu patrzy z oczu. Wygląda na miłego, skromnego chłopaka. Chociaż jego kwalifikacji nie można określić mianem „skromnych".

- Widzę, że urodziłeś się w Kijowie. Jesteś Ukraińcem?

- Tak, proszę pana.

- Pewnie już długo siedzisz w Rosji, co? Nie słyszę żadnych różnic w akcencie. Chociaż raz czy dwa miałem przeczucie, że nie jesteś stąd. Masz pozwolenie na pracę?

Po skroni kandydata na fizjoterapeuty spłynęła kropelka potu.

- M-mam, ale co jakiś czas muszę przedłużać.

- Twoja narzeczona to Rosjanka?

- T-tak. Urodziła się tutaj, w Petersburgu.

- Nie moglibyście się wreszcie ohajtać, czy coś? – Yakov rzucił zrezygnowanym tonem – Dostałbyś obywatelstwo i nie musiałbyś się pierdolić z żadnymi pozwoleniami.

- Olga już przyjęła moje oświadczyny, ale powiedziała, że dopóki nie zdobędę stałej pracy, mogę zapomnieć o ślubie. – westchnął Ilia – Mam jej pokazać, że nie jestem niedojdą i darmozjadem, czy coś w tym stylu.

- Jego narzeczona jest kobietą biznesu. – z rozbawieniem wtrącił Wlad – Jeszcze nie skończyła studiów, a już ma własną firmę. Ja i Ilia poznaliśmy się na organizowanym przez nią kursie negocjacji. Zaciągnęła go ze sobą, by trzymał dla niej tablicę. Podczas przerwy pogadaliśmy i wyszło, że jesteśmy sąsiadami. Znaczy… nie bliskimi sąsiadami, ale mieszkamy na tej samej ulicy. Potem okazało się, że lubimy tą samą drużynę piłkarską i słuchamy podobnej muzyki. Teraz Olga pomaga mojej siostrze w lekcjach, a moja mama robi dla nich bliny. Często wspólnie…

- Zaraz, zaraz! – Feltsman wszedł mu w słowo – Powiedziałeś, że gdzie się poznaliście?

- Eee… na kursie negocjacji, który zorganizowała jego narzeczona.

Kurs negocjacji! – pięćdziesięciolatek sapnął w myślach – Kurwa, jakiś znak od niebios, czy co?

- W porządku. – oznajmił – Chociaż dopiero co skończyliście studia i nie jestem przekonany, czy to dobry pomysł… dam wam szansę. Zaoferuję wam taką samą umowę na czas określony, co dwóm pozostałym kandydatom, których wstępnie zaakceptowałem. Do kwietnia będziecie pracować pod nadzorem waszych poprzedników. Po tym czasie porozmawiamy o stałym zatrudnieniu… i o zwiększeniu wynagrodzenia. Jeśli wam się chce, możecie zacząć już dzisiaj. Hanka wytłumaczy wam, co i jak.

Reakcja parki kandydatów była przekomiczna. Mieli miny pod tytułem:

"Że jak? Ale że naprawdę? Serio? To nie jest dowcip? Ale nie, kurde, na serio się udało?!"

Kolejny punkt dla pana Shevchenko i pana Malinovskiego – przyszli tutaj ze świadomością, że szanse powodzenia wynosiły prawie zero. Twarde chłopaki! Na babach to oni się może nie znali, ale nie można im było odmówić posiadania jaj.

- Dzięku…

- Dam wam szansę, - Yakov wszedł Ukraińcowi w słowo – ale w zamian chcę, żebyście mi w czymś pomogli.

XXX

Duża wskazówka zegara zdążyła wykonać dwa pełne obroty, zanim trójka mężczyzn opuściła gabinet.

- Jest pan pewien, że nie chce pan notatek, które wspólnie porobiliśmy? – zapytał Wlad.

Z dłońmi opartymi na biodrach, Feltsman odchylił się do tyłu. Po siedzeniu na podłodze cholernie bolał go krzyż.

- Nie, dzięki. – wyjęczał – Gdybym dyskutował z kimś o przyszłości dziecka, mając przed nosem notatki, wyglądałbym jak dureń.

- Też prawda. – Ilia pokiwał głową.

- Będę musiał walczyć z tym, co zapamiętałem. Dobrze, że pamięć to jedna z tych rzeczy, które z jakiegoś powodu nie stępiły mi się z wiekiem. Hanka, wydrukuj panom umowy do kwietnia.

Sekretarka skinęła głową. Zakończone tipsami palce pomknęły po klawiaturze. Pomieszczenie wypełnił cichy stukot… a Yakov zdał sobie sprawę, że nie słyszy charakterystycznego szczebiotu Viktora!

Niech to szlag! Gdzie on jest?!

Głowa pięćdziesięciolatka zaczęła obracać się na wszystkie strony.

Na szczęście chłopczyk nigdzie nie poszedł, tylko przysnął na krześle. Drzemał, opierając bródkę na spoczywającym na kolankach plecaczku. Serce Feltsmana wypełniło się ulgą. Jednak nie na długo.

- VITYA!

Dokładnie w tym momencie Anastazja Nikiforova wpadła do budynku. Wszyscy (z Viktorem włącznie) podskoczyli. Malec nie zdążył nawet porządnie otworzyć oczu i zorientować się w sytuacji, gdy został znienacka porwany w ramiona.

- M-mamo? – wybąkał z uroczo zaczerwienionymi policzkami.

Jeden rzut oka na tę kobietę wystarczył, by Yakov zapomniał o wszystkich argumentach, które naszykował sobie podczas burzy mózgów z Ilią i Wladem.

Matka Viktora nie miała makijażu. Jej ubrania wyglądały jak narzucone w wielkim pośpiechu i były zupełnie niedopasowane kolorystyczne. W pięknej szyi zwisała smętnie zawiązana niedbale apaszka. Oczy zdobiły brzydkie czerwone obwódki – zapewne ślady płaczu.

Feltsman zmienił zdanie, co do notatek – dyskretnie wysunął je z dłoni świeżo upieczonego menadżera i zaczął w pośpiechu przeglądać. Do diabła! Nie sądził, że widok Anastazji aż tak nim wstrząśnie! A może po prostu… po piątkowych wydarzeniach zapomniał, jak bardzo ta kobieta kochała swojego syna.

Viktor chyba też o tym zapomniał – wyglądał na nieźle zszokowanego pokazem czułości ze strony matki. Jakiś czas zezował w przestrzeń, z wyciągniętymi przed siebie rączkami. W końcu niepewnie odwzajemnił uścisk.

- Mamo…

- Nigdy… nigdy… nigdy więcej tego nie rób! – łamiącym się głosem wyrzuciła z siebie Anastazja – Jak mogłeś, Vitya? Żeby wyjechać bez słowa… bez żadnego listu… i to do Petersburga! Masz pojęcie, jak bardzo ja i tata się o ciebie martwiliśmy?!

Z całego tego wywodu chłopiec wyłapał tylko jedno słowo.

- Tata? – wyszeptał z niedowierzaniem – Więc tata… też się martwił?

- Oczywiście, że się martwił, Vitya!

Pani Nikiforova położyła dłonie na ramionach syna. Marszcząc czoło, spojrzała chłopcu w oczy.

- Twój tata umierał ze strachu! Od dwóch dni nie zmrużył oka. Nie pojechał na Słowację, bo nie wiedział, gdzie jesteś i tak bardzo, bardzo się martwił! Ruszył w drogę dopiero, gdy upewnił się, że nic ci nie jest. Potrafił myśleć tylko o tym, żeby cię znaleźć.

- N-naprawdę?

- Jak mógłby się nie martwić, kochanie? Jesteś jego synkiem. Nie ma dla niego na tym świecie nic ważniejszego od ciebie, rozumiesz? Zresztą, sam zobaczysz. Tata obiecał, że zadzwoni do mnie, gdy tylko… och! To chyba on.

Z torebki Anastazji zabrzmiały nuty firmowej melodyjki Nokii. Kobieta wstała z kolan i wyciągnęła komórkę.

- Sasza? Tak, tak, jestem już na miejscu… znalazłam go, wszystko z nim w porządku…

W oczach Viktora wciąż kryła się nieufność. Mały chochlik nawet na moment nie odrywał wzroku od rozmawiającej przez telefon matki. Jakby bał się, że jeśli choć na chwilę spojrzy w drugą stronę, ktoś zrobi coś złego za jego plecami… jakby dokładnie analizował każde słowo rodzicielki i zastanawiał się, co ono dla niego oznacza.

- Tak, jest tutaj ze mną. Vitya, ojciec chciałby z tobą porozmawiać.

Uśmiechając się zachęcająco, Anastazja podała synkowi telefon. Chłopczyk posłał matce jeszcze jedno podejrzliwe spojrzenie, po czym przemówił:

- Tat…

- GDZIE TY, DO KURWY NĘDZY, BYŁEŚ, CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ, BY ZNIKAĆ Z DOMU BEZ SŁOWA, MASZ POJĘCIE PRZEZ CO PRZESZŁA TWOJA MATKA, TYLKO, KURWA, POCZEKAJ AŻ WRÓCĘ DO ROSJI, A PRZEKONASZ SIĘ… bip!

Z miną, jakby miażdżył paluszkiem miniaturowego komara, dzieciak przerwał połączenie. Zrobił to ku uldze przynajmniej czterech osób w pomieszczeniu. Chociaż wydobywały się z niewielkiego głośniczka, ryki Aleksandra Nikiforova były doskonale słyszalne w każdym kącie recepcji.

- Vitya! – z wypisanym na pięknej twarzy oburzeniem, Anastazja przyłożyła sobie dłoń do piersi – Jak mogłeś? Nie rozłączaj się, kiedy tata z tobą…

- Nie chcę, by na mnie krzyczał. – chłopiec wysyczał, gniewnie patrząc w podłogę.

- Twój tata ma prawo na ciebie krzyczeć. W ten sposób pokazuje, jak bardzo się o ciebie troszczy. Nie krzyczałby, gdyby mu na tobie nie zależało! Proszę cię, zrozum, że… tak, Sasza?

Jak można było się spodziewać, ojciec małego zadzwonił ponownie. Żona rozmawiała z nim przyciszonym głosem, z zaciśniętymi oczami i wolną dłonią przyciśniętą do czoła.

- … tak, wiem, że jesteś bardzo zdenerwowany, kochanie, ale… proszę, uspokój się, chociaż troszkę. Wiem, że to trudne, ale… no już, spokojnie… najważniejsze, że nic mu się nie stało…już dobrze…

W całej tej sytuacji kryła się nuta ironii. Anastazja zwracała się do męża takim tonem, jakby przemawiała do rozdrażnionego dziecka - podczas gdy prawdziwe rozdrażnione dziecko siedziało na krześle zaledwie metr przed nią. Yakov zastanowił się od niechcenia, czy przypadkiem nie to było kwintesencją problemów tej rodziny – to, że Sasza wymagał od ośmioletniego smarkacza dorosłości, a sam chciał być traktowany jak dziecko. Dwudziestoośmioletni facet, który chciał, by wszyscy brali pod uwagę tylko jego uczucia… by podchodzili do niego jak do śmierdzącego jajka… by nie oglądali w jego obecności łyżwiarstwa figurowego i głaskali go po główce.

Celem stłumienia nadchodzącego wkurwu, Feltsman jeszcze raz zerknął na notatki.

- Vitya… - Anastazja ostrożnie wysunęła dłoń z telefonem w stronę syna – Tata chciałby z tobą porozmawiać. Obiecał, że nie będzie na ciebie krzyczał, więc jeśli…

- Nie wierzę mu! – chłopiec burknął, odwracając wzrok i krzyżując ramiona.

- V-Vitya!

- Nie wierzę mu!

Z ust Pani Nikiforovej wyszło głośne westchnienie. Ta kobieta wyglądała w tej chwili na dwa razy starszą, niż była w rzeczywistości.

- Vitya, kochanie, proszę cię… - jej głos stopniowo przechodził w błaganie – Przecież wiesz, że tylko pogarszasz sprawę! Po co jeszcze bardziej denerwujesz ojca? To oczywiste, że musi cię ukarać za ucieczkę z domu, ale… mieliśmy nadzieję… ja miałam nadzieję, że jeśli wszystko sobie wyjaśnicie, kara jednak nie będzie potrzebna. Jestem pewna, że jeśli przeprosisz za te dwa potworne dni, które nam zafundowałeś, to…

Na dźwięk słowa „przeprosisz" źrenice Viktora rozszerzyły się. Gorycz w oczach chłopca została zastąpiona przez gniew. Ale nie taki zwykły gniew. To był ten typ złości, który uaktywniał się tylko w wyjątkowych okolicznościach. Takich jak nawiązanie do czegoś wybitnie nieprzyjemnego.

- Nie przeproszę! – warknął chłopiec.

Usta miał kilka centymetrów od telefonu, ale gniewny wzrok kierował na twarz matki.

- Vi…

- Nie przeproszę! – powtórzył jeszcze bardziej zjadliwie niż chwilę temu – I nie wierzę w to, że tata nie będzie krzyczał! Nie chcę z nim rozmawiać! Ani z nim nie porozmawiam, ani nie przeproszę! Moje przeprosiny nic dla taty nie taty nie znaczą… - ostatnie zdanie wymamrotał bardziej do siebie niż do Anastazji, łypiąc na własne buty.

- Vitya… - w oczach kobiety zaczęła gromadzić się wilgoć – J-jak… jak możesz? Czy ty wiesz, jak bardzo my… co przeżyliśmy, kiedy…

- Nie przeproszę! Nie jest mi przykro, że uciekłem z domu! Nie chcę wracać do domu! Zostanę u cioci, w Petersburgu.

- C-co ty mówisz?

- Nie chcę wracać do domu! I tak przez wakacje nie macie dla mnie czasu. Zawsze zostawiacie mnie albo u Dymitra albo u Starego Piotrusia. W tym roku zrobiłem wam przysługę, bo sam się sobą zająłem.

- VITYA! – gniewne spojrzenie Anastazji Nikiforovej nie pasowało do spływających po policzkach łez.

- NIE WRACAM DO DOMU!

- Zgoda.

Zarówno chłopiec jak i jego matka zastygli w miejscu. To krótkie, acz zdecydowanie „zgoda" wyszło z głośniczka komórki.

- Zgoda. – powtórzył głos Saszy – Możesz zostać w Petersburgu. Ciekawe, jak długo wytrzymasz.

Telefon pomknął w stronę ucha Anastazji.

- S-sasza… n-no co ty…- kobieta mówiła zaniepokojonym tonem – Chyba nie…?

Małżonkowie jakiś czas rozmawiali przyciszonymi głosami. W końcu Pani Nikiforova wytarła łzy, głośno pociągnęła nosem i cały czas trzymając przy głowie słuchawkę, zwróciła się do syna.

- A zatem… chcesz zostać u ciotki na całe wakacje?

Viktor odpowiedział przytaknięciem. Wciąż patrzył w dół.

- Nawet jeśli nie przyjadę do ciebie aż do września? Nawet jeśli powiem… że choćbyś tęsknił i płakał i błagał, nie przyjadę po ciebie aż do rozpoczęcia roku szkolnego?

Kolejne przytaknięcie.

- Nawet jeśli będzie to oznaczało całkowite pożegnanie z kieszonkowym?

Przytaknięcie bez najmniejszego zawahania.

- Nawet jeśli… z tego powodu nie pozwolimy ci pojechać do Paryża do babci? Chociaż jeździsz tam co roku i zawsze ci na to pozwalamy, niezależnie od tego czy na to zasłużyłeś i czy masz w danym momencie karę?

Tym razem chłopiec się zawahał. Najwidoczniej lubił jeździć do babci. Jednak mimo wszystko przytaknął.

Anatazja wypuściła powietrze. Wyszeptała coś do telefonu, po czym rozłączyła się.

- W porządku. – zwróciła się do syna bezbarwnym tonem.

Patrzyła na Viktora jak na kogoś, kto całkowicie ją zawiódł.

- Twoja ciocia wróci do domu dzisiaj wieczorem. Powiedziała, że jeśli chcesz, możesz u niej zostać. Skoro uważasz nas za tak podłych rodziców, a łzy, które wylaliśmy po twoim zniknięciu, nic dla ciebie znaczą, to może rzeczywiście lepiej, byś spędził trochę czasu z dala od nas.

- Tata płakał? Akurat! – zakpił chłopiec.

- Nie okłamałabym cię, Vit…

- Akurat! Jesteś kłamczuchą! Dokładnie tak jak ja. Ja jestem kłamczuchem, tata jest kłamczuchem i ty jesteś kłamczuchą. Jesteśmy rodziną kłamczuchów!

Nie wiedzieć czemu, Yakov miał wrażenie, że w tym stwierdzeniu kryło się drugie dno. I nie pomylił się.

- A więc o to chodzi, Vitya? – Anastazja wyszeptała z goryczą.

To"? – pomyślał Feltsman – Czym, u diabła, jest „to"?!

- Wciąż masz o to pretensje? – roztrzęsionym głosem ciągnęła matka chłopca – Chcesz się zemścić za to, że tatę trochę poniosło? A co miał zrobić, Vitya? Obiecał, że cię nie zbije i że nie zetnie ci włosów, a musiał w jakiś sposób cię ukarać. Zapewne uznał, że postępuje rozsądnie. Przyznaję, kiedy już to zrobił i zacząłeś płakać, uznałam, że nie powinien był tego robić, że to była lekka przesada, ale… uważam, że twoja ucieczka z domu była sto razy bardziej podła, niż to, co zrobił Sasza.

Fakt, że ani jedno ani drugie wciąż nie sprecyzowało, co dokładnie zrobił Sasza, doprowadzał pięćdziesięciolatka do szału.

Co on zrobił? – gorączkowo zastanawiał się Yakov - Co ten dupek, do diabła, zrobił?! I czemu wszyscy traktują ten temat jak jakieś pieprzone tabu?!

Anastazja przez chwilę stała w milczeniu, czekając aż synek w jakiś sposób odniesie się do ostatniego stwierdzenia. Jednak Vitya nie powiedział nic. Małe usteczka pozostawały zamknięte na cztery spusty.

W końcu Pani Nikiforova uznała, że naczekała się dość.

- Widzę, że nie chcesz ze mną rozmawiać, więc chyba lepiej będzie, jeśli wrócę do Novowladimirska. – oznajmiła tonem, z którego biły rozczarowanie i ból – Tak, jak mówiłam, możesz zostać w Petersburgu… ale twój plecak pojedzie ze mną.

Głowa chłopca gwałtownie obróciła się w stronę matki.

- Masz w nim figurówki, prawda? – Anastazja westchnęła, wyciągając szczupłą dłoń – Oddaj mi go.

- NIE! – z wyrazem paniki, dzieciak przycisnął plecak do piersi.

- Vitya, ta kwestia NIE podlega dyskusji. Oddaj mi plecak.

- NIE, NIE ODDAM!

- Vitya… - w głosie kobiety zabrzmiała desperacja – Mam tego dosyć, rozumiesz? Nienawidzę tego, co łyżwy i łyżwiarstwo zrobiły z naszą rodziną! Przeklęty lód już zbyt długo był kością niezgody między tobą i twoim tatą. Nawet kiedy grałeś w hokeja, non stop sprzeczaliście się o to, co działo się na treningu. Skoro tak to ma wyglądać, to już lepiej, żebyś w ogóle nie jeździł na łyżwach. Jest wiele sportów, które mógłbyś…

- KŁAMCZUCHA! – wrzasnął Viktor – Tak naprawdę wcale tak nie myślisz! Wiem, że tata kazał ci to wszystko powiedzieć! Tak naprawdę wcale mnie nie kochasz i nie obchodzi cię, co czuję! Zależy ci tylko na tym, żeby ON był szczęśliwy! Zawsze stoisz po JEGO stronie i…

Z oczu Anastazji popłynęły łzy. Natomiast Yakov uznał, że już czas najwyższy przerwać to mało zabawne przedstawienie. Zdecydowanym krokiem wmaszerował na scenę i znienacka pociągnął dzieciaka za ucho.

- Vitya, jak ty mówisz do matki?! – warknął - Co ja ci mówiłem o odzywaniu się do rodziców?!

I o innych rzeczach natury TAKTYCZNEJ, jeśli łapiesz o co mi chodzi?! – dodał w myślach, posyłając smarkaczowi gniewnie spojrzenie.

Chłopiec zarumienił się.

- Przepraszam. – wybąkał, odwracając wzrok.

Ramiona pięćdziesięciolatka nieznacznie rozluźniły się.

A widzisz? Jak chcesz, to potrafisz!

- No dobrze… - Feltsman odchrząknął – A teraz przeproś mamę za ucieczkę z domu.

- Nie przeproszę.

Na czole doświadczonego trenera zapulsowała żyłka. Do diabła, lekkomyślny smarkacz nie zapamiętał ani słowa z wykładu o taktyce!

- Vitya… - Yakov zagaił, o połowę surowszym tonem – Nawet kiedy ktoś robi nam przykrość, to nie znaczy, że jesteśmy zwolnieni z przeproszenia za własne czyny. Bardzo wystraszyłeś mamę i tatę. Bądź dobrym chłopcem i przeproś.

- Nie przeproszę.

Noż kurwa… cholerny mały uparciuch!

- Vitya, może i jesteś zły na mamę i tatę, ale przeprosić mimo wszystko trzeba.

- Nie przeproszę.

Małe rączki zacisnęły się w piąstki. Niebieskie oczy chłopca pozostawały wlepione w podłogę. O ile to możliwe, ten dzieciak wyglądał teraz na jeszcze bardziej zawziętego niż wtedy, gdy odgrażał się ojcu, że zacznie chodzić w kieckach. Czemu aż tak się zaparł? O co mu, do diabła chodzi?! Z przeproszeniem Yakova nie miał najmniejszego problemu… dlaczego tak bardzo nie chciał przeprosić matki?!

Feltsman postanowił spróbować z trochę innej strony:

- Vitya… jeżeli pokażesz, że ci przykro i przeprosisz, twoja mama na pewno będzie dla ciebie bardziej wyrozumiała. Prawda?

Posłał Anastazji pytające spojrzenie. Kłykciami wycierając załzawione oczy, kobieta przytaknęła. Pięćdziesięciolatek z ulgą wypuścił powietrze.

A myślisz, że dlaczego chcę, byś przeprosił? – pomyślał, patrząc na Viktora – Bo popieram te pożal-się-Boże techniki wychowawcze twoich rodziców? Nie. Przede wszystkich muszę przekonać twoją matkę, a jeśli ją przeprosisz, będę miał większe szanse. Rozumiesz?

Mina dzieciaka wskazywała na to, że rozumiał. A mimo to…

- Nie przeproszę. – Viktor wyszeptał, zerkając na Feltsmana spod długich rzęs – Nie mogę przeprosić.

- Dlaczego?

- Bo mama jest wstrętną kłamczuchą! Mówi, że jak przeproszę, to mnie nie nie ukarzą. Ale to nieprawda, bo nawet jak przeproszę, i tak zabiorą mi łyżwy!

Po tym stwierdzeniu Anastazja rozszlochała się na dobre. Z ramionami trzęsącymi się jak u osoby przedzierającej się przez śnieżycę, w rozpaczliwej próbie zagłuszenia łkania zakrywała dłońmi usta. Yakov rozpoznał w tym geście wstyd. Wstyd związany z utratą kontroli nad własnymi uczuciami. Pani Nikiforova do złudzenia przypominała w tym momencie Mashę po zepsuciu programu dowolnego podczas ważnych zawodów. Gdy głębiej o tym pomyśleć, najstarsza z solistek Feltsmana miała ten sam kolor włosów co Anastazja. I była w podobnym wieku.

Skojarzenie z własną łyżwiarką sprawiło, że w doświadczonym trenerze odezwały się instynkty opiekuńcze. Delikatnie rozmasował bark zapłakanej kobiety.

- Naprzeciwko lodowiska jest kawiarnia. Porozmawiajmy w cztery oczy. – zaproponował łagodnie.

Nieprzytomnie pokiwała głową.

- A ty, - Yakov zwrócił się do Viktora – posiedź sobie tutaj i zastanów się, jak byś się czuł, gdyby mama i tata wyjechali bez słowa. Wyobraź sobie, że zrobiliby ci coś takiego w ramach zemsty za to, że byłeś niegrzeczny. Mam nadzieję, że do naszego powrotu dojrzejesz do tego, by przeprosić.

A twoja matka dojrzeje do tego, by postawić się temu Zmutowanemu Czołgowi, twojemu ojcu. – pięćdziesięciolatek dodał w myślach – Ech, i może wreszcie dowiem się, co dokładnie stało się, gdy w piątek wróciliście do domu.

Wyprawa do kawiarni przypominała co nieco prowadzenie chorego do szpitala. Zatopiona we własnych myślach Anastazja szła tak wolno i tak chwiejnie, że strach było oddalić się od niej na dystans większy niż metr. Konflikt z jedynym synem wyraźnie dał jej w kość. Odzyskała jako taką przytomność, dopiero gdy składali zamówienie i Yakov zaoferował, że za wszystko zapłaci.

- Proszę tego nie robić. – poprosiła cichym, lecz zdecydowanym tonem - Sama zapłacę.

Jej dumne spojrzenie i uniesiony do góry podbródek wysyłały przekaz w stylu:

„Nie jestem aż tak biedna. Mam dość pieniędzy, by kupić sobie kawę."

- Przepraszam, jestem człowiekiem starej daty. – oznajmił Feltsman – Kiedy byłem jeszcze chłopcem, w moim rodzinnym domu dżentelmeńskie reguły w stylu „mężczyzna otwiera kobiecie drzwi" albo „mężczyzna stawia kobiecie kawę" były traktowane ze śmiertelną powagą. Nie próbuję być przesadnie miły. Po prostu nauczono mnie, że tak wypada.

Po tych słowach, gestem nie przyjmującym odmowy podał sprzedawcy pieniądze. Anastazja nieznacznie się rozluźniła.

- No dobrze. – wyszeptała.

Jej niepewny uśmiech kontrastował z zapuchniętymi oczami. Yakov wywnioskował, że jak na tak piękną kobietę rzadko mogła cieszyć się dobrodziejstwami męskiego savoir-vivre'u. Upewnił się w tym przekonaniu, kiedy zobaczył jej reakcję, w momencie gdy podawał jej chusteczkę. Z wyrazem wdzięczności wysmarkała się, po czym upiła kilka łyków kawy.

Przez pewien czas siedzieli przy stoliku nie mówiąc ani słowa. Feltsman udawał, że próbuje doprowadzić smak własnego napoju do perfekcji, w żółwim tempie dosypując różne dodatki do kubka. A w rzeczywistości dawał towarzyszce czas na uspokojenie się. I sobie – na przypomnienie sobie wszystkich istotnych argumentów.

- Przepraszam, zwykle się tak nie rozklejam. – Anastazja wreszcie przerwała milczenie - Nie sądziłam, że coś takiego spotka naszą rodzinę. Od śmierci mojego teścia było nam bardzo ciężko, ale nie sądziłam… nie przypuszczałam, że… Ech, tak strasznie mi wstyd. Pewnie po ostatnim spotkaniu uważa nas pan za rodzinę psychopatów.

Istotnie, coś w tym było. Yakov rzeczywiście uważał Nikiforovów za zbieraninę psychopatów z odpowiednimi podgatunkami (Sfrustrowany Choleryk, Bezwstydna Erotomanka i Zboczony Chochlik-Eskhibicjonista). Mimo to odparł:

- Podczas naszego ostatniego spotkania, wszyscy byliśmy źli. Nabuzowani. A zwłaszcza ja i pani mąż. Ech, to pewnie dlatego że mamy podobne temperamenty… byliśmy tak zajęci walką o pozycję samca alfa, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy rozmowa o głównym problemie zamieniła się w zwykłą przepychankę. Bardzo przepraszam, że musiała pani na to patrzeć.

Oczyszczenie atmosfery i podsumowanie piątkowego incydentu jako „nieporozumienia" wynikającego z rozdrażnienia obu stron było pomysłem Wlada. Starając się nie pokazać po sobie zaniepokojenia, Feltsman czekał na odpowiedź Anastazji. Ku jego zaskoczeniu, matka Viktora nie nawiązała do minionej kłótni ani słowem. Zamiast tego powiedziała:

- Dziękuję, że zajął się pan Viktorem. I że dał pan znać Annie. Mam nadzieję, że nie miał pan w tym ukrytego motywu.

Po skroni pięćdziesięciolatka spłynęła kropelka potu. Czułby się podobnie, gdyby grał w remika i został zmuszony do pokazania wszystkich swoich kart. Pewnie, że miał ukryty motyw! Nie sądził jednak, że to takie oczywiste…

Anastazja odłożyła kawę na stolik.

- Strasznie panu na tym zależy. – wyszeptała, wodząc palcem po krawędzi blatu - Na tym, by przekonać nas, byśmy pozwolili Viktorowi jeździć figurowo na łyżwach.

Po tych słowach wbiła w Yakova uważny wzrok. Jak na to, że kilka minut temu przypominała nieprzytomną kukiełkę, teraz panowała nad sobą perfekcyjnie. Nie była już zapłakaną niewiastą, lecz opanowanym rodzicem. Całą swoją posturą wysyłała przekaz, że szarmanckie stawianie kawy i pożyczanie chusteczek nie wystarczą, by zaskarbić sobie jej poparcie. Oczekiwała argumentów. Ech, żeby tak wobec swojego męża potrafiła być tak zasadnicza…

Feltsman potrząsnął głową.

Nie. Stop. Nie krytykuj jej. To nie zadziała. Pamiętaj, co powiedziała ci Anna. Nie bądź starszy i mądrzejszy. Bądź sojusznikiem. Bądź SZCZERY. Ilia z Wladem podpowiedzieli ci, co masz mówić… więc nie kombinuj i to POWIEDZ.

Oby wiedza wyciągnięta z Kursy Negocjacji rzeczywiście była tak bezcenna, jak twierdziła para smarkaczy.

- Owszem, zależy mi na tym, by pani syn mógł jeździć figurowo na łyżwach. Ale może być pani pewna, że tak czy siak zadzwoniłbym i powiedziałbym, że chłopak tu jest… chociaż, nie powiem, Vitya bardzo się starał, żeby mi to wyperswadować. Właściwie to kiedy sięgnąłem po telefon, pognał w stronę drzwi, krzycząc coś o Muleniu Różu i ucieczce do Francji. Ale mniejsza o to. Powodem, dla którego chcę was namówić, byście mu pozwolili nie jest związany tylko z jego talentem. Gdyby miał wyłącznie talent, nie powiedziałbym ani słowa. Chodzi o to, że on to kocha. Kocha łyżwiarstwo figurowe. I dlatego uważam, że powinien trenować. Nawet nie u mnie. U kogokolwiek. Żeby pani broń boże nie pomyślała, że koniecznie chcę go dla siebie! Chociaż… nie ukrywam, że trenowanie go sprawiłoby mi to radość. Powiem wprost: lubię uczyć pani syna. Viktor ma wszystkie cechy, które cenię u młodych łyżwiarzy. Jest zawzięty, pracowity… nie boi się próbować nowych rzeczy. Jest oryginalny. Ma wyobraźnię i cała masę innych zalet. Jak również i wad. Takich jak ignorowanie poleceń. No i to cholerny mały uparciuch, który lubi robić wszystko po swojemu.

Słysząc o niesubordynacji syna, kącik ust Anastazji uniósł się do góry. W niebieskich oczach kobiety pojawiło się coś na kształt matczynej czułości. Yakov uznał to za dobry znak. Postanowił kuć żelazo póki gorące.

- Ale… tak jak mówiłem… on nie musi jeździć u mnie. Ucieszyłbym się wiedząc, że w ogóle wolno mu jeździć figurowo na łyżwach. Niech mi pani powie… wiem, że pani mąż nienawidzi łyżwiarzy figurowych. A jak pani się na to zapatruje? Lubi pani łyżwiarstwo?

Żona Saszy zastanowiła się chwilę.

- Właściwie to… nie mam zdania. – stwierdziła, wzdychając głęboko – W przeciwieństwie do mojego męża i jego siostry, w ogóle nie znam się na sporcie. Okazjonalnie lubię pooglądać taniec albo balet, więc rozumiem, dlaczego łyżwiarstwo figurowe może podobać się Viktorowi, ale… bo widzi pan…te jego upadki tak strasznie mnie przeraziły.

Aaaach, więc o to chodziło! Feltsmanowi nieco ulżyło – jeśli to był jedyny problem Anastazji z łyżwiarstwem, to szanse Viktora znacznie wzrastały.

- Zapewniam panią, że upadki, które pani widziała są raczej niegroźne. Może były niebezpiecznie, gdy Vitya trenował na własną rękę… ale pod okiem instruktora, który by darł na niego mordę, ma większe szanse na wylądowanie w szpitalu z utratą słuchu niż ze złamaną reką. Nie powiem pani, że łyżwiarze figurowi nigdy nie lądują na ostrym dyżurze, bo skłamałbym… ale w dziewięćdziesięciu procentach przypadków dzieje się to z powodu przetrenowania albo urazu. Już we wczesnych latach treningów dzieciaki wyrabiają sobie nawyk bezpiecznego upadania, przez co wracają do domu co najwyżej z poobijanymi tyłkami. Na pani miejscu miałbym więcej obaw w związku z hokejem, gdzie można dostać krążkiem w zęby, albo zostać pierdolniętym o bandę i zmiażdżonym przez trzech kolesi naraz… ale dobra, nie jestem w tej sprawie obiektywny, więc nie naciskam.

Mama chłopca wyglądała na przekonaną, jednak w jej spojrzeniu wciąż kryły się ślady wahania.

- Tak naprawdę… - Anastazja zaczęła, wpatrując się we własne palce, które mechanicznie bawiły się obrączką – Jestem przeciwna łyżwiarstwu figurowemu, bo nie chcę, by Saszy było przykro. Od zawsze mówiłam sobie: dlaczego to musi być właśnie ten sport? Gdyby to był jakikolwiek inny sport… przecież jest tyle różnych sportów, które Vitya mógłby trenować… dlaczego musiał sobie wybrać ten jeden jedyny sport, który jest solą w oku jego ojca? Mój mąż zaczął nawet myśleć, że nasz syn robi to ze złośliwości.

Aha, no przecież! Wszystko, byle tylko chronić uczucia Pana Wielce Skrzywdzonego i Wrażliwego. Tylko co z uczuciami Viktora?

Yakov powstrzymał się przed rzuceniem czegoś kąśliwego pod adresem Saszy i zamiast tego powiedział:

- Vitya nie jest złośliwy. On to kocha. Nie wybieramy ani rzeczy, których kochamy… ani ludzi, których kochamy.

Policzki Anastazji lekko poróżowiały.

- Mogę pana o coś zapytać? – kobieta wyszeptała po chwili zawahania.

Zabrzmiało to cholernie poważnie. Feltsman miał złe przeczucia.

- Słucham.

- Jest pan gejem?

- ŻE CO, KURWA?!

To tyle jeśli chodziło o strategię „nie stracę opanowania", a także „nie będę przeklinał" oraz „nie wydrę się na całą kawiarnię i nie przyprawię kelnera o zawał". Cóż, dobre chociaż to, że matka Viktora, z racji posiadania temperamentnego męża, była uodporniona na tego typu lwio-podobne ryki.

- Sasza zauważył, że nie ma pan obrączki. – uprzejmie zwróciła rozmówcy uwagę - I to chyba o panu Vitya powiedział, że jest pan tym… no… penisistą.

- Pesymista. – wysyczał zaczerwieniony po same uszy Yakov - Chodziło mi o pesymistę. Powiedziałem, że jestem pesymistą, a on… pani syn…

Anastazja zachichotała. Miała w oczach tą samą matczyną czułość co wtedy, gdy rozmówca nazwał jej syna „cholernym małym uparciuchem".

- Ciągle przekręca trudne słowa. – wyjaśniła, posyłając Feltsmanowi przepraszający uśmiech -Nauczył się tego od dziadka. Mój teść robił to celowo. Kiedy Sasza nazywał go nieukiem, wzruszał ramionami i mówił coś w stylu: „jestem stary, więc mentalnie mam osiem lat. Przed dziesiątym rokiem życia robienie drobniutkich błędów w słowach to jeszcze nie nieuctwo."

Wspaniale! – Yakov wycedził w myślach – Czyli jeszcze tylko półtora roku będę musiał słuchać o penisistach, onanistach, desrawianiu się i wieżach w Piździe. Zakładając oczywiście, że mentalność Viktora posunie się do przodu wraz z jego wiekiem. A, kurwa, śmiem w to wątpić…

- Dobre przynajmniej to, że nie ściągnął przed panem majtek. – rzuciła matka chochlika.

Czy w strategii, którą spisał z Ilią i Wladem znalazła się instrukcja pod tytułem „z wrażenia poleć do tyłu, następnie spierdol się z krzesła, oczywiście po drodze zahaczając ręką o kubek i wylewając na siebie kawę"?

Anastazja zareagowała na wypadek rozmówcy zaskoczonym mruganiem oczami.

- Ściągnął? – spytała, po czym pokręciła głową i zaśmiała się pod nosem - Ech, przepraszam za niego. Tego też nauczył się od dziadka. Ale nie zrobił tego ani razu odkąd poszedł do podstawówki, więc sądziliśmy, że to z niego wypleniliśmy…

Chryste, to on zaczął już w PRZEDSZKOLU?! – pięćdziesięciolatek pomyślał z przerażeniem – A ja głupi sądziłem, że to MOJE przedszkolanki miały ze mną przechlapane…

Po namyśle, wywrotka chyba jednak zasługiwała na to, by znaleźć się na liście skutecznych strategii – bo z jakiegoś powodu sprawiła, że rodzicielka małego ekshibicjonisty zaczęła patrzeć na Yakova o wiele cieplej niż na początku rozmowy. Było to tylko gdybanie, ale Feltsman miał wrażenie, że ta kobieta myśli sobie coś w stylu:

„No dobra, facet, widziałeś mojego syna bez majtek i nadal chcesz go uczyć. To JEST konkretny powód, by darzyć cię szacunkiem."

Również pięćdziesięciolatek odkrył w sobie rosnącą sympatię do rozmówczyni. Po raz pierwszy od czasu piątkowego incydentu, zobaczył u niej to samo podejście, co wcześniej na lodowisku Starego Piotrusia. Podejście pod tytułem:

„Tak, mój syn jest trochę inny. Ale nie przeszkadza mi to. Lubię mojego syna."

Może jednak nie wszystko stracone?

- Pomóc panu wytrzec garnitur? – Anastazja spytała, gdy Yakov z powrotem usiadł na krześle i klnąc pod nosem próbował doczyścić rękaw.

- Nie trzeba. – odburknął w odpowiedzi – Vitya się ucieszy. Na obozie ze trzy razy powiedział mi, że tak paskudnego garnituru nie widział od czasu, gdy jego babcia dała jego ojcu garnitur na urodziny.

- Naprawdę, bardzo pana za niego przepraszam. Bo widzi pan, moja mama nie bardzo lubi mojego męża, dlatego ze złośliwości…

- Ech, już mniejsza o to! Wracając do tematu, pani syn naprawdę kocha łyżwiarstwo. Żeby mogła pani się przekonać, jak bardzo, przyniosłem coś ze sobą… na szczęście nie zamoczyło się, kiedy wylałem na siebie kawę.

Zgodnie z wcześniejszą sugestią Wlada, Yakov wyciągnął z kieszeni kilka zdjęć z obozu. Srebrnowłosy chłopczyk był niewyobrażalnie fotogeniczny, więc zatrudniony przez Igora profesjonalista chętnie i często łapał go swoim obiektywem. Anastazja zaczęła w milczeniu przeglądać odbitki. Kiedy dotarła do tej, na której Vitya pruł po lodzie z wyszczerzoną buzią, westchnęła cicho.

- Jest taki… uśmiechnięty i szczęśliwy. – wyszeptała.

Następne zdjęcie przedstawiało młodego Nikiforova w towarzystwie Lva i chłopca z Litwy. Szczebiotali coś do siebie, jednocześnie wiążąc sznurówki łyżew. Matka niesfornego chochlika zakryła dłonią usta.

- Boże, - zaczęła poruszonym tonem - od tak dawna marzyłam, by zobaczyć, jak on bawi się z innymi dziećmi.

- Zrobił pod tym względem spory progres. – Feltsman krótko przytaknął – Mnie też to ucieszyło. Zmartwiłem się, gdy wcześniej powiedział mi, że nie lubi bawić się z innymi dziećmi. To nie tak, że po obozie nagle stał się super społeczny, bo nadal jest indywidualistą i średnio rozumie funkcjonowanie grupy… ale poszedł do przodu. Wydaje mi się, że kontakt z rówieśnikami zaczął sprawiać mu frajdę, bo miał do czynienia z dzieciakami, które mają podobne zainteresowania… no i dlatego że SAM zdecydował, że chce się z nimi bawić, nie dlatego że ktoś mu kazał.

Ktoś, czyli ten dupek, jego ojciec.

- Pani mąż powiedział mi, że chce uspołecznić waszego syna poprzez sport drużynowy. Ale, jeśli mam być z panią szczery, to sądzę, że w przypadku Viktora takie rozwiązanie tylko pogorszy sprawę. Pani syn ma wiele talentów, ale praca zespołowa to jego wielki antytalent. Przez to, że nie umie współpracować, to w sporcie drużynowym już na samym wstępie zrazi do siebie kolegów… w jakimkolwiek sporcie drużynowym! Nie uważa pani, że warto spróbować czegoś innego? Pozwolić mu robić to, co kocha?

Zdjęcia musiały mieć magiczną moc - Anastazja po raz pierwszy wyglądała, jakby czuła się winna, żeodciągała syna od ulubionego zajęcia.

- Właściwie to… nigdy nawet nie rozważaliśmy łyżwiarstwa figurowego jako sportu, który Viktor mógłby trenować. – wyjaśniła zbolałym tonem - Wiedzieliśmy, że się tym interesuje, ale… sądziliśmy, że jeśli będziemy konsekwentnie mu tego odmawiać, prędzej czy później zniechęci się. Miewał fazy, że nakręcał się na różne rzeczy, ale prędzej czy później mu przechodziło. Wciąż mówiliśmy mu „nie". Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego wciąż był nieposłuszny. Kiedy ja i Sasza byliśmy dziećmi, to rozumieliśmy, że „nie" znaczy „nie". W naszych czasach sprzeciwianie się rodzicom było nie do pomyślenia.

- W moich też. – zgodził się Yakov – Ale obawiam się, że jeżeli próbuje pani zmusić syna, by myślał tymi samymi kategoriami co pani pokolenie, to porywa się pani z motyką na słońce. Żeby to się udało, musiałaby go pani odciąć od wszystkich nowoczesnych technologii i od szkoły. A to niemożliwe.

- Ech, pewnie ma pan rację…

No pewnie, że, kurwa, mam!

- A wracając do łyżwiarstwa figurowego… przypuśćmy na chwilę, że państwo mu zabronią. A co jeśli znowu spierdzieli z domu? A co jeśli ucieknie do Paryża? Moim zdaniem dałby radę. Sądzę, że nawet jeśli zabronicie mu państwo jeżdżenia figurowego na łyżwach, on znajdzie sposób, by robić to na własną rękę. Pokazał, że umie zdobyć pieniądze. Łyżwy też sobie załatwi, jak mu państwo zabierzecie. Niech mi pani wierzy, to taki typ smarkacza, który jak się uprze, to załatwi sobie wszystko. A co państwo będziecie z tego mieli? Komplety brak kontroli! On i tak będzie sobie jeździł, tyle że bez instruktora i za waszymi plecami, ryzykując zrobienie sobie krzywdy. Co więcej jestem skłonny założyć się, że jeśli mu teraz nie pozwolicie, to on już do końca życia… albo przynajmniej przez połowę życia, będzie miał pretensje do pani i do pani męża, że zabroniliście mu czegoś, co kochał, nie podawszy żadnego sensownego powodu.

Anastazja trzymała swój kubek obiema rękami. Wpatrując się w kołyszący się w środku brązowy płyn, słuchała słów Feltsmana z absolutną powagą. Yakov czuł, że zwycięstwo jest blisko.

- Z drugiej strony… jeśli mu pozwolicie, to może się zdarzyć dużo różnych rzeczy. Może się tym znudzi? Może stwierdzi, że to jednak nie dla niego i zniechęci się? Może uzna, że treningi są za ciężkie, a tak duży wysiłek fizyczny to nie jego bajka? Być może pani mąż robi wielką aferę z czegoś, z czego i tak nic nie będzie? Nie dowiemy się tego, dopóki nie sprawdzimy. Niech potrenuje przez te wakacje. I tak zostaje w Petersburgu, czyż nie? Nie ma szkoły, więc to idealna okazja, by zobaczył, na czym polega bycie łyżwiarzem figurowym. Jak wytrzyma, to pani mąż zyska dowód, że małemu naprawdę zależy. A jak nie wytrzyma… to osobiście przeproszę państwa za wtrącanie się i za wszystko inne. Ale co by się nie stało, Viktor nie będzie mógł wam zarzucić, że nie daliście mu szansy.

Nastąpiła jedna długa minuta milczenia. Pięćdziesięcioletni mężczyzna miał wrażenie, że była to najdłuższa minuta w jego życiu. Wreszcie matka chłopca przemówiła.

- To brzmi bardzo rozsądnie, ale

Ale!" – Feltsman jęknął w myślach – Nie, kurwa, błagam, tylkoe nie „ale"! „Ale" zawsze wszystko psuje!

- …jeśli mu teraz pozwolimy, to dla Viktora będzie to jak nagroda. A wciąż nie dostał kary za ucieczkę z domu.

Yakov odetchnął z ulgą. Okej, dobra. To „ale" nie było jednak takie znowu straszne.

- Zgadzam się! – pięćdziesięciolatek zagrzmiał głosem pełnym pasji - Gówniarz spierdzielił z domu! Napędził wam stracha, więc musi zostać ukarany. Mycie samochodu, mycie okien, czyszczenie band, czyszczenie kibli… niech państwo wymyślą dowolną karę, a ja wyegzekwuję wykonanie jej.

Och, proszę, Nastia, zgódź się! To będzie czysta przyjemność!

No, może poza myciem samochodu. Ja kocham mój samochód.

W sumie to okien też bym Viktorowi nie powierzył… nie, nie, okna odpadają.

Zostańmy przy bandach i kiblach. Ich raczej nie da rady popsuć. Chyba.

Matka niesfornego diabełka zachichotała.

- Naprawdę zależy panu, żeby go trenować. – posłała rozmówcy znaczące spojrzenie.

Yakov gwałtownie poczerwieniał.

- Z-znaczy się… j-jak mówiłem, to nie musze być ja, ale…

- Nie, w porządku. – Anastazja uniosła dłoń - Uważam, że jeśli już, to powinien trenować właśnie u pana. W końcu nie przestraszył się pan, gdy ściągnął przed panem… ech. Ale może do tego nie wracajmy.

Właśnie, kurwa! Nie wracajmy do tego!

- No i jest jeszcze kwestia tego… stypendium. – niepewnie zagadnęła kobieta - Wicedyrektor obozu… znaczy się pana zastępca coś na ten temat wspominał, kiedy Sasza pytał go, jak Vitya zapłacił za udział w obozie. Łyżwiarstwo figurowe jest drogim sportem. To nie tak, że nie mamy pieniędzy… mój teść założył dla naszego syna specjalny fundusz i trzymaliśmy go z mężem na czarną godzinę, ale… pomyślałam, że jednak warto pana zapytać o to stypendium. By wiedzieć, jak to wygląda w praktyce.

Z jednej strony wewnętrzny Yakov skakał z radości – w końcu rozmowa o pieniądzach na dziewięćdzesiąt procent oznaczała, że – o kurwa! – udało się i – o matko, tak się cieszę, o Jezu, hura, wspaniale! – Vitya dostanie zielone światło i będzie mógł jeździć figurowo na łyżwach! A przynajmniej przez wakacje.

Z drugiej strony, gdy Feltsman usłyszał o założonym przez Nikiego funduszu, lekko się wkurwił.

Ty kłamliwa kanalio! – w myślach zwrócił się do Saszy – Od samego początku było cię stać na lekcje łyżwiarstwa figurowego, a wciskałeś synowi kit, że to za drogie! Pfft! Ale o czym my w ogóle mówimy… nawet gdyby te lekcje były za darmo, nie wyraziłbyś zgody. Kurwa, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że rozmawiam z twoją żoną, a nie z tobą!

Niestety pięćdziesięcioletni trener miał świadomość, że sielanka negocjowania przyszłości dziecka z rodzicem, który NIE był uprzedzony, w końcu się skończy. Doskonale wiedział, że kwestia opinii Upartego Dupka prędzej czy później zostanie poruszona… ooooj, zostaaanie! Czekał na ten moment z takim podejściem, jakby wyczekiwał bombardowania. Wolałby, żeby nigdy nie nadeszło… ale też chciał już mieć je za sobą.

I rzeczywiście – gdy tylko Yakov skończył tłumaczyć Anastazji, na czym polegało stypendium Novaka („wiele dzieciaków z niego korzysta, więc może pani się nie martwić i dalej trzymać fundusz teścia w pogotowiu"), pojawił się Problem przez wielkie „P".

- Wie pan… jeśli o mnie chodzi, to wydaje mi się, że ma pan rację. Uważam, że najlepszym rozwiązaniem… dla wszystkich… będzie pozwolenie Viktorowi, by trenował u pana przez wakacje. Chciałabym zobaczyć, co z tego wyjdzie. Więc generalnie, jeśli o mnie chodzi, to mówię „tak", ale…

Musisz to jeszcze przedyskutować z rozżalonym kretynem, który włożył ci obrączkę?

- … muszę to jeszcze przedyskutować z mężem.

Bingo! Kurwa mać, jestem telepatą!

- Miałby pan coś przeciwko, gdybym teraz do niego zadzwoniła? – Anastazja sięgnęła po komórkę - Wydaje mi się, że nie prowadzi teraz zajęć, więc…

- Oczywiście, nie ma sprawy. Pójdę do drugiego końca kawiarni, by miała pani trochę prywatności…

- Nie, nie! Proszę, niech pan siedzi. To ja pójdę do drugiego końca kawiarni. Widzi pan, lepiej mi się rozmawia, gdy chodzę w kółko.

No to było ich dwoje. Yakov też chętnie pochodziłby sobie w kółko. Może tego po sobie nie pokazał, ale przez całą tę cholerną dyskusję tak się zdenerwował, że zdrętwiały mu nogi. Chętnie wkopałby do bramki pięćdziesiąt piłek. Albo kopnął w tyłek pięćdziesięciu Wronkovów. Tak, to by mu pomogło.

Szkoda, że musiał dostosować się do Anastazji. Mógł jedynie siedzieć na cholernym krześle, jak jakiś, kurwa… pacjent w poczekalni i czekać na wyniki. Tylko na co on był chory? Aha, na przywiązanie do Viktora.

Mogłaby stanąć trochę bliżej. – pomyślał, obserwując rozmawiającą przez telefon kobietę – Do diabła, nie słyszę ani słowa z tego, co mówi!

To tak jakby oglądać atak Rebeliantów na Gwiazdę Śmierci, ale z wyłączonym dźwiękiem. Niby wciąż widzisz śmigające w jedną i drugą stronę statki kosmiczne i „coś tam możesz wywnioskować", ale ponieważ nie słyszysz, co mówią piloci i nie słyszysz całej tej dramatycznej muzyki, siedzisz jak na szpilkach i obgryzając paznokcie zastanawiasz się:

Kto wygrywa? Kto ma przewagę? Nasi czy wróg?! Kurwa, widzę, że dzieje się coś dziwnego… powinienem już się denerwować, czy to tylko dramatyczny zwrot akcji przed spektakularnym zwycięstwem?! O Boże, nie wytrzymam tego napięcia!

Wspomniana sytuacja autentycznie miała miejsce. Kiedy Yakov poszedł do kina na „Nową Nadzieję", dwadzieścia minut przed końcem operator spierdolił sprawę i film leciał bez dźwięku. No po prostu, kurwa, tragedia na całej linii! Ale i tak mniej stresująca niż spektakl, który Feltsman oglądał teraz:

W jednej chwili Anastazja była opanowana, w drugiej wybuchała płaczem, potem rozmawiała normalnie, by po sekundzie znowu wpaść w histerię, jak w jednej z tych idiotycznych kolumbijskich telenowel!

Co się tam dzieje? O czym oni, kurwa, rozmawiają?!

Dwadzieścia minut. Kurwa mać, ta rozmowa trwała już pierdolone dwadzieścia minut! W końcu pięćdziesięciolatek stwierdził, że dłużej nie wytrzyma… przestał patrzeć w stronę matki Viktora i zabrał się za przeglądanie menu.

- Panie Feltsman?

Z wrażenia podskoczył na krześle. Głos Anastazji omal nie przyprawił go o atak serca. O Boże, a więc już skończyła?

Powoli spojrzał w stronę kobiety. Stała nad nim z trudną do zinterpretowania miną, cały czas trzymając telefon przy uchu. O kurde, wciąż trzymała telefon przy uchu! Czyli że… nadal się nie rozłączyła? Ale przyszła do stolika, by coś omówić? To nie wróżyło niczego dobrego.

No dobra… - Yakov pomyślał, przełykając ślinę – Jestem gotowy… mów!

- Sasza zgodził się, by Vitya jeździł figurowo na łyżwach przez całe wakacje.

Taaaaaaak! O Boże, kurwa, NIE wierzę!

W pierwszym odruchu pięćdziesięcioletni sojusznik chochlika miał ochotę zerwać się z miejsca i zatańczyć sambę w wykonaniu Denise Biellmann. Jednak zanim zdążył to zrobić, w głowie zapaliła mu się czerwona lampka.

Nie. Zaraz. To zbyt proste! Nie ma opcji, by Jego Królewska Wysokość Uprzedzony Dupek tak po prostu ustąpił, nie próbując ugrać czegoś dla siebie. To nie ten typ człowieka.

Zmusiwszy się do zachowania powagi, Feltsman nie powiedział ani słowa. Po prostu siedział w całkowitym bezruchu, cierpliwie czekając na „ale". Miał wrażenie, że prawdziwa walka dopiero przed nim.

Miał rację.

- Ale… - Anastazja zaczęła ostrożnie – mój mąż ma trzy warunki. Pierwszy warunek jest taki, że w ramach kary za ucieczkę z domu Vitya nie będzie miał prawa do żadnych przyjemności przez całe lato. Tymczasowo skonfiskujemy jego oszczędności, by nie miał pieniędzy. Anna naszykuje mu obiady na cały dzień i każdego ranka zostawi mu na stole kilka drobniaków. Dokładnie tyle, by mógł przemieścić się na lodowisko i z powrotem. Ale ani rubla więcej. Żadnego kina. Żadnych lodów. Jeśli Viktorowi naprawdę zależy na łyżwiarstwie, wytrzyma.

Jakby konfiskata oszczędności cokolwiek zmieniała! – Yakov prychnął w myślach – Kreatywny gówniarz pójdzie Mulić Róż i bez problemu podreperuje sobie budżet.

- Drugi warunek jest taki, - ciągnęła matka chłopca – że jeżeli Sasza usłyszy o jakimś dzikim incydencie w stylu Mulenia Różu, nasz syn wróci do domu.

Aha. No, chyba że tak.

Jednak to wszystko WCIĄŻ brzmiało ZBYT PIĘKNIE. Feltsman ze zdenerwowaniem wyczekiwał Warunku Numer Trzy. Coś mówiło mu, że to właśnie ten warunek będzie tym, który najbardziej ugodzi w chłopca. Ciekawe, co to będzie?

„Może jeździć figurowo na łyżwach, ale nie może brać udziału w zawodach?"

„Może jeździć figurowo na łyżwach, ale tylko przez najbliższe trzy miesiące, a potem już ani razu nie wejdzie na lód?"

„Może jeździć na łyżwach, jeżeli zetnie włosy?"

- Vitya może jeździć figurowo na łyżwach, tylko pod warunkiem, że to pan będzie go uczył. I to nie w znaczeniu, że będzie pan stał za bandą i obserwował, jak ktoś inny uczy Viktora. To PAN ma go uczyć. Nie inny instruktor, nie pana zastępca, nie pana asystent, tylko pan osobiście. Czy przyjmuje pan ten warunek?

- ŻE CO?!

Yakov ponownie spierdolił się z krzesła. No ale jak, kurwa, miał się nie spierdolić, kiedy usłyszał COŚ TAKIEGO?!

Nie, kurwa… nie! Coś tu było nie tak. Coś tutaj bardzo się nie zgadzało!

To nielogiczne… zwyczajnie niemożliwe! Ale w sensie, że… po wszystkim, co powiedział Feltsmanowi w piątek, Sasza chciał, by „ten sfrustrowany bezdzietny staruch" osobiście zajmował się jego synem? Chyba że… miał w tym jakiś ukryty motyw. Tylko, kurwa, jaki?!

Był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.

Yakov wyciągnął rękę i kilka razy poruszył złączonymi palcami, dając Anastazji do zrozumienia, by podała mu telefon. Czuł, że zmierza prosto w zastawioną pułapkę, ale nie miał wyjścia – jeżeli chciał dotrzymać złożonej Viktorowi obietnicy, nie mógł w najważniejszym momencie stracić jaj.

Komórka pani Nikiforovej była cięższa niż jego własna. Ważyła mniej więcej tyle samo co granat. Tym niechętniej Feltsman przystawił ją sobie do ucha.

Wziął głęboki oddech, policzył do dziesięciu, po czym starając się wyeliminować z głosu ślady jakichkolwiek emocji, wyszeptał:

- O co ci chodzi, koleś?

- O to, co powiedziała Tazja. – lodowatym tonem odparł Sasza – Trzeci warunek jest taki, że poprowadzisz każdy trening, w którym Viktor będzie uczestniczył. Czy jest coś, czego nie zrozumiałeś?

- Sam warunek zrozumiałem doskonale. – wycedził Yakov – Tym, czego nie rozumiem, są twoje motywy. Mogę się mylić, ale odniosłem wrażenie, że po piątkowej rozmowie nie zapałałeś do mnie sympatią.

- Owszem, nie mam o tobie dobrego zdania. Ale właśnie dlatego stawiam właśnie taki warunek. Uważasz się za wielkiego mądralę, który pozjadał wszystkie rozumy. Ponadto twierdzisz, że doskonale znasz mojego syna… udowodnię ci, że się mylisz. Chcę, żebyś przekonał się na własnej skórze, jak to jest uczyć Viktora. Idę o zakład, że kiedy przekonasz się, z czym to tak naprawdę się wiąże, pożałujesz tego, że się za nim wstawiłeś.

- Szczerze w to wątpię. Może o tym zapomniałeś, ale użerałem się z twoim synem przez dobre dwa tygodnie. Już go uczyłem i widziałem, do czego jest zdolny.

- Nie. Twoi instruktorzy go uczyli. A Viktor hamował się, bo nie chciał wylecieć z obozu. Przekonaj się, jak to jest uczyć go, gdy czuje się bezpieczny i to na twojej głowie ciąży obowiązek doprowadzenia go do porządku. Zobaczysz, że to nie takie proste.

Feltsman cicho prychnął.

- Stawiając taki warunek, kopiesz własny grób. – stwierdził zrezygnowanym tonem – Trenowałem ludzi, zanim się urodziłeś. Doprowadzenie do porządku zdziczałego ośmiolatka, to konkurencja, w której bez problemu prześcignę takiego smarkacza, jak ty. Skończy się na tym, że zobaczysz, że obcy facet lepiej ogarnia twojego syna niż ty, a twoje ego dostanie nieprzyjemnego prztyczka w nos. Jesteś pewien, że właśnie tego chcesz?

- Skoro moje ego ma dostać prztyczka w nos, to chyba nie masz powodów, by odmówić, czyż nie? – głos Saszy brzmiał podejrzanie spokojnie.

Yakov podrapał się po karku. Teraz, gdy o tym pomyśleć… to czy rzeczywiście miał jakiś powód, by odmówić? Czy ten cały Warunek Numer Trzy mógł ugodzić w niego w jakikolwiek sposób?

Niespodziewany ból w krzyżu dał Feltsmanowi odpowiedź. Nagle wszystko stało się jasne.

- Słuchaj, facet, ja mam pięćdziesiąt lat. Jeżeli już miałbym się czegoś obawiać to tylko tego, czy fizycznie dam radę. Owszem, czasami wchodzę na lód, żeby uczyć, ale nie cały czas. Jak już mówiłem, na obozie udowodniłem, że radzę sobie z Viktorem, więc…

- Więc nie mamy o czym mówić.

Dłoń z sygnetem mocniej zacisneła się na telefonie. Starszy z mężczyzn zazgrzytał zębami.

- A więc o to chodzi, tak? – wysyczał – Skończyły ci się argumenty i musisz wreszcie ustąpić… ale postanowiłeś, że chociaż trochę zrekompensujesz sobie porażkę, zmuszając pięćdziesięcioletniego faceta, by ganiał po lodzie z gówniarzami? Chcesz, bym „zapłacił" za realizacje marzeń twojego syna przetrąceniem sobie kilkunastu kręgów i wykupieniem karnetu stałego klienta u fizjoterapeuty? Urocze, nie powiem.

Przeklęty dupek! – Feltsman burknął w myślach - Ja jestem, kurwa, BOGIEM tego klubu! Nie po to pracowałem przez trzydzieści lat, by w tym wieku odpierdalać brudną robotę! A ten kurwiszon doskonale o tym wie!

Wie, że za cholerę NIE powinienem się na to zgodzić.

I wie, że I TAK się zgodzę, bo przejrzał mnie i zauważył, jak bardzo przywiązałem się do tego rozbrykanego hultaja, jego syna! SZLAG!

A co mi tam, kurwa… dam radę! Może i na to nie wyglądam, ale mimo pięćdziesiątki na karku jestem kurewsko wytrzymały! Już ja ci pokażę, facet! Dobra strona tego jest taka, że przynajmniej trochę schudnę…

- Szczerze? – odezwał się Sasza – Jak dla mnie możesz nawet prowadzić zajęcia razem z jednym z młodych instruktorów. Możesz przez całą lekcję stać na lodzie oparty o bandę i okazjonalnie rzucać jakieś instrukcje. Zakładając oczywiście, że wytrzymasz. Czy raczej: że Viktor pozwoli ci odpocząć. Nie postawiłem tego warunku, żeby zamęczyć cię fizycznie. Po prostu uważam, że skoro masz tupet, by wtrącać się w wychowywanie czyjegoś dziecka, to powinieneś przynajmniej przekonać się, z czym to się wiąże. Daję ci niepowtarzalną okazję, by zobaczyć, jak to jest odpowiadać za kogoś dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale skoro bycie trenerem nie różni się od bycia rodzicem, to powinno być dla ciebie pestką, co? Dla kogoś z takim doświadczeniem jak twoje, wytrzymanie z Viktorem nie będzie kłopotem, czyż nie?

To nieco zbiło Yakova z tropu. Że co? A więc nie chodziło o zamęczenie go na śmierć?

Do serca doświadczonego trenera wkradły się wątpliwości. No, no… Uprzedzony Dupek nieźle sobie to wszystko zaplanował! Po dłuższym namyśle, ten jego plan – ten przedziwny Warunek Numer Trzy - wcale nie był taki znowu głupi… o nie, nie był głupi ani trochę!

Jak długo Feltsman znał Viktora? Co tak naprawdę wiedział o niesfornym chochliku? Cóż… do tej pory wydawało mu się, że wie o nim całkiem sporo, ale w głębi siebie zdawał sobie sprawę, że to nieprawda.

Nie przewidział ucieczki z domu. Nie przewidział odzywek rozjuszonego dzieciaka wobec matki. I tak naprawdę… nie mógł przewidzieć tego, co wydarzy się w ciągu nadchodzących trzech miesięcy. A co jeśli Sasza miał rację? A co jeśli opieka nad Viktorem okaże się dla Yakova nie do przejścia? Już nawet nie fizycznie… połamane kości zawsze można posklejać. Ale, do diabła, co z psychiką?

Uprzedzony Dupek nie bez powodu wybrał taki właśnie warunek. W końcu mógł sięgnąć po cokolwiek – skoro postanowił wziąć przeciwnika na „przeczekanie", to musiał naprawdę sądzić, że Feltsman wymięknie.

To nie tak, że Yakov w siebie nie wierzył. Owszem, wierzył. Ale pamiętał też, co się stało, gdy ostatnim razem próbował być dla kogoś kimś więcej niż trenerem.

A co jeśli Vitya znienawidzi mnie, tak jak Maks?

Wybuchowy mężczyzna potrząsnął głową. Do diabła, to nie moment, by tracić nerwy! Za daleko zaszedł, by teraz podkulić ogon i uciec. Zresztą, nawet jeśli mały chochlik rzeczywiście miałby go znienawidzić, to… to… to trudno.

Moje uczucia NIE są w tej chwili ważne! – pomyślał Yakov – Liczy się to, żeby ten dzieciak w końcu dostał szanse. Żeby mógł robić to, co kocha.

- Przypuśćmy, że się zgodzę. – mruknął do telefonu – Co jeśli się przeziębię?

Sasza zastanowił się chwilę.

- Jeśli któryś z was zachoruje, w porządku. Nie jesteśmy w cholernej szkole, więc nie będę od ciebie wymagał, byś przynosił mi zwolnienia od lekarza. Ale zaznaczam, że jeśli z powodów innych niż kontuzja bądź choroba nie będziesz osobiście uczyć Viktora, zrywamy umowę. Jeśli z powodów inych niż kontuzja bądź choroba Viktor wymiga się z zajęć… jeżeli opuści choć jeden trening, zrywamy umowę. Ale ani ty ani Anastazja nie powiecie mu o tym. Chcę zobaczyć, czy naprawdę chce wywijać tyłkiem na lodzie, czy po prostu robi mi na złość. Jeśli mu zależy, nie będzie szukał wymówek.

Fakt, że mówisz coś takiego świadczy o tym, że ani trochę nie znasz tego dzieciaka. – Feltsman prychnął w myślach – Ja już martwię się tym, jak ja go ŚCIĄGNĘ z tego lodu. Kiedy był obóz, to niemal za każdym razem musiałem go łapać za fraki i kopniakiem wysyłać do szatni. Aż strach pomyśleć, co będzie teraz, gdy pierwszy raz w życiu będzie mógł ćwiczyć łyżwiarstwo figurowe LEGALNIE!

- Mam sposoby, by dowiedzieć się, czy się wywiązujesz się z umowy. – ciągnął ojciec chłopca - I od razu zaznaczam, że jeśli się nie wywiążesz, nigdy nie pozwolę temu gówniarzowi jeździć na łyżwach. I to nie tylko figurowo. Dopilnuję, by nigdy więcej nie wszedł na lód. Czy to jasne?

- Ale jeśli i ja i Viktor wytrzymamy, pozwolisz mu, czyż nie? – Yakov uznał, że to odpowiedni moment, by postawić własny warunek - Nawet gdy wróci do Novowladimirska we wrześniu?

Spodziewał się odpowiedzi w stylu:

„Poczekamy, zobaczymy."

A zamiast tego usłyszał:

- Zgoda. Jeśli obaj wytrzymacie, Viktor będzie mógł jeździć figurowo na łyżwach u dowolnego instruktora w promieniu trzydziestu kilometrów od domu. Nawet u tego dupka Pankina.

To brzmiałoby zachęcająco… gdyby nie to, że brzmiało jednocześnie kurewsko podejrzanie.

Że co? I Vitya tak po prostu będzie mógł trenować u pedziowatego podlizywacza? I jego ojciec tak po prostu dojdzie z tym do porządku dziennego? Nieee, cholera… to nierealne!

Czyżby Sasza był aż tak pewny tego, że Yakov nie wytrzyma? Albo że Vitya nie wytrzyma? A może chodziło o to, że…

- Trzydzieści kilometrów od domu, tak?

W domyśle: Petersburg i Klub Mistrzów już nie będą wchodzić w grę?

Po drugiej stronie linii rozległo się poirytowane westchnienie.

- Może być nawet sto kilometrów. – burknął Sasza – Odległość nie ma znaczenia. Chodzi o to, by treningi nie kolidowały z jego szkołą. Mogę pozwolić synowi być sportowcem, ale na pewno nie pozwolę mu być idiotą.

Zrozumiałe. Ale to nie zmieniało faktu, że poza wakacjami Klub Mistrzów będzie poza zasięgiem Viktora. Nie ma szans, by chodząc do szkoły w Novowladimirsku, ten dzieciak mógł jeździć na treningi w Petersburgu. Może warto rozważyć przesunięcie kolejnego obozu na lipiec? Zakładając oczywiście, że Feltsman wygra zakład. Jeśli przegra, nie będzie czego przekładać.

- Twoje milczenie jest bardzo wymowne. – z miniaturowego głośniczka padło złośliwe stwierdzenie – Twoje magiczne trzy miesiące jeszcze się nie zaczęły, a ty już za nim tęsknisz? Twój były uczeń trafił w dziesiątkę, gdy w wywiadzie wspomniał o kompleksie braku własnych dzieci.

Za powstrzymanie się przed rozwaleniem komórki Anastazji gołą dłonią, Yakov powinien dostać jakiś specjalny dyplom z samokontroli. I z dwadzieścia punktów expo do opanowania (nie żeby rozumiał, czym były te popierdolone punkty, wiedział jedynie, że ten gówniarz Andrei pieprzył o nich przed każdym treningiem).

Nie daj się sprowokować! – dzielnie powtarzał sobie Feltsman – Nie daj się sprowokować, nie daj się sprowokować, nie daj się sprowokować!

- Miejsza o moje kompleksy. Jak rozumiem, mamy umowę?

- Na czas określony. – westchnął Sasza – Daj mi z powrotem żonę.

Anastazja była wyraźnie zachwycona efektem „negocjacji". Po przejęciu telefonu, omówiła jeszcze z mężem kilka szczegółów natury technicznej, zaszczebiotała coś w stylu „byłeś taki otwarty i pełen zrozumienia, jestem z ciebie taka dumna, kochanie!", po czym (przy akompaniamencie dobiegających z głośniczków bluzgów Uprzedzonego Dupka) rozłączyła się.

- A zatem, Vitya może legalnie jeździć figurowo na łyżwach. – posłała Yakovowi nieśmiały uśmiech – Wciąż nie mogę w to uwierzyć!

- Mam nadzieję, że doceni to i przeprosi panią za ten cały incydent z ucieczką… a właśnie! Przypomniało mi się, że chciałem panią o coś zapytać. Co właściwie się stało, po tym jak w piątek wróciliście do domu? To nie to, że jestem wścibski. Po prostu ciekawi mnie, dlaczego Vitya aż tak wzbrania się przed przeprosinami. Może gdybym wiedział, o co chodzi, mógłbym jakoś pomóc…?

- Nie sądzę, by pana interwencja pomogła. – matka chłopca stwierdziła ponuro – Vitya czasami miewa momenty, że bardzo się na coś uprze i żadna siła nie jest w stanie przekonać go, by zmienił zdanie. Teraz najwidoczniej też tak jest. To co? Wracamy na lodowisko?

Z wypisaną na twarzy beztroską, Anastazja pomaszerowała w stronę wyjścia. Yakov nie ruszył się z miejsca.

- Nie odpowiedziała pani na pytanie. – zauważył ostrożnym tonem.

Kobieta właśnie miała otworzyć drzwi. Słysząc stwierdzenie pięćdziesięciolatka, zastygła z dłonią na klamce. Nie odwróciła się, by spojrzeć na rozmówcę.

- Jakie pytanie?

Udawała nonszalancję, ale Feltsman nie dał się nabrać. Gdy w grę wchodziło wychwytywanie drobnych niuansów w intonacji, był prawdziwym ekspertem. Nie miał wątpliwości, że usłyszał próbę ukrycia co najmniej dwóch rodzajów uczuć:

Poczucia winy oraz strachu.

Ludzie, którzy nie zrobili niczego złego, nie czuli takich rzeczy.

Coś mówiło Yakovowi, że nie powinien drążyć tematu – że robiąc to ryzykował naruszenie świeżo zawartego porozumienia. Mimo to postanowił spróbować jeszcze jeden, ostatni raz:

- Zapytałem, co się wydarzyło, gdy w piątek wróciliście do domu. Jak rozumiem, pani mąż ukarał Viktora. Czy mogłaby mi pani powiedzieć, w jaki sposób?

- Nie ukarał go fizycznie, jeśli o to pani chodzi.

- Więc w jaki sposób go ukarał?

Nastąpiła długa minuta ciszy. A zaraz po niej tajemnicza odpowiedź:

- Wymierzył mu karę adekwatną do popełnionej zbrodni.

- Czyli?

Jednak Anastazja już nie usłyszała tego pytania. Czy raczej – udała, że nie słyszy. W momencie, gdy Yakov otwierał usta, pchnęła drzwi i wyszła na ulicę. Feltsman miał ochotę wznowić rozmowę, gdy kilka chwil później stali na światłach… ale ostatecznie postanowił tego nie robić.

Byłoby to swojego rodzaju igranie ze szczęściem. Czyż Bóg nie okazał dzisiaj nadmiarów łaskawości? Czyż w swojej wspaniałomyślności nie stanął za Yakovem i nie pomógł mu w wygraniu bitwy, która kilka godzin temu wydawała się nie do wygrania? Czyż nie zesłał dwóch smarkatych specjalistów od negocjacji, by wymyślili te wszystkie kluczowe argumenty? Czyż we właściwym momencie nie użyczył pięćdziesięciolatkowi samokontroli umożliwiającej przetrwanie drobnych docinek Saszy?

Obecna chwila powinna być chwilą radości i triumfu. Feltsman powinien cieszyć się, że dopiął swego i wywalczył małemu kaktusowi prawo do tańczenia na lodzie.

Naprawdę chciał to zrobić. A mimo to nie potrafił przestać myśleć o owianym tajemnicą powrocie Nikiforovów do domu.

Czemu wciąż nie dawału mu to spokoju? Czemu miał wrażenie, że pozostawiając tę kwestię nierozwiązaną, popełnia poważny błąd?

XXX

- Naprawdę? Ale, że… naprawdę?

Ktoś powinien zrobić Viktorowi zdjęcie i na zawsze uwiecznić moment, w którym ten dzieciak dowiedział się, że – serio, poważnie, autentycznie! – uzyskał pozwolenie rodziców na trenowanie ukochanej jazdy figurowej na łyżwach.

- Tak, naprawdę. – burknął Yakov – A teraz bądź dobrym synem i podziękuj matce za to, że przekonała twojego ojca.

Chochlik wziął rozpęd, wskoczył na pięćdziesięciolatka, zarzucił mu ręce na szyję i z nóżkami dyndającymi w powietrzu, wyrzucił z siebie:

- Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję!

- Nie mnie, MATCE! – Feltsman wydarł się na cały korytarz – NIE jestem twoją matką! NIE nosiłem cię w brzuchu, NIE urodziłem cię, a już NA PEWNO nie karmiłem cię cyckiem!

Stojąca z boku Anastazja zachichotała. Viktor obrócił buzię w jej stronę.

- Dzięki. – rzucił, po czym ponownie wtulił się w Yakova.

Dłoń doświadczonego trenera z głośnym plaśnięciem wylądowała na czole.

Czemu… kurwa, czemu ten bachor to robi? Czemu on ZAWSZE musi wszystko utrudniać?! Dzięki Bogu, że jego matka nie jest złośliwą kobietą. Gdyby miała charakter chociaż odrobinę podobny do swojego męża, to powiedziałaby coś w stylu:

„Skoro nawet nie umiesz okazać wdzięczności, to odwołuję wszystko i wracamy do domu!"

Na szczęście Anastazja była Anastazją. I najwidoczniej sadystką, która czerpała przyjemność z napuszczania swojego syna na ludzi. Uśmiechając się beztrosko, oznajmiła:

- Vitya, pan Feltsman wiele dla ciebie zrobił. Pocałuj go w policzek.

ŻE C…

Yakov nie zdążył nawet dokończyć myśli, gdy mała srebrnowłosa pijawka przyssała mu się do szczęki. I to tak mocno jakby miała już nigdy nie puścić! Noż kurwa mać!

Mina siedzącej za biurkiem Hanki wyrażała ubolewanie z racji braku aparatu fotograficznego. A mamuśka natrętnego stworzenia zasłaniała dłońmi usta i podejmowała daremny wysiłek ukrycia usatysfakcjowanego rechotu.

Do diabła, czy Feltsman był tutaj jedyną osobą, która uważała, że obślinianie kilkadziesiąt lat starszego faceta NIE było normalne?!

- No dobra, kurwa, wystarczy… zabieraj ryj…powiedziałem: WYSTARCZY! Co ty, cholera, pies jesteś?!

Trochę to trwało, ale wreszcie zdołał odkleić od siebie małego upierdliwca. Vitya był tak podekscytowany, że nawet po odstawieniu na podłogę machał swoją długą kitką jak ogonkiem.

- Zapamiętałeś wszystko, co ci mówiłam? – Anastazja zwróciła się do syna – Na czas pobytu w Petersburgu masz słuchać pana Feltsmana. Kiedy w pobliżu nie ma twojej cioci, to on jest twoim szefem, jasne? Poza tym masz dzwonić do domu przynajmniej dwa razy w tygodniu. I, tak jak ustaliliśmy, żadnych przyjemności do końca lata. Żadnych ciastek, gofrów, zakupów w centrum handlowym, wesołych miasteczek i wypadów do kina. I nie wolno ci wyłudzać od ludzi pieniędzy… ani próbować ich zarobić w jakikolwiek sposób. Zrozumiałeś?

- Tak, tak, zrozumiałem. – chłopiec energicznie pokiwał głową.

- Aczkolwiek… postanowiliśmy z ojcem, że będziemy wyrozumiali. Letnie wakacje są tylko raz w roku, a ty miałeś bardzo dobre oceny, więc… jeśli w którymkolwiek momencie zdecydujesz się przeprosić nas za ucieczkę z domu, zwrócimy ci skonfiskowane oszczędności, wskrzesimy prawo do kieszonkowego i będziesz mógł znowu cieszyć się letnimi przyjemnościami. Możesz zadzwonić i przeprosić w każdej chwili. Chyba że… wolisz zrobić to teraz?

Ta nieoczekiwana propozycja była dla Yakova sporym zaskoczeniem. Feltsman zastanowił się od niechcenia, czy pani Nikiforova ustaliła możliwość zniesienia pierwszej części umowy z mężem… czy też postanowiła zrobić to na własną rękę? Tak czy siak, musiała być nieźle zdesperowana, skoro w celu wymuszenia przyprosin posunęła się do przekupstwa.

Wzrok pięćdziesięciolatka spoczął na chochliku. Perspektywa cieszenia się przyjemnościami lata to chyba dość, by zachęcić jakiegokolwiek dzieciaka do wykrztuszenia jednego krótkiego słówka… prawda?

- Dziękuję, że pozwoliłaś mi jeździć na łyżwach, mamusiu. – oznajmił Viktor.

W domyśle:

„Ale nie przeproszę."

Brak zaskoczenia na twarzy Anastazji zdziwił Yakova jeszcze bardziej niż odmowa chłopca. I znowu to samo - skąd to dziwne przeczucie, że w piątkowy wieczór wydarzyło się coś naprawdę paskudnego?

- Panie Feltsman, może nas pan oprowadzi po tym miejscu? – łagodnie poprosiła pani Nikiforova – Niedługo muszę wracać do Novowladimirska. Pomyślałam, że przynajmniej zobaczę, gdzie Vitya będzie trenował.

- Pewnie. – Feltsman wzruszył ramionami – Dlaczego nie?

- Taaaaak! – zapiszczał Vitya – Oprowadzanie, oprowadzanie!

- Ty weź się trochę uspokój. - burknął Yakov.

- Słuchaj się trenera, Vitya. – dodała Anastazja.

Serce pięćdziesięciolatka wydało kilka podekscytowanych drgnięć.

"Trenera".

No tak… przecież był teraz trenerem Viktora. Legalnie i oficjalnie. Nie powinien być aż tak szczęśliwy z tego powodu… ale, cholera, był!

- Sporo ma pan tutaj roślinek. – usłyszał głos matki chłopca, gdy chwilę później szli korytarzem.

- Wcześniej stały u mnie w gabinecie. – wyjaśnił zrezygnowanym tonem – Ale co chwilę się o nie potykałem, więc wyniosłem je na korytarz. Mój poprzednik był wielkim miłośnikiem botaniki. Proszę bardzo, oto sala baletowa.

Kilka małych dziewczynek tańczyło przed lustrem. Rozochocony chochlik chciał do nich dołączyć, jednak Yakov złapał go za kołnierz i przytrzymał.

- A to siłownia. – Feltsman otworzył drzwi kolejnego pomieszczenia.

- Łał! – na widok ćwiczącego najbliżej młodzieńca, Anastazja oblizała usta – Prawie tak dobrze umięśniony jak Sasza.

Yakov odchrząknął, przywołując napaloną babę do porządku.

- Wbrew temu, co myśli pani mąż, łyżwiarze figurowi raczej nie są zbudowani jak panienki. – mruknął - No, może do dwudziestego roku życia… - dorzucił, zerkając na Viktora.

- Taaak, zaczynam dostrzegać męskie aspekty tego sportu. – pocierając podbródek, pani Nikiforova pokiwała głową – Och! Czy to pan?

Wypielęgnowany palec kobiety wskazywał na jedno z wiszących na korytarzu zdjęć – przedstawiało Yakova i Tatianę podczas wykonywania programu dowolnego na Igrzyskach Olimpijskich w Grenoble.

- Tak, to ja. – Feltsman potwierdził, wzdychając – Trzydzieści lat temu. I jakieś dziesięć kilo temu.

- Ten element wygląda… imponująco. – Anastazja wpatrywała się w fotografię z osobliwą mieszaniną trwogi i oczarowania – Ponoć nazywają to „spiralą śmierci"?

- To głupia nazwa. Nie przypominam sobie, by ktoś kiedykolwiek przy tym zginął.

- Łaaaaał, ale był pan chudy! – skomentował Viktor.

- Ależ, kurwa, dziękuję! – burknął Yakov.

- A ta kobieta, z którą pan jeździł… to pana żona? – spytała matka chłopca.

- Nie, to moja… ech… tak jakby przyszywana siostra.

- Ach, no tak! – pani Nikiforova wykrzyknęła niespodziewanie – Przecież jest pan…

- NIE JESTEM GEJEM, JASNE?!

- Co to jest „gej"? – chochlik pociągnął trenera za spodnie – To coś takiego jak „gejsza"?

- Vitya, zadawaj panu trenerowi to pytanie za dziesięć lat, dobrze? – Anastazja oznajmiła, zanim Feltsman zdążył dostać załamania nerwowego – Na razie jesteś trochę za mały, by poznać znaczenie tego słowa. A! Bo tak właściwie…

Policzki Anastazji poczerwieniały. Kobieta odgarnęła kosmyk włosów za ucho i posłała pięćdziesięciolatkowi przepraszające spojrzenie.

- … nie miałam zamiaru powiedzieć „przecież jest pan gejem". Chciałam powiedzieć „przecież jest pan tym łyżwiarzem, o którym mój teść mówił, że zdobył złoto w Grenoble". Dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę. No bo na zdjęciu jest logo igrzysk i pasuje pan do opisu. Kitka, spojrzenie delikwenta i tak dalej.

Jeżeli istniała jakaś lista „bezcennych wyrazów twarzy", to obecna mina pani Nikiforovej na bank znalazłaby się w pierwszej dziesiątce. To była mina pod tytułem:

„O kurde, facet, którego mój mąż trzy dni temu zwyzywał od bezdzietnych staruchów… którego w zasadzie zmusiliśmy, by błagał nas, byśmy pozwolili mu uczyć naszego syna… to w zasadzie złoty medalista olimpijski?! Ups?"

Yakov oddałby wszystko, by zobaczyć minę Uprzedzonego Dupka, kiedy usłyszy o tym wszystkim od żonki.

Mina Viktora też była bezcenna, tyle że w inny sposób.

- To pan ma złoty medal z Olimpiady, tak jak mój dziadek?! – chłopczyk wyszeptał poruszonym tonem, wlepiając w Yakova parę wielkich, wypełnionych uwielbieniem oczu – Jak pan mógł mnie tak oszukać?! Pozwolił mi pan myśleć, że jest pan jakimś zmutowanym eskimosem, co uczył się jazdy na łyżwach od pingwinów i szuka pan jedzenia po śmietnikach!

- No, kurwa, bardzo przepraszam, że zniszczyłem twój wyidealizowany obraz mnie jako nadzianego kloszarda. – wycedził Yakov.

- Żartuje pan? Jest pan z tysiąc razy fajniejsiejszy, niż myślałem!

- A tak na marginesie… - przełykając ślinę, Anastazja wymamrotała Feltsmanowi do ucha – To ile pan bierze za godzinę nauki, kiedy ktoś nie korzysta ze stypendium?

- Lepiej pani będzie bez tej wiedzy.

- Łaaaaał! – podskakując w miejscu, Viktor pokazywał grupowe zdjęcie wszystkich członków Klubu Mistrzów z sześćdziesiątego dziewiątego – To też pan? To też pan? O kurde, ale pan jest silny!

- Ten facet, którego trzymam na baranach to mój dawny trener, Misza Novak. – mówiąc to, Yakov nie mógł nie uśmiechnąć się z nostalgią – Nie był jakoś szczególnie ciężki. To do niego należały te wszystkie rośliny, które walały się po korytarzach. A ten młodziak na lewo ode mnie to pan Antonov. Pamiętasz pana Antonova z obozu, prawda?

- Pana zastępca i… menadżer klubu? – matka chłopca odezwała się niepewnie.

- Na tym zdjęciu jest znacznie milszy niż normlanie. – krzywiąc się zauważył dzieciak – O! A to? A to? Czy to pana córki?

- Nie, to zawodniczki, które trenuję. Tak wyglądały, kiedy były w podobnym wieku, co ty.

Na fotografii Masza z Lenką pozowały po obu stronach trenerach w zwiewnych sukieneczkach. Klęcząca z przodu Sońka – wówczas klasyczna chłopczyca – miała na sobie „farmerskie" spodnie z szelkami i wsuwki do włosów w kształcie trupich czaszek. Mrugała jednym okiem i pokazywała język do kamery. A Viereczka…Viereczka była chyba wtedy na etapie gubienia mleczaków? Z jedynymi dwoma ząbkami na uśmiechniętej buzi wyglądała jak mały wampirek. Siedziała na zgiętym kolanie Yakova w plisowanej spódniczce i rajstopkach w kropki. Zakończone maleńkimi figurówkami nóżki wesoło dyndały w powietrzu.

Tuż obok wisiała fotografia z tegorocznego bankietu. Cztery dorosłe kobiety stały na środku sali balowej w towarzystwie trenera. Masza – elegancka i piękna. Lenka – długonoga, jak czarodziejki z japońskich kreskówek. Sonia – już nie chłopczyca, a ponętna, kipiąca seksapilem panna. Viereczka – w ciąży.

Ech, pomyśleć, że minęło tyle lat…

Za szybko. Czas płynął zdecydowanie za szybko.

- Czy… czy to tutaj? – głos Viktora wyrwał pięćdziesięciolatka z zamyślenia.

Srebrnowłosy chochlik stał przed wielkimi drzwiami z taką miną, jakby miał przed sobą wrota do krainy snów. Ze szpary na dole wylewała się smuga światła. Zza ściany dobiegały strzępki rozmów i szurania mknących po lodzie łyżew. Przełykając ślinę, chłopiec sięgnął w stronę drzwi.

Otwórz je. – Yakov wyszeptał w myślach – Nareszcie możesz to zrobić. Drzwi do świata łyżwiarstwa figurowego nie są już dla ciebie zamknięte. Otwórz je i wspólnie przekonajmy się, co tam na ciebie czeka…

Mała dłoń, palec po paluszku, zacisnęła się na klamce. W niebieskich oczach nie było strachu – tylko eskcytacja z mieszaniną nieśmiałej nadziei.

Viktor Nikiforov wziął głęboki oddech, po czym zdecydowanym ruchem pchnął drzwi.