Wyjątkowo część notki będzie tutaj. Ten rozdział przyniósł mi masę radochy i muszę wam przekazać jedną rzecz: wróciłem :D

Rozdział 10

Zdeformowana fizjonomia twarzy mutanta była doskonale widoczna przez snajperski celownik zamocowany do SKS-a. Rudowłosa stalkerka wolałaby nie oglądać go z tak bliska. Wolałaby też mieć w rękach kałasznikowa, ale wtedy pewnie musiałaby wejść w zasięg oddziaływania tego tłustego gnojka, na którego właśnie się gapiła.

Kontrolery to okrutne i niebezpieczne stworzenia, choć wyglądają dość niepozornie. No.. jeśli można nazwać zwalistego, zgarbionego mutanta niepozornym. Taka budowa ciała jednak kojarzy się raczej z wytrzymałością i siłą. W tym przypadku dostajemy coś co może z łatwością zmusić człowieka, żeby ten z szerokim uśmiechem na twarzy i łzami w oczach wlazł prosto na kontrolerowy talerz. Nawet jeżeli jakimś cudem uda się komuś przeżyć bliskie spotkanie z tym bydlakiem, to prawdopodobnie zdąży mu na tyle pomieszać we łbie, że biedny stalker zeświruje i w końcu strzeli sobie w łepetynę. Albo zabije kilku kumpli i pójdzie pół przytomny w Zonę, żeby zdechnąć jakąś głupią śmiercią.

Phoebe zdecydowanie nie chciała tak skończyć. Dlatego wybrała tą najbezpieczniejszą metodę eliminowania upierdliwych mutantów. Żadnych pułapek, żadnego skradania, żadnych przynęt i polowań w grupach. Czyste, szybkie i względnie bezpieczne zabójstwo z dużej odległości. Gdyby jeszcze tylko widok owiniętego resztkami bandaży, zdeformowanego monstrum nie popychał jej żałośnie ubogiego śniadanka w górę przewodu pokarmowego…

Sprawdziła wiatr i po raz ostatni skorygowała położenie celownika. Upaćkany czymś zielonkawym palec pociągnął za spust, a karabin wypluł z siebie pocisk. Tył nieproporcjonalnie dużej głowy mutanta eksplodował czerwoną fontanną krwi, fragmentów czaszki i mózgu oraz strzępkami innych tkanek, które stanęły na drodze kuli. Humanoid zachwiał się, po czym wylądował dziurawym pyskiem w zimną ziemię Zony.

Ruda przez chwilę nie ruszała się z miejsca. Czujnym wzrokiem wspieranym przez lunetę karabinu lustrowała otoczenie w poszukiwaniu jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, które mogłoby ją zaskoczyć. Kiedy była już względnie pewna, że nic się na nią nie rzuci, podniosła się z wysokiej trawy i zawiesiła broń na plecach, a z kabury zawieszonej przy udzie wyciągnęła colta 1911. Ruszyła w stronę nory mutanta omijając po drodze miejsca wyglądające zbyt podejrzanie, żeby przez nie przejść.

'Powinnam zabrać jakieś trofeum' pomyślała stając nad stygnącym truchłem. Nie ruszyła nawet ręki by dobyć noża. Ledwo była w stanie utrzymać ostatnie posiłki wewnątrz żołądka przy samym patrzeniu na trupa, a co dopiero przy dotykaniu go. Nawet nożem.

Zresztą dużo bardziej interesowało ją co mogła znaleźć w leżu potwora. Nie była to może jaskinia smoka, więc Czarny Stalker wie jakich skarbów nie należało się spodziewać, ale z pozostałości po ostatnich posiłkach mutanta zawsze dało się odłowić coś ciekawego.

Nora, w której zadomowił się kontroler wyglądała jakby została przez kogoś zbudowana. Była dość płytka, a jej dach podpierany był przez kilka drewnianych, nieociosanych belek. Biorąc pod uwagę fakt, że belki wyglądały na całkiem świeże, jama mogła zostać zbudowana przez ludzi będących pod kontrolą mutanta. Takich jak ten siedzący pod ścianą.

Phoebe zbliżyła się ostrożnie do obcego stalkera. Mężczyzna pogubił, albo i nawet wyrzucił gdzieś większość swojego ekwipunku. Stracił również wszystkie włosy, a jego skóra poznaczona była niezdrowo wyglądającymi plamami. Zapewne miał chorobę popromienną i kilka innych. Poza tym był przerażająco chudy, jego dłonie wyglądały jakby tłukł nimi przez kilka godzin w beton, a w jego oczach nie dało się znaleźć ani trochę świadomości. Wyglądał i zachowywał się jak zombie albo raczej kukiełka, którą odcięto od lalkarza.

Dziewczyna westchnęła ciężko i przystawiła stalkerowi pistolet do skroni. Ten facet i tak był już martwy. Kiedy zraniłby się zbyt mocno, albo w jakiś inny sposób stał się bezużyteczny, jego zmutowany pan pewnie by go zeżarł tak jak zrobił to z jego poprzednikami oraz tymi, których siły nie potrzebował. Kolejny mózg tego dnia opuścił czyjąś czaszkę. Całkowicie już bezwładne ciało powoli osunęło się na klepisko służące jako podłoga nory. Ruda natychmiast przestała patrzeć w tę stronę. Oświetliła latarką resztki kilku ciał leżących w głębi jamy i pobieżnie je przeszukała. Zabrała kilka magazynków, które wydawały się być w znośnej kondycji. Przyjrzała się kontenerkowi na artefakty, ale w środku zastała powoli powstającą wiązkę. Pamiętając co taka zabawka zrobiła pijawce odsunęła pojemnik jak najdalej od siebie. Na koniec wyrzuciła z nory maskę przeciwgazową ze stłuczonym szkiełkiem i pokrytego rdzą kałacha. Wychodząc przymocowała do jednej z belek podtrzymujących strop mały pakunek od którego ciągnęła się długa linka owinięta dookoła jej nadgarstka i palca. Ostrożnie ją rozwijając oddaliła się na znaczna odległość, po czym gwałtownie szarpnęła. Okolicą wstrząsnęła niezbyt silna eksplozja, a nora natychmiast się zawaliła. Phoebe cofnęła się do małego rumowiska i wbiła w nie, lufą w dół, odzyskanego z wewnątrz kałacha. Na jego kolbie zawiesiła maskę, po czym oddaliła się bez słowa.


Leżąca twarzą w poduszce czarnowłosa nawet nie podniosła głowy, żeby zobaczyć kto wchodzi do pokoju. Mało ją to obchodziło, a poza tym doskonale wiedziała kim jest ów gość. Nikt inny nie przychodził jej pocieszać.

Materac poruszył się i wgiął wydając z siebie cichy jęk sprężyn, kiedy ktoś usiadł na jego krawędzi. Marcelina niechętnie odwróciła się, żeby zobaczyć o co chodzi. Nie, żeby coś ją to obchodziło…

Gdy tylko jej węch przestał być ograniczany przez poduszkę poczuła wyraźny zapach zupy. Zaburczało jej w brzuchu, a z ust pociekła ślinka. Zdała sobie sprawę z tego, że od rana nic nie jadła. Podniosła wzrok na siedzącą obok postać. Różowowłosa uśmiechała się szeroko. Na kolanach trzymała tackę, na której stała miska pełna aromatycznej, parującej cieczy. Stalkerka nie pamiętała kiedy ostatnio czuła tak atrakcyjny aromat. Bonnibel naprawdę się tym razem postarała.

Nagle poczuła dotyk drobnej dłoni na plecach. Właścicielka schroniska zrobiła nią kilka delikatnych, okrężnych ruchów.

- "Jeśli się nie podniesiesz, to nie będziesz mogła nic zjeść" - powiedziała miłym głosem.

Niezadowolona dziewczyna powoli podniosła się i mamrocząc coś pod nosem przesunęła się na krawędź łóżka. Usiadła po turecku tuż obok Bonnie, która zaraz podała jej plastikową tackę. Czarnowłosa złapała za łyżkę i zaczęła jeść. Po kilku siorbnięciach stwierdziła, że dawno nie jadła czegoś tak dobrego.

Przez dłuższą chwilę pomieszczenie wypełniały wyłącznie dźwięki połknięć oraz stukania łyżką o ścianki metalowej miski. Kilka kropel zupy skapnęło na tackę i powoli spłynęło ku niżej położonej krawędzi.

- "Jak się czujesz Marcy?" - zapytała w pewnym momencie Bonnibel. Jej głos był dziwnie cichy.

- "Jak gówno…" - westchnęła ponuro czarnowłosa dojadając resztki zupy. Łyżka skrobała o metalowe dno.

Różowowłosa objęła ją rękami w pasie i oparła głowę na jej ramieniu. Marcelina pozwoliła sobie na delikatny, smutny uśmiech. Odłożyła sztuciec do wnętrza naczynia, a całą tackę na materac, po czym odwróciła się w stronę właścicielki schroniska i przytuliła się do niej opierając nos na czubku jej głowy.

- "Im wcześniej wyjdę w Zonę tym lepiej…" - westchnęła.


Głośny huk poniósł się przez porośniętą trzciną i chwastami, podmokłą równinę. Łeb wielkiego, przypakowanego pseudopsa eksplodował niczym uderzony młotem kowalskim arbuz. Ślepe psy, w których stadzie zabity właśnie mutant musiał być samcem alfa, czym prędzej porzuciły spożywanego zdechłego mięsaka i rozbiegły się na wszystkie strony. Kilka mniejszych osobników biegało jeszcze przez chwilę w kółko nie do końca rozumiejąc co się dookoła nich dzieje.

- "Piękna spluwa" - z zadowoleniem pokiwał głową Finn oddając niebieskowłosemu osobnikowi SCAR-a - "Zawsze chciałem spróbować z tego postrzelać, ale nigdy nie miałem okazji."

Podnieśli się z trzcin i spokojnym krokiem, uważnie rozglądając się po okolicy ruszyli w kierunku strzelonego zwierza. Gdzieś z daleka obserwowała ich osierocona sfora. Mutanty całkowicie się pogubiły. Niedługo zapewne znajdzie się jakiś nowy samiec alfa, ale do tego czasu stadko nie będzie większym zagrożeniem.

- "Nieźle strzelasz" - pochwalił Finna stalker.

- "Służyłem jakiś czas w wojsku" - odparł chłopak nachylając się nad zmutowanym truchłem.

Wyciągnął zza paska nóż i po chwili cięcia odzyskał ogon zwierzaka. Takie trofea dało się sprzedać po całkiem wysokich cenach, chodź ich pozyskiwanie nie należało do najprzyjemniejszych. No chyba, że kogoś pociągają trupy.

- "Gdzie teraz?" - zapytał blondyn wieszając zdobycz przy plecaku.

- "Przed siebie" - uśmiechnął się niebieskowłosy stalker pokazując gdzieś przed siebie. Po kilku krokach zatrzymał się - "Ale nie tędy" - odwrócił się o dziewięćdziesiąt stopni i kontynuował marsz.

- "A czemu?" - zdziwił się Finn. W miejscu, w które nie poszli nie znajdowało się nic co wyglądałoby na niebezpieczne.

- "Po pierwsze" - osobnik uniósł palec - "Widzisz tamtą roślinę?" - wskazał drugą ręką wysokie, zielone chwasty. Roślina miała szerokie liście, grube łodygi oraz kwiatostan w kształcie baldachimu.

- "Mhm…" - blondyn pokiwał głową.

- "Jeśli przeszlibyśmy za blisko, to mógłbyś nawet umrzeć. W najgorszym przypadku oczywiście" - dokończył - "A po drugie… Powinieneś słuchać się tego co mówi prowadzący."

- "Okej… Sorki…" - wymamrotał lekko speszony chłopak.

Jego towarzysz tylko machnął ręką i uśmiechając się pod nosem kontynuował marsz. Ich ciężkie buciory mlaskały w błocku. Wszystko dookoła cuchnęło wilgocią i stęchlizną. Gdzieś nawet widać było zżółknięte kości wystające z błota. Na wysokości trzciny zaczęła powoli formować się warstewka mgły.

- "Tak właściwie…" - odezwał się Finn po kilkuset krokach przez moczary - "Jak do ciebie mówić?"

- "Nie wiesz jak się nazywam?" - zadziwił się niebieskowłosy osobnik. Zatrzymał się na chwilę i zmarszczył brwi - "Nazywaj mnie Bimor. Tak mnie przezywali kumple."

- "Bimor…" - imię nie stanowiło żadnej wskazówki na temat płci wciąż tajemniczego stalkera - "Jak długo jesteś w Zonie?"

- "Jakoś tak prawie dwa lata" - odparł po chwili zastanowienia - "Nie pamiętam dokładnie."

Mgła gęstniała coraz szybciej. Finn zamiast plecaka Bimor widział tylko ciemną plamę, więc szybko się zbliżył. Widoczność z minuty na minutę spadała. Wkrótce widać było tylko rzeczy oddalone jakieś półtora metra od oczu. Zniknęło wychylające się czasem zza chmur słońce, zniknęły odległe plamki lasu… Za to doskonale widać było niektóre anomalie - mgła kotłowała się w nich niczym w pralkach.

- "Ej… Co jest z tą mgłą?" - zapytał blondyn klepiąc towarzysza po plecaku.

- "Jakaś cholerna anomalia…" - mruknął w odpowiedzi - "PDA padło. Bateria zero procent, chociaż dziś była ładowana…"

- "Baterię mogło załatwić coś innego…" - podsunął Finn. Naprawdę nie chciał być uświadomiony w temacie.

- "Patrzyłem na ekran ledwie kilka minut temu" - pokręcił głową niebieskowłosy stalker - "Do tego kompas świruje. Zwykle pokazuje co chce, ale tym razem nie pokazuje nic" - pokazał metalowe urządzenie wielkości dłoni. Znajdująca się za okrągłym szkiełkiem igła obracała się w kółko niczym karuzela bez hamulców.

- "Super…" - westchnął chłopak - "Do tego gówno widać…"

- "Chodźmy" - powiedział Bimor - "Może uda nam się z tego wyjść."

Zrezygnowany Finn wzruszył ramionami i podążył za niebieskowłosym towarzyszem w mleczno-białą, gęstą mgłę.


Phoebe siedziała na chłodnej ziemi i żuła suchara. Jednocześnie zastanawiała się co bardziej ją intryguje. Znajdująca się tuż przed nią studnia, z której wystawała drabinka, czy położony nieco dalej fragment spalonego praktycznie do ziemi lasu.

Z jednej strony miała całkiem dużo czasu, a ciemne, położone pod ziemią miejsca były ekstremalnie ciekawe do zwiedzania. Odwiedzanie ich często było również dość opłacalne. Dało się znaleźć artefakty, szczątki poprzedników, a czasem nawet jakieś zapomniane zagadki. Tajemnicze laboratoria i opuszczone bazy wojskowe nie były niczym niezwykłym pod radioaktywnymi lasami i bagnami Zony.

Wypalony las z kolei pociągał ją z tego prostego powodu, że lubiła ogień. Bardzo chciała dowiedzieć się co do tego stopnia spopieliło drzewa i pozostałe rosnące w tym miejscu rośliny. Może nawet znalazłaby tam jakiś artefakt. Kto wie… Może to wszystko było winą jakieś anomalii? Dziewczyna już całkowicie zapomniała o traumatycznych przeżyciach z początku jej przygody w tym przeklętym miejscu.

Połknęła ostatni kęs suchara i podniosła się z ziemi otrzepując jednocześnie spodnie. Zarzuciła torbę na plecy, a karabin zawiesiła na ramieniu i jeszcze raz spojrzała na dwie stojące przed nią opcje dalszej wędrówki. Musiała się pośpieszyć z wyborem. Już i tak miała dużo szczęścia, że nic jej nie zżarło kiedy beztrosko odmrażała sobie tyłek gryząc swój wypadowy obiad. W Zonie nie było miejsca na takie zachowanie.

W końcu zdecydowała. Postanowiła zwiedzić obydwie "atrakcje" zaczynając od tej położonej bliżej. Z zewnętrznej kieszeni plecaka wydobyła racę i zbliżyła się ostrożnie do krawędzi. Odpaliła pirotechniczną zabawkę i osłaniając oczy przed oślepiającym blaskiem wrzuciła ją do studni. Białe światło oświetliło pokryte brudnymi zaciekami, betonowe ściany i niezbyt godną zaufania, metalową drabinkę pokrytą warstewką rdzy. Po ledwie kilku sekundach spadania, światełko plusnęło do jakieś cieczy i zgasło.

Ruda westchnęła ciężko. Nie miała w planach zbierania wody do butów. Ciemny tunel wciąż jednak mocno ją przyciągał, więc tylko wzruszyła ramionami i wyciągnęła z kieszeni latarkę. Zapaliła ją i złapała w zęby, po czym zaczęła schodzić po drabinie. Kilka razy musiała się zatrzymać, bo metal niebezpiecznie jęczał pod jej ciężarem. W końcu jednak wylądowała na dole. Wzdrygnęła się czując jak do jej butów wlewa się gęsta, śmierdząca ciecz. Skarpetki i spory fragment nogawek automatycznie zrobiły się mokre.

Rudowłosa miała jednak dużo większe problemy niż wilgoć. Po jej plecach spłynął zimny pot, a wnętrzności zwinęły się w pętelkę. Znajdowała się bowiem w tunelu o prostokątnym przekroju, który nie dość, że był zalany jakąś podejrzaną cieczą, to jeszcze był ciemny niczym tyłek prypeć-kabana.

Zrobiła kilka gwałtownych ruchów oświetlając otoczenie niewystarczająco mocną latarką. Odetchnęła z ulgą gdy odkryła, że z jednej strony tunel zamykają ciężkie, stalowe wrota. Mniej ucieszyła się z tego, że leżał pod nimi oskubany do kości człowiek z resztkami maski przeciwgazowej na czaszce. Biedny frajer myślał pewnie, że smród lecący od wody to jakaś straszna trucizna.

Druga strona tunelu nie była już taka różowa. Wypełniała ją niepokojąco gęsta ciemność i biło od niej zimno wywołujące gęsią skórkę. Snop światła wydobywający się z latarki sięgał na ledwie kilka metrów, ale wciąż był jedynym dostępnym przewodnikiem. Odwaga już dawno schowała się gdzieś w głębinach umysłu. W okolicy wspomnień o trójkołowym rowerku z dzieciństwa mniej więcej.

Przełknęła ślinę i powolnym krokiem ruszyła w ciemność. Maziowata ciecz przelewała się przez jej buty, a każdy krok wzbudzał odbijające się od ścian tunelu fale. Wzmocniony echem chlupot roznosił się po podziemiach.

W tunelu było niezwykle ciepło jak na miejsce położone na tej głębokości. Wszystko to dzięki cieczy, która chyba nieprzerwanie gniła. Ciężko było stwierdzić czym ów glut był, ale jego opary nie pozostawiały wiele tlenu w powietrzu.

Po ponad stu krokach, które dziewczyna nieświadomie liczyła przez całą drogę, tunel rozdzielił się na dwoje. Skrzyżowanie w kształcie litery Y, znów dwie możliwości. Obydwie równie przerażające, ciemne i wilgotne. No… i śmierdzące…

Tunele czymś się jednak różniły. Z tego po prawej stronie płynęły delikatne fale ciepłego powietrza niosącego ze sobą intensywny smród zgnilizny. Fale napływały w niezmiennym, spokojnym rytmie, niczym oddechy. Światło latarki nie było w stanie wydobyć niczego konkretnego z gęstej ciemności. Nie żeby Phoebe chciała zobaczyć co tam siedzi. O nie.

Druga odnoga tunelu była na pierwszy rzut oka nieco spokojniejsza. Nie zionęło z niej tak bardzo i nic nie zdawało się z jej wnętrza dyszeć. Stwierdziwszy, że to najlepsza opcja z dwóch, które przed nią stanęły, ruszyła w jego głąb. Po kilku krokach stwierdziła jednak, że coś jest nie tak jak być powinno. Fale, które obmywały jej nogi były zbyt silne jak na odbicia tych, które tworzyła idąc. Było ich zresztą zbyt dużo, a ich źródło musiało znajdować się gdzieś przed nią.

Po raz kolejny przełknęła ślinę czując na języku obrzydliwy smak miejscowego powietrza i powoli podniosła latarkę wyżej, celując w głąb ciemnego tunelu. Snop światła nic nie dawał. Widać było tylko kilka metrów pokrytych zaciekami ścian i sufitu oraz powierzchni gęstej, falującej cieczy, z której raz po raz wynurzały się jakieś śmieci. Po chwili fale zaczęły robić się coraz wyższe. Niektóre z nich potrafiły dosięgnąć nawet do kolan rudowłosej. Do tego gdzieś z głębi ciemności dał się słyszeć cichutkie piszczenie. Coś się zbliżało.
I Phoebe wiedziała co to było…

Odwróciła się na pięcie rozchlapując dookoła gęstą ciecz i najszybciej jak mgła popędziła w stronę drabiny. Po drodze kilka razy prawie wywróciła się na twarz, ale adrenalina płynąca w jej żyłach pomogła jej utrzymać równowagę. Mimo to bieganie w butach pełnych wody nie było łatwe.

Gdy znalazła się przy wyjściu i oświetliła otoczenie latarką wydało jej się, że coś widziała. Nie miała jednak czasu na upewnianie się - piski były coraz wyraźniejsze, a chlupot, który do nich dołączył zbliżał się niepokojąco szybko. Dziewczyna nie czekając dłużej złapała się drabiny i zaczęła się wspinać nie zwracając najmniejszej uwagi na trzeszczenie pokrytego rdzą metalu.

Chwilę później, zdyszana wyczołgała się na powierzchnię i z całych sił zaczęła kopać wystającą część drabiny. Metal jęczał i dzwonił przy każdym uderzeniu, ale w końcu nie wytrzymał. Górne mocowanie pękło, a spora część konstrukcji wygięła się do wewnątrz studni by po chwili zapaść się pod własnym ciężarem i z głośnym pluskiem spaść do gęstej cieczy poniżej.

Rudowłosa położyła się na plecach (a raczej na plecaku) oddychając ciężko. Miała dziś farta. Nic jej nie zjadło na powierzchni, nic jej nie zjadło pod ziemią, nie dogoniły jej szczury i w końcu drabina wytrzymała pod jej ciężarem, choć wystarczyło kilka kopniaków by ją zniszczyć.

Zaczęła się zastanawiać co właściwie widziała zanim zaczęła się wspinać. Oświetliła wtedy na krótki moment tą zamkniętą bramę, której obecność tak bardzo ją ucieszyła zaraz po zejściu. Krople zimnego potu popłynęły jej po plecach. Kiedy wychodziła wrota były częściowo otwarte, a szkielet, który był o nie oparty zniknął.


- "Nareszcie!" - zawołał z radością Finn podnosząc ręce w górę.

Wylazł właśnie ze ściany mgły tak gęstej, że można by ją bagnetem ciąć i suchary nią smarować. Prowadzący go Bimor siedział na przekrzywionym pniu drzewa i energicznie wycierał podeszwę buta o ziemię, z której wyrastała dzika trawa i chwasty. W powietrzu unosił się ciężki, nieprzyjemny odór zgniłego mięsa. Był tak intensywny, że aż przytłumił smród dochodzący od strony podmokłej, ukrytej pod warstwą mgły równiny.

- "Co tak jedzie?" - zapytał blondyn krzywiąc się.

- "Wlazło mi się w jakąś padlinę…" - mruknął niebieskowłosy stalker nie przerywając wycierania buciora. Na roślinach pozostawały zielonkawo-brązowe smugi jakiejś cuchnącej materii - "Coś pewnie zdechło kiedyś z głodu w tej mgle…"

- "Czemu nie było tego czuć we mgle?" - zdziwił się chłopak.

- "Nie oddychało ci się tam trochę trudno?" - zapytał. Finn pokiwał głową - "No właśnie… Powietrze tam praktycznie stało w miejscu. Gdybyśmy zaczęli biegać, to stracilibyśmy przytomność, a potem utopili w błocie. Przy okazji właśnie dlatego, że powietrze było tam w bezruchu nie czuliśmy tego gówna…" - wskazał na uwalone chwasty.

- "Nie przyciągnie to jakiś mutantów?" - blondyn udawał zaniepokojonego. Nie trudno było jednak go przejrzeć i zrozumieć, że najchętniej to by z czymś teraz powalczył.

- "Coś tam może przyciągnąć..." - wzruszył ramionami jego towarzysz. Po raz ostatni przeciągnął podeszwą po nieszczęsnych roślinach, po czym podniósł się z pnia i poprawił plecak - "Dlatego zaczniemy się teraz ruszać. Zanim coś tu przylezie z zamiarem wylizania naszych kości."

Finn kiwnął głową. Nieważne jak bardzo chciał sobie postrzelać musiał przestrzegać kilku niepisanych reguł. A najważniejszą z nich była ta, która kazała słuchać się stalkera robiącego jako przewodnik. Inna mówiła zresztą, żeby nie kusić losu. A tym właśnie byłoby czekanie aż przylezie coś głodnego. Posłusznie ruszył za Bimor, który rozglądając się uważnie po okolicy skierował swój krok mniej więcej w stronę schroniska.

Nie przeszli nawet stu metrów, gdy do ich uszu dotarł huk odległej eksplozji. Obydwoje odruchowo się wzdrygnęli. Finn spojrzał na niebieskowłosego stalkera pytająco, ale otrzymał tylko wzruszenie ramionami.


Wciąż nieco roztrzęsiona rudowłosa podniosła się powoli na nogi i zaczęła obchodzić otwór studni szerokim łukiem. Każdy krok powodował głośne mlaśnięcie gęstej cieczy przelewającej się w jej butach. Skarpety miała całkowicie przemoknięte, podobnie jak spodnie. Mokre plamy kończyły się gdzieś na wysokości połowy ud. Każdy powiew wiatru sprawiał, że przechodził ją nieprzyjemny dreszcz.

Powoli zbliżyła się do czarnej plamy wypalonego lasu. Drzewa i rośliny musiały spłonąć już jakiś czas temu, bo nie było czuć choć najdelikatniejszego zapachu spalenizny. W prochach nie było też ani śladu żadnych artefaktów. Dziewczyna spokojnym krokiem weszła na pokrytą warstwą popiołów ziemię. Czarno-szara materia zapadała się pod jej stopami niczym śnieg. Nie zauważyła, że odciśnięte ślady zaczynają się żarzyć niczym rozgrzany metal.

Była już w połowie spalonego obszaru, kiedy poczuła jakby nadepnęła na poduszkę i nieco zwolniła. Warstwa popiołów była w tym miejscu wyjątkowo gruba. Przez myśl przeszło jej, że może nie powinna zwalniać…

Płomienie wystrzeliły w powietrze niczym w jakimś przemysłowym piecu. Wszystko dookoła zaczęło płonąć - prochy, powietrze, okoliczne drzewa... Ruda zasłoniła twarz rękoma i przyspieszyła. Czuła straszny ból ogarniający każde odsłonięte miejsce jej ciała, ale wiedziała, że ma jeszcze szanse na wydostanie się w jednym kawałku. Wtedy zajęły się jej spodnie i buty - okazało się, że ciecz, którą się upaćkała była dość łatwopalna. Prawie się przewróciła, ale nie odpuszczała i brnęła dalej. Nagle zatrzymała się i ignorując płomienie, ignorując ból, spojrzała w dół. Języki ognia wędrowały całkiem szybko w górę. Zajmowały się kolejne części jej garderoby, a jej twarz wyrażała coraz wyraźniejsze przerażenie. Wiedziała, że nie ma już najmniejszych szans. Po policzku zaczęła spływać jej łza, ale wyparowała zanim zdążyła przebyć choćby połowę drogi do krawędzi twarzy.

Zapas materiałów wybuchowych umieszczony w plecaku nie wytrzymał temperatury. Chałupnicze bomby wybuchły pierwsze odpalając swą eksplozją te bardziej profesjonalne. Głośny huk wstrząsnął okolicą.

I jak się wam podobał rozdział? Podzielcie się swoją opinią i pytajcie o co chcecie.

~MasterSkorpius