XI. Czarny Pan zwyciężony
Wrócili z powrotem do dormitorium Gryfonów. Żaden z współmieszkańców Harry'ego nawet nie zauważył jego nieobecności, spali mocnym, zaczarowanym snem i nic nie wskazywało na to, że obudzą się przed świtem.
– Wolisz ciemność czy światło? – Tom zapytał szeptem, gdy usiadł na łóżku Harry'ego.
– Ciemność. Wciąż jesteś dla mnie bardziej ekscytujący w ciemności.
I zapadła ciemność dokoła nich, zasłaniając wszystko, co można zobaczyć i odsłaniając to, co jest ukryte. Harry odnalazł twarz Toma w ciemności i prześledził jej zarys palcami.
– Czy to teraz twoja prawdziwa twarz?
– Jeszcze nie wiem. – Szepnął Tom. – Być może tak. Może tak. A chciałbyś, żebym tak wyglądał?
Harry uśmiechnął się w ciemności
– Oczywiście, że chcę! – Wargi Toma były niespotykanie miękkie na jego policzku. – Mimo, że...
– Mimo, że co? – Ręce Toma pieściły go, gdy mówił, muskając jego ciało okryte ubraniem, które nieomal natychmiast zapłonęło.
Harry dmuchnął lekko na rozgrzany bark kochanka.
– Zawsze bałem się twojej gorszej strony, przerażającego Voldemorta. Budziłem się z krzykiem w środku nocy na samą myśl o nim. Być może jednak pod tym całym strachem ukryta była, choć odrobina pożądania? Jak dziwnie to brzmi! Ale nigdy nie miałem przy sobie kogoś, kto byłby mi naprawdę bliski, jak bliscy mogą być tylko rodzice i ktoś, kogo się kocha. A kiedy dowiedziałem się, że ty i ja jesteśmy ze sobą połączeni przez proroctwo i przeznaczenie, to było jakbym... poczułem nieuchronność w nas, w tobie i mnie, coś podobnego do miłości.
– Pamiętam to... – Coś w tym, co powiedział sprawiło, że Harry zadrżał. – Harry Potter. Nie mogłem pozbyć się ciebie z mojej głowy. Nienawidziłem cię, ale była pewna upajająca słodycz w tej nienawiści. Zastanawiałem się czy nienawiść tak intensywna i osobista, jaką czułem do ciebie mogła być bliska czemuś zupełnie innemu. Być może nienawiść i miłość są jak światło i ciemność, dwa różne sposoby postrzegania tej samej rzeczywistości. Ty i ja. Ta część zawsze był konieczna, zawsze istotna, ale nasza nienawiść i miłość mogły być zamienne.
– To dziwne. – Wyszeptał Harry. – Nie pozostało już nic z Voldemorta za wyjątkiem mnie. Ostatni horkruks.
Poczuł ramiona Toma zaciskające się wokół niego mocne.
– Chodź, mój Czarny Panie. Chcę się z tobą kochać. – Głos Toma był taki miękki przy jego uchu.
I Harry zatracił się w Tomie, w swojej szalonej, zakazanej miłości. Mój ukochany Czarny Pan... Ich ciała połączyły się w nowy sposób, który był tak znajomy, że Harry'emu wydało się, że musieli o nim wcześniej marzyć. Być może zawsze chciał poczuć Toma wewnątrz siebie tak jak teraz i doznać tej słodkiej, zaciekłej przyjemności, jaka wstrząsała teraz Tomem. Byli tak ciasno splecieni, że nie sposób byłoby dociec gdzie kończył się Harry, a gdzie zaczynał Tom, byli w nich kochanek i ukochany, ciemność i światło, a Harry nie był w stanie już powiedzieć, który jest, którym. Jestem Czarnym Panem...
Później, gdy leżeli wyczerpani i obolali w swoich ramionach, Tom wyszeptał.
– Wyjedźmy gdzieś... Dlaczego musisz zostać w Hogwarcie?
Harry mruknął muskając gładki policzek swoimi wargami.
– Powinienem dokończyć naukę, no i kiedyś tam pokonać Czarnego Pana.
Tom roześmiał się.
– Czarny Pan został całkowicie zwyciężony, mój ukochany. Znajdźmy miejsce, gdzie będziemy mogli żyć razem. Gdzie chciałbyś zamieszkać?
Harry zastanowił się.
– Nie wiem. Nigdy nigdzie nie podróżowałem.
– Hm... – Tom zastanowił się. – Albańska wieś jest dosyć urokliwa, ale wiążę zbyt wiele wspomnień z Albanią... Chciałbym wyjechać gdzieś indziej.
– Co myślisz o Węgrzech? Raczej dobrze wspominam moje spotkanie z rorogonem węgierskim. Nieco wybuchowy, ale ma w sobie jakiś szorstki wdzięk.
– Węgry są w porządku. – Tom mruknął sennie. – Mają tam całkiem dobre wino, a tamtejsi ludzie są zbyt zajęci uważnym czytaniem powieści egzystencjalnych, by zwrócić uwagę na dwóch zagranicznych czarodziejów.
– Przypuszczam, że powinienem dać Dumbleore'owi zniszczone horkruksy przed odejściem?
– Dlaczego by nie? Może zadławi się cytrynowym dropsem, jeśli rzucisz na jego biurko głowę martwego węża. Warto spróbować.
Nazajutrz Harry znalazł Ginny w pokoju wspólnym Gryfonów. Białe światło poranka wpadało przez wysokie łukowe okna wydobywając dziwne, dalekie od zwyczajnych cienie w komnacie. Cisza w pokoju wspólnym wydawała się być czymś więcej niż tylko brakiem dźwięków, podobnie jak uroczyste milczenie katedr miała w sobie coś ponadczasowego. Ginny siedziała przy oknie. Jej włosy były splątane i nieuczesane, ale jej twarz była pogodna, jak gdyby była pogrążona we śnie lub w modlitwie. W jakiś sposób nie przypominała samej siebie.
– Ginny? Czy mogę z tobą porozmawiać?
Skinęła głową w milczeniu, a on usiadł obok niej na jednym z stojących przy oknie krzeseł. Harry poczuł się nagle niepewny siebie, jak gdyby usiadł obok kogoś nieznajomego. Nie była już dzieckiem, które uratował z Komnaty Tajemnic, ale kobietą, której nie znał. Przypomniał sobie wyraz twarzy Syriusza całującego jej włosy i zastanowił się, czy naprawdę potrzebowała Kamienia Wskrzeszenia by go ożywić. Być może jej płomieniste włosy i skóra koloru kości słoniowej wystarczyłyby...
Jej ciemne oczy natrafiły na jego spojrzenie, ale Harry nie był w stanie odczytać tego, co wyrażały
– Ginny. – Powiedział cicho. – Wiem, że to byłaś ty. To ty wzięłaś Kamień Wskrzeszenia z gabinetu Dumbledore'a i ożywiłaś Syriusza.
Częściowo oczekiwał, że będzie zaprzeczać, ale Ginny spojrzała na niego z pogardą.
– Proszę, Ginny... Wiem, że jesteś w nim zakochana, ale to, co robisz nie jest w porządku. Syriusz nie należy do tego świata, umarł. Musisz pozwolić mu odejść, nie możesz pozwolić by błąkał się po tym świecie jak jakiś duch. To nie jest tym, czym powinna być miłość. – Przełknął ślinę.
Ginny roześmiała się. Jej srebrzysty śmiech zabrzmiał w jakiś sposób lekceważąco w natarczywej porannej ciszy pokoju wspólnego, jak gdyby zakłócała majestatyczną ciszę kaplicy.
Dlaczego ona się śmieje? Harry spodziewał się, że jej reakcja będzie inna. Być może rozpacz, wyznanie ze złamanym sercem całej prawdy o zauroczeniu Syriuszem, które sprowadziło ją na złą drogę i prośba o pomoc. Ginny roześmiała się gorzko.
– Czy ty naprawdę myślisz, Harry, że możesz udzielać mi porad w sprawach sercowych? – Ciemne oczy Gryfonki błyszczały.
Patrzył na nią.
– Co?
– Syriusz może nie rozpoznać twojego nocnego towarzysza, z którym wczoraj wszedłeś do Komnaty Tajemnic, ale ja tak. Naprawdę uważasz, że mogłabym zapomnieć Toma Riddle'a? Jak pamiętasz spędziłam z nim całkiem sporo czasu.
Zajęło chwilę nim Harry odzyskał głos.
– Spałaś, kiedy spotkaliśmy Syriusza w Komnacie...
– Udawałam tylko. Ludzi tak łatwo oszukać. – Ginny wstała z krzesła pośpiesznie. – I widziałam, jak ty patrzysz na niego i jak on patrzy na ciebie. Jesteś kochankiem Czarnego Pana i śmiesz mnie pouczać... – W jej głosie nie było teraz furii.
– Ale Ginny... – Słowa zamarły na ustach Harry'ego. – Jeśli kochasz Syriusza, to, dlaczego nie chcesz tego, co dla niego najlepsze. Musisz pozwolić mu odejść...
– Syriusz nie chce odejść... – Ginny powiedziała cicho.
– Ale co jest szczególnego w jego duszy? Jeśli go kochasz to, czy nie chciałabyś by przeszedł dalej?
– Nie. – Wyszeptała.
Odgarnęła rude włosy z oczu i bez słowa ruszyła w stronę drzwi do dormitorium dziewcząt, ale nagle zamarła w pół kroku. Oboje usłyszeli delikatny dźwięk, zaskakująco dobrze słyszalny w ciszy pokoju wspólnego. Jeden z foteli o wysokich oparciach stojących przy kominku cicho przesunął się po nieosłoniętym czerwonym dywanem kawałku podłogi. Ktoś tam był! Siedząca na fotelu osoba wstała i odwróciła się do nich. To był Neville.
Zarówno Harry i Ginny stali jak skamienieli, patrząc na niego. Harry poczuł, że serce bije wściekle w jego piersi. Neille musiał słyszeć każde słowo, jakie zostało tutaj wypowiedziane. Co zrobi teraz? Pójdzie do Dumbledore'a? Albo McGonagall? Czuł obok siebie drżącą Ginny, a jej twarz była śmiertelnie blada.
Ale Neville prostu stał w tym samym miejscu i patrzył na nich przez chwilę.
Ginny jako pierwsza odzyskała głos. Prawie nie było drżenia w jej głosie, gdy mówiła.
– Więc usłyszałeś naszą rozmowę. Wiesz już, że to ja wzięłam Kamień by wskrzesić Syriusza Czy jesteś zaskoczony, Neville?
Neville potrząsnął głową, a lekki uśmiech wypłynął na jego twarz.
– Zawsze wiedziałem, że to ty, Ginny.
Ginny otworzyła szeroko oczy, a jej głos opadł do szeptu.
– Wiedziałeś, że to ja? Ale skąd mogłeś wiedzieć?
Neville patrzył na nią przez chwilę w milczeniu. Powiedział cicho.
– Zobaczyłem to w twojej twarzy, Ginny. Zobaczyłem to, kiedy się w nim zakochałaś. Zobaczyłem to, kiedy rozpaczałaś po jego śmierci. Zobaczyłem to, kiedy zdecydowałaś go wskrzesić.
– Naprawdę? Ale nikt inny tego nie zauważył, nikt... – Szept Ginny stał się teraz prawie niesłyszalny. – Dlaczego właśnie tobie się to udało?
– Zobaczyłem to, dlatego, że jestem w tobie zakochany. – Powiedział Neville. Powiedział to ot tak, po prostu bez dramaturgii czy tragizmu, tak rzeczowo, jakby nawiązywał do pogody lub jakiegoś dobrze znanego prawa fizyki.
Ginny stanęła wpatrując się w niego, a jej twarz zarumieniła się ogniście. Harry zastanawiał się, o czym mogła właśnie myśleć.
Neville powiedział cicho.
– Ginny, czy chciałabyś pójść na przyjęcie do Slughorna dziś wieczorem?
– Co? Na przyjęcie do Slughorna? – Ginny spojrzała na niego przez chwilę skonfundowana. Potem wyszeptała bezgłośnie. – Powiesz Dumbledore'owi, jeśli tego nie zrobię?
Neville zmarszczył brwi.
– Jak możesz mnie o to pytać? Nie powiem mu nic, nie masz się, o co martwić. Żadne z was... – Rzucił Harry'emu zaciekawione spojrzenie i pokręcił głową ich. – Po prostu zastanów się, czy chcesz iść ze mną na przyjęcie. To zaproszenie, a nie próba szantażu. Nie oczekuje czegokolwiek od ciebie, Ginny. Pomyślałem, że mogłabyś spędzić tę jedna noc wśród żywych. Później zrozumiem, jeśli będziesz chciała wrócić do niego, ale proszę daj mi szansę...
– Przyjęcie? – Ginny wpatrywała się w Neville'a przez dłuższy czas. Czekał w milczeniu. Wreszcie powiedziała. – Podejrzewam, że jedna noc wśród żywych nie jest takim złym pomysłem. Dziękuję, Neville. Zgadzam się. Do zobaczenia wieczorem... – Wybiegła z pokoju wspólnego.
W godzinach popołudniowych, Harry uznał, że już najwyższy czas udać się do gabinetu Dumbledore'a. Dyrektor szkoły patrzył na niego z zaciekawieniem, wyglądał na starszego i bardziej schorowanego, jak gdyby w ciągu kilku dni przybyło mu kilka dekad.
– Och, Harry! Co mogę dla ciebie zrobić, mój chłopcze?
Harry usiadł na krześle, które wskazał mu Dumbledore.
– Przyszedłem do pana by porozmawiać o horkruksach.
Dumbledore skinął głową z powagą.
– Jestem szczęśliwy mogąc to słyszeć, jak zapewne wiesz byłem bardzo rozczarowany postępkiem jednego z naszych wspólnych przyjaciół, przemyślałem jednak wszystko i wiem, że mogę ci ufać. Dzięki tobie, mój chłopcze, wreszcie otwarły mi się oczy i zobaczyłem wiele spraw we właściwym świetle. Muszę ci się przyznać ze wstydem, że zwątpiłem w ciebie przez chwilę wierząc, że mógłbyś skraść mi Kamień Wskrzeszenia, ale na szczęście w porę się opamiętałem. Mimo, że sprawa kradzieży zeszła teraz na drugi plan, to winien ci jestem przeprosiny.
Uśmiechnął się łagodnie, a Harry poczuł, że drży.
– Obawiam się, że Czarny Pan jest blisko, Harry. – Powiedział Dumbledore cicho. – Najpierw pomyślałem, że profesor Slughorn uległ halucynacji, kiedy stwierdził, że widział Toma Riddle'a, ale obawiam się, że nie tym razem. Horkróks, który znalazłeś na poduszce również potwierdza moje podejrzenia. Nie rozumiem jednak, w jaki sposób Lord Voldemort mógłby dostać się do Hogwartu, szczerze mówiąc, zaklęcia ochronne, które zostały nałożone na zamek przez setki potężnych czarodziejów powinny uniemożliwić mu wejście. Uroki i zaklęcia strzegące Hogwartu są tak starożytne i potężne, że nie sądzę, by Lord Voldemort mógłby dostać się do środka bez wspólnika z wewnątrz. Mój drogi chłopcze, mam powody by twierdzić, że stara się dotrzeć do ciebie.
Harry uśmiechnął się lekko.
– Również to podejrzewam, panie dyrektorze.
– Ach, uśmiechnąłeś się na tą myśl! – Intensywnie niebieskie oczy Dumbledore'a przyglądały mu się przez chwilę zza okularów połówek. – Cieszę się, że z zadowoleniem przywitałeś wyzwanie. Rzeczywiście jesteś odważnym dzieckiem.
– Nie jestem dzieckiem, panie dyrekrorze.
– Być może nie." Dumbledore uśmiechnął się. – Teraz, porozmawiajmy dokładnie o pozostałych horkruksach, której tożsamości byłeś w stanie się domyślić. Sadzę, że zostałeś obdarzony swego rodzaju nieomylną intuicja. To naprawdę imponujące, Harry! Czarny Pan może natrafić na godnego siebie przeciwnika... Nie musisz się rumienić, mój drogi chłopcze! Ten komplement jest jak najbardziej zasłużony.
– Racja... – Harry uśmiechnął się do siebie.
– Teraz pomówmy o horkruksach... Spodziewałem się, że więcej czasu zajmie ci określenie ich możliwej tożsamości, ale z pewnego powodu wszystko zaczyna ostatnio nabierać rozpędu. Masz jakiś pomysł skąd mógłbyś zacząć szukać pozostałych horkruksów?
Harry wziął głęboki wdech.
– Mam je tutaj panie profesorze.
Położył na biurku dyrektora szufladę pożyczoną z jednej ze szkolnych klas, którą naprędce transmutował w tekturowe pudełko i spojrzał na dyrektora.
Minęło kilka minut zanim Dumbledore zaczął reagować. Siedział wyprostowany na swoim przypominającym tron krześle i patrzył na tekturowe pudełko na swoim biurku. Po chwili wyciągnął swoją zdrową, drżącą ręką i otworzył wieko. Wpatrywał się w jego zawartość, bez słowa.
Potem przemówił.
– Harry... – Jego głos był nadspodziewanie wysoki, słaby i drżący, słychać było w nim wyraźną prośbę. Kiedy na nowo odzyskał głos, wciąż zdawał się brzmieć na zszokowanego. – Harry, jak to się stało, że te przedmioty weszły w twoje posiadanie? Czy znalazłeś je na... poduszce, jak ostatnim razem?
Harry spojrzał na wątłego starca siedzącego przed nim.
– Nie, panie dyrektorze. To Lord Voldemort przyniósł je do mnie i ja je zniszczyłem, jeden po drugim używając kła bazyliszka z Komnaty Tajemnic.
– Ty… co? – Słowa zamarły w ustach Dumbledore'a, kiedy spojrzał Harry'ego z kompletnym niezrozumieniem. – Ale dlaczego Lord Voldemort przyniósł je wszystkie do zamku?
– Przyniósł je, ponieważ poprosiłem go by to zrobił. – Powiedział Harry cicho.
– Ty... ty... ty... rozmawiałeś z... Lordem Voldemortem? – Dumbledore nie mógł zdobyć się na te słowa.
– Tak.
– Ale... Mój drogi chłopcze, musisz być w śmiertelnym niebezpieczeństwie... A to, że cię nie zabił jest zastanawiające... Chyba, że... Nie, to niemożliwe, nie mógłby wiedzieć...
– Nie jestem w żadnym niebezpieczeństwie, panie dyrektorze. – Powiedział Harry łagodnie. – Tom... Lord Voldemort nie jest już moim wrogiem. On jest moim przyjacielem, moim kochankiem...
Przez chwilę myślał, że Dumbledore zemdleje. Dyrektor chwycił się krawędzi biurka obiema dłońmi tak mocno, że pobielały mu palce.
– Lord Voldemort... to twój kochanek?
Harry skinął głową.
– Tak. Ale nie jest już Voldemortem, tylko Tomem Riddle. Jesteśmy razem tak, jak mieliśmy być. Opuszczę Hogwart, panie dyrektorze i wyjadę za granicę, a Tom podąży za mną. Moja misja jest już zakończona. Wszystki horkruksy są zniszczone, za wyjątkiem jednego.
– Za wyjątkiem jednego... – Dumbledore powtórzył bezbarwnym głosem.
– Za wyjątkiem mnie. – Powiedział Harry cicho. – To wszystko, panie dyrektorze. Voldemort został pokonany. Wiem, że to nie odbyło się tak, jak pan to zaplanował, ale wszystko się udało.
– Ty i Czarny Pan? – Łzy zabłyszczały w oczach Dumbledore'a. – Harry, proszę powiedz mi, że to nie prawda... Nie, widzę to w twoich oczach. To prawda... Harry, jak możesz zdradzić nas wszystkich w ten sposób? Jak możesz zdradzić mnie? Przeznaczenie świata czarodziejów spoczywa na twoich barkach, Harry! Nie możesz dać się uwieść Ciemności...
Ich oczy spotkały się na chwilę. Po czym Dumbledore sięgnął do kieszeni swojej szaty. Błyskawicznym ruchem wydobył różdżkę i wycelował nią w Harry'ego. Dyrektor płakał, a łzy spływały po jego pomarszczonych policzkach, docierały do ust i ginęły w śnieżnobiałej brodzie. Jego głos był rozedrgany, gdy szeptał.
– Bardzo mi przykro, mój drogi chłopcze. Tak strasznie, straszliwie mi przykro za to, co muszę zrobić...
Do przetłumaczenia został mi jeszcze jeden, finałowy rozdział!
Dziękuję za komentarze i pamiętajcie: Komentarz karmi wena:P
