Rozdział 10
Gorący lód
Wspomnienie Pansy
Ogród rodziny Parkinsonów słynął z bogactwa roślin i niebanalnego charakteru. Od lat wydawane były w nim uczty dla sław, wysoko postawionych ludzi i najlepszych czarodziejów. Poza tym, że był naprawdę zjawiskowy to kilkanaście metrów za nim rozpościerał się niewielki lasek z ogromnymi drzewami. Tego dnia miała odbyć się impreza wielkanocna i na przyjęcie zostało zaproszonych wiele znaczących osób.
Pani Parkinson była wysoką, postawną kobietą, o mocnych rysach twarzy. Stała na werandzie popijając brandy. Czarne włosy upięte miała w mocny kok, który napinał jej skórę głowy dając twarzy wyraz zaskoczenia. Wyglądała szykownie i nie sposób było przejść obok niej obojętnie. Tuż obok siedziała mała dziewczynka ubrana w białą, falbaniastą sukienkę sięgającą kolan. Jej włosy, tak samo czarne, upięte zostały złotymi spinkami. W dłoniach trzymała porcelanową lalkę, której śnieżne włosy nawijała na chudziutki palec.
– Pansy - odezwała się Pani Parkinson swoim ostrym głosem. - Nie siedź jak ciele i rusz się z miejsca - rozkazała, na co dziewczynka niechętnie, ale posłusznie wstała kierując się w stronę huśtawek. Było to jej ulubione miejsce, gdzie dorośli rzadko zaglądali, a ona mogła spokojnie posiedzieć z dala od rozkazów (powt. może zamiast tego: komend) matki. Czubkami butów zaczęła szurać po ziemi, aby rozbujać delikatnie huśtawkę.
– Cześć - zobaczyła przed sobą postać dziewczyny, mniej więcej w jej wieku. Kręcone włosy świeciły promieniami słońca i Pansy poczuła lekkie uczucie zazdrości widząc tak anielski kolor. - Jestem Selena a ty Pansy Parkinson, zgadza się? - Głos dziewczynki emanował pewnością siebie i Pansy nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że została niemal zahipnotyzowana przez nią. Jej niebieskie oczy przeszywały każdą cześć ciała. Pansy zatrzymała huśtawkę.
– Masz piękny ogród, nigdy wcześniej nie widziałam takiego miejsca - kontynuowała Selena. Pansy dostrzegła jej śliczne, długie rzęsy i pomyślała, że wyglądają dokładnie tak jak u jej lalki. - Podobno rosną tu bardzo rzadkie i piękne kwiaty.
– Owszem - Pansy poczuła jak na jej bladych policzkach pojawiają się wypieki. Nigdy wcześniej nie spotkała tak pięknej, a zarazem miłej dziewczynki. Jej mały zadarty nosek idealnie pasował do pełnych, malinowych ust.
– Zostańmy przyjaciółkami - ta wypowiedź brzmiała jak stwierdzenie, ale Pansy nie potrafiła oprzeć się pokusie poznania bliżej nieznajomej dziewczynki. Słyszała o rodzinnie Deverill, byli to zamożni czarodzieje słynący z tego, że zajmowali wysoko postawione stanowiska w Ministerstwie. Ojciec Seleny był zastępcą Ministra Magii zaś jej matka była najsławniejszą projektantką mody w świecie czarodziejów.Pansy pomyślała, że musiało to być prawdą, ponieważ Selena była ubrana w piękną, błękitną suknię, z granatowym wykończeniem w kształcie falbanki. Była schludna, lecz awangardowa jak dla tak młodej osoby. Na jej piersi świeciła złota brożka z kwiatem otoczonym różowymi diamencikami.
– Oleander - skomentowała Pansy.
– Zgadza się. Podoba ci się? - Pansy pokiwała twierdząco głową, a po krótkiej chwili poczuła, jak dziewczynka przypina broszkę do jej sukienki. Czarnowłosa przejechała dłonią po złoto-różowym oleandrze.
– Przecież to twoje.
– Już nie. To prezent dla Ciebie.
Na twarzy pokazał się promienny uśmiech, wstała z huśtawki i złapała Selenę za rękę.
– Chodź, Seleno! Musisz poznać moich przyjaciół - powiedziała dostrzegając w oddali blondyna i szatyna, którzy dumnie prezentowali swoje młodzieńcze postury, ukazując się w ogrodzie Parkinsonów.
Hermiona długo nie mogła się na niczym skupić. Już od godziny siedziała nad esejem dla Snape'a, a napisała zaledwie początek zdania. Mętnym wzrokiem śledziła muchę wspinającą się po ścianie.
Wciąż nie wiedziała co się dzieje z Blaise'm i Malfoy'm i zaczynała się martwić o obu.
Opowieść Pansy o Selenie, oraz o tym, jak głębokie relacje miała z całą trójką Ślizgonów nie dawała jej spokoju. Draco i Zabini zakochani w tej samej dziewczynie, czy to było w ogóle możliwe? Malfoy zakochany? Pokiwała głową z niedowierzaniem. Wydawało jej się, że Pansy trochę dramatyzowała, jednak nie wolno było bagatelizować jej słów.
Hermionę zaciekawiła osoba Seleny. Musiała być naprawdę przepiękną i interesującą dziewczyną. Westchnęła widząc swoje zmęczone oczy w lustrze. Nie czuła się pięknie. Przyklepując sterczące włosy, pomyślała o tym, jak bardzo jej wygląd może odbiegać wyglądu od Seleny. Na dodatek ta dziewczyna miała uczyć się w Hogwarcie. Odchyliła głowę, kładąc ją na oparciu krzesła, i zaczęła śledzić tę samą muchę znajdującą się teraz na suficie.
Czemu ten durń Blaise nie odzywa się? Co z jego ranami, i czemu tak strasznie za nim tęskni?
Późny wieczór:
Harry uparł się by iść wieczorem do Wrzeszczącej Chaty, gdzie miało odbyć się spotkanie Lucjusza Malfoy'a z Greyback'iem. Wiedziała, że nie mogą tak tego zostawić, jednak bała się, że przez jej rozkojarzenie narobi sobie i przyjaciołom kłopotów. Dopiero co udało jej się wrócić do swojego ciała a już miała siebie narażać.
I dlaczego Malfoy wybrał tak głupie miejsce jakim jest Wrzeszcząca Chata?
Za oknem było ciemno, a Hermiona wraz z Harrym i Ronem szli przez korytarz schowani pod Peleryną Niewidką. Podróż przebyli w ciszy dochodząc aż do Wierzby Bijącej. Gdy Hermiona szepnęła zaklęcie odważyli się wejść do sekretnego tunelu prowadzącego do Wrzeszczącej Chaty.
– Dobrze się czujesz, Herm? - Ron wytrącił ją z rozmyślań o Ślizgonach.
– Tak, jest ok - odparła przywołując samą siebie do porządku.
– Ciekawe co z Malfoy'em?
– Co w tym ciekawego? Szczerze łudzę się, że tutaj nie wróci. –Te słowa wypowiedział Ronald.
– Uratował Hermi... Znaczy się Blaise'a i mnie. Mamy dług wdzięczności.
– Ostatnio co robimy to zbieramy długi u Malfoy'a – mruknął Ron przeczesując swoją rudą grzywę.
Hermiona zaśmiała się pod nosem. Mimo, że bała się co Draco będzie w stanie jej zrobić gdy powróci, w głębi duszy tęskniła za jego twarzą. Poczuła się żałośnie. Głupio było jej przed samą sobą, jak łatwo potrafiła przyzwyczajać się do ludzi. Najpierw Blaise, teraz Draco. Do jej głowy znowu wparowała Selena i Hermiona uderzyła twarzą w plecy Harry'ego łapiąc się za nos.
Lucjusz był facetem, który od początku miał wyznaczoną drogę, nie przez siebie, ale przez swoje nazwisko i rodzinę. Zupełnie jak Draco, który został ukształtowany na honorowego i dumnego potomka rodu Malfoy'ów, wpajano mu od dziecka co dobre, a co złe.
Z początku młody Draco, starał się, jak najbardziej upodobnić do ojca, dumnie reprezentując czystą krew rodu, a tępiąc mugolaków. Dążył do tego skrupulatnie, okazując śmiało swoją wrogość do wszystkiego co biedne, brudne i słabe. Z czasem jednak zaczął się zmieniać, a jego poglądy ewoluowały w nieznaną wcześniej Lucjuszowi stronę. Lucjusz wątpił, czy aby na pewno Draco, był w pełni zdrowym człowiekiem. Jego potomek często bezkarnie ośmieszał nazwisko swoimi wygłupami, zawstydzającymi tekstami i wybrykami, które wprawiały ojca o zawrót głowy. Mówił rzeczy których albo nie rozumiał, albo które rozumiał aż za dobrze.
Z czasem, Draco był postrzegany przez własną rodzinę jako beztroski psychopata który w głowie ma nie więcej, jak dziewczyny i własne zachcianki. Często kpił sobie z Lucjusza, ale on jako ojciec rozumiał, że dorastanie nie jest łatwe i jego syn przeżywa je w „szczególnie dziwny" sposób.
W ostatnie Święta Bożonarodzeniowe, ciotka Antonia, otworzyła prezent, w którym znajdowały się urządzenia do zaspakajania seksualnego. Jakże mu było wstyd, kiedy Draco powiedział „ miłej zabawy, cioteczko". Chociaż sama ciotka wydawała się być tym prezentem zafascynowana, musiała na głos zaprzeczyć, jawnie pokazując swoje oburzenie i obrazę jej osoby.
Lucjusz nigdy nie zapomniał jak Draco, podczas kolacji z Ministrem Magii, zaczął flirtować z jego żoną, która została oczarowana do tego stopnia, że zaprosiła go na swój jacht w Dubaju. Lucjusz godzinami musiał przepraszać ministra twierdząc, że jego syn ma „nietaktowne poczucie humoru" i z pewnością nie przyjąłby tego zaproszenia.
Och tak, zdecydowanie Draco nie miał łatwego charakteru. Nie potrafił zrozumieć, co się kryje pod zachowaniem syna, ale mimo jego twardej ręki, Draco był już dorosły i mógł coraz mniej sprawować nad nim kontrolę. Przypomniał sobie nieszczęsną Lillian, córkę jednego z jego przyjaciół, która podkochiwała się w tym szatańskim podmiocie. Kiedy zostali umówieni na spotkanie, Draco stwierdził, że z chęcią może się umówić, ale z jej bratem Andersem, który jak najbardziej jest w jego typie. Cóż za wstyd! Podczas kłótni z Narcyzą oboje obarczali się, kto ponosi winę za tak absurdalne zachowanie ich syna. Lucjusz twierdził, że Narcyza za bardzo go rozpieszczała, ona zaś, że to przez jego staroświeckie poglądy, Draco stał się tak obłudny. To błędne koło trwało już prawie osiemnaście lat.
Może i to była jego wina, traktował syna ostro, oschle z pewnym incydentów nie był dumny. Może tak właśnie reagował na to Draco, na to całe straszne dzieciństwo jakie mu zafundowali.
Lucjusz westchnął bezradnie, po czym zwrócił się do swojego towarzysza, aby podał mu pakunek, który chował wewnątrz płaszcza. Odwinął go zwinnie, a w jego dłoni zaświeciła srebrna kołatka.
Harry, Ron i Hermiona schowani pod peleryną Niewidką obserwowali jak Lucjusz przykłada kołatkę do jednej z wywieszek na ścianie, które wyglądały jak zwykłe ozdoby. Przekręcił ją kilka razy wypowiadając niedosłyszalne dla nich słowa, a po chwili, w starej zakurzonej podłodze zaczęły tworzyć się schody prowadzące w głąb. Hermionę skręciło w żołądku, kiedy zauważyła kolejne nieznane pomieszczenie. Powędrowali za Lucjuszem i Greybac'kiem kilka chwil później, by nie zdradzić swoich kroków. Schodząc coraz niżej, czuli na ciele mocniejszy chłód, jakby pod ziemią był ukryty lód.
Hermiona wzdrygnęła się, nieświadomie łapiąc Rona za przedramię. Gdy doszli do końca korytarza zobaczyli kolejne trzy wejścia. Upewniwszy się, że znajdują się sami, zdjęli pelerynę, a na ich skórze pojawiła się gęsia skórka spowodowana niską temperaturą.
– Rozdzielmy się – odezwała się pierwsza Hermiona obejmując dłońmi chłodne ramiona.
– Nie wydaje mi się by był to dobry pomysł – stwierdził Ron, a Harry musiał przyznać, że po części się z nim zgadza.
– Osobno jesteśmy słabsi – rzekł Harry, chociaż wiedział, że gdyby rozdzielili się szybciej udałoby się im sprawdzić wszystkie trzy tunele.
– Jeśli wybierzemy złe przejście, nie zdążymy dowiedzieć się co knuje ojciec Malfoy'a. Jeśli jednak każdy z nas pójdzie osobno, mamy szanse, że któryś z nas ich napotka.
Harry niechętnie, ale przyznał jej rację. Westchnął łapiąc Hermionę za nadgarstek.
– Weź pelerynę.
– Nie – odpowiedziała stanowczo. – Tobie jest bardziej potrzebna, nie mogą cię zobaczyć.
– Hermiona ma rację – wtrącił Ron.
Hermiona zrobiła pierwszy krok w stronę środkowego tunelu, nie do końca będąc pewna czy robią słusznie rozdzielając się. Wtuliła się w swój bawełniany sweter koloru purpury i zacisnęła w dłoni mocno różdżkę ginąc w ciemnościach.
Wchodząc głębiej, kroki dochodzące z pomieszczeń obok cichły, a zostały zastąpione przez jej niespokojny oddech. Było ciemno, dlatego poruszała się powoli, jedną ręką macała zimną ścianę by nie tracić panowania nad ciałem. Z każdym krokiem robiło się coraz chłodniej, palcami wyczuła, że ściana zaczyna być pokryta szorstkim szronem i czując szczypiące zimno pod opuszkami, musiała ją chwile potrzeć o sweter. Zagryzła wargi kiedy dostrzegła w końcu tunelu nikłe, blade światło.
Zbliżając się powoli w jego stronę czuła narastający strach a zarazem podniecenie. Nigdy wcześniej nie słyszała o pomieszczeniu w Wrzeszczącej Chacie innym niż przejście do Hogwartu. Ścisnęła mocniej różdżkę słysząc kroki dobiegające z końca. Wchodząc w obszar błękitnej poświaty stwierdziła, że w jaskini nikogo nie było z wyjątkiem lodu okalającego ściany i podłogę. W centrum znajdował się wielki, lodowy kryształ. Z początku myślała że to zwykła rzeźba, kiedy jednak zbliżyła się dostrzegła twarz ukrytą w krysztale. Zatrzymała się przy niej, błądząc wzrokiem.
Męska twarz w krysztale była biała, nie posiadała ludzkiego koloru skóry. Wzdrygnęła się na ten widok o mało nie tracąc równowagi. To wszystko wyglądało pięknie a jednocześnie budziło strach, który Hermiona poczuła aż w koniuszkach uszu. Z ust wydobyła się para kiedy zrobiła głębszy wydech. Mężczyzna miał zamknięte oczy a jego szare, długie włosy jakby pływały nieruchomo w zamarzniętym lodzie.
– Podoba Ci się? – podskoczyła w miejscu, złapała za różdżkę i na ślepo skierowała ją przed siebie, szukając wzrokiem miejsca, z którego dochodził głos.
– Kim jesteś? – Hermiona dopiero po chwili potrafiła zmusić się do wypowiedzenia tych słów, wciąż błądząc wzrokiem po lodowym pomieszczeniu. Po chwili sala zapełniła się głośnym i ekscentrycznym śmiechem. Poczuła, że dziwny mrok chce ją dopaść, ale nie potrafiła odnaleźć jego źródła. Nieznana, okropna siła emanowała prosto z lodu. Czuła zagrożenie, niepożądaną obecność osoby krążącej wokół niej.
– Szukasz mnie? – głos zdecydowanie należał do mężczyzny. Był niski i tajemniczy, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wręcz intrygujący. – Rzadko miewam gości, chociaż ostatnio częściej.
– Malfoy i Greyback?
–To twoi przyjaciele? – słysząc to pytanie stwierdziła, że lepiej będzie zatrzymać odpowiedź dla siebie.
– Gdzie jesteś? – rozejrzała się wokół, ale nikogo nie było prócz lodu i kryształu. Zatrzymała wzrok na szklanej grubej szybie marszcząc brwi. – Czyżbyś to był ty? – skierowała różdżkę w znieruchomiałą twarz zamrożoną w błękicie lodu.
– Znalazłaś mnie. Mądra dziewczynka.
–Niemożliwe – szepnęła do siebie zbliżając twarz do chłodnego kryształu, był on zakończony ostrymi szpicami, jakby miały ostrzegać przed osobą znajdującą się w jego środku.
– Aż tak cię to dziwi?
- Ciebie by nie dziwiło? – Ugryzła się w język. Chyba nie powinna wdawać się w dyskusję z głosem, który prawdopodobnie jest w jej głowie.
– Może troszkę – odpowiedział lekko rozbawiony. – Dawno nie spotkałem kobiety.
– Długo znajdujesz się w tym krysztale?
– Wystarczająco, zostałem przebudzony – Hermiona podeszła jeszcze bliżej i dopiero teraz dostrzegła srebrny medalion z niemal białym półksiężycem, który był otoczony wężem.
– Kim jesteś? I jakim cudem mówisz do mnie będąc zamrożonym w lodzie? – Nie potrafiła opanować potoku pytań, które zaczęły kłębić się w jej głowie, zapominając przy tym o celu przybycia.
– Może to tylko głos w twojej głowie, który wytworzyłaś?
– Masz mnie za niepoczytalną? - Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że dosłyszała głęboki cichy chichot.
- Skądże – głos na powrót był opanowany.
Hermiona za każdym razem czuła łaskotanie na karku kiedy go słyszała. Mocno akcentowane sylaby, pełzające po jej ciele, jak ogon węża zacieśniający się na szyi. Nie potrafiła przestać wpatrywać się w śnieżną cerę mężczyzny, nieznana siła kazała jej oczom patrzeć i patrzeć.
Przymykając na wpół świadomie powieki poczuła, jak obce dłonie błądzą po jej ciele, zaczynając od tali i idąc w górę, zahaczając o piersi a skupiając się na uścisku ramion i szyi. Westchnęła wypuszczając z rozchylonych ust parę. Odchyliła głowę, kiedy poczuła ocierające się ramiona i twardą klatkę piersiową opierające się o jej plecy. Poczuła jak nieznana siła wdziera się do jej mózgu wertując wspomnienia jak kartki w książce.
Na przemian czuła zapach to Draco, to Blaise'a, który oplatał jej zmysły kołdrą niepewności. Mimo wzrastającego niepokoju jej wyobraźnia zaczęła tworzyć obrazy, które wymykały się spod kontroli. Głos ponownie przemówił półszeptem, starając się nie wybić jej z transu.
– Faceci nie lubią czekać – zaczął na co Hermiona zmarszczyła brwi. – Zwłaszcza Ślizgoni. Albo się pośpieszysz i któregoś wybierzesz albo stracisz obu.
– Wybrać? –Głos zaczął wibrować w powietrzu.
– Z kim rozmawiałaś? – otworzyła szeroko oczy, cała magia zniknęła zostawiając na ciele gorycz rozczarowania i zażenowania.
Odwróciła głowę widząc wielkiego mężczyznę zbliżającego się ku niej. Napięła mięśnie ciała, zacisnęła dłoń na różdżce i mierząc w niego przeklęła w duchu. Z trudem powstrzymywała strach, który chciał opętać jej ciało. Przez chwilę nie mogła poruszyć nogami jakby zostały przywarte do nieruchomej części lodu.
– Z kim rozmawiałaś? – powtórzył a jego oczy spowiła wściekłość. – Niemożliwe, że z nim. – Zagryzł wargi robiąc krok w przód, Hermiona cofnęła się uderzając plecami o zimny kryształ. Syknęła pod nosem czując, że sweter zaczyna przesiąkać zimną wodą.
- Rozmawiałaś z nim? Odpowiedz mała. .
- Czemu miałabym? – Odwarknęła robiąc okrężne kroki w bok tak aby mieć lepszy dostęp do ucieczki.
- Ciekawe – mruknął. – Co chcesz mi zrobić tym patyczkiem?
Zacisnęła mocniej pięści na różdżce.
- Drętwota – krzyknęła a jej głos odbił się o twarde mury lodu wypełniając jaskinię echem.
Greyback wyciągnął różdżkę odskakując w bok. Usta wykrzywił mu pogardliwy uśmiech ukazujący pożółkłe ostre zęby.
- Expulso – zawołała Hermiona odpychając na krótką chwilę mężczyznę a przy tym oczyszczając sobie wyjście z jaskini. Greyback upadł na lód a z jego gardła wydobyła się fala głośnego śmiechu. Nie odwracając się zaczęła biec przed siebie, jej płuca wypełniały się zimnym powietrzem, które spowalniało szybkie oddychanie. Na plecach poczuła zimny pot szczypiący ciało.
Widząc światło przy końcu tunelu przyspieszyła tempa, pozwalając sobie odwrócić głowę za siebie. Nikogo się nie doszukała. Wspinając się na schody prowadzące do Wrzeszczącej Chaty o mało nie upadła na kolana. O stary dach zaczęły odbijać się krople deszczu zagłuszając jej szybkie bicie serca. Szybko spojrzała przez okno, a w jej tęczówkach odbił się wielki, srebrny księżyc uderzający mglistą poświatą.
– Właśnie tak – chrapliwy głos wtargnął do jej głowy, stając się głośniejszy z każdą kolejną sylabą. – Uciekaj mała jeśli umiesz
Mówiąc to, spod ubrań zaczęły się u Greybacka formować wielkie fałdy, które przesuwały kości wydłużając je w niesymetryczne kształty. Twarz, która i tak pozostawiała wiele do życzenia, zaczęła zamieniać się w wielki pysk bestii. Nim jednak zobaczyła całą przemianę wybiegła z Wrzeszczącej Chaty słysząc za plecami głośne wycie. Nie patrząc gdzie biegnie, złapała się za brzuch opanowując ból spowodowany kolką. Zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać spowalniając puls, dlatego zatrzymała się na chwilę. Nie potrafiła stwierdzić jak daleko znajdowała się od Hogsmeade. Deszcz zacierał jej obraz powodując niewyraźne plamy przed oczami. Okręciła się wokół siebie widząc pustkę. Drzewa zaczęły ją przytłaczać, wyglądając jak otaczający mur.
– Mam cię! – Wyskoczył z ciemności. Różdżka wyślizgnęła się Hermionie z dłoni, a ona sama upadła, czując na twarzy mokrą ziemię.
Draco chodził po pokoju ze splecionymi dłońmi na plecach. Od dłuższej chwili czytał pergamin, który raz za razem to kładł, to podnosił ze stolika. Oczy miał zamyślone a nad nimi marszczyły się jasne brwi. Z jego ciała wydobywała się mroczna i przygnębiająca aura, która opanowała całe Malfoy Manor. Blaise zauważył przez okno, że nawet gołębie zaczęły spadać z nieba.
- Jak to możliwe... - odezwał się spoglądając na przyjaciela, który przysiadł na łóżku. Nie czuł się najlepiej, rany nadal się nie zagoiły, ale wiedział, że musi porozmawiać z Zabini'm o wielu sprawach.
- Wiem tylko, że nie wróży to nic dobrego - westchnął Blaise.
Przywołał w myślach obraz Seleny i nie ukrywał, że od wspomnień zrobiło mu się ciężko na piersi. Nie tylko myśli o Selenie go dręczyły, bo i Hermiona często się w nich pojawiała również wprawiając go w rozkojarzenie. Nie zdążył nacieszyć się powrotem do własnego ciała, kiedy na jego barki ponownie spadła kolejna komplikacja. Zastanawiał się, co teraz może robić kasztanowłosa z resztą Gryfonów. Zapewne świętuje opuszczenie Slytherinu. Będzie musiał przełożyć poważną rozmowę, która chciał z nią przeprowadzić. Poczuł jak serce zaczyna mu szybciej bić, kiedy powrócił myślami do ich wspólnej rozmowy w skrzydle szpitalnym. O mały włos, a by jej nie pocałował, a kto wie, kiedy nadarzy się kolejna okazja by to zrobić. Posmak żalu zaczął ciążyć mu na wargach.
Draco podszedł do barku, wyjął dwie szklanki, nalał do nich whisky i bez słowa podał jedną Zabini'emu. Czysta nienawiść zaczęła pulsować w jego żyłach. Upił porządny łyk wracając do nerwowego chodzenia. Trudno było mu zebrać myśli do kupy. Nic przyjemnego nie było w powracaniu do wspólnej przeszłości z Seleną. Był piątek i w planach miał powrót do Hogwartu dopiero po weekendzie. Nie spodziewał się, że Blaise wprosi się w tak bezczelny sposób w jego progi, ale widząc go w tak kiepskim stanie, nie miał siły (ani serca) go wygonić.
– Jaki masz plan? - Odważył się zapytać Zabini upijając ostatni łyk trunku. Alkohol trochę znieczulił jego rany, pozwalając na chwilę odpoczynku od bólu. Kroki Draco ucichły, kiedy zatrzymał się w miejscu obejmując zamyślonym wzrokiem twarz przyjaciela.
– Po prostu to zignorujmy - odezwał się, a na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. Dla Blaise'a nie wróżyło to nic dobrego. Każdy rodzaj uśmiechu Malfoy'a krył ze sobą coś nieprzyjemnego.
– Umiesz to zrobić? - Temat dziewczyny dla oby był niekomfortowy i drażliwy. Uporali się z własnymi sprzeczkami, które wynikły przez dziewczynę, jednak wciąż nie byli przygotowani aby o tym rozmawiać.
– Nie ma czegoś, czego bym nie umiał zrobić - Draco otaksował go wzrokiem wciąż pokazując jak bardzo jest urażony tym że Blaise miał czelność go oszukiwać. – Z wyjątkiem polubienia Potter'a. - Dodał po chwili.
W przeciwieństwie do Draco, on nadal czuł ukłucie w serca na dźwięk imienia "Selena", i nie łatwo było mu skonfrontować się z nią, z taką lekkością jak mówił blondyn. Sam też był pewien, że Draco również ma specjalne miejsce dla Seleny i za maską sadystycznego, bezdusznego młodzieńca kryje się ktoś zraniony i czuły. No z tym „czułym" to może przesadził.
–Może być ciekawie.- powiedział do siebie blondyn i ponownie napełnił szklankę bursztynową whisky, zatrzymując ją przy ustach. Oczy, przerażające niemal jak u Bazyliszka, błądziły po dnie szklanki doszukując się potwierdzenia jego słów.
- Draco - Zabini podszedł do chłopaka z czułością wymalowaną w oczach. – W porządku między nami? Hm? No daj spokój - mruknął ocierając głową o jego ramie na co Draco wzdrygnął się z grymasem. – Ty byś nie skorzystał z takiej zabawy?
Draco prychnął odstawił głośno szklankę na stolik i odepchnął głowę Blaise'a z jawna kpiną.
– Może, to jednak nie zmienia że Granger paradowała w moim - przymknął na chwilę powieki robiąc głęboką przerwę na oddech. – w moim Slytherinie. Odurzyła mnie pieprzonym eliksirem miłosnym i wpadła na moje usta kiedy raczyliście mnie przywiązać do łóżka.
– No wiem, że to nie wyglądało zbyt ciekawe - Zabini zrobił skruszoną minę. - przynajmniej się nie nudziłeś.
– Ty już lepiej nic nie mów - warkną Draco.
Blaise chciał to skomentować, ale nagle poczuł uścisk w klatce piersiowej, złapał się za brzuch i syknął:
– Cholera.
– Co ci jest? - Draco podszedł do niego spokojnym, ale szybkim krokiem.
– Nie wiem, boli mnie wszystko przez ten upadek - stęknął łapiąc głęboki oddech i łypiąc na niego urażonym wzrokiem. Draco przymrużył oczy, ale starł się odsunąć poczucie winy na później. No co? Dobra to jego wina że Blaise znajduje się w takim stanie, ale nie musiał uciekać ze Skrzydła Szpitalnego zanim został uleczony. Draco został przewieziony do domu gdzie zajęli się nim lekarze i nie odczuwał już skutków swojego upadku.
Blaise nagle poczuł jak w głowie zaczyna mu się kręcić, położył dłoń na skroni czując pulsowanie:
– Granger - wyszeptał.
– Co do cholery, Granger? - Draco przypomniał sobie w jednej chwili, jak ta dwójka, a zwłaszcza Gryfonka, pogrywała sobie z nim i ponownie wróciła do niego chęć zemsty.
– Boi się, ma jakieś kłopoty.
–Co?
– Nie pytaj się mnie, nie mam pojęcia skąd to wiem - mruknął zaskoczony Zabini. - Może to przez tę zamianę...
– Fantastycznie - klasnął w dłonie Draco mając obłęd w oczach. - Teraz czytacie sobie w myślach? Urocze.
– Malfoy to nie jest śmieszne - odezwał się Blaise.
–Mnie to bardzo śmieszy - powiedział z jawnym przekąsem. - Powiedz, Granger musi mieć zboczone myśli. Chodzi o Snape'a, prawda? To dlatego ma u niego same wybitne, czy oni...
– Daruj sobie – warknął Zabini. – Ona jest przerażona. I jest cholernie zimno.
– Zimno? – Draco zmarszczył brwi widząc jak na skórze jego przyjaciela pojawiła się gęsia skórka.
–Musimy wrócić do Hogwartu – Blaise wstał ledwo co trzymając się na nogach i skierował się w stronę drzwi. – Natychmiast.
–Ja nic nie muszę.
Kiedy Blaise sięgnął za klamkę poczuł jak ciało przeszywa mu ból i odrętwienie. Zsunął się na ziemię uderzając głową o twardą posadzkę.
- Wyśmienicie – skomentował drętwo Draco i będąc oparty o stolik dokończył pić whiskey.
Harry szedł pierwszym tunelem. Nie chciał mówić nic Hermionie i Ron'owi, ale jego intuicja podpowiadała mu, że to właśnie tam znajduje się Lucjusz Malfoy. Postanowił sam zmierzyć się z najgorszym złem. Nie był głupi, wiedział, że Malfoy knuje coś nowego i niebezpiecznego.
Klaustrofobiczny tunel z każdym krokiem wydawał się być węższy i Harry poczuł nieprzyjemne zawroty w głowie. Trzymając w pogotowiu dłoń na różdżce, dostrzegł czerwony płomień w oddali. Przyśpieszył kroku, kiedy natchnął się na pomieszczenie oświetlone blaskiem dochodzącym z nafty. Zapach był mdły a w powietrzu unosił się kurz, dlatego przysunął do twarzy rękaw bluzy i z trudem powstrzymywał się od kichnięcia. Robił ciche kroki mając na sobie pelerynę niewidkę, aż natknął się na odwrócone plecy. Wiedział kto był ich właścicielem. Malfoy. Intuicja znowu go nie myliła.
– Musi udać nam się przerwać to zaklęcie – głos nie należał do Lucjusza i Harry dopiero teraz dostrzegł wyłaniającą się z cienia postać.
- Glizdogonie, gdyby to było tak proste nie ślęczałbym godzinami na tymi runami w pierdolonej Chacie – warknął rozdrażniony Lucjusz.
Harry poczuł jak przyśpiesza mu krew w żyłach ogłupiając zmysły i doprowadzając do szaleństwa. To uczucie pojawiało się za każdym razem gdy widział Glizdogona. Bezwartościowego człowieka, który zdradził jego rodziców. Człowieka, przez którego Harry został sierotą. Musiał go zabić, tak, musiał go w tej chwili zabić... Przymknął na chwilę powieki, kłócąc się z własnymi myślami. Nie czuł strachu, ta gula która zawadzała mu w gardle to była bezradność. Nie mógł cofnąć czasu, przywrócić rodziców i żyć z nimi zapominając o losie, który wybrał mu tak ciężkie przeznaczenie.
Uczucie samotności nadal będzie mu towarzyszyć, cokolwiek by nie zrobił i tak nic nie wypełni pustki po utracie bliskich. Nie dozna rodzicielskiej miłości, ale wiedział na czym polegała. Nie on pierwszy i ostatni został sierotą. Pomyślał o pani Weasley, która na pewno skarciłaby go za takie myśli. Od dawna udawało mu się przezwyciężać strach i rozpacz skrywając je w specjalnej szufladzie, jednak chwila słabości powracała w najgorszych sytuacjach.
- Musimy przebić się przez tą górę lodu – słysząc to, Harry pozwolił sobie podejść bliżej.
Prześlizgnął wzrokiem po książce, w którą zapatrzony był Lucjusz Malfoy. Zmarszczył brwi szukając choćby jednego słowa, które potrafiłby zrozumieć. Zdążył tylko odgadnąć, że nieznany język to prawdopodobnie łacina, zanim dosłyszał krzyk odbijający się echem za jego plecami. Długie wycie zagłuszyło myśli.
– Greyback musiał coś lub, co gorsza, kogoś wywęszyć. Idź to sprawdzić.
– Zawsze ja...
- Mówiłeś coś? – Lucjusz uniósł głowę znad księgi.
- Już idę.
Harry niechętnie zostawił Lucjusza Malfoy'a, kierując swoje kroki za Glizdogonem. Kiedy dostrzegł dwa ciała niesione przez dwumetrowego faceta, na długą chwilę wstrzymał oddech.
