oryginał: In Blood Only (link w moim profilu)
autor: E.M. Snape (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki.
------------------------------------
Rozdział dziesiąty
Konsekwencje
------------------------------------
Harry wzdrygnął się i zasłonił oczy przed niespodziewanym atakiem światła. Jakieś ręce brutalnie złapały go za kołnierz i wyszarpnęły z szafy w oślepiający blask sypialni.
- Co ty, na litość Merlina, robisz, Potter? Bawisz się w chowanego?
Głos Snape'a drżał z furii. Starszy czarodziej puścił kołnierz Harry'ego tak nagle, że chłopiec zatoczył się i uderzył plecami w ścianę.
- Co zamierzałeś zrobić, co? - ryczał Snape. - Wiedziałem, że jesteś gówniarzem, który zawsze chce zwrócić na siebie uwagę, ale to już był czysty idiotyzm! Chować się w szafie jak pięciolatek tylko dlatego, że trochę sobie porozmawialiśmy...
- Nie o to mi chodziło, proszę pana...
- Jakże nędznym trzeba być stworzeniem, żeby cieszyć się paniką skrzatki, która popadła w problemy...
Harry nie sądził, żeby przez niego spanikował jedynie skrzat domowy.
- Nie chciałem, w porządku? Niech się pan wreszcie uspokoi!
Pożałował swoich słów ledwie je wypowiedział. Skulił się, gdy ręce znowu wyciągnęły się do niego i bezceremonialnie rzuciły go na łóżko. Harry pośpiesznie odsunął się od Snape'a. Przywarł plecami do wezgłowia, jak najdalej od nauczyciela, który teraz prezentował na twarzy wyraz pogardy i obrzydzenia zamiast wcześniejszej furii.
W zasadzie jak na kwintesencję Snape'a przystało.
- Wytłumacz się! - warknął, założywszy ręce na piersi, stojąc niecałe pół metra od łóżka.
- Blizna mnie bolała - wyjaśnił Harry i bezwiednie ją pomasował. - Teraz już nie jest aż tak źle, proszę pana. Potrzebowałem tylko spokojnego miejsca.
- A twoja komnata ci nie odpowiadała?
- Właśnie!
Harry nie miał zamiaru rozwijać wypowiedzi. Snape patrzył na niego spode łba. Harry przełknął z trudem i wlepił wzrok w narzutę, celowo unikając spojrzenia profesora, nie potrafiąc zapomnieć czystej złośliwości, którą widział w nim poprzednio.
***
Zaledwie godzinę wcześniej Snape z czystej mściwości warzył kolejny eliksir, który miał na celu przełamanie kamuflażu. To samo gorzkie uczucie, które skłoniło go do podzielenia się z Potterem wiedzą o ich okropnym wspólnym rodowodzie, nagle a niespodziewanie kazało mu zmusić chłopca do stawienia czoła wszystkim cechom fizjonomicznym, jakie mógł odziedziczyć po Snape'ach. Nieledwie modlił się, żeby jego syn wyglądał identycznie jak on sam, z tymi samymi przetłuszczającymi się włosami i wielkim nochalem. Nieważne, że to tylko tymczasowo, że będą musieli ponownie rzucić czar maskujący, zanim chłopak wróci do Hogwartu. Jeśli tylko Potter patrząc na profesora-tlustowłosego dupka, którego nienawidził, będzie wiedział, że nie cierpi czegoś, co jest również częścią jego samego... To bez wątpienia warte jest zachodu.
Gdy pracował, wściekłość na Pottera próbującego zniszczyć jego wspomnienia pulsowała w nim jak wyczuwalna siła pod samą skórą. Automatycznie przypomniał sobie ostatnią osobę, która rzuciła na niego to zaklęcie.
"Nie ufam twojemu obiektywizmowi w tym względzie."
Zagryzł zęby tak mocno, że zabolała go szczęka. Nie ufał jego obiektywizmowi... Brednie! Wybór, czy Severus zaopiekuje się własnym synem, czy nie, nigdy nie należał do Dumbledore'a. Ufał temu człowiekowi. Oddał mu swoje życie. Oddał mu swoją lojalność. Oddał mu wszystko.
Tylko Dumbledore'owi udało się zdobyć jego zaufanie. Trafił do Hogwartu zbrukany gorzką trucizną pełnego okrucieństw dzieciństwa i przez jakiś czas wydawało mu się, że Dumbledore mógłby go z tego wyzwolić. Dyrektor patrzył na niego z dziwną łagodnością w oczach, podczas gdy Snape poznał wcześniej jedynie szyderstwo, awersję, pogardę. Wysłuchiwał słów Severusa jakby znajdował w nich coś wartościowego. Był pierwszą osobą, która traktowała Severusa jak człowieka.
A potem zdradził go dla Huncwotów.
Ci czterej cholerni dręczyciele... Ich znęcanie się, ich usiłowanie morderstwa, zamach na jego życie tak łatwo zlekceważony przez Dumbledore'a. Nie wyrzucił ich ze szkoły, ledwie wymierzył im jakąś karę. Potter - cholerny Potter - został nawet prefektem naczelnym. Świat Severusa zawalił się po raz pierwszy, gdy Dumbledore unaocznił mu, na jak słabych fundamentach go postawił. Snape nauczył się wtedy, że dla dyrektora nie był nikim więcej, jak zwykłym uczniem, kolejnym jego podopiecznym.
To nigdy nie dotyczyło Jamesa Pottera i złotej młodzieży gryfońskiej. W końcu zdał sobie z tego sprawę. Oni znaczyli więcej. Oni byli ważni. Severus Snape był cieniem, a Huncwoci byli jak płomień. Trzeszczące, złote światło, które skłaniało do sympatii i podziwu; oczy dyrektora błyszczały dumą, kiedy na nich patrzył.
Identycznie było z Harrym Potterem, którego stary czarodziej kochał chyba nawet bardziej niż któregokolwiek z tamtych. Czy to dlatego zabrał go Snape'owi, czy dlatego ukrywał tożsamość chłopca przez te wszystkie lata? Kochał chłopca tak bardzo, że nie był w stanie związać go ze Smarkerusem?
Naturalnie, to z pewnością był właściwy powód. Mężczyzna tak paskudny i bezwartościowy, jak Smarkerus Snape, nie mógł przecież być ojcem Chłopca, Który Przeżył!
Och, jakże nienawidził Dumbledore'a. Ręce trzęsły mu się z nienawiści, gdy mieszał ropę czyrakobulwy. Doskonale pamiętał, jak wśród śmierciożerców Czarnego Pana szukał akceptacji i uznania, którego nie miał nigdzie indziej, i jak powoli, dzień za dniem, coraz lepiej rozumiał, że te odczucia były równie puste jak sympatia Dumbledore'a. Pamiętał, jak przypełzł z powrotem do stóp dyrektora, pełny obaw i skruchy. I, przede wszystkim, zagubiony. Kompletnie i całkowicie zagubiony. Przyrzekł sobie, że już nigdy nie zwiedzie go fałszywa nadzieja; nigdy więcej nie ugnie się pod delikatnym naciskiem fałszywej sympatii ani nie będzie miał nadziei na coś lepszego, niż pustelnicza, samotna egzystencja.
A jednak jakoś to zrobił. Znowu zrobiono z niego idiotę. Dlaczego dwa razy dał się nabrać na tę samą sztuczkę?
Gdzieś, z jakiegoś powodu, znów zaczął ufać Albusowi Dumbledore'owi. I kolejny raz ten człowiek nadużył jego zaufania i zdradził go. Lecz tym razem, tym razem to była zła, potworna zdrada. Gdy do tego wracał, miał ochotę zwymiotować na myśl o samej stopniu pogardy, jaką żywił ku niemu Dumbledore. Stary czarodziej nie pozwolił splamić swego nowego złotego chłopca nawet samą obecnością Snape'a. Wolał uszkodzić umysł Severusa niż dopuścić do zbrukania czegoś tak czystego i wspaniałego, jak ten chłopiec. Uważał go za kreaturę niegodną zajęcia się własnym synem.
Za to Dumbledore'a nienawidził. Podobnie jak chłopca.
Kiedy dodawał do eliksiru ostatnie składniki, jego gniew zwrócił się ku temu drugiemu. Och tak, nienawidził chłopca. Nienawidził go za to, że był za dobry dla niego. Za to, że Dumbledore kochał właśnie jego. Za to, że był słoneczkiem magicznego świata i potomkiem Huncwotów. A ponad wszystko, w tej chwili, za to, że próbował zrobić dokładnie to samo, co Dumbledore zrobił mu ledwie kilka miesięcy temu.
Jak ŚMIAŁ!
Cholera, nawet ten bezczelny bachor powinien wiedzieć, jak niebezpieczny był ten czar. Potter widział, jak Gilderoy Lockhart zniszczył swój umysł; znakomicie wiedział, co mogło być skutkiem nieumiejętnie rzuconego zaklęcia zapomnienia. Wskazanie z ogromną dokładnością konkretnego wspomnienia, które miało zostać unicestwione, przeszukanie cudzej psyche... To wymagało umiejętności i doświadczenia, inaczej z łatwością można było wymazać całą pamięć ofiary.
Próba chłopaka była dokonana z tak beztroską pogardą dla samopoczucia Snape'a, że kazała mu się zastanowić, czy jego syn naprawdę aż tak go nienawidził. Musiał to zrobić ze złośliwości, z czystej złośliwości. W innym przypadku lekkomyślna arogancja tego...
Ach, ale to był Chłopiec, Który Przeżył. To był Harry Potter. Ulubieniec Dumbledore'a. Oczywiście, że czuł się upoważniony do zagrażania każdej żywej istocie, jaka miała przykrość go poznać. Bachor był wszak przyzwyczajony do tego, że cały świat leży u jego stóp. Dlaczego miałby teraz przestać krzywdzić te uprzywilejowane ofiary?
Nareszcie skończył eliksir i przelał go do butelki, wciąż zatopiony w mrocznych rozmyślaniach. Akurat czyścił kociołek, gdy nagle do pracowni wpadła Norcia, szlochająca rozpaczliwie, twierdząca, że młody pan znikł.
Snape przeżył parę drogocennych chwil niepokoju. Chłopak nie potrafił osłaniać umysłu. Jeśli jakoś udało mu się złamać osłony i zbiec, był kompletnie bezbronny przed machinacjami Czarnego Pana.
Jednak kilka sekund później proste zaklęcie wskaż-mi błyskawicznie rozwiązało problem. Podążał jego śladem, aż z niedowierzaniem stanął przed szafą w pokoju dzieciaka.
Wielka, skomplikowana ucieczka, którą sobie wyobraził w wykonaniu Pottera, okazała się być wędrówką na drugi koniec sypialni. Potem zauważył, że na łóżku brakuje okrycia, którego skrawek wystaje spod drzwi szafy. Norcia przeprosiła z całego serca za brak spostrzegawczości i wybiegła z płaczem, zapewne po to, by gdzieś tam wyprasować sobie stopy.
A Snape po prostu gapił się z irytacją na te nieszczęsne zamknięte drzwi.
Chować się w szafie, też coś! Bezczelny szczeniak najwidoczniej starał się obudzić w nim poczucie winy. Prawdopodobnie miał nadzieję, że Snape poczuje się okropnie, ponieważ przez niego Chłopiec, Który Przeżył kulił się w kącie niczym niemowlę.
Otworzył drzwi szarpnięciem. Tak, to musiało być jakieś usiłowanie manipulacji. Znał Pottera; dzieciak był o wiele za dumny, aby pozwolić sobie na okazanie tchórzostwa, nawet gdy miał ku temu podstawy.
Wyciągając chłopaka z szafy, radośnie powitał powracającą irytację.
Znalazłszy się w pełnym świetle, Potter wzdrygnął się, z niechęcią krzywiąc posiniaczoną twarz. Coś nieprzyjemnego ścisnęło się w żołądku Snape'a na widok zauważalnego dowodu jego wcześniejszej brutalności. Twarz chłopca był spuchnięta. Jedno oko otaczał purpurowy siniec, wyraźnie odcinający się od bladej cery. Gardło pokrywały ślady paznokci. Zatrzymał wzrok na tym ostatnim. Przez moment ogarnęło go deja vu tak potężne, że sam nie mógł oddychać.
Potter patrzył na niego zaczerwienionymi oczyma, na pozór niepewnie chwiejąc się na nogach jakby był czymś oszołomiony. Snape dopiero teraz przypomniał sobie jego szklisty wzrok i to, jak bardzo zmieszany i zdezorientowany wydawał się chłopiec, kiedy kazał wrócić mu do jego pokoju po konfrontacji.
Wtedy jego twarz była w dziwny i niepokojący sposób pusta, teraz zresztą również. Siniak sprawił, że jego zielone oczy pozbawione były blasku, a śledziły każdy ruch Snape'a ze skupieniem i koncentracją zrodzonymi z obawy. Snape czuł coraz większą poirytowanie wyraźnym niepokojem chłopca; pchnął go na łóżko, aby przesłuchać go bez narażania się na to, że dzieciak padnie mu na twarz w nerwowym ataku.
Dopiero gdy chłopak rozpłaszczył się na możliwie oddalonej od niego ścianie, Snape przyznał w głębi ducha, że mógł wcześniej postąpić nieco zbyt brutalnie.
Miał talent do eliksirów i obrony. Nawet większy do czarnej magii. Ale słowne rozdzieranie kogoś na strzępy... To zawsze była jego unikalna zdolność. Tak łatwo było wycelować w słabości. A po tym, jak ten głupi, debilny, idiotyczny chłopak ośmielił się spróbować rzucić na niego to konkretne zaklęcie, zaatakował go dokładnie tam, gdzie wiedział, że zaboli najbardziej.
Ledwie zakończyli lekcję oklumencji i wyobrażenia nieprzytomnej Granger, mówiącego od rzeczy Weasleya i umierającego Blacka nadal wypełniały jego myśli. Nie miał problemu z uderzeniem tam, gdzie mogło zapiec.
Jego przyjaciele. Jego mugolscy krewni. Jego ojciec chrzestny.
Och, ale szczególnie ten ostatni. Ten budził dreszcze nawet w najbardziej sprzyjających warunkach. Ten sprawiał cierpienie.
Czasem w ciągu ostatnich dni, kiedy powiedział coś wyjątkowo bezwzględnego, coś, co trafiało Pottera w najwrażliwsze miejsca, widział, jak chłopak wzdryga się - i na swój sposób cieszył się, że może zranić dyrektora za pośrednictwem dzieciaka. Serce dyrektora cierpiało równocześnie z niewydarzonym synem Severusa. Najbardziej na świecie chciał, aby Dumbledore przeżywał ten sam ból, którego on sam doświadczał.
Nie tylko na chłopaka rzucił się po tym, jak szczeniak spróbował rzucić zaklęcie niepamięci. Rzucił się też na Dumbledore'a. Dumbledore'a, który powinien cierpieć za ten cholerny czar. Za wszystko, co zrobił Snape'owi. Na Merlina, jak strasznie pragnął mieć szansę zranić starca zanim ten zobliviatował go. Gdyby tylko zareagował wystarczająco szybko, gdyby nie pozwolił sobie na ten króciutki moment zaskoczenia, umożliwiając dyrektorowi przejście do ataku...
Ale... może przesadnie zareagował. Owszem, zranił chłopca. Podbił mu oko. W samoobronie. Inaczej Potter dokończyłby inkantację.
Lecz to zaklęcie więżące... Severus ponownie spojrzał na szramy, jakie Gryfon wydrapał sobie na szyi, i poczuł się trochę niepewnie. Nadal pamiętał to uczucie bezsilności, kiedy zaciskało się wokół jego szyi, miażdżyło klatkę piersiową, bezradność, gdy jego ojciec, jego własny ojciec...
Niech szlag trafi tego najdurniejszego z durnych chłopaka.
Potter obserwował go z obawą. Zwalił winę za swoje dziecinne zachowanie na bolącą bliznę. Snape wpatrywał się w niego, szukając w zielonych oczach śladu kłamstwa.
"Próbowałeś mną manipulować i dobrze o tym wiesz, ty bezczelny bachorze!"
Dłuższą chwilę zajęło Snape'owi zorientowanie się, że w oczach Pottera nie widział niczego. Przysunął się bliżej chłopaka i sięgnął głębiej w jego myśli. A raczej próbował.
Napotkał jedynie mleczną mgłę.
- Potter! - warknął.
Potter podskoczył i rozpłaszczył się na ścianie, okazując, jak bardzo jest spięty; Snape przeklął się w duchu za nagły przypływ wyrzutów sumienia.
- Tak, proszę pana?
Snape zastanowił się krótko. Czy chłopak rzeczywiście to zrobił? Czy było możliwe...?
- Blizna nadal cię boli?
Tego pytania dzieciak najwidoczniej się nie spodziewał. Ramiona opadły mu, gdy wyraźnie się rozluźnił.
- Nie, proszę pana. Mówiłem panu, już wszystko w porządku.
Snape uniósł brew; nie przeoczył faktu, że chłopiec nazywał go teraz "panem". Zwykle musiał go do tego zmuszać.
- A to... - Odruchowo wskazał ręką wciąż otwartą szafę. Czy temu dzieciakowi można wierzyć? - Ból znikł, kiedy się tam schowałeś?
Potter rzucił szafie niespokojne spojrzenie.
- Tak, proszę pana.
- Dlaczego?
Chłopak namyślał się przez dłuższy czas.
- Nie wiem, proszę pana. Tam jest ciemno i cicho. Czuję się tam bezp... no, odprężony. Spokojny. Jakbym już niczym nie musiał się zamartwiać. Latem też działało. Z komórką. Eee... Nie wiem właściwie czemu.
Przyglądał się Gryfonowi z zadumą. Czy smarkacz zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił?
- Potter - powiedział w końcu powoli, zastanawiając się, jak dzieciak mógł być tak tępy. - Tobie się wydaje, że oklumencja jest czym właściwie?
Potter wyglądał na oszołomionego i Snape poczuł irytację. Uczył bachora przez te wszystkie miesiące tylko po to, aby dzieciak wciąż nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi?
- Oczyszczasz swoje myśli - wyjaśnił z całą cierpliwością, na jaką zdołał się zdobyć. - Uspokajasz się i usuwasz wszelkie emocje, które mogłyby pozwolić komuś wejść do twego umysłu. - Odwrócił się, z pewnym niedowierzaniem znów patrząc na szafę. - Nie wpadłbym na to, żeby wykorzystać w twoim treningu - mierzył wzrokiem wąski pas ciemności z niesmakiem na twarzy - jakikolwiek rekwizyt, ale okazuje się, że to na ciebie działa. - Ponownie spojrzał na chłopca i zrozumiał, że dzieciak wciąż nie ma pojęcia, o czym on mówi. Westchnął niecierpliwie. - Okludujesz się od miesięcy! Na lekcjach prezentujesz totalną niekompetencję, podczas gdy już dawno na własną rękę znalazłeś sposób, jak zamknąć umysł przed Czarnym Panem.
Potter zamrugał, a następnie na jego twarzy pojawił się wyraz ostrożnego zadowolenia.
- Och... Łał. Nie myślałem o tym... nie zdawałem sobie sprawy...
- Oczywiście, że nie zdawałeś sobie z tego sprawy, ty tępaku - wtrącił się Snape niecierpliwie. - Toteż ci to wyjaśniam.
Dumna mina spełzła z oblicza Pottera.
Snape zmrużył oczy, przyglądając się chłopcu bez emocji. Jakimś cudem Potterowi się udało. Teraz, żeby wykorzystać te zdolności w rzeczywistych sytuacjach...
- Będziemy musieli popracować nad wykorzystaniem twojej oklumencji w prawdziwym życiu, Potter - powiedział. - Musimy wyselekcjonować to, co pozwala ci w tej... przestrzeni oczyścić umysł i przenieść skutek na zewnątrz.
- Racja - przytaknął Potter zwięźle z oczyma błyszczącymi determinacją. Ciemny krąg sińca wokół jednego z nich stłumił jednak efekt.
Snape przewrócił oczami.
- Przypuszczam, że najpierw będę musiał cię wyleczyć.
Przez sekundę twarz chłopca wyrażała kompletny brak zrozumienia.
- Co pan... Ach, to? Eee... to żaden problem. Zasłużyłem sobie.
Słysząc to, Snape poczuł dziwne, nieprzyjemne uczucie, instynktownie wyczuwając, że w odpowiedzi chłopca było coś złego. Mimo to jego głos pozostał zimny i bezduszny, kiedy się odezwał.
- Owszem. Nie wolno tobie nigdy użyć tego zaklęcia.
Chłopak zachował na tyle przyzwoitości, że zdołał się zarumienić ze wstydu.
Snape ucichł. Z jakiegoś powodu nie miał ochoty ciągnąć rozmowy w odpowiednim kierunku... czyli do kwestii pobitego i upokorzonego Harry'ego Pottera.
- Żałuję jednak, że cię uderzyłem. Jak również mojego... dalszego postępowania.
Och, z jakim trudem te słowa opuściły jego usta.
Łzy, które zalśniły w oczach Pottera, zaniepokoiły go. Właśnie miał się odruchowo cofnąć na ten widok, gdy chłopak szybko pozbył się ich mruganiem i wrócił do beznamiętnej, neutralnej miny.
- Mówił pan tylko prawdę - uznał ze smutkiem. - Cieszę się, że ktoś to wreszcie zrobił.
"Nie uważam, żebyś był winny śmierci Blacka." Prawie to powiedział, ale w końcu zdecydował inaczej. Nadal był zły, wręcz wściekły na małego bachora. Zaklęcie niepamięci, też coś. Niech serce chłopaka trochę sobie pokrwawi. Chociaż na to zasłużył.
Gniewnym machnięciem różdżki Snape wyleczył podbite oko Pottera. Z większą dokładnością i mroczniejszymi uczuciami kłębiącymi się w nim pozbył się też zadrapań na szyi chłopca. Kiedy opuścił różdżkę, Potter znów się na niego gapił. W zielonych oczach błyszczała zimna złość.
- Rozumiem, że doniósł pan na Tonks.
Snape uśmiechnął się sadystycznie. Gdyby chłopak miał jakąkolwiek aktywność nerwową, zorientowałby się, że Snape nie miał żadnych podstaw, aby zgłosić działania tej zepsutej kobiety. Przecież nie mógł powiedzieć w Ministerstwie, że nabył tę wiedzę w trakcie lekcji oklumencji. Poza tym nie zamierzał przyczynić się do utraty przez Zakon jednego z ich bezcennych Aurorów.
Nie, nie doniósł na nią, ale pozwoli chłopcu tak myśleć. Musiał uświadomić szczeniakowi skutki jego zachowania.
- Och, ależ oczywiście - powiedział łagodnie. - Minister był naprawdę przygnębiony, słysząc, że jeden z jego ludzi został przyłapany na tak brudnych praktykach. Za to grozi tylko Azkaban.
Oczy Pottera lśniły wściekłością i nienawiścią.
- Wygląda pan na cholernie zadowolonego z siebie. Zupełnie jak w dniu śmierci profesora Merana, kiedy stał pan tam triumfując. Tak pana cieszy niszczenie ludzkich żyć? Patrzenie, jak inni cierpią?
Gniew Snape'a wrócił z pełną siłą; jego głos był śmiertelnie cichym szeptem.
- Nimfadora Tonks zbiera pokłosie własnych działań.
- A pan był śmierciożercą! Nie zawsze był pan szpiegiem! - krzyczał Potter oskarżycielsko. - Poniósł pan kiedykolwiek konsekwencje swoich działań? Mordował pan ludzi, mogę się o to założyć, ale wciąż chodzi pan wolno i uczy nas eliksirów!
Snape miał zamiar wskazać, że wbijanie wiedzy do głów takim durniom, jak Potter, było koszmarem porównywalnym z pobytem w Azkabanie, jednak chłopak jeszcze nie skończył mówić.
- Tonks nawet nikogo nie skrzywdziła - wychrypiał Potter. - Ona... ona zrobiła to dla mnie. Była jedyną osobą, którą obchodziłem. Sądzę... - odwrócił na chwilę wzrok, jakby dopiero teraz coś zrozumiał - sądzę, że jestem w niej zakochany. - Znowu spojrzał na Snape'a. - Jak to może być złe?
- Och, to jesteś w niej zakochany - powiedział Snape przeciągle, głosem ociekającym sarkazmem. - Skontaktuję się zaraz z Ministrem przez kominek i zażądam wycofania oskarżenia. Wszakże Nimfadora Tonks uratowała Chłopca, Który Przeżył, przed okrucieństwem jego nastoletnich hormonów!
Oblicze chłopca pociemniało.
- Nigdy pan tego nie zrozumie. Pan nigdy nie był w nikim zakochany.
Cóż, nie. Nie, nie był. I jakoś wcale mu to nie zaszkodziło.
- Przestań się nad sobą użalać, Potter. Niczego w ten sposób nie uzyskasz.
- Nienawidzę pana! - warknął chłopak.
Snape patrzył na niego przez dłuższą chwilę w milczeniu, z setką możliwych odpowiedzi tylko czekających na wymówienie. Lecz doprawdy, było tylko jedno słowo, które wydawało się odpowiednie. Z jakiegoś powodu nie czuł potrzeby powiedzenia go głośno.
"Wiem."
------------------------------------------
KONIEC
rozdziału dziesiątego
------------------------------------------
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy.
Anula93 Przyznam, że nie mam pojęcia. Autorka, co prawda, na początku pisała mi, że ktoś inny wystąpił o pozwolenie na tłumaczenie tego opowiadania, ale rozmawiałam z tą osobą i odstąpiła mi je. Nie wiedziałam, że już część przetłumaczyła i opublikowała... albo że ktoś publikował tłumaczenie bez zgody autorki (no, istnieje jeszcze ewentualność, że autorka zapomniała o danym niegdyś pozwoleniu na tłumaczenie na polski tego tekstu - w końcu opowiadanie ma parę lat, więc nie jest to niemożliwe).
Akame O tak, chora fascynacja to niewątpliwie jest coś, co można czuć, czytając o tym Severusie. On jest tak okropny, że aż fascynujący. Niekoniecznie każda osoba mieszkająca w ciasnym pomieszczeniu nabawi się klaustrofobii - skoro jest to jedyne bezpieczne schronienie, jakie zna, klaustrofobia byłaby dziwna. To tak, jakby mieć psa za jedynego przyjaciela i z tego powodu nabawić się kynofobii. Nie wątpię, że mogą być takie przypadki, bo ludzka psychika jest zakręcona jak ruski termos, ale na szczęście Harry do nich nie należy. Na szczęście dla niego, oczywiście. Co do aspektu mesjanizmu, to jak najbardziej się zgadzam. Prawie trzy miesiące temu zaczęłam nawet pisać miniaturkę w tym temacie (ale jeszcze nie skończyłam ;-))... Lubię się zagłębiać w psychologiczne portrety postaci i lubię, gdy robią to inni. Ciekawe jest widzieć, w których punktach się zgadzamy, a gdzie nie. Cieszę się, że cieszą Cię kolejne rozdziały i mam nadzieję, że ten tydzień przerwy nie był przesadną męczarnią ;-).
LiLuAin Fakt, wręcz Severitus jak żaden inny. Nie mogę powiedzieć, aby był moim ulubionym, bo jest na to zdecydowanie zbyt przygnębiający, ale coś w sobie niewątpliwie ma. A nawet COŚ. Ja również mam nadzieję, że zdołam dociągnąć do końca. Ostatnio tłumaczy mi się to opowiadanie coraz lepiej, więc szanse rosną ;-).
