Stiles obudził się wyczerpany, co było nowością, bo przeważnie sen jednak powinien odprężać. Bolało go naprawdę wszystko i dopiero teraz zdał sobie sprawę jakim błogosławieństwem faktycznie był dla niego eliksir.
Derek leżał na brzuchu z ręką przerzuconą władczo przez jego talię. Jego twarz, skierowana w stronę okna nie była dla Stilesa widoczna, ale doświadczenie podpowiadało mu, że alfa ma zadowoloną z siebie minę. Całe jego ciało emanowało satysfakcją i Stilinski nawet nie był zaskoczony.
Derek zmienił swój stosunek do niego. A może Stiles po prostu więcej rozumiał. Możliwe, że mniej komplikował, zgodnie z sugestią swojego męża.
- Mój mąż – wyszeptał zaskoczony, że ta myśl pojawiła się w jego umyśle jako coś normalnego.
To ostatniej nocy właśnie zaczął w głowie nazywać tak Dereka i sam nie był pewien czy jest zadowolony z takiego obrotu sprawy. Raczej tego nie zakładał, ale naprawdę nie spodziewał się wielu rzeczy. Począwszy od jego stosunków z Derekiem, które jeszcze w Beacon szacował na bardziej oziębłe, po Deucaliona, który okazał się nikim innym jak sprzymierzeńcem innego sortu. Kimś kto będzie chciał zasłużyć na odkupienie części win.
- Mój mąż – powtórzył, chcąc się bardziej rozsmakować w tym zwrocie.
Derek poruszył się niespokojnie podczas snu i Stiles zamarł, bo ten jeden raz miał dobry widok na tatuaż mężczyzny. Ewidentnie triskelion, symbol watahy Hale. Watahy rządzącej, której sam był teraz członkiem. Zastanawiał się czy nie powinien też zrobić podobnego. Nie tak dużego, ale może bardziej subtelnego, co jednocześnie zasugerowałoby ich spójność. Sama jednak myśl, że tatuaż miałby polityczne podłoże nie była miła.
Symbolizm dla wilkołaków był niezwykle ważny, ale naużywanie go, czy nieszczere intencje nie mogły prowadzić do niczego dobrego.
Otrząsnął się z nieprzyjemnych myśli i zerknął na mięśnie Dereka, napięte od nie całkiem wygodnej pozycji, wyeksponowane przez poranne światło. Musiało być dość wcześnie, bo zza okna nie dobiegały żadne dźwięki. Zamek zapewne był uśpiony i ta myśl nie była całkiem nieprzyjemna. Mógłby pozwiedzać, wkraść się do kuchni i nadrobić wczorajszą zapomnianą kolację. A może nawet i dzisiejsze śniadanie. Możliwe, że faktycznie nie wyjdą z łóżka przez cały dzień, odkąd jego szyja musiała wyglądać fatalnie. Czuł jak bardzo sucha jest jego skóra. Jak wrażliwa i nie bez drżenia przypomniał sobie poranek po nocy poślubnej, gdy zobaczył się w lustrze.
Derek warknął coś pod nosem i ręka wilkołaka przyciągnęła go zaborczo, gdy ten odwracał się na bok. Stiles nie bardzo miał jak zaprotestować, ale nie mógł powstrzymać parsknięcia, gdy zdał sobie sprawę, że Derek wciąż głęboko śpi. Próba wysunięcia spod przykryć spełzła na niczym. Wilkołak tylko poprawił uchwyt i niczym się nie przejmując wcisnął swój nos w kark Stilesa. I tylko jedna myśl chodziła mu po głowie, że muszą okropnie pachnieć. Potem i nasieniem, szczególnie on odkąd spędził sporo czasu przyczepiony do Dereka. Nie był nawet za bardzo pewien kiedy Hale w końcu się z niego wysunął. Zasnął dość szybko, gdy tylko przekonał Dereka, że będzie lepiej dla nich zostawić część pieszczot na następny dzień. Teraz był pewien, że to był błąd.
Tyłek bolał go jak diabli. Nie sądził, żeby bez mikstury dał radę nawet siedzieć. O przemieszczaniu się nie mogło być mowy. Marzył jedynie o kolejnej ciepłej kąpieli i niewielkiej fiolce, która wyłączyłaby go z życia na parę następnych godzin. Nie był pewien co jeszcze powstrzymuje go przed snem, ale nie mógł oprzeć się myśli, że coś było nie tak.
Derek przyciągnął go jeszcze mocniej do siebie, chociaż Stiles sądził, że to niemożliwe i penis mężczyzny wślizgnął się między jego pośladki, jakby tam przynależał.
- Nie ma mowy – warknął Stiles, usilnie walcząc, żeby członek Dereka nie naciskał główką na jego zmaltretowane w nocy wejście.
Hale wymamrotał coś przez nos i na ramieniu, które przerzucił przez talię mężczyzna pojawiły się czarne grube pulsujące żyły. Stiles instynktownie spiął się, a potem z całej siły wyrwał, spadając z łóżka. Zawinął z sobą całą pościel, dzięki czemu upadek nie był jakoś wyjątkowo bolesny, ale nie to było najbardziej martwiące.
Derek stanął obok niego, przyglądając mu się ostrożnie w jakiś ułamek sekundy później.
- Co się stało? – spytał mężczyzna, rozglądając się sztywno po pustym pomieszczeniu.
- Twoja ręka… - zaczął Stiles i zagryzł wargę nie wiedząc za bardzo jak wyjaśnić całe zdarzenie. – Pojawiły się na niej czarne nitki.
Derek zamrugał, spoglądając na teraz już normalnego koloru ramię.
- To czasowe – wyjaśnił mężczyzna nie zaniepokojony. – Czasami masz koszmary. Musiałem przez sen zareagować – dodał i to wcale niczego nie rozjaśniło.
- To magia. Nie taka jak moja, ale… - zawahał się Stiles, nagle zdając sobie sprawę, że wciąż siedzi ogłupiały na podłodze, a Derek przed nim stoi bardzo nagi.
Wilkołak nie próbował się nawet zakryć, co było logiczne, odkąd widzieli się już bez ubrań. Co było jeszcze bardziej sensowne, gdy ciało Dereka było nienaturalną wręcz perfekcją. Gdyby Stiles miał takie mięśnie, zrezygnowałby z każdej warstwy materiału.
- Nie rozumiem, co cię zaalarmowało – zaczął Derek, pomagając mu się wyplątać z warstw pościeli.
Podłoga ich komnat była nieprzyjemnie zimna. Podobnie jak łóżko, które opuścili. W siedzibie watahy przydałaby się jakaś forma centralnego ogrzewania, jeśli ludzi mieli tutaj kiedykolwiek zamieszkać na równi z wilkołakami. W tej chwili warunki na to nie pozwalały.
- Nie powiedziałeś mi, że jesteś… - podjął Stiles i zamilkł, bo nie mógł nazwać Dereka prawdziwie magicznym.
Miał ochotę też uderzyć się w głowę za sam fakt, że nie wpadł na to wcześniej. Oczywiście wilkołaki musiały posiadać własną formę magii. Coś przecież uzdrawiało ich.
- Na ślubie nie wydawałeś się zaniepokojony – zaryzykował Derek.
- Nie zwróciłem uwagi – odparł Stiles słabo. – Czekaj. Na ślubie? Co zrobiłeś na ślubie? – spytał zdezorientowany.
- Twoje serce zaczęło bić z większym wysiłkiem. Żyła na twoim czole pulsowała wyjątkowo mocno. Chyba z przemęczenia… - zaczął Derek.
- Ból głowy – wszedł mu w słowo Stiles, rozkładając się wygodniej na łóżku. – I wtedy też to zrobiłeś. To było ciepłe, przyjemne… Ale te ciemne żyły… One nie wyglądały dobrze – wyjaśnił, obserwując uważnie Dereka. – Często to robicie? Możesz leczyć innych? – zasypał wilkołaka pytaniami zanim zdążył się powstrzymać.
Derek jednak nie zwracał na niego tak bardzo uwagi jak na jego szyję. W pełnym świetle poranka musiała się prezentować fatalnie, ale Hale nie wyglądał na przerażonego jak kilka dni wcześniej. Tęczówki mężczyzny wciąż płynnie przechodziły z jednej barwy w drugą, jakby Derek nie potrafił opanować emocji.
W końcu wilkołak odchrząknął, siłą chyba przenosząc swój wzrok na jego twarz.
- Nie możemy leczyć poważnych ran. Nie mogę cofnąć czegoś, co zostało dokonane. Zniszczeń, które poczyniono, ale mogę uśmierzyć czasowo ból – wyjaśnił Derek.
- To jest pozytywne, czerń nie kojarzy się dobrze. Magia ma pewne granice, magia oznacza się w odpowiedni sposób – wtrącił Stiles, nie bardzo rozumiejąc dlaczego sam akt wzbudził jego niepokój.
Czuł instynktownie, że samo działanie nie było całkiem czyste i Derek potwierdził jego przypuszczenia.
- Odbieram ból, ale on nie znika. Przyciągam go do siebie, ale moje ciało jest bardziej zdolne do radzenia sobie z nim – wytłumaczył Hale.
- Nie rób tego – powiedział Stiles, kurcząc się na samą myśl o tym.
- To jest ułamek tego, co ty odczuwasz – poinformował Derek bez mrugnięcia okiem.
- Nie możesz tego wiedzieć – stwierdził Stiles. – I nie rób tego. To się wydaje złe. Czy ty widziałeś te czarne żyły? Ta magia…
- Ta magia jest w nas od pokoleń i wiem, że to nic w porównaniu z ludzkim organizmem – podkreślił wilkołak, zaplatając dłonie na piersi.
Stiles pewnie w innych okolicznościach, parsknąłby ze śmiechu na widok nagiego Dereka z upartą miną, ale tym razem nie dostrzegał komizmu sytuacji.
- Oczywiście, że wiesz lepiej. Przecież znasz tylu ludzi – zaczął nie mogąc się powstrzymać. – Moje koszmary, mój dyskomfort, moje bóle głowy przejdą. Jestem człowiekiem, ale nie jestem słaby. Nie wiesz co to robi z twoim organizmem – dodał, podnosząc się na łóżku, aby podkreślić swoje zdanie, ale Derek wciąż nad nim górował, stojąc poza jego zasięgiem.
Oczy mężczyzny zwęziły się niebezpiecznie.
- To moje ciało i chyba mam większe o tym pojęcie. Możesz studiować nas latami, ale wciąż nie będziesz wiedział wszystkiego. Nie próbuj udawać specjalisty w kwestiach, które cię nie dotyczą – odparł Hale.
- Nie dotyczą? Mnie nie dotyczą? – Stiles podniósł głos. – Ranisz się bez sensu. A jeśli ta magia jakoś wpłynie…
- Ta magia jest kompatybilna z moim organizmem, bo z niego pochodzi. Robię to od lat i nigdy…
- Od lat? Z tymi ludźmi, których trzymacie, żeby gryźć ich w karki? – spytał Stiles i poznał szybko, że popełnił błąd, gdy oczy Dereka przysnuła czerwona mgiełka.
Wilkołak w ciągu ułamka sekundy znalazł się na centymetry od jego twarzy.
- Nigdy nie korzystałem z ich usług – powiedział bardzo powoli alfa, świdrując go wzrokiem.
Stiles czuł, że serce niemal wyskakuje mu z piersi.
- W mojej rodzinie byli ludzie – dodał mężczyzna zaskakując go kompletnie.
- Niemożliwe. Jesteście wilkołakami… - zaczął Stiles, ale Derek nie wydawał się kłamać.
- W mojej rodzinie byli ludzie i ktoś spalił ich żywcem w letnim dworku – powtórzył wilkołak. – Wychowałem się wśród ludzi, ale nie mieszkaliśmy tutaj. Zamek jest przeznaczony dla rządzących, dla decydujących o terytorium. Zamek służy do celów militarnych – ciągnął dalej.
- Gdzie są inni ludzie? – spytał Stiles.
Derek cofnął się o krok.
- Nie ma innych ludzi. Moja rodzina rządziła tym terytorium od pokoleń. Moja rodzina stworzyła to terytorium. Legenda głosiła, że protoplasta rodu był jednym ze zbuntowanych czarowników. Zakochał się podobno w wilczycy, która uratowała mu życie. Złamał zasady i podał jej swoją krew, aby podzielić się z nią magią. Nadał jej ludzki kształt, ale nie mógł stworzyć dla niej duszy, więc zabił wieśniaczkę i nadał wilczycy imię po zmarłej dziewczynie. Cech czarownika dowiedział się jednak o zbrodni przeciwko magii i przeciwko naturze, i przeklął zrodzonych z krwi, nadając im naturę ludzi i zwierząt, aby w każdej chwili swojego życia pamiętali o tym, że nie są, że nie jesteśmy – poprawił się Derek szybko. – Że nie jesteśmy pełnoprawnymi ludźmi. Mieszkańcy terytorium wierzą, że jesteśmy pniem naszego istnienia, bo tylko wśród Hale'ów rodzili się ludzie. Moja matka chciała wysłać nawet mojego starszego brata jako poselstwo do waszego Królestwa, ale to nigdy się nie powiodło.
- I niektórzy wierzą, że faktycznie jesteście przeklęci – dodał Stiles, przypomniawszy sobie jakie wrażenie na dworze zrobiło przybycie przedstawicieli watahy. – Dlaczego nie mówicie o tym głośno? – spytał.
- Ludzie są łamliwi. Łatwi do zabicia. Dlaczego mieliśmy ryzykować życie mojego rodzeństwa? – odpowiedział pytaniem Derek.
- A teraz nie żyją – dokończył za niego Stiles.
- To tylko stara legenda. Podobna do tej o Iskrach – ciągnął dalej Derek. – Wyjaśnienie czegoś skomplikowanego w zabobonny sposób, aby zmylić umysł maluczkich – dodał.
Stiles zmarszczył brwi próbując sobie przypomnieć każdą zasłyszaną historię na temat faktycznego pochodzenia Iskier.
- My jesteśmy błogosławieni, a wy przeklęci – zauważył zaskoczony. – Ale wyjaśnienie leży w magii. To bez sensu. Jesteśmy zbiegiem okoliczności, a nie wolą bogów – dodał i nagle coś przyszło mu do głowy. – I za każdym razem, kiedy zaczynałem rozmowę na temat twojej drugiej natury, myślałeś, że robię to, bo myślę, że jesteś przeklęty? Aktywnie uprawiam magię. Prawdziwą magię, w której mogę leczyć, zabijać i przenosić. Nie wierzę w bajki – zakończył urażony do żywego.
- A jednak każdej pełni zamieniam się w wilka i spędzam tak noc, oddając się pod władanie zmysłów – zauważył Derek z nieczytelną miną.
- Magia musi mieć swoje ujście – odparł Stiles. – Kiedy ja nie korzystam z mojej Iskry, ona kumuluje się i czasami wybucha. Jeszcze kilka lat temu podpalałem prześcieradła, gdy… - urwał, czując, że jego policzki robią się bardziej ciepłe. – Grunt, że to kwestia magii. Klątwy nie istnieją – ogłosił z pewnością siebie.
Derek milczał przez chwilę, jakby nie do końca wiedział co powiedzieć. Wilkołak wyglądał na spokojniejszego, chociaż wciąż nie całkiem ukontentowanego.
- Kiedy moje rodzeństwo przewracało się, czasami łamało kości. One zrastały się tak długo… - podjął Derek dziwnym tonem. – Dniami, całymi tygodniami. Moja matka zawsze pochłaniała część bólu. To nie jest przyjemne, ale jest niczym w porównaniu z uczuciem, które przychodzi później. Świadomością tego, że przyniosło się ukojenie – dodał mężczyzna, przełykając nadmiar śliny.
Wilkołak na tę krótką chwilę spuścił z niego wzrok i Stiles zdał sobie sprawę, że Derek zapewne bardzo długo nie rozmawiał o swojej rodzinie. Możliwe, że nigdy nie miał czasu na prawdziwą żałobę. Wszystko miało miejsce podczas wojny, a Hale bardzo szybko trafił na granicę, aby tam odpierać ataki wroga.
- To nie jest nieczysta magia – dodał Derek.
- Teraz to wiem – odparł Stiles, nie bardzo wiedząc jak powinien się teraz zachować.
Dzielenie takiej intymności z kimkolwiek wydawała mu się dziwna. Derek ewidentnie zaczynał mu ufać.
- Wilkołak zabił moją matkę – wypalił bez przemyślenia.
Derek spojrzał na niego pustym wzrokiem.
- Myśleliśmy, że to ktoś od Deucaliona, bo ewidentnie zależało mu na przedłużeniu konfliktu, ale teraz nie wiem. Byliśmy w ogrodach. Miałem czternaście lat i w jednej chwili ona stała tam i śmiała się z tego, że po raz kolejny się potykam o własne nogi, starając się utrzymać płomień na mojej dłoni… - zaczął, nerwowo drapiąc się po przedramieniu. – A w drugiej jakaś kobieta trzymała ją za gardło. Strużka krwi zaczynała spływać po szyi mojej matki, a ta kobieta pokazywała mi, że mam siedzieć cicho. Kilka kroków od nas przechodzili strażnicy – ciągnął dalej. – Moja matka była w ciąży. Nie nosiła broni. Nie nosiliśmy broni, bo zamek miał być bezpieczny. Płomień w mojej dłoni niemal parzył, powiększał się i kobieta musiała odgadnąć czym jestem, bo zobaczyłem zainteresowanie w jej oczach. Iskry w ciąży nie panują nad swoją magią. Moja matka była bezbronna i upadła w chwilę później z poharatanym gardłem. – Zrobił głębszy wdech. – Charlie mówił mi, że nigdy nie powinienem spuszczać z oka wilkołaka, ale byłem tak przerażony, że odwróciłem się i zacząłem biec do najbliższej lampy. Dopadła mnie zanim zdążyłem zrobić kilka kroków, ale przeliczyła się w jednym. Dziecko mojej matki musiało być Iskrą, a gdy umarło razem z nią, magia uwolniła się samoistnie. Przytrzymałem tę kobietę na tyle długo, żeby pochłonęły ją płomienie połączonej magii. Musiałem być w szoku, bo ogień strawił cały ogród zanim uspokoiłem się na tyle, żeby powstrzymać pożar. To jest ten koszmar, który budzi mnie co noc – dodał głucho.
Derek poruszył się niespokojnie.
- Nie wiem o wszystkim, ale… - zaczął mężczyzna.
- Moja matka zginęła mniej więcej w tym samym czasie, gdy ktoś podłożył ogień w waszym letnim dworku. Myślałem, że to próba przejęcia władzy przez Deucaliona, ale coś mi nie pasuje. Wciąż coś umyka – wyjaśnił Stiles. – Twoja matka była na dobrej drodze do zawarcia pokoju z moim ojcem – dodał.
Kiedy Stiles obudził się po raz drugi, Derek właśnie wchodził do ich komnaty. Mężczyzna miał na sobie niedopiętą koszulę i wyglądało na to, że nie jest zainteresowany pozostawaniem w ubraniu, bo gdy tylko odłożył tacę ze śniadaniem na niewielki stolik, zdjął buty. Spodnie podążyły w chwilę później ich śladem i łóżko ugięło się, gdy Derek wślizgiwał się nagi pod przykrycia.
- Dzień dobry – przywitał się mężczyzna.
- Dzień dobry – odpowiedział Stiles, przecierając twarz wierzchem dłoni.
Bardziej od śniadania chyba potrzebna była mu kąpiel.
- Lydia poszła doglądać ziół – oznajmił mu Derek i Stiles skinął głową.
Cisza, która później zapadła, wcale nie była komfortowa. W odkrywaniu się zawsze było coś niebezpiecznego i gdyby ktokolwiek spytał, Stiles powiedziałby, że ten rodzaj intymnych zwierzeń równie łatwo buduje co niszczy. Derek nie czuł się dobrze w jego towarzystwie. Widział to już teraz w każdym ruchu mężczyzny.
- Przyniosłem śniadanie – spróbował jeszcze raz wilkołak.
- Chcesz o tym porozmawiać? – spytał Stiles całkiem szczerze.
Derek zesztywniał.
- Bo mogę też o tym nie rozmawiać, ale wydaje mi się, że jeśli będziemy krążyć w ten sposób wokół siebie, to nie będzie dla nas dobre – wyjaśnił pospiesznie, zanim opuściła go odwaga. – Nigdy nie mówiłem nikomu o tej nocy w ogrodzie. Nawet Lydia nie wie wszystkiego – dodał.
Derek spojrzał na niego niepewnie.
- Dlaczego mi o tym powiedziałeś? – spytał wilkołak.
Stiles wzruszył ramionami.
- Wydawało mi się, że rozumiesz. Nasi bliscy są ofiarami wojny, która nigdy nie powinna była ich dotknąć. Moja matka na granicy zajmowała się leczeniem nie walką. Odwołano ją zresztą szybko, gdy zaszła w ciążę – wyjaśnił niepewnie.
- Zabijałem ludzi – wszedł mu w słowo Derek.
Stiles zamrugał, bo raczej nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
- Wiem o tym – odparł spokojnie.
- Mówiono ci o tym – zdziwił się wilkołak i Stiles skinął głową. – I…
- Nie boję się ciebie – oznajmił mu. – Moja siostra była szpiegiem na tej wojnie – przypomniał mu sucho.
- Ale nie zabijała – odparł Derek.
- Czy ludzie, których zabiłeś, chcieli twojej śmierci? – spytał Stiles. I było to pytanie retoryczne. – Za część tej wojny są odpowiedzialni ci, którzy uniemożliwili wcześniejszy pokój. Oni są winni tych śmierci. Politycy mają na rękach więcej krwi niż szeregowi żołnierze, bo to ich decyzje doprowadzają do takiego obrotu sprawy, gdzie zabijanie staje się konieczne – wyjaśnił spoglądając ma Dereka.
Alfa milczał, zastanawiając się nad czymś.
- Nie jestem szeregowym żołnierzem – powiedział w końcu Derek.
- A ja jestem urodzonym politykiem – odparł Stiles nie spuszczając wzroku z mężczyzny ani na sekundę.
Stiles nie spodziewał się, że całe przedpołudnie spędzą z Derekiem na czytaniu. Wilkołak leżał obok niego nago z traktatem w dłoni i czasami nawet robił notatki. Sam pogrążony był w lekturze księgi, którą znalazł zaledwie dobę wcześniej. Wilkołacze terytorium być może pozbawione było dostępu do tojadu, ale wciąż rosło tutaj bardzo wiele ziół. Niektóre z nich miały zaskakujące właściwości, które należało bliżej zbadać.
- Isaac oraz Erica za kilka dni wybiorą się do swojego domu – powiedział nagle Derek, wyrywając go z zamyślenia. – Jeśli chciałbyś spędzić z nimi czas, powinieneś zaaranżować to w niedługim czasie. Wrócą za kilka miesięcy.
- Jakieś sprawy polityczne? – spytał ciekawie.
- Nie. Urlop. Isaac wykonał swoją część – wyjaśnił enigmatycznie Derek.
- Swoją część? – dopytał Stiles.
- Zawarł z wami pakt. Przygotował go – przypomniał mu wilkołak.
Stiles skinął głową.
- Wyzbywacie się dyplomaty oraz szefa wywiadu? – zdziwił się jednak.
- Mają rodzinę, która nie widziała ich od miesięcy – odparł Derek.
Stiles zamarł zdając sobie nagle sprawę, że faktycznie nie widział w całym zamku ani jednego dziecka. Nie myślał o tym wcześniej, ale teraz wydawało się logicznym, że odesłano nieletnich poza militarną budowlę. Gdzieś głębiej w terytorium, gdzie przeżyliby pierwsze ataki.
- Kto będzie przewodniczył watasze jako twój potomek? – spytał Stiles.
Derek spojrzał na niego uważnie, jakby doszukiwał się w pytaniu drugiego dna. Faktycznie takie istniało, ale Stiles nawet nie starał się go ukrywać. To było proste pytanie, które jeszcze nie spędzało mu snu z powiek, ale wydawało się logiczne. Może nie całkiem do zadawania, gdy znali się z Derekiem tak krótko, ale jednak usprawiedliwione przez sytuację. Przez pokój, który należało utrzymać za wszelką cenę nie tylko w tym pokoleniu.
- Wojna pozostawiła po sobie wiele sierot – powiedział ostrożnie Derek i to była jedna z tych rzeczy, których Stiles się nie spodziewał.
- Nie chcesz mieć swoich dzieci? – spytał niepewnie.
- Intuicja podpowiada mi, że pomimo moich starań, raczej nie jesteś zdolny do urodzenia mi żadnych – odparł mężczyzna z czymś w tonie, co wskazywało na żartobliwość.
Derek wydawał się z niego lekko kpić.
- Nie o tym mówiłem. Mógłbyś mieć dziecko z kobietą. Uznałbym je. To nie tak, że nie robiono tego wcześniej – wyjaśnił Stiles i te słowa smakowały czymś gorzkim.
Derek zmarszczył brwi.
- Chcesz mieć potomka ze swojej krwi? – spytał chłodno wilkołak.
- Nie, nie wiem. Niekoniecznie. Nie zastanawiałem się nad tym. Założyłem, że ze względu na waszą rodzinę, terytorium powinno być rządzone przez kogoś z Hale'ów. Krew z krwi. Rodzinę – dodał pospiesznie.
- Rodziną, watahą jest się nie tylko poprzez krew. Szacunek jest tym, co pozwala alfom z mojego rodu stać na czele watahy – wyjaśnił Derek.
- Więc moglibyśmy przygarnąć jakieś wojenne sieroty? – spytał ostrożnie Stiles. – Wilkołaki? – upewnił się.
- Dzieci to dzieci – odparł Derek i zmarszczka, która przeważnie znajdowała się pomiędzy jego brwiami, zniknęła. – Wilkołaki i ludzie. Terytorium powinno otworzyć granice. Pewne kwestie powinni pozostać niezmienne, ale to my powinniśmy dać przykład. Więc wilkołaki i ludzie – stwierdził Derek z czymś miękkim w głosie.
Stiles uśmiechnął się, bo nagle w jego głowie pojawiła się wizja Dereka w otoczeniu czwórki dzieci. Ta liczba wydawała się idealna. Chłopcy i dziewczynki, bawiący się na podwórzu ze swoimi kuzynami. Dziećmi Lydii i tymi, które będzie miała Laura.
Derek odebrał mu z rąk księgę i odłożył ją wraz ze swoim traktatem na półkę. Wilkołak przysunął się do niego bliżej, obserwując jego reakcję bardzo uważnie, jakby obawiał się, że źle czyta całą sytuację. Hale potarł kciukiem jedną z większych malinek na jego szyi i pochylił się, żeby ją polizać. Jego język był ciepły i mokry. Mężczyzna już po chwili wysysał kolejny znak na jego skórze, chociaż wrażliwe miejsce zaczynało już piec od nadmiaru stymulacji. Stiles wciąż nie mógł wypić swojego eliksiru, ale wkrótce przestało być to konieczne, gdy Derek wsunął go sobie na kolana i na jednej z jego rąk, obejmujących talię Stilesa pojawiły się czarne żyły.
Ciepło, które rozniosło się po jego ciele było nie do opisania. Wsiąkł w ramiona mężczyzny, pozwalając operować sobą. Ułożyć się wygodniej na kolanach męża. Odgiął kark, żeby Derek miał lepszy dostęp do kolejnych pokładów skóry, ale wilkołak pocierał zarośniętym podbródkiem o wystające kręgi jego kręgosłupa i to chyba było jeszcze lepsze. Wbijające się igiełki sprawiały, że drżał za każdym razem, gdy Derek przenosił się w coraz to niższe rejony.
Nagle alfa wyprostował, wracając do jego szyi.
- Jak się czujesz? – spytał jego mąż zachrypniętym głosem.
Stiles nie widział jego twarzy, ale był pewien, że z oczami Dereka znowu dzieje się coś dziwnego. W zasadzie uwielbiał kiedy wilkołak był w tak dyskusyjnym stanie. Kiedy nie do końca kontrolował swoje pragnienia. Wcześniej nie podejrzewał nawet, że doprowadzanie wilkołaka do takiego stanu będzie go tak podniecać. Było w tym coś seksownie zakazanego. Słodko niebezpiecznego, chociaż cały czas gdzieś z tyłu kołatała mu się myśl, że Derek nigdy nie skrzywdziłby go.
- Dobrze – wyszeptał, kiedy dłoń mężczyzny wsunęła się między jego nogi.
Suchy palec sięgnął daleko za jego jądra do miejsca, które jednak wciąż pozostawało zbyt wrażliwe, żeby ponownie je maltretować.
Instynktownie zsunął nogi, ale Derek ugryzł go w ucho ostrzegawczo. Kolejna fala ciepła przepływająca przez całe jego ciało tym razem, wprawiła go w lekkie drżenie. Nie potrafił opisać tego uczucia dokładnie, ale teraz już nie wyobrażał sobie, że wilkołak może zabrać swój palec z jego tyłka.
- I jak? – spytał Derek tonem, który świadczył o tym, że mężczyzna ewidentnie się z nim drażni.
- Dobrze – powiedział i faktycznie to było chyba jedyne słowo, które potrafił teraz artykułować w miarę poprawie.
Jego penis, wciąż pozostawiony samemu sobie, zwisał ciężko między jego nogami. Stiles nie bardzo wiedział co ma zrobić z rękami, ale nie chciał sam się sobą zajmować. Nie teraz. Nie dzisiaj, gdy członek Dereka zostawiał mokre ślady na jego plecach.
Wzięli razem kąpiel kilka godzin temu, ale wiedział, że jeszcze tego wieczoru położą się ponownie pozlepiani i odprężeni do łóżka.
