Zapraszam do kolejnego rozdziału
Ogień był wszędzie. Wejście do kuchni zawalone było przez żarzącą się belkę. Było gorąco, przeraźliwie gorąco. Żar bił od wszystkiego, skórę miał rozpaloną jak w gorączce. Przeraźliwy syk płomienny wbijał się w mózg, wzbudzał pradawny lęk przed nieujarzmionym ogniem. Dym zabierał oddech, wżerał się głęboko w płuca. Ed nie miał sił już nawet nawoływać brata i matki. Przedzierał się przez ten koszmar coraz głębiej w dom. „Oddawaj go, jest moim jedynym bratem!" – Ed krzyczał w myślach niewiadomo do kogo. Usta wypowiadał bezgłośnie tą mantrę. Dostał się do schodów, ledwie się trzymały, ale wiedział. On po prostu wiedział, że tam są, oboje. Oddychając z coraz większym trudem wspiął się po nich.
Pod ścianą leżał nieprzytomny Al, Ed podbiegł do niego szybko rozglądając się za matką. Jedyne co zobaczył pomiędzy coraz większymi płomieniami, to ręka, a dokładnie jej kawałek wystający spod opadniętej belki. W pierwszym odruchu chciał się tam rzucić, w jeszcze większą paszczę ognia. Złapać rozpaloną belkę, kopać w nią, Zrobić cokolwiek, powstrzymał go tylko ledwie słyszalny oddech brata. Całe jego ciało chciało krzyczeć, wyć, ale dym wżerający się w płuca wywołał tylko kaszel. Podszedł do Ala i podniósł jego rozpalone ciało z resztkami ubrań. Jego brat prawie nie oddychał. Ed nie wie skąd wziął siły by go znieść z schodów. Nie wie jakim cudem zdołał nie rzucić się na tę cholerną belkę. Nie wie jak wytaszczyli się przez drzwi, prawie nic nie pamięta z tamtego marszu przez piekło.
Jak prze mgłę doszło do niego, że przed drzwiami podchwyciły go czyjeś ramiona, ramiona które bardzo dobrze znał. „Głupia, już za mną tam wchodziłaś" – pomyślał Ed. Oddalali się coraz bardziej od tego żaru, syku i dymu. Pamiętał, że w pewnym momencie zemdlał, upadając z bratem w ramionach. Budził się co jakiś czas i czuł przeraźliwy ból w prawej ręce i lewej nodze. Winry do niego mówiła, chyba nawet krzyczała, ale jej głos dochodził jakby z bardzo daleka. Gdzieś w tle słychać było syreny. Usłyszał chyba jakiś hałas, ale wszystko było tak dalekie, odległe. Chciał wstać, wrócić tam, może jeszcze się uda. Spróbował sie podnieść, pierwsza próba spęzła na niczym. Przed oczami miał mgłę, a w głowie kręciło mu się od dymu. Spróbował znowu, ledwie podniósł się na kolana. Winry znów coś krzyczała, ale nie słyszał jej. Wstał, cały się chwiejąc, Poczuł jak dziewczyna łapie go za rękę. Jednak on podniósł głowę by spojrzeć na swój stojący w płomieniach dom i opuściła go już nadzieja. Piętro się zawaliło, to oto był ten hałas. Upadł na kolana tracąc nadzieję, a łzy popłynęła mu po policzku wraz z pierwszymi kroplami deszczu.
Ulewa spadła nagle. Pamiętał przyjemny chłód na skórze. Cały czas chciał krzyczeć, ale jego gardło nie chciało go słuchać. Potem znów zemdlał. Następny raz kiedy się obudził widział ten sam sufit co 2 miesiące temu. Białe, brudne ściany, a w powietrzu czuć było znów ten sam ohydny zapach. Pamiętał co się stało, aż za dobrze. Jego usta znów otwarły się do krzyku, ale wydały jedynie ciche jąknięcie. „Dajcie mi krzyczeć" – wołał w myślach niewiadomo do kogo. Ból ręki i nogi był tępy i stłumiony. Pewnie był na morfinie. Chwilę mu zajęło całkowite wybudzenie. Wtedy zauważył śpiącą u Winry wtuloną w jego rękę. Nie chciał jej budzić, na pewno była zmęczona i z trudem zasnęła. Chciał wiedzieć co z Alem, aż go rwało, by wyskoczyć z łóżka i na jednej nodze pobiec korytarzami, szukać go.
Wyswobodził rękę, zrzucił nogi na ziemie i prawie wrzasnął gdy poparzona noga zaszurała po prześcieradle, spojrzał na nią w świetle latarni. „Czemu to zawsze jest noc?" – zastanawiał się. Noga była cała czerwona i w bąblach. Z ręką było podobnie. Wstał powoli, utrzymując ciężar na zdrowej nodze i podpierając się na kroplówce pokuśtykał w stronę wyjścia z sali. Gdy wyciągał rękę by otworzyć drzwi powstrzymał go głos Winry.
- Jeszcze godzinę temu Al był na sali operacyjnej, ja pójdę zapytać co z nim – powiedziała głucho – A ty wracaj do łóżka, zachwalę wyślę do ciebie pielęgniarkę – dodała widząc, że chce ruszyć za nią.
- Ile? – Zapytał zachrypniętym głosem.
- 8 godzin – powiedziała pustym głosem, odwracając się.
- Winry! – powiedział jeszcze, ale dziewczyna wyszła i szybko zamknęła za sobą drzwi. Albo mu się zdawało, albo widział łzy na jej twarzy. Nacisnął klamkę, ale drzwi były zakluczone. Walnął zdrową ręką o drzwi i oparł głowę obok. Stał tak dopóki nie usłyszał jak ktoś otwiera drzwi, w drzwiach stanęła obca mu pielęgniarka. Wyglądała jednak prawie tak samo groźnie jak wicedyrektorka.
- Co ty tu robisz! Marsz do łóżka! – Ed założyłby się, ze gdyby nie noc, wydarłaby się na pół szpitala. – Wędrówek się zachciało – mruczała podczas gdy chłopak kuśtykał na swoje miejsce.
W czasie gdy pielęgniarka chodziła przy nim, zaglądała do nogi, reki, gardła i kroplówki, chłopak powędrował myślami daleko. Dopiero teraz dochodziło do niego powoli, że jest niemal sierotą. Matki nie ma, a ojciec zniknął lata temu. Jego myśli wypełniały czarne myśli o pogrzebie, przewijane wspomnieniami o matce. Myśli nie są uporządkowane, to bezmiar wszystkiego. Mógł jednocześnie jeszcze zadawać sobie pytania . „ Co mogłem zrobić by ją uratować?" „Jak mogłem to powstrzymać?" „Powinienem szybciej wrócić do domu". Dobrze wiedział, że to błędne koło gdybania, ale nie potrafił się niego wyrwać, cały czas słyszał syk ognia pożerającego jego dom. Przed oczami miał tą cholerna belkę i dłoń matki. Czuł jak szklą mu się oczy. Chciał krzyczeć, krzyk oczyszcza. Wtedy zauważył, że coś tu nie pasuje. Skąd się wziął ogień. Nie mieli kuchenki gazowej, ani mama ani Al nie palą świeczek, czy kadzidełek. Wtedy przypomniał sobie słowa płomiennego. „Oni nigdy nie wybaczają".
Wiedział, że to nie musiało tak być, to mógł być przypadek. Ale on czuł, że to ich sprawka. Czuł jak zbiera się w nim nienawiść. Poderwał się szybko, strasząc pielęgniarkę i nie zważając na rwący ból w nodze i ręce pokuśtykał tak szybko jak mógł do drzwi. Za sobą słyszał ostry głos pielęgniarki. W drzwiach spotkał Winry. Jej wzrok był pusty, cała wyglądał jakby bez sił. Spojrzała na Eda i w jej oczach pojawił się strach.
- Muszę iść i ich znaleźć – wychrypiał, patrząc na dziewczynę oczami pełnymi nienawiści.
- I co im zrobisz, ledwo chodzisz. Al cię potrzebuje. – Winry patrzyła na niego, a w jej oczach pojawiały się łzy, oparła głowę o jego pierś.
- Jak źle jest z Alem? – zapytał cicho. Uspokoił się lekko, chowając nienawiść, głęboko. „ Tym razem wam nie daruję" – obiecał sobie w myślach.
- Jest w izolatce, lekarze nie dają mu dużych szans – odpowiedziała mu Winry łamiącym się głosem. Ed poczuł jak uginają się pod nim nogi i mdleje.
Taaak. Oto był nowy rozdział:)
Ciężko napisać coś pod tym rozdziałem, zachęcam jednak do pozostawienia po sobie śladu w komentarzu :)
