ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Poniedziałek
Woreczek. Karta. Banknot. Proszek. Kreska. Nos. Wdech
Wtorek
Woreczek. Karta. Banknot. Proszek. Kreska. Nos. Wdech
Środa
Woreczek. Karta. Banknot. Proszek. Kreska. Nos. Wdech
Blaszany, szary budynek z napisem „Studio 4", wyglądem przypominał magazyn handlowy aczkolwiek nie różnił się niczym od sąsiadujących budowli na terenie Sherazi Studios. To właśnie tutaj podjęto współpracę między Rosario Cruz a właścicielem terenu w celu nakręcenia jej najnowszego teledysku do singla „Into You". Ekipa filmowa oraz rerzyser, zaczęli swa prace dość wcześnie. Jeszcze zanim słońce zdążyło nagrzać blaszany dach budynku, rozstawiono dekoracje, oświetlenie oraz rozpoczęto stylizacje statystów oraz tancerzy. O godzinie 09:00AM, na miejsce dotarła również Santana. Mając na sobie dres oraz duże ciemne okulary, trzymała w dłoni spory kubek z logo pobliskiego „Starbucksa". Nawet po wejściu już na plan filmowy, dalej nie ściągała ów okularów tylko udała się bezpośrednio do charakteryzatorni.
Przez ostatni tydzień, jej schadzki z Brittany, stały się regularnym zakończeniem każdego dnia. Pomimo to, nie prowokowało to żadnych rozmów odnośnie jakiegokolwiek, romantycznego przywiązania. Będąc mężatką, Brittany doskonale wiedziała jakie podejście do wszystkiego ma Santana, co bardzo jej odpowiadało. Mimo historii między nimi, aktualnie poza zwyczajnym seksem, nic je nie łączyło. Dodatkowym atutem wszystkiego były kilogramy anfetaminy oraz hektolitry alkoholu, którymi urozmaicały swe spotkania. To jednak nie uszło uwadze Pucka. Mimo iz to on wprowadził Santanę w owe kręgi i kontakty, na chwilę obecną martwił się częstotliwością nadużywania ów używek. W przeszłości miało to zaledwie miejsce raz na miesiąc, przy okazji większych imprez. Teraz ilości znacznie się zwiększyły jak i dni w miesiącu, kiedy to zostawały zaaplikowane. Fart ten, stawał się dla niego niepojacy. Postanowił jednak wstrzymać się ze wzywaniem kawalerii wojskowej.
Pomiędzy figlami, Santana i Brittany nie zamieniały zbyt wielu słów lecz kiedy takowe się pojawiały, Santana zaproponowała by Brittany użyła swego ognistego ciała nie tylko w jej pościeli lecz również jako główna tancerka w jej teledysku. Otrzymując w zamian zgodę oraz orgazm na kuchennym blacie, nie poinformowała jednak o tym Pucka. Był on dość negatywnie nastawiony do całej tej sytuacji a kolejne wyrzuty oraz kazania, były czymś czego w tej chwili naprawdę nie potrzebowała. Widząc jego brak w studiu, spowodowany sprawami organizacyjnymi jej nadchodzącej trasy, czuła ulgę i swobodę. Wiedziała dokładnie jakie plany ma Dennis, który swym reżyserskim umysłem zaplanował dość zmysłowy i wyzywający videoklip. Znając nadopiekuńczość Puckermana, nie powstrzymałby się przed wnikliwymi - a co za tym idzie - upierdliwymi komentarzami. Na szczęście był on uziemiony w biurze a anfetamina wciąż pulsująca w jej krwiobiegu, pozwalała Santanie na spełnienie wszelkich zaleceń i życzeń reżysera.
Stojąc przed lustrem, Santana wpatrywała się w swój wizerunek. Miała nadzieję iż profesjonalny makijaż, jaki za moment zostanie jej nałożony, zakryje cienie i worki pod jej oczami. Minęły dwa dni od kiedy ostatni raz spała. Mimo to nie planowała ów procesu, zbyt szybko. Sen oznaczał duże prawdopodobieństwo na to, że to Quinn będzie w nim gościć. Od takowych myśli starała się jednak uciec. Skoro czas leczy rany, musiała jak najdłużej odwlekać tak potrzebny jej organizmowi wypoczynek. Santana, znała swe granice. Z autopsji wiedziała, że po trzech dniach = padnie wykończona by w ogóle pamiętać jakikolwiek sen.
Podczas gdy Shane, jej osobista stylistka i fryzjerka, nakładała kolejne warstwy makijażu, Santana czuła na sobie przenikliwy wzrok. Nie musiała nawet spoglądać by wiedzieć iż należy on do pewnych błękitnych oczu pewnej blondynki. Mimo iż błękit nie równał się z paraliżującą mocą szmaragdu, na chwilę obecną był idealnym rozwiązaniem. Godzinę później, ślad po cieniach zaginął a jej twarz wyglądała promiennie – co świadczyło o wysokich umiejętnościach Shane.
Toaleta. Woreczek. Karta. Banknot. Proszek. Kreska. Nos. Wdech
no to czas na show – pomyślała Santana
Kiedy ciało latynoski, opadło z wysiłku na kanapę, jej blond towarzyszka zaczęła zbierać części swej garderoby. Mineta w wykonaniu tancerki, zawsze wykańczała Santanę. Odczuwalne było jej szlifowanie ów umiejętności, przez co nawet atletyczna i wytrzymała brunetka, nie była w stanie ruszyć którąkolwiek częścią ciała. Praktycznie leżąc na kanapie, obserwowała już prawie ubraną autorkę jej paraliżu. Zdołała jedynie podciągnąć i zapiąć spodnie by osoba, która kluczowała w zamku drzwi wejściowych, nie doznała traumatycznego widoku - „No w końcu Cię dorwałem" – usłyszała zza pleców, znajomy lecz niechciany głos. Noah minął w milczeniu Brittany, po czym okrążając spory mebel - jakim była kanapa - mrużąc oczy, spojrzał na wykończoną Santanę. Gdy drzwi w końcu się zamknęły, usta troskliwego przyjaciela, ponownie się otwarły. Wprawdzie intencjonalnie z troski, jego głos był pełen gniewu i rozczarowania.
- Co Ty kurwa wyprawiasz?
- To się nazywa seks. Kiedyś potrafiłeś rozpoznać ten proces … a nawet bardzo. Czyżbyś się wypalił w latach licealnych?
- Nie zmieniaj tematu San! Wyglądasz tragicznie. Kiedy ostatni raz spałaś?
- Ty tez nie najlepiej lecz ja trzymam takowe uwagi dla siebie – Santana miała dość nadopiekuńczości z jego strony. Była już w końcu dorosła a sposób w jaki Noah monitorował każdy jej krok, był nader irytujący. Słysząc jej uszczypliwą odpowiedź, ogarnęła go dodatkowo złość.
- Santana! Na litość boską ogarnij się!
- Jestem bardziej ogarnięta niż Ci się wydaje Puck
Chwilę później, nie leżała już na kanapie lecz sięgnęła do skrzynki, która wcześniej leżąc na dolnej półce ławy, nie rzucała się nawet w oczy. Teraz jednakże, stanęła się głównym punktem zainteresowania. Gdy Santana podniosła wieczko, oczy Puckemana otwarły się na maksa. Zawartość ów szkatułki, go przeraziła. Dotarło do niego iż nie może dłużej zwlekać. Musi coś z tym zrobić.
Woreczek. Karta. Banknot. Proszek. Kreska.
- Chcesz? Zrobić Ci jedną żebyś przestał marudzić?
- San … Santana . Co … to … kurwa … ma … być? Jaja sobie robisz?! - Noah sięgnął po zawartość szkatułki. Trzymając w ręce około dziesięciu wciąż pełnych woreczków, zacisnął na nich pięść po czym kontynuował z jeszcze większym gniewem – Czy ty już do reszty oszalałaś? Chcesz wykitować? Taka ilość może Cie zabić idiotko!
- Hej – przerwała Santana – Przecież kurwa nie wezmę tego naraz. Już mi lewa dziurka nie działa a co dopiero … - DZIWISZ SIĘ! Kurwa od trzech dni najebałaś z pięć worów jak nie lepiej – Odczep się! Nie twoje worki i nie za twoje pieniądze więc to NIE twój zasrany interes...
Puck nie wytrzymał. Wziął zawartość garści po czym ruszył w stronę zlewu. Jego szybkie kroki, były zdecydowanie za szybkie jak na wciąż osłabioną Santanę. Gdy już znalazł się nad zlewem, Santana dopiero opuszczała otępiale teren salonu. Rozrywając jeden po drugim, wysypywał ich zawartość nad odpływem. Gdy brunetka w końcu dotarła do kuchni, usłyszała silny nurt wody. Podczas gdy narkotyk był skutecznie i efektownie spłukiwany, jej ciało nagle doznało nadludzkiej siły. Adrenalina pozwoliła jej na to by wtargnąć gwałtownie do pomieszczenia. Puck nie wycofał się, mimo iż widząc nacierającą przyjaciółkę, wiedział co go czeka. Jednym szybkim i zdecydowanym ruchem, został pchnięty w środek kuchni. Tam jednak zamontowana wyspa, zablokowała jego dalszy bezwładny lot. Puck uderzył o kant blatu. Nie miał nawet czasu by poczuć cokolwiek, gdyż atakująca go Santana, dopiero się rozkręcała. Jej szybki prawy sierpowy, ogłuszył go chwilowo jednakże gdy, jej zaciśnięte na jego koszulce pięści, uniosły go nieco wyżej a odległość między ich twarzami była znikoma – Noah dostrzegł ogień wściekłości, jaki wypełniał jej oczy. Bestia z Lima Hights powróciła.
- Jeszcze raz … kurwa chociaż raz dotkniesz albo popatrzysz na mój towar … pożałujesz tak bardzo, że na czworakach będziesz mnie kurwa błagał o litość jak połamie Ci te jebane przeszczepy a twoja rodzona matka puzzle z nich będzie układać... KAPUJESZ!
Puck jedynie potwierdził ruchem głowy. Wściekłość w oczach Santany, przeraziła go.
Gdy w końcu popuściła uchwyt na jego koszulce, powolnym krokiem wyszła z kuchni. Wtedy dopiero ból pleców niczym aktywowany za pomocą przycisku, wykrzywił jego twarz lecz naderwana dolna warga po spotkaniu z pięścią latynoski, jedynie pogorszyła to fizyczne cierpienie. Wyprostowując koszulkę, opuścił dom szefowej.
czas na kawalerię – pomyślał
Duże, przed weekendowe promocje sprawiły iż Quinn niosła aż sześć jednorazówek z zakupami dla Janine. Zostawiła pozostałe dwie w samochodzie gdyż kupiła również bukiet kwiatów. Nie chciała więc ich połamać nadmiarem niewygodnego obciążenia. Chwilę później mogła już odetchnąć z ulgą gdy położyła ów pakunki, uprzednio mijając swą matkę w progu, gdy ta trzymała otwarte dla niej drzwi.
- Aż tyle? - zdziwiła się Janine – Zostawiłaś chociaż w sklepie coś dla innych do kupienia?
- Wierz mi mamo – wydyszała z siebie, zmęczona Quinn po odstawieniu zakupów na kuchennym blacie – To właśnie zostało po inwazji Pakistanek. Niby takie stare ale na dziale owoców, jedna prawie mi oczy wydrapała gdy wzięłam pudełko truskawek. Przysięgam, momentami czułam się jak na wojnie.
Zanim Quinn wzięła się za pomoc w rozpakowywaniu, w oko Janine wpadły kwiaty, które leżały tuz obok jednorazówek – Lilie?
Quinn odkręciła kran a wodą wypełniła pobliski wazon – Tak wiem. Nie były w promocji ale są takie piękne, że nie mogłam się powstrzymać. Poza tym chyba lubisz lilie
- Lubię ale nie sądzisz, że lepiej by było gdybyś kupowała kwiaty komuś innemu niż swojej matce?
- Mamo – Quinn oparła się plecami o zlew, wycierając dłonie w ręcznik – Już o tym gadałyśmy a poza tym obiecałaś porzucić temat do końca roku. Zostało Ci jeszcze dziesięć miesięcy – Gdy jej dłonie już były suche, odwiesiła ręcznik na uchwyt piekarnika
- Tak wiem. Dałabym spokój ale przecież widzę, że coś się zmieniło. Ty się zmieniłaś. Od prawie miesiąca jesteś inna.
- Wydaje Ci się. Zacznij rozpakowywać a ja skocze po pozostałe torby – zmieniła umiejętnie temat Quinn. Jednakże jej rozmówczynie wciąż chciała zagłębić zagadnienie
- Mniej więcej od tego rozdania nagród, jesteś jakaś inna. Rozmawiałam z Molly i wiem, że od momentu gdy spotkałaś się z Santaną tzn Rosario, nie byłaś ani razu w klubie. Jess nawet dzwoniła zmartwiona czy coś Ci się nie stało. Kochanie czy do czegoś doszło między Toba a Santaną? Wiem, że nie zawsze byłyście w dobrych stosunkach …
- Naprawdę mamo, nic mi nie jest – wtrąciła w końcu Quinn po czym ruszyła w kierunku drzwi wejściowych – Teraz naprawdę muszę iść bo auto mam otwarte a to niezbyt bezpieczna dzielnica.
Chwilę później, Quinn kroczyła już podjazdem w stronę swojej zielonej Hondy Civic. Obydwie wiedziały, że akurat ta okolica jest jedna z najbezpieczniejszych. Słysząc imię latynoski, brakowało jej powietrza w płucach więc musiała się czym prędzej wydostać na zewnątrz. Świadoma wznowienia tematu po jej powrocie do domu matki, musiała pozbierać swe myśli a wyjście po pozostałe zakupy było świetna wymówką. No i powietrze. Tlen tak bardzo jej potrzebny.
Otwierając bagażnik, poczuła jak jej telefon wibruje w lewej kieszeni. Zmarszczyła brwi widząc znajomą nazwę kontaktu, która po raz pierwszy od kilku lat, intensywnie świeciła na ekranie.
- Puck? - zapytała z lekkim nie dowierzaniem
- Hej Quinn. Kopa lat – otrzymała odpowiedź. Mimo iż znała doskonale głos rozmówcy, był on inny, poważniejszy – Słuchaj dzwonię do Ciebie z wielka prośbą. Chodzi o Santanę
Nagle Quinn poczuła jakby na zewnątrz było jeszcze mniej tlenu niż w mieszkaniu Janine.
- Santanę? - wykrztusiła w końcu nie wierząc iż ów imię w ogóle wyszło z jej ust
- Słuchaj Quinn. Z nią jest źle, mam na myśli bardzo źle jak nie coraz gorzej
- Co się stało? Miała wypadek? Nie jest chyba w szpitalu? - milion wersji przychodziło jej do głowy a każda z nich, coraz gorsza. Aż poczuła kłucie w sercu a oddychanie z niewiedzy było coraz trudniejsze
- Nie, nic z tych rzeczy. Z drugiej jednak strony, jak tak dalej pójdzie to pewnie w nim wyląduje
- Powiedz wreszcie o co chodzi! – jej oczy zaczęły nachodzić łzami – Przestań mnie straszyć
- Chodzi o to, że od jakiegoś czasu ma doła i to konkretnego. Zaczęła intensywnie pić, nawet jak na jej możliwości, codzienne upijanie się do snu nie jest zdrowe. Nie wspomnę już, że jeszcze intensywniej ćpa. Ja rozumiem, że jako osoba publiczna jest pod wielkim napięciem ale to jej nie tłumaczy. Kiedyś, raz w miesiącu na imprezę, potrafiłem zrozumieć ale teraz? Quinn ona śpi może dwie noce na tydzień a jeszcze mniej je. Zaczęła diametralnie chudnąć bo dziennie chodzi naćpana i świata poza tym oraz butelka nie widzi – Quinn stała w bezruchu, nie dowierzając informacjom – Dwa dni temu spuściłem jej towar a ona praktycznie mnie zabiła wzrokiem a już nie wspomnę o wpierdolu jaki dostałem. Do teraz mam siniaki ale wiesz jaka ona jest. Jak już uwolni bestię … - Po co mi to mówisz Puck?
Quinn nie chciała już słyszeć ani jednego słowa. To co już usłyszała, dobijało ją wystarczająco
- Mówię Ci to bo dzieje się to od kiedy wróciła z Europy. Wiem, że widziałyście się wtedy. Nie wiem czy to przez to czy coś innego …
o nie
- Powód jest nieważny. Dzwonię do Ciebie bo wiem, że jedynie Ciebie posłucha
- Skąd ta pewność? Pomijając spotkanie na Britt Awards, nie miałyśmy kontaktu od lat
- Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze Cię szanowała i wiem, że jedynie Ty jesteś w stanie przemówić jej do rozsądku. Posłuchaj Quinn, za tydzień są urodziny Beth. Dzwoniłem do Shelby i wiem, że potwierdziłaś obecność. Poza tym gadałem tez z Rachel i wiem, ze będziesz przez tydzień w mieście. Tak się składa, że wtedy Rosario rozpoczyna amerykańska trasę i da w Nowym Yorku dwa koncerty. Kiedy dokładniej przylatujesz?
- Szesnastego
- Idealnie. Santana będzie w mieście od piętnastego. Będziesz wtedy mogła z nią pogadać. Błagam Quinn, jesteś ostatnią deską ratunku. Jak tak dalej pójdzie to San skończy jak Amy Winehouse czy Kurt Cobain.
Quinn przeczesała swe blond kosmyki, zastanawiając się nad odpowiedzią. Mimo ich historii, dalej darzyła Santanę sympatią. W końcu były kiedyś przyjaciółkami. Przez wzgląd na ów fakt, postanowiła się zgodzić. Po rozłączeniu połączenia, wzięła pozostałe torby z bagażnika i zamknęła auto. Powolnym ruchem zaczęła ruszać po podjeździe Janine. Kiedy w końcu przekroczyła próg, w milczeniu odłożyła pakunki obok poprzednich, których jej matka nie zdążyła jeszcze rozpakować. Widząc ją, Janine automatycznie wiedziała iż coś jest nie tak. Jej córka była blada jak ściana
- Kochanie co jest? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła
Quinn wciąż milczała. Powoli wysunęła taboret spod blatu po czym na nim usiadła. Janine podeszła nieco bliżej córki, zamykając uprzednio lodówkę. W końcu gdy stała dość blisko a jej dłoń troskliwie toczyła kręgi na plecach Quinn, ta poczuła się nieco lepiej i w końcu przerwała milczenie
- Przed chwilą dzwonił Puck …
- Ten z liceum? Ojciec Beth?
- Tak
Nagle Janine zakładając najczarniejszy scenariusz, poczuła jak jej serce staje a ciało powoli staje się coraz słabsze
- Czy coś się stało Beth? - jej głos aż zadrżał z troski o jej jedyna wnuczkę
Mimo iż zaakceptowała ona decyzję córki by oddać Beth do adopcji, wciąż przeżywała ów decyzję. Rozumiała, że nastoletnia Quinn nie była w stanie wychować córki. W końcu sama wtedy była jeszcze dzieckiem. Podziwiała jednak ją za podjęcie tak ciężkiej i dorosłej decyzji – mimo iż serce jej pękało za każdym razem, gdy ta pokazywała jej comiesięczne zdjęcia, otrzymane od adopcyjnej matki, Shelby. Ponad wszystko wciąż czuła się babcią a teraz słysząc o telefonie od biologicznego ojca jej wnuczki oraz widząc reakcje jej własnej córki, nie mogła powstrzymać czarnych myśli, przed atakowaniem jej umysłu.
- Nie chodzi o Beth – odpowiedziała w końcu Quinn – Chodzi o Santanę
Janine poczuła lekką ulgę iż nie tyczyło to jej wnuczki lecz wciąż była zmartwiona reakcją córki.
- Podobno wpadła w tarapaty i to dość konkretne. Boje się, że to wszystko … że to przeze mnie
Oczy Quinn zaszły łzami. Starała się to ukryć przed matką, opuszczając głowę lecz ta nie dała się oszukać. Przykucnęła przed córką by spojrzeć w jej załzawione oczy
- Kochanie, nie sądzę by to była prawda. Może opowiesz mi wszystko od początku i wtedy ocenimy czy to była czyjakolwiek wina
Quinn przytaknęła, przyjmując propozycję matki. W czasie kiedy ona starała się w miarę ogarnąć wciąż nacierające łzy, Janine zaparzyła dwie zielone herbaty.
Chwilę później, siedziały obydwie na sofie w salonie. Janiene wyczekiwała aż córka w końcu opowie jej co tak naprawdę się stało. Quinn, trzymając w dłoniach kubek z parzącym się napojem, wpatrywała się w niego, wyszukując sposobu w jaki zacznie swą opowieść.
- Prawda jest taka … wszystko w sumie zaczęło się jeszcze w podstawówce. Santana była pierwszą i chyba jedyną dziewczyną, którą … do której … to dzięki niej wiedziałam kim jestem, że … że jestem lesbijką – zaczęła od początku swą pierwszą szczerą rozmowę odnośnie męczących uczuć do Santany. Przeprowadziła swą matkę, krok po kroku, przez całe liceum oraz ślub pana Shue - poprzez jej złamane serce a na rozdaniu nagród oraz wizycie w jej domu, kończąc. Nadmieniła również treść rozmowy z Puckiem lecz wspominając jedynie o alkoholu, pominęła wątek narkotyków. Podobnie jak ona, Janine była całkowitą przeciwniczką takowych używek – nawet ze sporadycznym paleniem Quinn, miała problem. Minęło kilka minut a pomimo spożywania „uspakajającej" herbaty, Quinn była coraz bardziej roztrzęsiona. Wspomnienia wciąż uderzały jej umysł a stan w jakim aktualnie znajdowała się Santana, wzbudzał w niej mimo wszystko, coraz to większe poczucie winy. Nagle poczuła na swych dłoniach, które teraz spoczywały na jej kolanach, troskliwe dłonie matki. Spojrzała więc w jej równie troskliwe oczy, które wypełnione były współczuciem oraz matczyną miłością.
- Kochanie. Naprawdę sądziłaś, że jestem ślepa. Od początku wiedziałam, że bardziej darzysz sympatią Santanę niżeli Brittany czy którąkolwiek ze swoich koleżanek. Nie sądziłam jednak, że aż tak. - Quinn milczała. Nie za bardzo wiedziała jak zareagować na to oświadczenie. Postanowiła więc dalej słuchać – Wiem, że to co Santana zrobiła na ślubie, było okrutne i wierz mi oberwie za to ode mnie jak tylko ją spotkam. Nie obchodzi mnie jak znana i lubiana jest. Zobaczysz. Już ja jej dam popalić. Z Fabray się nie zadziera – Na twarzy Quinn pojawił się delikatny uśmiech na słowa matki. Szybko jednak znikł – Jednakże, z tego co mówisz, jak Cie przepraszała i chciała wszystko naprawić, wyjaśnić. Po tym jak znalazła Cię w pracy i w mieszkaniu, sądzę że sama również wiele z tego powodu wycierpiała i szczerze żałuje. Przede wszystkim wiem, że zależy jej na Tobie – Ale mamo ona mnie wykorzystała i znikła a potem zachowywała się jakby nigdy nic – tłumaczyła Quinn
Quinn ukryła twarz w dłoniach, powstrzymując się od płaczu. Bezskutecznie. W końcu przetarła nimi twarz, wycierając nowo powstałe łzy. Mimo iż starała się utrzymać fason, podczas gdy spoglądnęła ponownie w oczy matki, jej drgająca broda zdradzała jej emocje.
- Jak można tak postąpić? Znała mnie prawie całe życie i wiedziała, że coś do niej czułam a mimo to tak mnie potraktowała. Jak ja się miałam czuć? Gdyby to była jakakolwiek laska, pobolałoby i przeszło … ale to San … moja Sanny … moja bratnia dusza ….
- Kochanie wiem. Im bliższe nas osoby nas ranią, tym bardziej ranią. Zrozum tez ją. Nie myśl, że ją bronię czy usprawiedliwiam, bo tak nie jest ale nie sądzisz, że lekko przesadzasz?
Quinn już miała się wtrącić lecz Janine znaczącym głosem kontynuowała
Tak to bolało i tak to było okrutne ale nie sądzisz, że kara jest zbyt duża względem wykroczenia. Sama widzisz, w jakim stanie się znalazła. Nie wiadomo czy to z tego powodu ale co jeśli tak? Może powinnaś spróbować jej wybaczyć i wysłuchać jej strony wydarzeń zanim zamkniesz całkowicie ten rozdział? Kto wie, może ona jest Twoją bratnią duszą a przez to jedno okrutne nieporozumienie odbierasz sobie szansę na szczęście. Sama wiesz, że życie jest krótkie a nawet Biblia głosi by wybaczać.
Quinn milczała
- Kochasz ją? - zapytała w końcu Janine
- Nie wiem … tak … chyba … na pewno. Tak kocham ją – uzmysłowienie sobie własnych uczuć, doprowadziło do jeszcze większej rozpaczy Quinn
cholerna herbata powinna mnie uspokoić a nie rozkleić – pomyślała Quinn, szlochając
- Więc wiesz co powinnaś zrobić – skwitowała Janine
Wieczór był niezwykle ciepły. Zważając iż jest luty a powietrze powinno być chłodne, ten wieczór do takowych nie należał. Owe anomalia pogodowe, zachęciły Santanę by rozkoszować się swym drinkiem na tarasie. Owinięta jedynie w koc, usiadła na murku a spoglądając na panoramę miasta, sączyła whiskey z lodem. Mimo fantastycznego widoku, jej umysł wykraczał milami poza granice miasta aniołów. Poza przestrzenią, również bariera czasu została pokonana. Wspomnienia jej szkolnych lat w Lima, całkowicie wypełniały jej umysł.
Pamiętała, jakoby to było wczoraj gdy będąc na szczycie hierarchii, razem z Britt i Quinn, praktycznie rządziły szkołą. Ich „Nieświęta Trójca" była nie do zdarcia. Mogły mieć każdego faceta, którego tylko zapragnęły. Chłopaki z drużyny padali im do stóp a kujony i frajerzy, chodzili sparaliżowanie ze strachu. Każda dziewczyna w szkole chciała być jak one lub ich koleżankami a faceci chcieli je przelecieć. Wspominając ich wysoką pozycję, Santana aż uśmiechnęła się dumnie pod nosem. Role się jednak z czasem zmieniały. Z każdym mijającym miesiącem, coraz trudniej było im utrzymać ów wysoką pozycję by z czasem wylądować na samym dnie hierarchii. A wszystko zaczęło się w momencie gdy wstąpiły do chórku „New Directions". Początkowo jako szpiedzy, dawały radę pogodzić treningi cheerleaderek z próbami chóru. Z czasem jednak musiały wybierać. To właśnie ich decyzja by pozostać w chórku, zadecydowała o ich ostatecznym upadku. Zdumiewające było jednak, jak przez szpiegowanie - wspólne spędzanie czasu z największymi ofermami i frajerami, sprawił iż w końcu czuły się doceniane za ich własne „ja" a nie status społeczny czy też wizerunek. To tam szukały wsparcia podczas ciąży Quinn czy też niespodziewanego „coming-outu" Santany. Podczas gdy wszyscy naśmiewali się, obgadywali czy tez wytykali palcami, to właśnie zgraja oferm i frajerów stała za nimi murem i wspierała je na każdym kroku. Mimo wielu wcześniejszych zniewag względem ich osób, o dziwo zostało to wybaczone i zapomniane. Zanim Santana kończyła liceum, z dumą mogła stwierdzić oraz określić dzieciaki z „New Direction", jej rodziną. Myśląc o wszystkich próbach, występach, konkursach – tych początkowo przegrywanych oraz z czasem zdobywanych mistrzostwach regionu, stanu oraz kraju – na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Odczuwając lekka nostalgię i melancholie, postanowiła zadzwonić do jedynej osoby, której nigdy nie podejrzewała o jakiekolwiek dalsze kontakty. Rachel Berry zawsze była jej wrogiem numer jeden, Niska żydówka z krzywym nosem, zawsze nosząca obciachowe sweterki ze zwierzątkami często stawała się obiektem drwin i obelg z jej strony. Ocenianie książki po okładce, nie mogło być bardziej trafne. Lata docierania ich skrajnie różnych osobowości sprawiło iż odnalazły w sobie przyjaciółki, Podczas prób, ich silne głosy współgrały ze sobą idealnie a po dorzuceniu głębokiego i jeszcze mocniejszego głosu, otyłej czarnoskórej Mercedes – stawały się tajną i zabójczą bronią.
Spoglądając na telefon, Santana zorientowała się, iż w przeliczeniu na nowojorski czas jest środek nocy. Postanowiła wię zaczekać z wykonaniem ów telefonu, do dnia następnego. Powróciła więc do wspomnień, które od zawsze uspakajały ją wewnętrznie. Nie było jednak do uniknięcia, by jej umysł nie krążył wokół wspomnień dotyczących pewnych dwóch blondynek. Pierwsza, przez przyjaźń okazała się jej pierwszą miłością. To właśnie dzięki Brittany, Santana nauczyła się podstawowych informacji o związkach, zrozumiała siebie a co za tym poszło – zaakceptowała się. Po tym jak brutalnie zakończył się ten związek – brutalnie iż została zastąpiona facetem, w końcu mogła wziąć swe życie we własne ręce. To jednak uzmysłowiło jej jak bardzo brakuje jej innej blondynki – tej jedynej, która zawsze sprawiała iż na jej twarzy pojawiał się uśmiech; tej która objęciem sprawiała, że czas się zatrzymywał a ona czuła się bardziej bezpiecznie niż we własnym domu, niż gdziekolwiek. To właśnie Quinn znała ją na wylot. To ona wiedziała co robić gdy Santana zaczęła świrować, jak ją sprowadzić na ziemię lecz jednocześnie – jednym spojrzeniem, jednym dotykiem dłoni – sprawić, że ta szybuje między chmurami. Nawet teraz, zamykając oczy, Santana widziała te niewinne szmaragdowe … jak ich blask w połączeniu z tym anielskim uśmiechem, aż rozświetlały pomieszczenie.
- Jesteś sama, czy mam spodziewać się gości?
Nagły głos Pucka, wybudził ją z transu. Mimo iż od kłótni minęło kilka dni, Puck dopiero teraz zawitał w jej domu. Nie wiedział za bardzo czego się spodziewać. Mimo iż Santana oficjalnie go nie przeprosiła za atak, on również tego nie zrobił. Byli jednak na tyle ze sobą blisko tudzież takowe przeprosiny były zbędne. Fakt, że wciąż powracali do siebie, mówił więcej niż jakiekolwiek słowa. Santana powoli spojrzała w kierunku przyjaciela.
- Jestem sama. Sytuacja z Britt skończona więc możesz być spokojny
- A alkohol i dragi? - zapytał bezpośrednio
- To mój trzeci drink dzisiaj a co do dragów … ograniczę do weekendów
Puck wiedział, że więcej z niej nie wykrzesać. Mimo to nie żałował swego telefonu, wykonanego kilka dni temu. Mimo ewidentnych postępów w zachowaniu przyjaciółki, wciąż martwił się by ta ponownie nie stoczyła się do tej samej ciemnej dziury. Wiedział, że tym razem może już z niej nie wyjść.
Słysząc pozytywna odpowiedź Santany, z uśmiechem zbliżył się do murka po czym zajął miejsce naprzeciw latynoski. On również trzymał w ręce drinka.
- Denerwujesz się? Mam na myśli trasę. Jutro o tej porze będziesz dawać pierwszy koncert w Las Vegas
- Trochę. Nie oszukujmy się, to pierwsza taka trasa na taką skalę. Pocieszam się, że może uda mi się trochę pozwiedzać. Salt Lake City, Houston, Detroit, Orlando, Miami, Nowy Jork, New Yersey, Chicago, Santa Fe, San Francisco. Nigdy nie byłam w żadnym z tych miast, no może poza Nowym Jorkiem. À propos, dzwoniłeś do Berry i Gejucha?
- Jeszcze nie
- Nie dzwoń, ok? Ja jutro zadzwonię. Jakoś stęskniłam się za głosem hobbita a w NJ będziemy dopiero za cztery dni
- Spoko
Puck podniósł szklankę z drinkiem by wznieść toast – Wypijmy za … nadchodzącą trasę Rosario Cruz! Żeby zapisała się w historii jako najbardziej zajebista impreza roku! - Uśmiechając się, obydwoje stuknęli się szklankami po czym wzięli głębokie łyki trunków.
