3 stycznia 2009
Nie wiedziałam, czego właściwie mam się spodziewać… Może Crucio na samo powitanie, albo od razu Avada… a może, jakiegoś… nie sama nie wiem czego. Spojrzałam na towarzyszącego mi Malfoya seniora, ale jego twarz, poza zwykłym lekko kpiącym, tak typowym dla tego rodu półuśmiechem, nie zdradzała żadnych emocji. Mimo, że szliśmy ramię w ramię, Lucjusz ani razu nie zwrócił na mnie większej uwagi, choć doskonale wiedziałam, że zdawał sobie sprawę z tego, że bacznie go obserwuję. Czyżby takie dostał rozkazy…doprowadzić mnie do ojca, ale absolutnie nie wchodzić w żadne koneksje, a może to coś innego…tylko co? Za dużo tych niewiadomych, jak na mój jeden, biedny, zmizerowany mózg.
Kiedy doszliśmy na do drzwi, stary Malfoy niemal bezgłośnie wypowiedział jakieś zaklęcie,a ciężkie wrota z kutego żelaza, których nie powstydziłby się zapewne żaden średniowieczny zamek, stanęły dla nas otworem.
- Zapraszam w moje progi panno Riddle. Proszę czuć się jak w domu!- powiedział tonem pełnym szacunku, zaraz…szacunku? I ten ukłon w progu.. BOŻE stary Malfoy najwyraźniej w świecie czuje przede mną respekt! Może boi się, że poskarżę tatusiowi, że przez ostatnich sześć lat on i jego syn, raczej nie umilali mi życia… No, ale hallo… czy on nie pomyślał przez przypadek, że toż samo robił mój ojciec? No cóż, chyba nie jestem w stanie go w tym momencie zrozumieć.. Postanowiłam więc, że tylko się uśmiechnę.
Kiedy tylko przekroczyliśmy próg, w wielkim, pokrytym marmurem holu, dołączyła do nasz wysoka blondynka. Kobieta w średnim wieku, o niesamowicie delikatnej urodzie, ubrana w niezaprzeczalnie drogie ciuchy, podeszła do starego Malfoya..
- Jak dobrze, że już jesteście Lucjuszu! Narada już się prawie zaczęła, czekają tylko na ciebie.- powiedziała bez chwili wytchnienia.
- Dobrze Narcyzo, zaraz do nich dołączę, tylko zaprowadzę naszego gościa na spotkanie z Czarnym Panem.- oschłość w głosie Malfoya niemal mnie poraziła.
- Nie, nie. Ty dołącz do wszystkich w salonie, a ja zajmę się Panną Riddle, takie są rozkazy.
- Och, chyba że tak. W takim razie- tutaj zwrócił się do mnie- miło było panią poznać, panno Riddle.
- Na boga, ja mam imię…- odparowałam bez zastanowienia.
Lucjusz tylko uśmiechnął się, delikatnie przekręcając głowę, jakby dziwiło go to, że chcę, aby zwracano się do mnie po imieniu. Po czym lekko skinął mi głową i już w następnej chwili znikał za wielkimi drzwiami prowadzącymi do, jak się domyślałam salonu.
- Proszę za mną panienko.- usłyszałam miły głos matki Dracona, która już ruszyła w kierunku wielkich, ciosanych w czarnym marmurze schodów. Pospiesznie ruszyłam za nią.
- Mam nadzieję, że sprawy w Hogwarcie ułożyły się panience pomyślnie.- usłyszałam w pewnym momencie.
- O tak, nad wyraz. A to w dużej mierze dzięki pani dzieciom, Pani Malfoy.- kobieta posłała mi uśmiech
- Mów mi Narcyzo, panienko.
- O nie, proszę wybaczyć, ale nie zrezygnuję z „pani", póki będę tytułowana „panienką", jestem Hermiona.
- Och, już dobrze, dobrze…Hermiono.- zauważyłam, że moje imię wypowiedziała z pewnym dystansem i zawahaniem- w każdym razie cieszę się, że jakoś ułożyły ci się stosunki z Draconem, w końcu nieźle zaszedł ci za skórę.
- Ojjj tak, ale vice versa. A teraz.. no cóż, jesteśmy ze sobą..hmmm mocno związani. Draco i Jasmine bardzo pomogli mi odnaleźć się w nowej sytuacji.
- Tak, tak to bardzo dobrze.- odrzekła, z wyraźną ulgą na twarzy.
- I choć wiem..- kontynuowałam swój wywód- że, takie zapewne dostali rozkazy, wymogi…czy jak to tam nazywa mój ojciec i jego świta, to wiedz Narcyzo, że wywiązali się z powierzonego zadania lepiej niż wszyscy moglibyście się spodziewać.
- Och, widzę że jesteś o wiele mądrzejsza, niż nam się początkowo wydawało…
- To mi schlebia, ale nurtuje mnie jedno, tylko nie wiem, czy… czy mogę zapytać..- wpadłam na pomysł, uzyskania odpowiedzi, na nurtujące mnie od pewnego czasu pytanie.
- Oczywiście, pytaj o co chcesz, jeśli tylko będzie to w mojej mocy, na pewno odpowiem.
- Zastanawia mnie po prostu, czy Jas… czy ona musiała przenieść się do Hogwardu przez wzgląd na mnie?
- Och…- zauważyłam ulgę na jej twarzy, zdaje się spodziewała się czegoś gorszego- nie.. nie przenieśliśmy jej ze względu na ciebie. Widzisz, we Francji przestało być dla niej bezpiecznie. System tamtejszej władzy prześwietlał rodziny każdego ucznia, uczęszczającego do tamtejszej akademii, a jak wiesz, nasz rodzina… to sami…
- Śmierciożercy…- szepnęłam
- Tak, właśnie. Dlatego musieliśmy zabrać ją w bezpieczniejsze miejsce. Tutaj możemy ją chronić, no i jest blisko Dracona. Jej przeniesienie tylko zbiegło się czasem z twoją historią.
- Dziękuję, za odpowiedź.
- Nie ma za co. A teraz przygotuj się jesteśmy na miejscu.- wskazała dłonią czarne drzwi na końcu korytarza.- Poczekaj tutaj chwilkę.- szepnęła, a sama ruszyła w kierunku rzeczonych drzwi. Już po chwili usłyszałam ciche zapukanie i jej pełen szacunku i uniżenia głos- Panie mój, wybacz, że przeszkadzam, ale Twój gość właśnie przybył.
- Świetnie- usłyszałam wysoki, syczący głos, na dzwięk którego, po moich plecach przeszedł zimny dreszcz.- niech wejdzie, a ty Narcyzo możesz odejść, świetnie się dzisiaj spisaliście.
- To zbyteczne pochlebstwo Panie- Narcyza z głębokim ukłonem wycofała się z pokoju. Kiedy tylko cicho zamknęła drzwi, skierowała się do mnie- Możesz wejść Hermiono. Tylko pamiętaj, to że Czarny Pan jest twoim ojcem, nie znaczy, że możesz nie okazywać mu szacunku.
- O-oczywiście Narcyzo. O nic się nie martw- odpowiedziałam, chyba bardziej żeby pocieszyć siebie, niż ją.
- No to ruszaj, pamiętaj bądź dzielna.- ruszyłam w kierunku pokoju, już miałam naciskać klamkę, kiedy usłyszałam cichy szept Narcyzy- Trzymam za ciebie kciuki, Hermiono.- Sama nie wiem czemu, ale w ciągu tego krótkiego czasu, jaki z nią spędziłam, zapałałam do niej sympatią. Już nie wydawała się taka zimna i wyniosła, jak dawniej. Teraz była po prostu zatroskaną matką, która stara się za wszelką cenę chronić swoje dzieci. Cóż, widać nie tacy Malfoyowie straszni jak się wydawali… Nooo, ale w końcu teraz mam coś innego na głowie, cicho przełknęłam ślinę i nacisnęłam na klamkę. Jak na takie wielkie wrota, drzwi ustąpiły nad wyraz łagodnie. Z lekkim zawahaniem weszłam do zatopionego w półmroku pokoju. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wielka biblioteczka i ogromne biurko. Za biurkiem, w odwróconym tyłem do mnie, a przodem do imponującego kominka, fotelu siedział zapewne On. Poza biurkiem, fotelem w którym zasiadał ojciec, drugim fotelem na przeciwko i biblioteczką w pomieszczeniu był jeszcze jeden mniejszy stolik z dwoma wyglądającymi zachęcająco, obitymi w czarną skórę fotelami, oraz niewielki barek. Ściany zdobiły arcydzieła znanych artystów, a ciężkie okienne kotary zapięte były finezyjnie, klamrami w kształcie węży. Za oknem zapadł już zmierzch, więc pokój oświetlał jedynie blask kominka. Po oględzinach pokoju, postawiłam kolejny, pewniejszy już krok w środku. Drzwi zamknęły się za mną z cichym trzaskiem… Nie wiedziałam jak mam się zachować..
- Jednak postanowiłaś przyjść…- usłyszałam ten sam syczący głos, głos moich koszmarów, głos…mojego ojca- nie powiem, zaimponowałaś mi…
- Powinnam czuć się zaszczycona tym komplementem, a jednak trochę się zawiodłam… Mieliśmy już ze sobą trochę do czynienia, czyż nie? Czyżbyś ciągle uważał mnie za osobę mało odważną?- Boże, skąd ta ironie w moim głosie… sama nie wiem, dlaczego to powiedziałam, a jednak zrobiłam to, a teraz pewnie na dzień dobry jakieś miłe, niewybaczalne zaklęcie…
- Ssssahaha- syknął
- to zdaje się miał być śmiech, cóż przynajmniej nie „nioch, nioch"- skąd się we mnie bierze ta ironia? Czy ja się przez przypadek nie powinnam bać?
- no nie powiem Hermiono, masz charakterek. Odważne słowa…- odpowiedział mi, ciągle siedząc w fotelu.
- Tak, a teraz przejdźmy do konkretów… dostanę crucio teraz, czy jeszcze chwilę z tym poczekasz?
- Córeczko- ruch w fotelu, czyżby chciał wstać?- naprawdę uważasz, że potraktowałbym cię tak, przy pierwszym spotkaniu?
- Cóż…tak!- odparłam hardo. To chyba ten pokój tak na mnie podziałał, a może jego obecność.. no nic, ładuję się w niezłe kłopoty.
- Taaak, to takie podobne do Lorda Voldemorta, prawda? Ale zobacz, nie mam nawet różdżki.- po tych słowach wstał z fotela, szeroko rozkładając swoje ramiona. Zdziwił mnie fakt, że jego oczy… były..były inne niż zwykle, nie wężowe i szkarłatne, lecz piękne, czekoladowe, takie jak..moje własne.- Ciągle obawiasz się, że coś ci zrobię?
- A nie mam powodu? Myślisz, że zmylisz mnie, że nie masz różdżki, ty wielki Voldemort, nie potrafiłbyś się bez niej obyć? Nie rozśmieszaj mnie, kiepsko ci idzie.- odszczeknęłam
- Widzę, że nie tylko oczy odziedziczyłaś po mnie. Charakter też. Imponujesz mi. Ale jednak jesteś taka podobna do swojej matki.. niemalże taka sama…
- Masz czelność mówić mi o matce? No wiesz wybacz, ale nie wiem o niej za wiele, a wiesz czemu? No niech pomyślę…hmmm… KAZAŁEŚ JĄ ZABIĆ!- teraz poważnie mnie już zdenerwował.
- Hermiono, jeśli opanujesz emocje i będziesz w stanie ze mną normalnie rozmawiać, to wtedy powiem ci to, czego stary Albus zapewne nie zrobił. Ale może na początek, moglibyśmy się przywitać?
- Przywitać?
- Nie bój się nie oczekuję, że rzucisz mi się na szyje z okrzykiem „tato kocham cię, jak dobrze że jesteś", obydwoje wiemy, że w tej chwili wolałabyś żebym nie żył.
- Jeden zero dla ciebie. Ale zaraz… ty chcesz, żebym ci się ukłoniła? No nieee, lepiej od razu rzuć Avadę.
- Naprawdę, tak bardzo chcesz, żebym zrobił ci krzywdę?- w spokojnym do tej pory głosie, wyczułam już lekką irytację.
- A to nie byłoby w twoim stylu?
- Wydaje ci się, że tak dobrze mnie znasz, co?- rzucił mi przenikliwe spojrzenie- czekałem na ciebie przez wiele lat i chcę, żeby pierwsze nasze spotkanie i zapewniam że mam szczerą nadzieję, że każde kolejne obyło się bez błysków zaklęć. Hermiono, moja córko… może i jestem podły, może i jestem mordercą, nazwij mnie potworem, ale co pewnie cię zdziwi, wciąż bije we mnie serce, które rozbudziła twoja matka i choć do nikogo nigdy nie poczuję litości, nikomu nigdy nie okaże innej strony mojego ja, dla nikogo już nigdy nie będę Tomem, z tobą jest inaczej. Jesteś moją córką, moją dziedziczką, jesteś moją krwią!
- Co ty…- byłam w szoku, takich słów na pewno się nie spodziewałam, wszystko, ale nie to!
- Posłuchaj, nie chcę, żebyś składała mi pokłony, bo nie jesteś moim sługom, jesteś mi równa, choćby przez krew i nazwisko i kiedyś.. kiedyś będziesz Czarną Panią z potęgą o wiele większą niż moja, bo ty rozumiesz wiele więcej niż ja. Więc córko moja, nie liczę, jak już powiedziałem na wyrazy entuzjazmu, ale może choć podajmy sobie dłonie jak równy z równym.- po tych słowach wyciągnął do mnie dłoń. Spojrzałam na długie, trupio blade palce i nagle poczułam, że on jest ze mną szczery… że właśnie uzewnętrznił dla mnie swoje uczucia. Niepewnie podeszłam do niego i delikatnie podałam mu swoją dłoń. Znów przygotowałam się na ból… ale on tylko delikatnie spiął swoje mięśnie, po czym wypuścił moją rękę.
- Nie muszę czytać w twoim umyśle, żeby wiedzieć, że się mnie boisz!- prychnął rozgniewany.
- Tak, boję się!- przyznałam otwarcie, co wytrąciło go z równowagi.
- A czego się boisz? Tego, że cię zaatakuję, że podniosę różdżkę- nie był już spokojny, jego głos przybrał na sile, teraz już niemalże syczał, jego oczy poczerwieniały i stały się znów ślepiami z koszmarów, jedynym ruchem znalazł się przy biblioteczce i już po chwili stał na przeciwko mnie, z wyciągniętą różdżką i furią w oczach, ten sam przerażający Voldemort. A wszystko stało się tak szybko, że ja nawet nie miałam szans na dobycie swojej różdżki- CZEGO SIĘ BOISZ HERMIONO RIDDLE? BÓLU? ŚMIERCI? Z JAKIM OCZEKIWANIEM TU PRZYSZŁAŚ? CZY NAPRAWDĘ CHCIAŁAŚ TEGO….- podniósł różdżkę i wymierzył w moją pierś- CRUCCIO!- krzyknął.
Skuliłam się w sobie, w oczekiwaniu na ból, ale nie nadszedł. Nie rozumiałam co się dzieje. Spojrzałam na ojca pytająco…
- Nie rozumiesz, co? Mogę rzucić to zaklęcie na każdego, nie potrzebuję wielkiej siły nienawiści, nie potrzebuję wielkiego wysiłku.. a jednak, nie mogę rzucić go na ciebie. Jesteś zbyt ważna.
- Ale ty…ty..TY NIE KOCHASZ!- krzyknęłam w jego twarz.
- Masz rację, nie kocham. Ale jesteś dla mnie ważna, a teraz usiądź, porozmawiajmy- wskazał dłonią stolik z dwoma fotelami.
Ufnie usiadłam na jednym z nich, Voldemort natomiast zasiadł na drugim.
- Czy ja.. czy będę musiała zostać..- było to pierwsze nurtujące mnie pytanie.
- A chcesz tego?- wiedział o co chodzi, nawet nie musiałam kończyć
- Oczywiście, że nie!- krzyknęłam
- Niech się więc stanie! Do niczego cię nie zmuszę, rozumiesz. I nigdy nawet nie proponowałbym ci roli śmierciożercy. Gdybyś kiedyś chciała dołączyć do mnie, córko moja stanęłabyś po mojej prawicy.
- Wiesz, że to się nie stanie.
- Tego nie wiesz nawet ty. Ale czas podejmowania decyzji już niedługo, wtedy zdecydujesz…
- Wybiorę Zakon i dobrze o tym wiesz!
- Powtarzam ci Hermiono, tego nie wiesz nawet ty! Ale jak mówiłem, do niczego cię nie zmuszę, na razie.. Ale mam jedno wymaganie.
- Jakie?
- Szacunek!- odparł z grobową miną, spoglądając mi w oczy.
- Czy uważasz OJCZE- dokładnie zaakcentowałam to słowo- że gdybym nie miała szacunku, przyjęłabym twoje nazwisko, albo przyszła tutaj! Szanuję cię, szanuję i nienawidzę.
- Wystarczy. Na razie. A teraz porozmawiajmy o szkole, jak się sprawy mają?
- Chodzi ci o to, czy twoi młodzi, przyszli słudzy wywiązują się z zadania? Tak, nad wyraz dobrze.
- Mówisz o Malfoyach? Och, to raczej Lucjusz nalega na znakowanie Dracona, przed ostateczną rozgrywką i zapewniam cię, że to nie ja a Lucjusz zlecił im troskę o ciebie. Ja uważam, że dałabyś sobie radę sama. A jak tam Złoty Chłopiec?
- I pewnie nie wiesz, że odkąd jestem Riddle, jestem ich wrogiem podobnie jak ty… jak to zgrabnie ujęli takie samo ścierwo..
- Przyjdzie czas, a zajmę się tym.- odparł.- ale radzisz sobie?
- Noszę nazwisko Riddle.- odparłam dumnie.
- Tak samo dumna, tak samo zadziorna. Jeszcze będziesz moją dumą Hermiono! Ale teraz już chyba na ciebie czas. Lucjusz odprowadzi cię z powrotem do zamku!
- Ale… miałeś powiedzieć mi o mamie!- nie kryłam rozczarowania.
- Taaak, Sandra… porozmawiamy o niej przy następnej wizycie. Przynajmniej będziesz miała powód, żeby się zjawić. A teraz już idź.
Wstałam i już miałam ruszyć w kierunku drzwi, kiedy nagle zawahałam się, odwróciłam na pięcie do idącego tuż za mną ojca. Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Wtedy wyciągnęłam do niego dłoń…
- Cieszę się, że mnie rozczarowałeś ojcze.
- Cieszę się, że się rozczarowałaś Hermiono. Pamiętaj, że zawsze będziesz tutaj mile widzianym gościem.
Uśmiechnęłam się, właściwie to się roześmiałam. Nagle okazało się, że wszystko co przez całe życie nienawidziłam, stało mi się bliskie, a to w co wierzyłam, co było bliskie, nagle stało się wrogim. Tylko ja ciągle ta sama pośrodku tego wszystkiego. Hmmm…ta sama? Hermiona córka Voldemorta, to już nie Szlama Granger. Przynajmniej pozornie, bo serca oszukać się nie da…
Ruszyłam schodami w dół. Gdzie w holu czekali już na mnie Malfoyowie. Znów niemało zdziwiłam się, kiedy Narcyza na pożegnanie przygarnęła mnie do serca jak bliską sobie osobę, szepcząc do ucha „wierzyłam w ciebie!", natomiast staremu Malfoyowi uśmiech nie schodził z ust, kiedy transportował mnie do zamku. Na koniec, złożywszy na mojej dłoni pocałunek, przeprosił za siebie i Dracona i składając głęboki ukłon wrócił z głośnym trzaskiem do Malfoy Manor.
Wracałam do zamku w dość dobrym humorze. W końcu ciągle żyję, jestem cała i dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy, mianowicie, mój ojciec ma jakieś uczucia, a najważniejsze te uczucia nie pozwalają mu mnie skrzywdzić. Ta informacja zapewne bardzo przyda się Zakonowi.
Kiedy już dochodziłam do zamku w końcu zdałam sobie sprawę jaka jestem zmęczona, to był długi dzień. Niestety wszystko wskazywało na to, że jeszcze się przedłuży, ponieważ w sali wejściowej czekał już na mnie profesor Snape, z miną która znaczyła tylko jedno- będę się musiała wyspowiadać…
CDN…
