Rozdział 10
W klanie Omatikaya, kiedy jeszcze nie wzeszło słońce, w hamakach spała większość jego mieszkańców. Nana leżąc między Jake'em i Neytiri, przewracała się z boku na bok. W końcu, gdy się przebudziła, ziewnęła oraz się przeciągnęła, trącając przez przypadek swą matkę. Neytiri od razu otworzyła oczy, gdyż mając wyczulone instynkty myśliwskie, reagowała prawie natychmiast. Jednak teraz ujrzała Nane, która właśnie szykowała się do wyjścia. Ona jako dziecko też miała swoje obowiązki i to mimo statusu jej rodziców. Od bardzo młodego wieku wpajano jej, że musi nauczyć się doceniać pracę, jako to co nadaje życiu sens.
Jak tylko Nana wstała z hamaka i zaczęła schodzić w dół po spiralnie wijących się schodach, na chwile się zatrzymała, żeby sprawdzić czy Kato jeszcze śpi. I miała rację, bo leżał skulony koło Michelle i Titee. Ona wtedy weszła na jedną z gałęzi do której była przymocowana wielka mata na której leżała cała trójka. Nie chcąc budzić jego rodziców, delikatnie szturchnęła go w ramię.
-Hej Kato. -szepnęła półgłosem.
-Co chcesz? -zapytał, kiedy przecierał swe oczy.
-Chodź ze mną. Pomożesz mi ze zbieraniem Teylu. -powiedziała szeptem Nana.
-Aha, za chwilę. -ziewnął w odpowiedzi.
Nana odchodząc usłyszała za sobą, że oprócz Kato, wstaje też jego ojciec, który polował na zmianę z Michelle, dostarczając sobie i klanowi jedzenie. Jak tylko córka Jake'a zeskoczyła z ostatniego stopnia schodów, udała się po nieduży koszyk, którym miała wypełnić larwami. Po chwili zjawił się Kato i biorąc drugi pojemnik, razem wyszli na zewnątrz ich wielkiego Drzewa Domowego. Tam widok wschodzącego słońca oraz porannej świeżej rosy potrafił orzeźwić umysł każdego.
Młodsi musieli zawsze chodzić razem co zwiększało ich bezpieczeństwo, których to zagrożeń na Pandorze nie brakowało. Przechodząc przez polanę rozciągającą się wokół Kelutral weszli w las, szukając starych powalonych i butwiejących drzew w których to gnieździły się owe larwy. To zawsze była robota dla najmłodszych, gdyż starsi wykonywali bardziej złożone zadania.
Po półgodzinnej wędrówce znaleźli rozkładający się, złamany pień. Oboje rozejrzeli się wokoło wypatrując niebezpieczeństwa. Gdy byli pewni, że nic im nie grozi, Kato wyciągnął swój mały nóż, który wbił w korę i przeciągając wzdłuż niej rozciął ją na pół, odsłaniając kilka wijących się Teylu. Były nieco brudne, ale to mu nie przeszkodziło, żeby je wziąć w ręce. Z kolei Nana zaczęła grzebać w próchniczych szczątkach podstawy drzewa, żeby odkryć całą kolonie dużych i dorodnych okazów. W ten sposób miała już pół koszyka zapełnionego białymi, skręcającymi się we wszystkich kierunkach larwach.
Neytiri leżąc tyłem obok Jake'a, przekręciła się na drugi bok, zwracając się twarzą ku niemu. Wiedziała, że będzie długo spał, gdyż był zmęczony wczorajszą podróżą. Jedyne co zrobiła zanim wstała, to swą dłonią odsunęła mu kilka włosów, które spadły mu na czoło, a następnie pocałowała go delikatnie w usta.
-Jeszcze śpij mój Jake'u. -szepnęła, kiedy się odsunęła.
Wspierając się jedną ręka, usiadła na hamaku, rozglądając się dookoła po zaciemnionym Kelutral. Wtedy też w głowie zaczęła układać sobie plan dzisiejszego dnia. W końcu zebrała się w sobie i wydostała się hamaku na jedną z naturalnych belek do której jest przymocowany. Jak tylko zeskoczyła z gałęzi i zaczęła schodzić w dół, przypomniała sobie że ma do przygotowania morskie ryby, które otrzymała w prezencie. Z trującymi gatunkami pracowała dość ostrożne, żeby zgodnie z tym co mówiła Tanhni, nie zanieczyścić ich mięsa. Kiedy kolce jadowe oddzieliła od reszty ryby i umieściła je w osobnym naczyniu, zajęła się resztą. Nożykiem usunęła ości, zaś filety przemyła wodą. Następnie posoliła, żeby je zakonserwować na dłuższy okres czasu. Z zatrutych części zaczęła wydobywać jad, który miał posłużyć Jake'owi do zwiększenia skuteczności jego strzał. Po skończeniu tego zadania, truciznę odstawiła na górną półkę w pomieszczeniu zielarskim, zaś ryby przeniosła do chłodnego miejsca w głębi Kelutral.
Tymczasem w Piekielnych Wrotach, Phelps znajdował się w głównym budynku dyspozytorni. Stał przy stole holograficznym przeglądając kolejne sektory należące do bazy jak i terenu należącego do klanu Omatikaya. Wtedy też dołączył do niego Selfrighe, który szedł na zewnątrz z torbą do golfa. Od razu zatrzymał się przy blacie, patrząc na to samo co pułkownik.
-Te wczorajsze aresztowania, to było genialne posunięcie. Teraz Grace wie, że nie ona tu rządzi.
-Cóż chciałem, żeby każdy wiedział, że nie należy zemną zadzierać. -stwierdził Phelps, bawiąc się hologramem.
-Idę teraz na pograć w golfa. Może pułkownik rozegra zemną poranną partyjkę? -zapytał Selfrighe, kiedy poprawił torbę na plecach.
-Nie teraz, mam robotę do wykonania. Muszę zaraz iść nadzorować sprzątanie oraz zwózkę materiałów budowlanych do nowego magazynu.
-To do zobaczenia. Idę zagrać nim zacznie padać. -odparł administrator.
Norm po przebudzeniu przetarł oczy i rozglądając się po betonowym kąciku w którym wypoczywał, zaczął szukać swego zegarka i gdy go znalazł, założył na rękę. Kiedy zerknął na godzinę, była już ósma i w bazie Hell Gate zaczynał się poranny ruch. Jak zawsze zakładał na siebie świeżą bieliznę, a dodatkowo tenisówki, żeby udać się na poranne śniadanie. Idąc korytarzem, którym przemykało kilka ludzi na swej drodze dostrzegł Phelpsa, który zmierzał w przeciwnym kierunku. Gdy Norm był już blisko niego, ten gwałtownie się do niego odwrócił i złapał go za koszulę, a następnie pchnął go na ścianę.
-Hej, co robisz? -natychmiast zaprotestował Norm.
-Milcz pieprzony zdrajco i słuchaj. To, że należysz do tych nic nie wartych mądrali w białych kitlach, nie myśl sobie że jesteś całkowicie bezpieczny. Wiem co kiedyś zrobiłeś wraz z twoimi niebieskim małpami i powinieneś się wstydzić za swoje postępowanie. Jak można strzelać do własnych ludzi? Kurw... nie rozumiem tego? -pokręcił głową- Teraz idź bo rzygać mi się chcę, kiedy na ciebie patrzę. A zanim odejdziesz dam ci teraz coś na pamiątkę. -Phelps uśmiechnął się.
Nie spodziewanie Norm dostał pięścią w brzuch, przez co od razu padł na podłogę, zwijając się z bólu. Całe zdarzenie było obserwowane przez kilku pracowników z kopalni, którzy w ogóle nie zareagowali. Dopiero po paru minutach Norm wstał z powrotem na nogi i trzymając się za żołądek udał się do stołówki. Tam wziął swoją rację i siadając przy stoliku zaczął jeść. Po paru chwilach przysiadł się do niego Max ze swoim posiłkiem.
-Hej Norm. Źle wyglądasz, coś się stało? -zwrócił się z pytaniem do kolegi.
-Cześć Max. Miałem właśnie niemiłą rozmowę z Phelpsem. -dziobnął widelcem z całej siły w talerz.
-I co powiedział? -naukowiec, przerwał swój posiłek.
-Powiedział, że jestem zdrajcą, a później mnie uderzył. -chwycił się za wciąż bolący żołądek.
-Powinieneś zawiadomić o tym Grace. -odparł Max.
-Jasne. A co ona może zdziałać. Zresztą nie ważne, bo dzisiaj mnie tu już nie będzie. A ty nie waż się powiedzieć jej ani słowa na ten temat.
-Jak chcesz. To twoja decyzja i uszanuję ją. -zapewnił go Max.
Jak tylko Norm zjadł, udał się do swego pokoju po niezbędne rzeczy do przetrwania niewielkim baraku. Po spakowaniu różnego rodzaju ubrań oraz żywności, która była niezbędna jemu ludzkiemu ciału, udał się na płytę lotniska, gdzie czekał na niego śmigłowiec z pilotem. Jak tylko do niego wsiadł, odetchnął z ulgą, że może w końcu całkowicie opuścić te przeklęte miejsce. Ich celem był przenośny linkier w umieszczony na skraju dwóch terytoriów, Omatikaya oraz klanu Konia.
Ten lot był jednym z najdłuższych i kiedy Norm dotarł na miejsce ukazał mu się porośnięty mchem barak. Miał być tu sam, gdyż do obsługi linkiera nie trzeba pomocy drugiej osoby. Był to obszar, gdzie kończy się las, a zaczyna trawiasta przestrzeń. Przez jedno z okien zawsze był widok na zachodzące słońce, które rzucało swe pomarańczowo czerwonawe barwy na całą otwartą okolice. Norm postawił torbę przy jednym z wolnych łóżek, a następnie włączył agregat prądotwórczy, który zasilał cały kompleks. Następnie czym prędzej skalibrował jeden z linkierów i kładąc się w nim, nawiązał połączenie i w ciągu jednej chwili przeniósł się do Kelutral Omatikaya.
Jak tylko obudził się w namiocie, zaczął chować różne drobne rzeczy w nim porozrzucane, a ostatnią czynnością do wykonania było jego złożenie. Na około niego poruszali się mieszkańcy Drzewa Domowego, którzy byli zajęci własnymi troskami. Gdzieś pod lasem kręcili się dzieciaki próbując dostać się na drzewo po zwisających lianach. Z innej części lasu wybiegło na Pa'li kilku myśliwych powracających z porannego polowania. Tymczasem on musiał zajmować się składaniem tego ustrojstwa. Zaś po jego złożeniu miał do noszenia ciężki plecak z którym udał się do wnętrza Kelutral po drodze mijając się z kobietami noszącymi kosze z owocami. W środku rozejrzał się szukając wodza tego plemienia. Przechodząc koło wielkiego krosna na którym pracowała trójka tkaczy, już miał się ich spytać gdzie jest Jake, gdy dostrzegł go siedzącego na korzeniu w promieniach słońca. Był zajęty wyrabianiem nowych strzał do jego łuku. Po tylu latach życia tu, robił to tak samo znakomicie jak urodzony tu Na'vi. Obok niego pracowała córka nad swoją nową ozdobą. W każdym z kamieni musiała nożykiem wyskrobywać dziurkę, żeby przewlec przez nią sznurek. Była tym tak bardzo pochłonięta, że nie zauważyła naukowca.
-Cześć Jake, kaltxi Nana. Widzę, że jesteście zajęci, więc nie będę wam przeszkadzał, przyszedłem się tylko z wami pożegnać.
-Hej Norm. Możesz wziąć jednego z Pa'li. A przy okazji mogę życzyć ci dobrej zabawy. -Jake się roześmiał, patrząc na niego.
Wtedy odezwała się Nana, która przerwała swoją pracę.
-Tak, olo'eyktan z klanu Konia obiecał tobie... -reszta słów Nany utonęła za dłonią Jake'a, który zakrył jej usta.
-Co obiecał? Ty chyba nie powiedziałeś mi wszystkiego, Jake. -zaczął patrzyć na niego podejrzliwie.
-Obiecał tobie pomoc w zamieszkaniu tam. -powiedział wódz do Norma, a następnie mrugnął okiem do Nany, a ta w odpowiedzi kiwnęła głową.
-Tak to prawda. -dodała, kiedy ojciec odsłonił jej usta.
-Coś dziwnie się zachowujecie ostatnio. -naukowiec popatrzył na ich oboje.
-Wszystko w porządku. A jeszcze jedno, wybieraj mądrze. -Jake spojrzał na Nane, po czym oboje wybuchnęli śmiechem.
-Dobra nie ważne, do zobaczenia. -wzruszył ramionami i odszedł.
Po tym nieco dziwnym pożegnaniu, Norm wziął swój plecak wraz z spakowanym namiotem i udał się na polanę przed Kelutral, gdzie pasło się kilka wierzchowców. Tam dosiadł jednego z nich i skierował się w obranym wcześniej kierunku. Tymczasem, gdzieś dalej w lesie, wśród wielkich grzybów, na jednym z nich siedziała Michelle robiąc sobie flet z kawałka drewna. Co jakiś czas sprawdzała dźwięk jaki się z niego wydobywał i po trochu przyrzynała jego długość, chcąc wydobyć z niego określoną częstotliwość. Nagle coś zwróciło jej uwagę, przez co od razu obróciła uszy do tyłu.
-Wiem, że tam jesteś. Wychodź. -dodała.
Wtedy za sobą usłyszała szelest liści i kroki jakie nie mogła pomylić z nikim innym. I nawet się uśmiechnęła na słowa, które usłyszała.
-Co robi moja piękna? -zapytał Titee, kiedy kładł na ziemi swój łuk i kołczan.
-Jak widzisz. -przyłożyła usta do instrumentu i delikatnie dmuchnęła.
-Myślę, że wystarczająco dobrze go nastroiłaś. -rękę położył na kolanie, a następnie zjechał w dół.
-Weź przestań, nie jestem teraz w nastroju. -wtedy Michelle swój nóż schowała do pochwy, a flet odłożyła na bok.
-A kiedy będziesz? -teraz palcami łaskotał jej łydkę.
-Yhm... Może dziś, może jutro. Kto wie. -wzruszyła ramionami z nie krytym śmiechem.
-Ty znowu zemną grasz. -stwierdził sucho.
-Ja lubię takie gry. -pochyliła się bliżej niego, żeby dać mu krótkiego całusa.
-Chyba na flecie. -odparł żartobliwie Titee.
Wtem trzask łamanej gałęzi przerwało ich rozmowę, a Michelle od razu się od niego odsunęła. Z daleka dostrzegli, że była to Neytiri, która trzymając w rękach kosz, właśnie wybierała się do lasu. Ona zauważając ich dwójkę, głośno się do nich zwróciła.
-Michelle, czy jeśli w czymś wam nie przeszkodziłam, to mogłabyś mi pomóc zebrać trochę jagód? -zerkała na nich ciekawością między pniami drzew.
-Tak, zaraz przyjdę Tsahik. -odpowiedziała równie głośno Michelle.
Gdy zeskoczyła z wielkiego grzyba na którym siedziała, wzięła z sobą flet i schowała go do sakwy. Wtedy spotkała się wzrokiem z Titee.
-Przepraszam, muszę iść. -Michelle ręką musnęła jego policzka i odwracając się odeszła.
-Czy jeszcze ze mną zagrasz? -zapytał głośno, kiedy widział jej świstający na boki ogon.
-Może. -odpowiedziała, kiedy się odwróciła, mrugając do niego swymi bursztynowymi oczami.
Titee podniósł swój łuk i kołczan, udając się do Kelutral, żeby odpocząć po nie udanym rannym polowaniu. Tam zaś Jake kończył robić ostatnią strzałę. Jak tylko obsadził grot na właściwym miejscu i całość mocno obwiązał sznurkiem, udał się do małego pomieszczenia, gdzie Neytiri zostawiła dla niego truciznę z przywiezionych ryb. Było to małe drewniane naczyńko z ciemną, gęstą i cuchnąca substancją. Jake zanurzył w nim groty swoich strzał, a po wyciągnięciu nadmiar trucizny spłynął z powrotem do miseczki. Ostre końce jego broni zmieniły się na ciemno fioletowy kolor, a w celu zabezpieczenia się przed przypadkowym dotknięciem, na groty strzał zawinął w kawałek szmatki. Z całą pewnością, kiedyś to może uratować mu życie.
Norm w tym czasie przemierzał na Pa'li leśne ostępy Pandory. Na około niego znajdowała się tylko i wyłącznie zieleń wielu niesamowitych gatunków roślin. Wiedział, że im dalej od Kelutral Omatikaya, tym łatwiej spotkać się z czymś, co żaden Na'vi ani człowiek nie chciał natknąć się na swojej drodze. Norm musiał wyostrzyć swoje zmysły oraz zachowywać się jak najciszej. Wtedy też do jego czułych uszu Avatara, zaczęły docierać pierwotne dźwięki otaczającej go natury. Nawet małe owady, które przelatywały koło niego, zwracały jego uwagę. Rosnące wszędzie olbrzymie pióropuszniki na których żerowały małe ptaki, ograniczały widoczność tego co przed nim. Zaś kocie ucha, rosnące na pobliskich drzewach poruszane delikatnym wiatrem, wydawały ciche złowrogie dźwięki od których Norm'a przechodziły dreszcze. A co niektóre zwracając się w jego kierunku, tworzyły wrażenie, że jest obserwowany przez cały las.
Mimo środka dnia i przebijających przez korony wysokich drzew światła słonecznego, nie czuł się ani trochę bezpiecznie. Nawet zaczął rozważać czy nie należy zawrócić, ale był już tak daleko, że przez to resztę dnia musiałby poświecić na powrót. Wtedy z oddali ukazała mu się rzeka, gdzie będzie mógł się zorientować co do kierunku dalszej podróży. Jego Pa'li zarżało, kiedy usłyszał ryki gromowołów, które gasiły pragnienie w jej nurcie. Po tym jak dotarł do jej brzegu miał na nie dobry widok. Z pewnością, gdyby byli tu łowcy z Omatikaya, nie przepuścili by takiej okazji, żeby na nie zapolować.
Gdy zszedł z Pa'li, jego wierzchowiec udał się do rosnących obok dzbaneczników, żeby się pożywić. Norm w tym czasie jeszcze raz rozejrzał się i przykucnął nad rzeką, żeby nabrać w swe dłonie trochę wody do ugaszenia pragnienia. A było gorąco i duszno, zaś on był ubrany w swój strój człowieka przez co się dość mocno pocił. Z chęcią chodziłby tylko w bokserkach jak Na'vi w przepaskach wokół tułowia. Lecz to nie jego styl życia i na takie zmiany nie był gotowy.
Uszy Norm'a natychmiast skierowały się do przodu, kiedy z drugiej strony rzeki z przeciwległych drzew wystrzeliło stado Riti, które po kilku okrążeniach w powietrzu wokół niego, siadły na gałęziach odległych drzew. Kilka metrów od niego rosło krzywe drzewo, którego rozłożyste gałęzie spuszczały się do strumienia. Rosły na nim zielone owoce, którego były kwaśne w smaku, ale za to łagodziły odczuwanie głodu. Zerwał sobie kilka do jedzenia w czasie podróży, zaś jednego z nich już teraz spróbował.
Dosiadając Pa'li zaczął pokonywać głęboki nurt rzeki, sięgającej prawie do tułowia zwierzęcia. Kiedy ponownie znalazł się w leśnej otchłani, a poszycie lasu stało się mniej dokuczliwe mógł przyśpieszyć biegu. Po jego prawej stronie rósł gaj helicordianów, które stopniowo znikając odsłoniły jego najgorszy koszmar. Słowa uwięzły mu w gardle, gdy zobaczył drapieżnika. Wielki czarny Palulukan zaczął biec w jego stronę, który doskonale omijał rosnące wokoło drzewa, żeby tylko dopaść swą zdobycz.
Norm myślami poganiał swego konia tak jak tylko mógł, ale mimo tego Thanator go doganiał. Mając go tuż za sobą, naukowiec robił uniki między drzewami, lecz to na nic. W momencie widząc za sobą jak drapieżnik wykonuje skok z rozpostartymi łapami, Norm wstrzymuje oddech, a czas jakby zwolnił. W jego głowie przeszły myśli, że to już koniec jego życia w tym ciele. Nie mając większego wybory, spada z Pa'li który biegł w pełnym galopie. Wtedy drapieżnik z impetem ląduje na wierzchowcu zapuszczając w niego swe pazury. Pa'li mając na sobie jego ciężar, zostaje przez niego powalony, przez co kilka razy przetacza się po ziemi, łamiąc rośliny na swej drodze.
Tymczasem Avatar wylądował w pobliskich zaroślach, gdzie dochodząc do siebie po upadku, obserwuje przez krzaki jak Palulukan wykończa swą ofiarę, łamiąc jej kręgosłup. Wtedy głośno zaryczał w geście tryumfu i zaczął przystępować do ucztowania . Norm wiedząc, że teraz drapieżnik będzie zajęty posilaniem się, zaczyna się cicho wycofywać. Miał nadzieje, że nie zainteresuje się nim, bo inaczej to już koniec jego życia w ciele Avatara. Teraz jest gdzieś po środku niczego i na ratunek niema co liczyć.
Zaczął się ostrożnie wycofywać na czworakach, nie chcąc zwracać swą wysoką posturą uwagi Thanatora. Wtedy też usłyszał łamane kości Pa'li, a oglądając się za siebie widzi jak drapieżnik szarpie się z jego skórą. Po chwili ją odrywa dobierając się do wnętrza ofiary, skąd odrywa kolejne mięsiste kawałki.
-O Jezu! -powiedział do siebie Norm. -Nie pozwól bym się stał jego kolejną ofiarą. -dodał będąc całkowicie przerażony.
Będąc już poza zasięgiem wzroku Palulukana, Norm staje na nogi i opiera się o drzewo. Ręko ociera pot z czoła i patrząc za siebie, modlił się do każdego bóstwa jakie znał, żeby tylko móc dożyć do końca wieczora. Patrząc przed siebie, miał tylko las wysokich drzew, usiany jeszcze nie do końca zbadanymi gatunkami roślin. Jedyne co mu pozostało to iść przed siebie i dotrzeć przed zmrokiem na miejsce. Miał tylko nadzieje, że nie spotka jeszcze czegoś na swej drodze.
To nie jest z pewnością jego dobry dzień, najpierw zdarzenie w bazie, a teraz podróż na piechotę przez niegościnne lasy pandory. Jak tylko udało mu się oddalić na bezpieczną odległość, a roślinność zaczęła się przerzedzać, nieco odetchnął. Według mapy, powinien już niedługo dotrzeć na skraj lasu, gdzie zaczynają się wielkie równiny. I tak jak oczekiwał, po kilku godzinnej wędrówce, pokonawszy kilkanaście kilometrów, ujrzał w końcu porośniętą trawą i gdzie nie gdzie krzakami, ogromną przestrzeń.
Było już późne popołudnie i słońce nisko wisiało na horyzoncie, rzucając żółte światło na puste obszary ziemi. Przed nim znajdował się ogromny Polifen, który zdecydowanie królował na niebie. Taki widok był co najmniej niesamowity i nawet Norm, który widząc go na co dzień, był pod jego wrażeniem.
Swoje kroki skierował prosto do widocznej z oddali wioski klanu Konia, nad którą unosiły się niewielkie kłęby dymu od palonych ognisk przez jej mieszkańców. Pokonując niewielkie wzniesienia na swej drodze, ukazywało mu się coraz więcej szczegółów ich miejsca zamieszkania. Sam był ogromnie ciekaw ich życia, gdyż nigdy tu nie był, a ponowne spotkanie z urodzonym przywódcą jakim był Awkey, da powody do wielu rozmów na temat jego rozległego klanu.
Docierając do podnóża wsi, jego nieoczekiwane pojawienie się w stroju człowieka, wywołało dość duże poruszenie. Nikt z mieszkańców nie wiedział czy to ktoś z Ludzi Nieba odpowiedzialnych za atak na Drzewo Dusz, czy to ten o którym mówił Jake, który tu wcześniej przybył. Dopiero jak Norm odezwał się w tradycyjnym języku, witając się z nim i uspokajając, że jest tym za kogo się podaje, nieco złagodziło napięto sytuację. Wtedy zauważył jak tłum się rozstępuje i wychodzi z niego lider tego plemienia.
Norm z racji, że nawet jako człowiek był dość wysoki, stając przed Awkey'em był niemal równy z nim wzrostem. Ściągając swą czapkę i dając niewielki ukłon szacunku, przywitał się z nim w rodzimym języku.
-Jestem Norm Spellman. Chcę podziękować za to, że zgodziliście się mnie przyjąć.
-Ja oraz nasz klan jesteśmy zaszczyceni, że gościmy kogoś, kto nie bojąc się spojrzeć śmierci w oczy, przelewał za nas krew. -odparł Awkey.
-Dziękuje za słowa uznania. -Norm po raz kolejny wykonał ukłon.
-A jak podróż? Chyba nie szedłeś tu na piechotę. -zapytał Awkey, szukając Pa'li lub innego środka jego transportu.
-Miałem mały wypadek, który o mało nie zakończył się dla mnie śmiercią. Ale mimo trudności dotarłem tu. -odparł Norm poprawiając plecak.
-Musisz mi o tym opowiedzieć. -powiedział wódz klepiąc go w ramię i kierując się z nim do Drzewa Domowego.
Gdy Awkey i Norm szli przez centrum wsi, ludzie dookoła się rozstępowali. Co niektórzy dotykali ubrania naukowca, będąc ciekawi jego niezwykłego stroju. On tymczasem z sympatią podchodził do ich zachowania, bądź co bądź dzikich i nie znających zaawansowanej technologi, mieszkańców tego klanu. Nawet zaczynał być wdzięczny Jake'owi za to, że wykorzystując swój status, dał mu możliwość dotarcia tam, gdzie ludzka stopa nigdy nie postanie. Także pobyt tutaj da mu zupełnie nowe dane odnośnie życia codziennego tego plemienia.
Jak dotarli do wnętrza Kerutral, rozświetlonego głównie przez centralnie umieszczone ognisko, gdyż światła słonecznego było już niewiele, Norm został poczęstowany ich rodzimym trunkiem. Podała mu go jedna z młodych kobiet, która uśmiechnęła się do niego, kiedy ten odbierał napój z jej rąk. On tylko podziękował i na chwile rozejrzał się po pomieszczeniu. Było tu jeszcze bardziej surowo niż u Omatikaya, lecz czuło się ten sam niesamowity klimat obcowania z dziką kulturą. Miejsce w którym żyli miało co najmniej kilkanaście tysięcy lat, więc wychowało się tu dziesiątki pokoleń, których życie pozostało praktycznie bez zmian. Dla niego było to spełnienie marzeń ze szkoły, że nareszcie będzie mógł na własną rękę dotknąć obcej cywilizacji.
Rozglądając się, słyszał szmery rozmów, które dotyczyły jego osoby. W sumie dla mieszkańców klanu, każdy powód był dobry żeby poplotkować. Norm tymczasem udawał, że nic nie słyszy przynajmniej do momentu, gdy temat nie zszedł na to, jaką kobietę może wybrać za partnera. Dopiero teraz zrozumiał dziwne zachowanie Jake'a oraz jego śmiech. "Jake, jak wrócę to cię chyba uduszę gołymi rękami" -powiedział w myślach wściekły naukowiec. Nie mógł jednak okazać swej złości klanowi i pozostało mu czekać na dalszy rozwój tej dość niewygodnej dla niego sytuacji.
W powietrzu czuło się zapach palonego drzewa z ogniska, w którego blasku zaczęły odzywać się prymitywne instrumenty, które wypełniały tło swym dźwiękiem. Grano w każdy wieczór, kiedy mieszkańcy wioski przystępowali do wspólnej wieczerzy. Długie cienie rysowały się na wewnętrznej stronie ich Kelutral, które zdawały się tańczyć w płomieniach paleniska. Większość osób patrzyła na Norm'a z ciekawością, szczególnie młodzież która była zainteresowana jego osobą, a szczególnie kolorowym plecakiem, którego z sobą przytargał. Gdy naukowiec był pochłonięty rozmową z wodzem klanu, jedno z dzieci lekko szarpiąc za szelkę spowodowało, że ten się przewrócił. Norm oglądając się, co jest powodem zamieszania, zobaczył tylko dzieciaka uciekającego do rodziców. On tylko się roześmiał, stawiając ponownie plecak na ziemi. Nie mógł go winić za swe zachowanie, gdyż jak każde dziecko było ciekawe nowych rzeczy, choćby nawet tak banalnie prostych.
Jak zawsze, kiedy pojawia się muzyka, na środek wychodzą co niektóre młode kobiety z klanu, które kołysząc biodrami wokół płonącego ogniska, oddawały się prostej rozrywce. Norm patrząc się na nie, był coraz bardziej zahipnotyzowany ich wolnymi ruchami. Nie wiedział czy to przez alkohol, którego wypił już nawet nie liczył, który kubek. Czy może to naturalna zmysłowość kobiecych wąskich talli lub po prostu zaczął czuć pociąg do ich. A może wszystko na raz. Jego umysł zaczął stopniowo odpływać, gdy nagle zwrócił się do niego Awkey.
-Czyż one nie są piękne.
-O... tak. -odparł Norm z trudem utrzymujący wzrok na którejkolwiek z nich.
-Daje ci wybór, a każda z nich zgodziła się, żeby jej partnerem był ktoś, kto nie bał się spojrzeć śmierci w oczy -powiedział głośno wódz.
-Ja, ja... -w tym momencie naukowiec pada jak kłoda.
Jego ciało Avatara nie było przyzwyczajone do wypijania takich ilości alkoholu, co spowodowało jego szybkie upicie się i w konsekwencji przerwanie łącza. Gdy obudził się w linkierze, przeklinał siebie że dał się namawiać na kolejne dolewki. Był też zły na Jake'a, który wyciął mu taki numer, nie dając mu większego wyboru. Jak wyszedł z maszyny, siadł na jej brzegu, łapiąc się za bolącą głowę. Spoglądając na swój zegarek, odczytał że była około dziesiąta. "No pięknie" -pomyślał. Wstając i podchodząc do okna swego baraku, widział tam daleko na gwieździstym horyzoncie, miejsce gdzie leży jego nietrzeźwy Avatar. Będąc zmęczony dzisiejszym dniem, poszedł się napić trochę wody z butelki, a następnie padł na łóżko. Nim zasnął miał nadzieje, że mieszkańcy klanu zajmą się jego niebieskim ciałem.
Przenieśmy się teraz kilkadziesiąt kilometrów dalej do klanu Omatikaya. Jake siedząc u boku swej wybranki jak zwykle cieszył się ciepłem domowego ogniska. Czasami zasłuchiwał się w to co mówią gawędziarze, opowiadając niestworzone historie na temat początku świata i jego obecnego istnienia. Od czasu do czasu rozlegał się płacz dziecka, który niósł się echem w środku Kelutral. Gdzieś tam w jednym z pomieszczeń, gdzie były przechowywano owoce leśne, Nana nabierała je w swoje ręce udając się z nim do swych rodziców. Ostrożnie szła między mieszkańcami klanu, nie chcąc nadepnąć przez przypadek na któryś z ogonów, zwłaszcza że one co chwilę się poruszały, omiatając podłoże.
Jak dotarła do nich, spytała się czy któryś z nich nie chce trochę jagód. Neytiri odmówiła, będąc zajęta plotkowaniem z innymi kobietami z klanu, zaś Jake wziął trochę na dłoń, zaczynając je zjadać, jednocześnie co chwile ziewał. Wiedział, że dziś pójdzie szybciej spać niż zwykle. I już miał odchodzić, gdy przypominał mu się Norm oraz to co mu zrobił. Zaczął się zastanawiać co on może tam robić, jak też co będzie jak wróci. Wtedy pod kolumną Drzewa Domowego dostrzegł siedzącego na ziemi Titee oraz Michelle, która leżała głową na jego kolanach. Miała zamknięte oczy, będąc głaskana przez jej partnera po jej długich ciemnych włosach.
-Michelle, jak myślisz Norm długo może być zły? -wtedy jak Jake zwrócił się do niej z pytaniem, ona otworzyła oczy.
-Nie wiem, a co się stało? -zapytała Michelle.
-Chciałem znaleźć mu partnerkę, no i nie wiem czy to był dobry pomysł. -powiedział wódz, biorąc kolejną jagodę do ust.
-Jeśli ją znajdzie, to myślę że nawet będzie wdzięczny. -stwierdziła, chwytając mocno dłoń Titee.
Jake'a trochę to uspokoiło, choć nie miał pojęcia co tam w klanie Konia miało miejsce. Dokańczając swe jedzenie, w końcu wstał i udał się na górę do wolnego hamaka. Po jakimś czasie dołączyła do niego Neytiri, która swe przyjście zawsze oznajmiała mu małym pocałunkiem na dobranoc. Nana postanowiła jeszcze trochę posiedzieć wśród klanu, ale że została bez rodziców zawołała Kato, żeby się z nim podzielić resztą jagód, jakie zostały w jej dłoniach. On znajdował się na jednych z odnóży wewnętrznych korzeni Drzewa Domowego i jak zobaczył jak Nana daje mu znaki żeby zejść, Kato zeskoczył zostawiając swych kolegów, którzy bawili się w zabawę, w której ręce ma się schowany orzech. To nie była do końca sprawiedliwa gra, zwłaszcza jeśli ktoś w ostatniej chwili przekładał go do drugiej dłoni.
Kato dołączył do niej, będąc poczęstowany owocami, które sam bardzo lubił. Nana w tym czasie zajęła się przegarnięciem węgli z ogniska oraz dołożeniem kawałków suchego drewna, żeby podsycić palenisko. W czasie tej pracy kilka warkoczyków spadło jej przed oczy, co od razu poprawiła, odsuwając je za ucho. Gdy już zrobiła co miała do zrobienia, siadła przy Kato i biorąc kijek, który leżał rzucony obok prowizorycznego siedziska z pnia, zaczęła nim grzebać w ogniu.
Dwoje dzieci siedzących tak blisko siebie w otoczeniu wielu dorosłych na około centrum ogniska, miało powody do rozmów na temat ich przyszłości. Oni zaś nic sobie z tego nie robili, bo jedyne co ich łączyła to przyjaźń.
Tymczasem Michelle i Titee dalej odpoczywali pod jedną z kolumn Kelutral, rozmawiając o błahych sprawach.
-I jak kochanie, czy masz dziś ochotę na mało grę? -zapytał półgłosem Titee.
-Czy aby na pewno? -Michelle zmrużyła oczy.
-Pytanie. -odpowiedział, nachylając się do pocałunku.
Wtedy też oboje wyszli z Drzewa Domowego, wspólnie trzymając się za dłonie. Był to ciepły wieczór z jak zawsze błękitną poświatą, która mieniła cały las w tym kolorze. Ich kierunkiem były okolice jezior, gdzie o tej porze można było liczyć na chwilę intymności. Przedzierając się między różnego rodzaju paprociami i innymi fantazyjnymi roślinami, trafili na cały rój jaszczurek wachlarzowych, które odpoczywały na liściach. Takiej okazji nie mogła przepuścić Michelle, która je wręcz uwielbiała. Niczym małe dziecko wbiegła między nie, krzycząc i uderzając dłońmi o rośliny. W parę chwil otaczało ją dziesiątki wirujących kolorowych dysków, których widok był dla niej wręcz hipnotyzujący.
-Jesteś jak mała dziewczynka. -stwierdził rozbawiony Titee.
-Dla mnie jest to jak piękny sen. -odpowiedziała, kiedy się zatrzymała i poprawiła włosy.
-A ja? -zapytał podchodząc bliżej niej.
-Ty jesteś jego uzupełnieniem. -zarzuciła mu ręce na szyje.
-Więc jestem tylko dodatkiem. -uśmiechnął się, a po chwili musnął jej usta, swymi ustami.
-Niezupełnie, raczej najważniejszą jego częścią. -patrząc mu w oczy, odczytała w nich jego gorące pożądanie.
-Tak już lepiej. -powiedział szeptem.
Titee obejmując wąską talię Michelle, cieszył się gładkością jej skóry. Ona zaś patrzyła na niego swymi wielkimi bursztynowymi oczami, w których on niemalże widział samego siebie. Odbijały cały otaczający ich delikatny blask nocy, wśród której słyszało się dźwięki otaczającej ich żywej przyrody. Nadal na około nich latało kilka jaszczurek, a nieco dalej krążyły małe świetliki, wydając ciche piski. Oni zaś pośrodku tego wszystkiego chcieli móc zaspokoić swe naturalne potrzeby, a oprócz tego dać swemu partnerowi dowód prawdziwej miłości, silnie wzmocnionej najbardziej niezwykłym połączeniem jakim było Tsaheylu. To było mocniejsze niż ślub, gdyż po tym żadne z nich nie mogło dłużej żyć bez siebie.
Oboje byli tak podekscytowani kolejną możliwością bliskiego kontaktu, że Michelle nie czekając, prawie zaczęła rozdzierać jego przepaskę.
-Czekaj kochanie, jak mi ją rozedrzesz to jak ja wrócę do środka. -Titee złapał jej dłonie.
-Ohh... szybciej! -powiedziała ze złością.
-Zaraz, po prostu chwila cierpliwości. O widzisz. -dodał spokojnie, kiedy jego nakrycie spadło na ziemię.
-Widzę. -powiedziała, mając na widoku to chciała.
-I co teraz zamierzasz? -zapytał, trzymając ją delikatnie za ramiona.
-Zabawimy się... trochę. -uśmiechnęła się.
Michelle zajęła się swoim ubraniem, rzucając swe nakrycie bioder obok przepaski Titee. Boże jak jej smukłe ciało wyglądało pięknie w te noc, rzucająca swe błękitne światło od pobliskich drzew na jej talie. Można było tylko patrzeć i doceniać to co miała najcenniejsze do zaoferowania. Jej niewielki nos oraz łagodne rysy twarzy były zwodnicze dla każdego kto jej nie znał. Przez tyle lat życia na Pandorze pośród dzikiego ludu, nabrała mocnego charakteru oraz drapieżności. Tak jak teraz, kiedy już coś chciała to trudno było ją od tego zamiaru odwlec.
Titee sięgnął do jej szyi, zdejmując z niej naszyjnik złożony z piórek i paru błyskotek, przez co ukazał mu się jeden ze najwspanialszych widoków. Małe, ale jakże apetycznie wyglądające piersi, które to poprzecinane niebieskimi paskami, pasowały do jej sylwetki. Miała tak jak wszystkie kobiety Na'vi aparycję modelki, co było bardzo seksowne. Michelle wiedziała, że w ciele człowieka trudniej byłoby utrzymać taką figurę i po cichu była wdzięczna za to, że zmieniła swe ciało na obecne o wiele silniejsze i sprawniejsze niż kiedykolwiek.
Michelle szeroko się uśmiechnęła ukazując białe zęby, kiedy jej partner patrzył na nią zachłannym wzrokiem. W końcu złapał jej wąskie biodra i przyciągnął do siebie, czując na swej klatce jej małe i zwarte piersi, które mocno dociskały się do jego ciała. Będąc nadzy zaczęli między sobą wymieniać się gorącymi pocałunkami. Titee uwielbiał jej miękkie usta, długą i delikatną szyje oraz zanurzać twarz w jej falistych włosach, miło pachnącymi owocami lasu.
Kiedy Titee rękę obniżył do pośladków, między nimi wyczuł jej warkocz, który sięgał w dół i jeszcze niżej. Złapał go, kiedy kołysząca się jego końcówka obijała dwie apetyczne połówki. Michelle wyczuwając to, zrobiła tak samo, szukając warkocza partnera, żeby stworzyć z nim Tsaheylu. Ile razy z nim to robiła i nie wciąż nie mogła się nadziwić jakie jest to niesamowite uczucie, mając cało jego świadomość w sobie. To najbardziej niezwykła rzecz z jaką się spotkała na tej planecie i już typowej miłości bez tego, sobie nie wyobrażała.
Jak zawsze ich oddech przyśpieszał, kiedy następowała więź między nimi. Patrzyli na siebie z szerokimi źrenicami i otwartym umysłem na nowe doznania. Michelle pozwoliła się położyć między paprociami w wysokiej świeżo pachnącej trawie. Zamknęła oczy i jęknęła, kiedy jego dłoń zawędrowała między uda i musnęła różowe fałdki. Była więcej niż gotowa, nawet bardzo, kiedy poczuł lekką wilgoć na palcach. Pieszcząc ją tam, pochylił głowę do pocałunku, dzieląc się smakiem swych ust.
Michelle cicho mruczała w zachwycie, ale nie tak chciała być zaspokojona. Otworzyła oczy i między kolejnymi westchnięciami, poprosiła żeby przestał.
-Titee... chcę ciebie... całego! -głośno jęknęła w zachwycie.
-Czyli już nie gramy? -zapytał, patrząc się na jej piękne oczy i rozchylone wargi.
-Nie... tego już... starczy! -mocno zacisnęła uda.
W końcu Michelle dostała to co chciała i będąc wypełniona w całości, więcej do szczęścia nie potrzebowała. Jej twarz promieniała z radości jaką czerpała z każdego mocniejszego posunięcia. Titee będąc w niej mocno osadzony, na chwilę się zatrzymał podziwiając piękne cechy jego partnerki. Wzór na jej klatce piersiowej, był widoczny w pełnej okazałości, podkreślając jej biust. Tylko na moment chciał go znowu poczuć w swych ustach, ssąc jej lewą brodawkę.
Jak skończył z piersiami, chwycił jej prawą nogę i podnosząc, zgiął ją w kolanie. Dzięki temu miał możliwość jeszcze głębszego poznania jej ciała. Gdy to robił, jej udało się wyswobodzić i w jednym momencie sama objęła go mocno w biodrach. Uśmiechnęła się, widząc jego zdziwienie na twarzy.
-Hej, co robisz! -zaprotestował.
-Chcę poskromić mego ikrana. -pogłaskała go po twarzy.
-Więc chcesz mnie ujeżdżać. -odpowiedział co tchu.
-Coś jakby. -zamrugała i dała mu mały uśmieszek.
-Uhh... jesteś coraz bardziej szalona, jeśli chodzi o te rzeczy. -mówiąc nachylił się do jej twarzy.
-Bo lubię. -powiedziała szeptem Michelle.
Kiedy znowu wrócili do stałego rytmu, ona złapała jego ucho zębami, pozostawiając mały ślad jej kłów. Później lizała i przepraszała za to co zrobiła, ale czasami po prostu nie mogła się temu oprzeć. Jak spoglądała zza jego pleców, widziała jego śmigający na wszystkie strony ogon, co ją trochę rozbawiło. Nigdy nie sądziła, że będzie miała kogoś z kosmatym ogonem. Ale czy to takie ważne, jeśli jest z nim tak dobrze.
Oboje prężyli się i pocili, żeby tylko móc zaspokoić swój zew natury. Michelle mocno chwyciła go za barki, kiedy Titee ostatni raz pchnął z całej siły i przez ich ciała przeszły fale ekstazy. Padł na nią całkowicie bezwładnie, jednocześnie głośno dyszał, wtulony twarzą w jej włosy i szyje. Tymczasem Michelle nadal trzymała Titee za barki, spoglądając z boku na kolorowy świat. Był on jednocześnie taki urzekający i niebezpieczny, ale też pociągający. Jej wzrok utkwił w migoczących gwiazdach na niebie. Ileż razy ona na nie patrzyła i nie mogła się nadziwić jak są piękne. Czasami tylko pojawiały się małe zorze, które nie przeszkadzały, a tworzyły jeszcze bardziej niesamowite widoki. W końcu Titee ześlizgnął się z Michelle i razem patrzyli w rozgwieżdżone nocne niebo. Długo dochodzili do siebie, ale też mieli na to dużo czasu.
