Słodycz i Puchatość
NB
Cz. 9.2
Harry uklęknął przy nogach Severusa i złapał go za dłoń.
— Ojcze, proszę. Pozwól komuś pomóc. Chcę by było jak dawniej.
— Harry...
Severus patrzył w oczy smutnego chłopca, który z każdym dniem przypominał swoją matkę.
— Severusie, chłopiec ma rację — odezwał się Dumbledore. — Potrzebujecie pomocy. Dobra blokada powinna się sprawdzić przy dziecięcej magii.
— Mam już trzy — odezwał się spokojnie chłopiec.
Harry spojrzał na Albusa i puścił dłoń Severusa. Podwinął rękaw na prawej ręce, ukazując srebrne bransolety. Zwykłe, proste obręcze.
— Trzy? — sapnęła Minerwa. — I ciągle magia...?
— Tak, proszę pani. — Chłopiec znów odwrócił się do swego ojca chrzestnego. — Mogę pokazać?
Mistrz eliksirów wyraził zgodę i Harry wstał. Dyrektor oraz McGonagall także to zrobili. Gdy dziecko skierowało się do wyjścia z salonu, ruszyli za nim. Tylko Severus pozostał bez ruchu.
Siedmiolatek poprowadził ich na drugie piętro i wskazał drzwi na końcu korytarza.
— Proszę zobaczyć.
Dorośli minęli go i przeszli przez korytarz. Drzwi nie były zamknięte na żaden zamek, one nawet niewiele przypominały normalne drzwi. Albus lekko pchnął, stopione niczym masło, drewniane skrzydło. Ich oczom ukazał się pokój dziecięcy, a dokładnie to, co z niego zostało. Ściany zastygły w podobnym stadium co drzwi, niczym lawa. Wiele przedmiotów zostało wbite ogromną siłą właśnie w te ściany. Inne pozmieniały częściowo swoje kształty. Półpoduszki, półmeble lub zabawki. Wszystko to ciągle unosiło się w powietrzu.
— Kiedy to się stało? — zapytał Albus, gdy Harry podszedł.
— Dwa dni temu. Miałem ten pokój dopiero trzy miesiące.
— A wcześniejszy? — dopytywała się McGonagall.
Harry cofnął się korytarzem i wskazał kolejne drzwi.
— Lepiej nie wchodzić — ostrzegł. — Wtedy nie miałem blokad.
Albus i tym razem pchnął drzwi, choć te były całkiem normalne. Minerwa zbladła na widoku w jakim stanie znajdował się pokój. Jakby ktoś wpuścił huragan i powódź jednocześnie do środka i zamknął drzwi. Nic nie było w całości. Jedynie połamane resztki czegoś co mogło być meblami lub rzeczami Harry'ego porozrzucane było wszędzie.
— Dlaczego nie można wejść?
— Proszę wyciągnąć rękę i dotknąć — powiedział spokojnie chłopiec, odsuwając się do tyłu.
McGonagall wyprostowała dłoń i zrobiła krok do przodu. Wyładowanie natychmiast przebiegło przez nią i syknęła z bólu.
— A to kiedy się stało?
— Trzy miesiące temu.
— I ciągle jest tu magia?
— Jak widać.
— A Severus próbuje nad tym panować?
Chłopiec odwrócił się do dyrektora z błagającym spojrzeniem.
— Proszę nam pomóc. Te wybuchy zranią kiedyś ojca. Nie chcę tego, ale nie potrafię nad tym zapanować. Czy może mnie pan tego nauczyć?
Chwilę panowała cisza pomiędzy tą trójką. Kobieta, na pytające spojrzenie Dumbledore'a, kiwnęła głową na zgodę i zeszła na parter.
— Harry, tak. Jestem w stanie ci pomóc, ale nie tutaj. Musimy przenieść się do Hogwartu. Tam mamy odpowiednie bariery dla takich jak ty.
— Ale tam mieszka Syriusz i Remus. Ojcu to się nie spodoba.
— Myślę, że dla twojego dobra zmieni zdanie.
— Nie zna pan ojca tak dobrze jak ja — mruknął cierpko chłopiec, schodząc na parter.
Głośna rozmowę słychać było już przy schodach, a po otwarciu drzwi do salonu stała się wyraźniejsza.
— Nie zgadzam się, by Harry przebywał w tym samym budynku, co te dwa kundle!
Severus stał naprzeciw kobiety ze skrzyżowanymi ramionami na piersi. Wzrostem górował nad nią kilka centymetrów, ale i tak nie wystraszył jej tym ani trochę.
— Pomyśl o chłopcu, Severusie. W Hogwarcie jest wykwalifikowana pielęgniarka i kilkunastu pracowników szkoły, którzy będą w stanie zatrzymać te wybuchy magii bez szkody dla żadnej ze stron.
— Powiedziałem już! NIE!
— Ile jeszcze takich ataków powstrzymasz, zanim chłopiec przypadkiem zrani siebie albo ciebie? — Albus minął Harry'ego i stanął obok mistrza eliksirów. — Jak on wtedy się poczuje, jeśli zrobi ci krzywdę?
— Naprawdę mogę skrzywdzić ojca? — Głos Harry'ego był dziwnie cichy, ale jednocześnie słychać było w nim zdenerwowanie. — Czy mogę być dla niego niebezpieczny?
Chłopiec otulił się ramionami i cofnął o krok.
— Spokojnie, chłopcze. — Zatrzymał go w miejscu Albus. — To jeden z najgorszych scenariuszy. Jeśli pójdziemy do Hogwartu, nic takiego się nie zdarzy.
— Tam nie jest bezpiecznie — wtrącił się Snape.
— Remus i Syriusz nie są niebezpieczni — szepnął znów chłopiec. — Ty ich zwyczajnie nie lubisz, bo są lika... wilkołakami.
Severus odepchnął Dumbledore'a i zbliżył się szybkim krokiem do stojącego w drzwiach dziecka.
— Lupin próbował cię zabić!
— Nie panował nad tym. — Harry zadrżał na krzyk.
— Tak, oczywiście! I tak przypadkiem z Hogwartu trafił podczas pełni do ciebie? Mijając po drodze setki innych ofiar, bo likantropii nie mogą się aportować podczas pełni? Ocknij się! To nie było przypadkowe! — Zaznaczył groźnie uprzejmym tonem, w którym słychać było skrywany gniew.
— Severusie, nie krzycz na niego. — McGonagall próbowała go uspokoić, odwracając uwagę.
— Nie wtrącaj się! To sprawa między mną a Harrym.
Zrzucił jej dłoń ze swego ramienia i znów odwrócił w stronę Pottera.
Jego źrenice rozszerzyły się, a nogi same cofnęły. Chłopiec patrzył na niego ostro. Jego ciało drżało lekko, ale nie można było tego stwierdzić stuprocentowo, bo powietrze dookoła także falowało.
— Harry? — Albus stanął koło Severusa z różdżką w dłoni.
Do chłopca chyba nie docierały jego słowa.
Pierwsza fala rozbiła wszystkie okna i uniosła w powietrze drobne przedmioty w całym pokoju.
— Wszystko przez was — warknął Severus, wybudzając się z odrętwienia.
Odetchnął głęboko i podszedł jeszcze bliżej. Coś wyraźnie utrudniało mu zbliżenie się.
— Co chcesz zrobić? — zapytał Minerwa.
— Wybudzić go — wycharczał, jakby każde słowo sprawiało mu wielki wysiłek.
Kolejny podmuch udaremnił mu zadanie. Siła rzuciła nim na drugi koniec salonu, gdzie osunął się po ścianie, zostawiając na niej krwawą smugę.
— Albusie, zrób coś! — ponaglała McGonagall.
— Nie mogę. Zablokował moją różdżkę.
Dyrektor faktycznie zmagał się z nią, jakby utknęła w miejscu.
Następna fala pewnie i ich rzuciłaby o ścianę. Wykrzyknięte Protego Maksimum i uniesienie przed siebie dłoni przez dyrektora uchroniło go, i stojącą trochę za nim kobietę, przed zranieniem.
Kilka sekund po trzecim zrywie magii chłopiec upadł nieprzytomny na podłogę. Korytarz i część salonu były nadtopione, a tam gdzie przeszły fale widoczne były ślady, jakby wściekła bestia ostrzyła sobie w tym miejscu pazury przed atakiem.
— Zabierzmy ich do Hogwartu. Gdy Poppy będzie się nimi zajmować, porozmawiam z magomedykami ze świętego Munga, czy mają jeszcze te złote ograniczniki.
— Ale to go całkowicie odetnie od magii!
— Mam przeczucie, że nawet one nie dadzą rady — odparł, spoglądając na sufit.
McGonagall podążyła za nim. Sapnęła z szoku. Sufitu nie było. Kolejnych stropów także.
— Jak...?
— Nie byłem w stanie powstrzymać tego ataku, więc odbiłem go do góry.
— On ma dopiero siedem lat! Skąd taka...?
— Voldemort też by się pewnie zastanawiał, gdyby tu był.
— Albusie! — oburzyła się McGonagall na użycie tego imienia.
— Harry to Wybraniec, czy tego chce czy nie. Nie może być normalny.
Kobieta jeszcze raz spojrzała w górę, na niebo.
— Masz rację. Nie jest normalny. — Szybko się jednak pozbierała. — Zabierzmy ich stąd, zanim ktoś powiadomi Ministerstwo. To musiało być wyczuwalne z daleka.
Przetransportowali dwójkę nieprzytomnych przez kominek wprost do skrzydła szpitalnego Hogwartu. Dyrektor zostawił ich pod opieką dwóch kobiet, a sam poszedł porozmawiać o nowych ogranicznikach dla chłopca. Miał tylko nadzieje, że mają więcej niż jeden.
Naprawdę nie chciał być pesymistą.
