10. Chłodna bryza
W porze śniadaniowej, stołówka przywitała uczniów zapachem lekko przypalonego mleka. Nietrudno było domyślić się, że podane zostaną płatki. Podane przez jakiś wybranych losowo nieszczęśników, jak zwykle.
I rzeczywiście. Na stołach w niezbyt żwawym tempie wylądowały głębokie talerze z białą, parującą cieczą, w której pływały rozmoczone, kukurydziane płatki. Pachniało to wszystko troszkę dziwnie i smakowało gorzej niż przeciętnie. Coś jak na wpół przeżute ciasto kukurydziane.
Patrząc jednak po jedzących, nie wyglądało jakby ktokolwiek narzekał. Wszyscy jedli swoje porcje niczym zombie - powolnymi, niezdarnymi ruchami. Nie rozmawiali, nie marudzili, tylko wbijali zmęczone spojrzenia w mleczno-kukurydziane błotko, w którym co jakiś czas znikały ich łyżki. Atmosfera była strasznie ponura jak na tak pięknie zapowiadający się dzień. W sensie pogodowym oczywiście. Większości uczniów jakoś nie ciągnęło do lasu.
Chociaż to akurat niewiele zmieniało. Nawet gdyby opiekunowie oficjalnie zapowiedzieli, że celem porannej wycieczki będzie pójście na pizzę i lody, uczniowie byliby padnięci i wyprani z entuzjazmu. Miłe perspektywy nie zastąpią snu, a tego głównie brakowało większości obecnych.
Marcelina poderwała się nagle i rozejrzała dookoła. Właśnie po raz chyba setny tego ranka zapadła w mini-drzemkę i prawie zanurkowała w swoich płatkach. Otaczający ją uczniowie, włącznie z siedzącą tuż obok Bonnie, mieli podobne problemy. Chociaż w przypadku różowej ograniczyło się to tylko do podkrążonych oczu i dość niepokojącej automatyzacji ruchów.
Czarnowłosa wzdrygnęła się. Gdy patrzyła na swoją dziewczynę przypomniał jej się sen jaki miała poprzedniej nocy. Wspomnienie było niezwykle dokładne i szczegółowe. I bardzo nieprzyjemne. Rozmoczone płatki zrobiły się jeszcze mniej apetyczne, więc zamiast powoli unosić łyżkę do ust wzięła się za dokładniejsze oględziny twarzy siedzących przy stole osób. Teraz, gdy jej zaspanym oczom udało się odzyskać nieco ostrości widzenia, spostrzegła coś, co natychmiast zwróciło jej uwagę. Z ponurego, zaspanego towarzystwa wyróżniały się dwie niezwykle żywe i uśmiechnięte mordki. Siedzący ramię w ramię Paul i Carroll śmiali się prowadząc pełną głupawych dowcipów rozmowę na temat paskudnego śniadania.
Dziewczyna zmarszczyła czoło. 'Cholery jedne… Czyli po to były te amulety' pomyślała mieszając powoli w mlecznym błotku i zastanawiając się jakim cudem tak długo zajęło jej zauważenie tak odstającego od tła szczegółu u osób siedzących tuż przed nią.
- "Wszystko w porządku?" - drgnęła słysząc znajomy głos - "Marcelino?" - podniosła głowę i spojrzała prosto na brązowowłosego chłopaka, który wpatrywał się w nią z całkiem wyraźną troską w oczach. Siedząca obok niego dziewczyna miała całkiem podobne spojrzenie.
- "Nie… Tak. Po prostu się nie wyspałam" - odparła zacinając się nieco - "Miałam dziwny sen. Bardzo… creepy…"
- "Nie ty jedna" - mruknęła ponurym, ledwo słyszalnym głosem Bonnibel - "Ugh… Nawet nie chcę o tym myśleć."
- "Będzie tak przez cały tydzień" - powiedział spokojnym głosem Paul, zbierając resztkę swoich płatków na łyżkę - "Noc w noc. Uroki miejsca, w którym śpimy."
Długa seria kaszlnięć jakie wydała z siebie Marcelina po tym jak usłyszała wypowiedź przyjaciela mając jednocześnie usta pełne śniadania. Jej dziewczyna poklepała ją po plecach patrząc jednocześnie z niepokojem na brązowowłosego.
- "Co?! Cały tydzień?" - zapytała czarnowłosa uspakajając oddech. Przez chwilę miała lekką chrypę.
- "Yep…" - Paul kiwnął głową - "Powiedziałbym, że się przyzwyczaicie, ale nie. Nie przyzwyczaicie się. Wiem z doświadczenia."
- "To może pożyczyłbyś ten amulet?" - zaproponowała z nadzieją w głosie - "Będziemy spać na zmianę, czy coś."
- "Przykro mi, ale nie mogę. Nie zadziała. Dostraja się do pierwszego użytkownika" - skłamał. Bardzo chciał zrobić sobie przerwę od koszmarów.
- "Czy te łapacze snów wytrzymają przez cały tydzień?" - zapytała cicho Carroll - "Jak go rano chowałam, to troszkę się sypał."
- "Nie wiem… Mój też się troszkę się zaczął psuć" - mruknął chłopak. Zaraz potem zamilkł i dyskretnie zaczął coś obserwować. Niebieskowłosa natychmiast zerknęła w tym samym kierunku.
Do stołówki wmaszerowała właśnie pani Ragano. Swoje popielate włosy spięte miała w niezbyt ogarnięty kok i szurała po podłodze materiałowymi kapciami w kwiatowe wzorki na ciemno-fioletowym tle. Miała na sobie spódnicę i sweter, bardzo podobne do tych, które nosiła dnia poprzedniego. Do tego zarzuciła na siebie szlafrok, który przypominał nieco futro i był w kolorze zbliżonym do różowego, ale dość ciężkim do określenia. Przynajmniej dla Paula.
Kobieta, tuż po wejściu do pomieszczenia, zaczęła się uważnie rozglądać po twarzach zgromadzonych przy stołach uczniów, z których może dwóch, czy trzech poza przyjaciółmi w ogóle ją spostrzegło. Jako że młodzieży nie było wiele, szybko znalazła swój cel i natychmiast wbiła w niego karcące spojrzenie. Paul - bo to właśnie jego przeszywała wzrokiem, który prawdopodobnie byłby w stanie przestraszyć każde dziecko i dużą część nastolatków - tylko się wyszczerzył. Głównie po to, żeby nie pokazać języka.
Właścicielka ośrodka zmrużyła oczy i pokręciła głową. zanim wyszła zerknęła jeszcze podejrzliwie na Carroll.
- "O co chodziło?" - zapytała szeptem dziewczyna.
- "Ona wie" - uśmiechnął się krzywo brązowowłosy - "Wyczuła amulety."
W lesie było spokojnie i chłodno. Znacznie chłodniej niż na ulicach nadmorskiego miasteczka, które już od rano całkiem mocno przypiekało słońce. Gałęzie drzew szumiały chicho, poruszane dość silną bryzą, która przynosiła ze sobą charakterystyczny zapach. Gdzieś w oddali słychać było dzięcioła, który zacięcie walił dziobem w jakiś pień.
Grupa poruszała się w ślimaczym tempie po wiodącej między drzewami drodze o szerokości pojedynczego samochodu osobowego. Wyglądała na uczęszczaną dość rzadko, ale wystarczająco często by nic wielkiego jej nie zarosło. Wyraźnie odznaczały się koleiny i szeroki pas chwastów na środku.
Uczniowie wciąż byli mocno śnięci. Tak naprawdę mocno. Pewnie gdyby nie to, że musieli maszerować, położyliby się po prostu w leśnej ściółce i odespali beznadziejną noc. I zapewne spałoby im się znacznie lepiej niż w ośrodku. No… dopóki nie oblazłyby ich mrówki.
- "Gdzie my tak... właściwie idziemy?" - zapytał Jake ziewając w połowie zdania.
- "Do lasu?" - Marcelina starała się wcisnąć w swój głos tyle sarkazmu ile tylko się dało. Nie wyszło to chyba tak jak chciała, bo nie uśmiechnęła się po tym nawet na sekundę.
- "Nigdzie nie idziemy" - odpowiedział Paul - "Ostatnio kiedy tu byłem, ta droga prowadziła do zasyfionej plaży. Miejscowi chodzili tam na ryby, bo woda była dość głęboka."
- "Ryby przy brzegu?" - zdziwił się Finn. Brzmiało to trochę jakby mówił przez sen.
- "Raz się prawie tam utopiłem" - uśmiechnął się brązowowłosy. Carroll spojrzała na niego z lekkim przestrachem. Nieco mocniej zacisnęła palce splecione z jego dłonią.
Przez chwilę maszerowali w ciszy. Rozmowy w ogóle były bardzo okazjonalne. Wszyscy wlekli się powoli i potykali się o nierówności na ścieżce, a najgłośniejszymi dźwiękami jakie wydawali były ziewnięcia. Leśnicy - nie żeby jacykolwiek zapuszczali się w tą okolicę - byliby pewnie dumni.
Co ciekawe nauczyciele nie byli w wiele lepszym stanie od uczniów. Pan Iceking szedł jak w miarę świeże zombie, a pani Giant co chwilę ziewała i przecierała wyraźnie zaspane oczy. Do śniadania, ku wyraźnemu niezadowoleniu kucharki, wypili po dwie porcje kawy, ale widocznie nie dało to wiele.
- "To nie ma tu nic ciekawego do zwiedzania?" - zapytała obojętnym głosem Phoebe. Podobnie jak większość grupy miała kompletnie gdzieś zwiedzanie dopóki pozostawiono jej wystarczająco dużo wolnego czasu i swobody.
- "Coś by się znalazło" - odparł Paul z podejrzanym uśmiechem - "Ale najpierw trzeba by się zgubić w lesie."
- "Wiesz co?" - odezwała się po chwili ciszy Marcelina - "To nie brzmiało ani trochę creepy" - tym razem sarkazm wyszedł jej znacznie lepiej.
- "Co masz na myśli mówiąc "zgubić się"?" - spytała Bonnibel.
- "Drogą możemy dojść tylko do miejsca, do którego prowadzi" - odpowiedział wciąż się uśmiechając - "Żeby dojść tam gdzie nie prowadzi żadna droga, musimy wejść w las i się zgubić."
- "Ale będziemy w stanie wrócić?" - zapytała z lekkim niepokojem Carroll.
- "Bez problemu" - odparł chłopak. Nie zamierzał czekać na kolejne, drążące temat pytania. Spojrzał na niebieskowłosą i kiwnął głową w stronę przodu niewielkiego tłumu uczniów.
Przedostanie się tam nie zajęło im nawet minuty, chodź grupka rozciągała się na całkiem długi kawałek drogi. Celem Paula było oczywiście zagadanie do prowadzących grupę nauczycieli.
Wyglądało na to, że przewodnikiem aktualnie był pan Iceking. Brodacz trzymał w dłoniach nieco pogniecioną mapę, którą kupił gdzieś po drodze. Wyglądała na nieco starą.
- "Przepraszam, ale gdzie idziemy?" - zapytał uprzejmie i z szerokim uśmiechem chłopak. Starszy nauczyciel, którego całą uwagę pochłonęła mapa, prawie podskoczył.
- "Eemm…" - otworzył usta, wydał z siebie dziwny dźwięk, a potem chyba się zawiesił, więc brązowowłosy spojrzał na idącą tuż obok panią Giant. Kobieta tylko wzruszyła ramionami.
- "Okej… To może pójdziemy zobaczyć coś fajnego?" - zaproponował Paul - "Byłem tu kilka razy. Chodziliśmy z moim ojcem i wujem po tych lasach. Znam kilka ciekawych miejsc. Musimy tylko wejść do lasu."
- "Nie zgubimy się?" - zapytała wyraźnie zainteresowana nauczycielka.
- "Nie" - skłamał. I zrobił to wspaniale.
- "No to dobrze… Tylko namów resztę" - wskazała idącą za nimi grupę.
- "Dziękuję" - uśmiechnął się, po czym odwrócił się w stronę pozostałych uczniów i podniósł ręce w górę, żeby ściągnąć ich uwagę - "Skręcamy w las!" - zawołał. Większość uczestników wycieczki skupiło na nim wzrok. Nie wyglądali jakby zamierzali protestować - "Będziemy iść przez jakieś piętnaście, może dwadzieścia minut. Nie rozchodźcie się na boki i nie zostawajcie w tyle. Jeśli się zgubicie, to po was nie wrócę, a nikt inny was nie znajdzie" - wyszczerzył się, po czym kompletnie ignorując nieco niezadowolone spojrzenie pani Giant ruszył razem z Carroll między drzewa.
Grupa, włącznie z nauczycielami, ruszyła za nimi bez dłuższych zastanowień.
'No jak tak w ogóle można? Kolejny raz! I to jeszcze razem z inną osobą! Cholera jedna tylko by życie ludziom utrudniał samolub niewyrośnięty…'
Violetta wyciągnęła z kieszeni pęk kluczy i nawet nie patrząc wybrała właściwy, po czym wcisnęła go w dziurkę i przekręciła. Drzwi otworzyły się, a starsza kobieta wlazła do jednego z gościnnych pokoi. Skrzywiła się widząc cały chaos jaki pozostawili po sobie uczniowie. Na podłodze leżały plecaki, a na nich stosiki ciuchów. Jakieś drobniejsze bagaże leżały na łóżkach i parapecie. Najgorsze jednak były takie szczegóły jak niewygładzona pościel, czy wyraźnie krzywo powieszony obrazek na ścianie.
Zacisnęła zęby powstrzymując się od sprzątnięcia całego tego syfu. Nie mogła zostawić żadnych śladów. Najostrożniej jak tylko potrafiła zaczęła sprawdzać łóżka. Wsuwała dłoń pod poduszki i kołdry próbując wyczuć jakieś nierówności. Potem zajrzała pod wszystkie meble w pomieszczeniu, przyświecając sobie malutką, jednodiodową latareczką. Sprawdziła we wnętrzu oraz z każdej strony szafy, za obrazkiem, a na samym końcu dokładnie obmacała plecaki i torby. Nic.
Kontrabanda, której tak dokładnie poszukiwała ukryta była zapewne wewnątrz bagażu winowajcy, ale kobieta nie miała zamiaru go sprawdzać. W najlepszym przypadku zostawiłaby jakieś ślady, a w najgorszym straciła rękę albo coś w tym rodzaju. Jeśli oczywiście przedmioty, których szukała były od TEJ osoby…
Mamrocząc z wściekłością wyszła z pomieszczenia i zakluczyła za sobą drzwi. Następnie pomaszerowała w kierunku pokoju, w którym spała druga podejrzana osoba. Tu było jeszcze gorzej. Tylko jedno z trzech łóżek było pościelone w miarę dokładnie. Pozostałe nie były wcale. Do tego pokrywały je ciuchy. Jedna z torb przewróciła się, a część jej zawartości się wysypała.
Starsza kobieta zadrżała, przełknęła ślinę i ponownie, z zaciśniętymi zębami zaczęła przeszukiwać pokój.
Tutaj wyniki były podobne. Tylko proces zajął więcej czasu. Naprawdę trudno było sprawdzić każdy zakątek bez przestawiania czegoś z oryginalnego miejsca. Zwłaszcza kiedy naprawdę chciało się coś przestawić. I schować. I wyrównać, ułożyć, poprawić i posprzątać tak, żeby było czysto i pięknie.
Z obrzydzeniem opuściła pokój, po czym ruszyła żywym krokiem w stronę swojego mieszkanka ukrytego w głębi ośrodka. Przeszła przez dostępne tylko i wyłącznie dla personelu drzwi, które przypominały nieco szafkę na szczotki. Zapaliła światło w wąskim korytarzyku, po czym ruszyła na przód. Za zakrętem były równie wąskie schodki prowadzące w mrok. Zeszła po nich, a każdy jej kolejny krok był cichszy.
W głębi lasu drzewa skrzypiały głośno, zupełnie jakby były żywe i oglądały się za grupą młodych gości. Pod nogami uczniów leżała gruba warstwa ściółki, która szeleściła pokoleniami liści, kory, gałązek oraz najróżniejszych drobnych śmietków jakie zrzucały z siebie drzewa. Jakieś dziesięć minut wcześniej ucichł dzięcioł. Prawdopodobnie po prostu się znudził i poleciał gdzieś indziej. Lub odeszli zbyt daleko by go usłyszeć.
Choć w lesie było dość mrocznie, praktycznie każdy uczeń, który dotychczas przysypiał podczas marszu obudził się. A do tego najpewniej żałował, że nie zaprotestował gdy ten świrus powiedział, że schodzą ze ścieżki. Co to w ogóle za pomysły? Jeszcze złapie ich jakiś leśnik. Teraz straszliwie zawiedziony, a nie dumny.
Droga strasznie się dłużyła. Tak bardzo, że wycieczkowicze idący najbardziej w tyle zaczęli marudzić między sobą. Na spojrzenie pani Giant, Paul odpowiedział tylko, że już niedaleko. Jeszcze tylko momencik i będą na miejscu. Widok będzie warty marszu.
Chwilę później marudy przestały gadać o tym jak długo idą i jak to ich bolą nogi, a zaczęły oskarżać swojego przewodnika o chodzenie w kółko. Chłopak odparł na to krótko i zwięźle
- "Już za późno. Jeśli chcecie wracać sami, to możecie iść i się zgubić."
Co ciekawe, gdyby komukolwiek telefon łapał zasięg, można by łatwo sprawdzić ich trasę i dowiedzieć się, że idą idealnie prosto. Jakim cudem? Paul miał po prostu przy sobie kompas i doskonale wiedział gdzie idzie.
Ledwie kilka minut później dało się słyszeć pierwsze, zaskoczone i pełne zachwytu westchnienia. Oraz kilka cichych przekleństw, przy których panie Giant nieco się skrzywiła. Nie odzywała się jednak, bo sama miała ochotę rzucić mięsem.
Jakieś dwieście metrów od maszerującej powoli grupy, za drzewami, widać było statek. Stary, drewniany i złamany w pół, zaklinowany pomiędzy połamanymi pniami. Z nieprzysłoniętego gałęziami nieba oświetlały go promienie słońca, nadając całej scenie niepowtarzalny wygląd.
Burty niewielkiego żaglowca pokryte były plamami mchu i porostów. Deski nie były jednak spróchniałe, a w niektórych miejscach widać było jeszcze ślady karmazynowej farby. Dwa wysokie maszty zostały złamane zaraz przy pokładzie. Jeden z nich zwisał z tyłu, a drugi zaplątał się w połamane drzewa. Po żaglach nie został nawet ślad.
Zostało za to całkiem dużo lin, które teraz przypominały bardziej liany, porośnięte warstwą zielonych, chropowatych porostów. Wiele z nich zwisało z burt tworząc zdradliwe wejścia na pokład. Zasłaniały też przy okazji kilka całkiem sporych dziur wybitych najpewniej przez kolizję z drzewami.
Najlepiej zachowaną częścią statku jakimś cudem był jego galion - rzeźba pięknej syreny pokryta nieco wyblakłą farbą. Obejmowała rękami znajdujący się za nią dziób i wbijała dumne spojrzenie w horyzont, teraz zasłonięty przez drzewa.
- "Jak to się tu do cholery znalazło" - zapytała Bonnibel zatrzymując się w pobliżu powalonego drzewa i zadzierając głowę w górę - "Jesteśmy w środku lasu…"
- "Fala" - odparł krótko Paul, po czym zostawił zachwycony tłumek w tyle i zaczął powoli obchodzić wrak. Carroll podążyła za nim, praktycznie nie odrywając wzroku od górujących nad zdewastowanym fragmentem lasu burt.
- "To musiało by być jakieś tsunami" - skrzywiła się różowowłosa przyglądając się połamanym pniom.
- "Hej, Bonnie!" - zawołała Marcelina kładąc jednocześnie dłoń na ramieniu niższej dziewczyny - "Czy to nie taka sama syrenka jak ta na rynku?"
- "Możliwe" - mruknęła różowa przyglądając się rzeźbie - "Chyba naprawdę trzeba będzie spytać o to Paula… Właściwie to gdzie on jest?"
Nieobecność przewodnika skrzętnie wykorzystał Finn. Chłopak zbliżył się do wiszącego niecały metr nad ziemią kadłuba. Za zwisającymi z niego linami, tuż nad stępką ziała całkiem spora dziura. Dało się przez nią bez problemu przejść dzięki temu, że statek był lekko przechylony w przeciwną stronę niż ta, od której przyszli.
Blondyn z pewnym trudem odgarnął ciężkie liny na bok, zdrapując przy tym trochę porostów swoją protezą ręki. Skrzywił się nieco gdy coś zaskrzypiało podczas tego całego odgarniania, ale nie wyglądało na to, żeby ktoś zwrócił uwagę. Wszyscy byli strasznie zajęci podziwianiem wraku.
Finn odetchnął z ulgą, po czym złapał za krawędź otworu i podciągnął się. Łatwo nie było, ale w końcu się udało i chłopak mógł zajrzeć do środka. Było tam dość ciemno i chłodno i ledwie było widać cokolwiek. Daleko, w mroku widać było coś białego i przypominającego nieco ludzką czaszkę…
Chłopak krzyknął w panice gdy ktoś pociągnął go za pasek. Nagle zrobiło się jasno, a pokryta leśną ściółką ziemia uderzyła go w tyłek. Niezadowolona twarz Paula zasłoniła mu słońce.
- "Nie chcesz wleźć do środka. Wierz mi" - powiedział, po czym pochylił się i wpełzł pod stępkę.
Chwilę się tam rozglądał ściągając przy tym na siebie trochę uwagi innych uczniów. W końcu odgarnął trochę syfu z ziemi, wsadził gdzieś palec i podważył nim niewielką, plastikową płytkę. Wyciągnął z niej kawałek kredy zapakowany w plastikową torebkę zamykaną na zacisk.
Gdy wylazł spod kadłuba i zaczął odpakowywać zawartość paczuszki, już wszyscy się na niego gapili. Nie przejmując się tym zbytnio, wziął kredę i zaczął rysować skomplikowany symbol na burcie. Robił to powoli i precyzyjnie, czasem poprawiając niektóre fragmenty po kilka razy. Na koniec, nachylił się do Carroll i wyszeptał jej coś do ucha, po czym podał jej kredę. Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie, po czym powoli zbliżyła się do kadłuba i zamknęła symbol w okręgu. W momencie, w którym skończyła, od desek zaśmierdziało spalenizną. Nie było widać przy tym żadnego dymu, czy płomieni. Tylko i wyłącznie zapach.
- "Może coś nam o tym opowiesz?" - zaproponowała pani Giant zwracając się do Paula i szerokim gestem wskazując wrak.
- "Oczywiście" - uśmiechnął się szeroko chłopak - "Macie przed sobą statek transportowy, który pływał na okolicznych morzach jakieś pięćset lat temu. Mniej więcej. W środku można znaleźć pozostałości po ciałach całej załogi oraz skrzynię pełną złota. I przeklętą przy okazji" - mimo ostatniego zdania niejednemu uczniowi zaświeciły się oczy - "Jakieś pytania?"
- "Jak statek znalazł się w środku lasu?" - zapytała Bonnibel podnosząc jednocześnie rękę - "I dlaczego jest w takim świetnym stanie?"
- "Według legendy załoga tego statku wkurzyła syrenę próbując ją zachęcić do wiadomych czynności za pomocą biżuterii. Syrena przeklęła ich złoto, statek oraz ich samych, a potem stworzyła olbrzymią falę, która wyrzuciła statek daleko w stronę lądu. No i wylądował tutaj" - wskazał kciukiem za siebie - "A dlaczego jest w takim stanie? Nawet nie wiem… Pewnie wina klątwy."
- "Możemy wydobyć ten skarb?" - spytał ktoś z klasy Finna. Paul kompletnie nie kojarzył po głosie, a typek był tak niski, że nie wystawał ponad tłumek.
- "Możesz spróbować" - odpowiedział wzruszając ramionami - "Ale według przekazów światków skutki uboczne to między innymi poważne i rozległe oparzenia rąk oraz wnętrza ust, ślepota, utrata owłosienia, trąd, zanik kośćca, utrata gałek ocznych, utrata uzębienia, paraliż, krwotok wewnętrzny i zewnętrzny, szaleństwo oraz śmierć" - wyliczył na palcach - "A to tylko te efekty o których wiemy" - uśmiechnął się uroczo. A przynajmniej spróbował. Carroll cicho prychnęła.
Ucichły wszystkie szepty o skarbie, od których było głośno przed poprzednim pytaniem. Zgasły też iście kreskówkowe błyski w oczach. Nikt nie chciał już ryzykować.
- "Powiedziałeś, że w środku są ciała" - odezwała się Football - "Dlaczego nikt ich jeszcze stamtąd nie zabrał?"
- "Miejscowi próbowali" - odparł chłopak - "Nie da się. Są na stałe zrośnięte z pokładem."
Kilka osób musiało sobie to wyobrazić, bo w tłumie pojawiło się kilka zzieleniałych twarzy.
- "Co tak właściwie robiliście z tą kredą?" - zapytała Marcelina wskazując dziwny znaczek na burcie - "Co to znaczy?"
- "To blokada. Tarcza, która trzyma zawartość wraku wewnątrz wraku" - odpowiedział krótko chłopak. Tak naprawdę nie chciało mu się tego tłumaczyć, choć spodziewał się, że i tak zaraz będzie musiał.
- Czyli można wyciągnąć te ciała?" - zapytała jakaś dziewczyna z młodszej klasy - "Gdyby zmazać to coś?"
- "Nie. Zaklęcie..." - skrzywił się lekko wymawiając to słowo - "...nie blokuje rzeczy materialnych. Ono blokuje wszystko co niematerialne. Gdyby nie w miarę częste odświeżanie tarczy, spory kawałek lasu wyglądałby jak postapokaliptyczne pustkowie, a zbliżający się ludzie otrzymywaliby po darmowej klątwie. Proces nie jest na szczęście jakoś specjalnie szybki. Potrzeba by było lat, żeby klątwa wyciekła z wraku" - wyjaśnił - "Przy okazji mała ciekawostka: zaklęcie o którym tak żywo opowiadam..." - postarał się, żeby jego głos zabrzmiał jak najbardziej monotonnie - "...działa zdecydowanie dłużej jeżeli symbol zostanie zamknięty przez kobietę" - uśmiechnął się i rozczochrał niebieską czuprynę stojącej tuż obok Carroll.
Uczniowie zamilkli kompletnie. Widocznie mieli pewne trudności z przetworzeniem informacji. Niejeden wyglądał jakby chciał natychmiast zwiewać jak najdalej od statku. I pewnie by to zrobili, ale perspektywa zgubienia się w lesie nie była zbyt różowa.
- "To tylko folklor…" - powiedziała bez większego przekonania Bonnibel.
- "Wyglądacie na zaniepokojonych" - powiedział chłopak - "Bałem się, że będziecie się śmiać, bo stwierdzicie, że opowiadam jakieś bajki."
- "Możemy się już zbierać?" - poprosiła pani Giant. Starała się wyglądać na spokojną, ale obecność ludzkich szczątków tak blisko zdawała się wyprowadzać ją z równowagi. Nawet jeśli nie była pewna, czy na pewno istnieją. Pan Iceking nawet się nie ukrywał ze strachem. No… technicznie rzecz biorąc to się ukrywał. Za swoją koleżanką z pracy.
- "Pewnie" - uśmiechnął się Paul. Złapał Carroll za rękę i ruszył we względnie losowym kierunku - "Za mną!"
Praktycznie natychmiast po wyjściu z cienia drzew, w uczniów uderzyło prawie oślepiające światło słońca i podmuch powietrza tak ciepłego, że zaraz zaczęli się pocić. Dopiero teraz ktoś przypomniał sobie, że warto byłoby sprawdzić, która jest godzina. Okazało się, że byli w lesie dłużej niż im się wydawało i zbliżała się już pora obiadu. Nauczyciele szybko zarządzili zbiórkę by powstrzymać podopiecznych od rozłażenia się wszędzie dookoła i ruszyli w stronę ośrodka by nie spóźnić się i nie musieć dowiadywać się jakie są konsekwencje.
Miasteczko wydawało się być praktycznie kompletnie opustoszone. Pieszych na chodnikach nie widziało się prawie wcale, a po samochodach nie było nawet śladu. Zupełnie jakby wszyscy postanowili wyjechać na obiad do restauracji w najbliższym mieście. Albo po prostu poszli zjeść obiad, a swoje auta zaparkowali w garażach.
Paul, po wyjściu grupy z lasu, nie był już potrzebny jako przewodnik, więc czym prędzej wycofał się na sam tył. Zawsze wolał trzymać się na końcu podczas wycieczek. Zwykle nie interesował się za bardzo słowami opiekunów i wolał rozmawiać z przyjaciółmi. Choć niekoniecznie lubił być tak wypytywany.
- "To wszystko było na serio?" - zapytała Bonnibel - "Czy to ta sama syrena, której pomnik stoi na rynku?"
- "Tak i tak" - odparł chłopak wzruszając ramionami.
- "Jaki przewozili skarb?" - Finn zdawał się kompletnie zapomnieć o klątwie.
- "Skąd mam wiedzieć?" - zaśmiał się brązowowłosy - "Gdybym go zobaczył, to pewnie by mnie tu teraz nie było."
- "Jakieś legendy nic nie mówią?" - dociekał blondyn. Był podekscytowany jak nigdy.
- "Mówią za dużo" - odpowiedział - "Według każdej skarb był inny. Słyszałem chyba z pięć różnych wersji i dobrze wiem, że żadna z osób, które je opowiadały nie widziała ładunku. Nie ma co im wierzyć."
- "Nie można jakoś ee… wyłączyć tej klątwy?" - zapytał Jake. W przeciwieństwie do brata, nie wyglądał na ani trochę zainteresowanego.
- "Pewnie się jakoś da. Moja ciotka nie potrafi" - Paul wcisnął dłonie do kieszeni - "Gdyby nie to, że wszędzie dookoła jest las, dałoby się spalić statek. Gdyby temperatura była wystarczająco wysoka, złoto by się stopiło, a większość kamieni szlachetnych powinna zostać w całości, choć nie jestem tego pewien. Wytopione złoto można by było wtedy zebrać. Wartość spadłaby znacznie, ale klątwa powinna zostać znacznie osłabiona. Wtedy pewnie dałoby się ją zdjąć."
Finn zmarszczył brwi. Wyglądał jakby się nad czymś naprawdę mocno się zastanawiał.
- "Dlaczego ogień miałby osłabić klątwę" - zapytała Bonnibel.
- "Przeklęty został statek, marynarze oraz skarb" - wytłumaczył chłopak - "O klątwach statku oraz marynarzy możemy spokojnie zapomnieć, bo nie oddziałują na innych. Polegają głównie na tym, że nie można ruszyć wraku ani ciał z miejsca, i że są odporne na warunki atmosferyczne. No… prawie… Statek widzieliście, a po ciałach zostały tylko kości" - skrzywił się lekko. Zobaczył je mając około jedenastu lat i nie było to zbyt miłe wspomnienie - "Skarb za to przeklęty jest w taki sposób, by oddziaływać na innych. Coś jak piramidy. Każdy kto zakłóci spokój zostanie przeklęty" - wyciągnął dłonie z kieszeni i zrobił nimi gest, który wyrażał coś w rodzaju "co poradzisz" - "Spalenie wraku zmieni formę wszystkiego wewnątrz. Statek przestanie być statkiem, kości przestaną być kośćmi, a złoto z biżuterii, monet, czy sztabek przemieni się w bezkształtnego gluta. Na kupę popiołu i kałużę metalu nikt nie rzucił klątwy, więc będą one w najgorszym przypadku lekko przeklęte. Jeśli to ma jakikolwiek sens…"
- "Chyba ogarniam..." - kiwnęła głową różowa.
Tego dnia przy obiedzie przyszła kolej na pokój Paula. Trójka chłopaków roznosiła naczynia i dziwnie kluchowate pierogi z ponurymi minami. Humoru ani trochę nie poprawiało im to, że talerze zostały dokładnie umyte tylko od strony poddawanej zwykle eksploatacji. Spody naczyń obklejone były drobnymi kawałeczkami… czegoś… Nikt nie chciał nawet wiedzieć czego. Możliwe, że w kuchni mieli zmywarkę, która nie działała tak jak powinna i nie zaprzątali sobie głowy dokładnym skrobaniem.
Sam obiad też nie był jakoś specjalnie smaczny. Nie był tragiczny, ale zarówno aspekty wizualne jaki i smak i zapach nie zachęcały do proszenia o dokładkę. Nie żeby ktokolwiek spodziewał się, że takową dostanie.
Po tym jak uczniowie opróżnili swoje talerze, a Paul, Finn i Jake poznosili brudne naczynia do kuchennego okienka, nauczyciele oznajmili, że do kolacji trwać będzie czas wolny. Można było wyjść sobie do miasta i przejść się do sklepu, czy na plażę. Jedynym warunkiem było wzięcie ze sobą telefonu. Bez pomachania nim opiekunowi nie można było przejść przez próg.
Grupka dziewczyn i dwóch-trzech chłopaków z młodszej klasy praktycznie od razu poleciała po ręczniki i stroje kąpielowe, po czym ruszyła w stronę morza. Pędzili aż się za nimi kurzyło. Widocznie nie chcieli stracić ani minuty cennego wolnego czasu.
Brązowowłosy nigdzie się nie spieszył. Już wcześniej ustalił z Carroll, że przejdą się do sklepu, żeby kupić coś zjadliwego na wieczór. Marcelina postanowiła do nich dołączyć. Reszcie się nie chciało. Woleli poleżeć w pokojach i odpocząć, bo "bolały ich nogi". Bonnibel była wyjątkiem. Ona wytłumaczyła się tym, że ma coś do przeczytania. No… I oczywiście nikt nie czepiał się Lady. Z wiadomych przyczyn.
Paul zatrzymał się na środku swojego pokoju. Coś było nie tak i nie chodziło o leniwych braci leżących na swoich łóżkach i gadających o jakieś grze na konsole. Ktoś tu wlazł. I buszował po torbach. Śladów nie było, ale chłopak był tego pewien. Czuł to w kościach.
Ukucnął przy swoim bagażu i z bocznej kieszeni wyciągnął portfel. Odetchnął z ulgą po sprawdzeniu go pod kątem zawartości. Nic nie zniknęło. Zanim się podniósł poświęcił chwilę by sprawdzić, czy amulet wciąż jest na miejscu. Jego również nikt nie tknął.
Zastanawiając się o co mogło chodzić tajemniczemu intruzowi, chłopak wyszedł z pomieszczenia i udał się na umówione miejsce spotkania - schody przy wyjściu z budynku. Dziewczyny już na niego czekały.
- "Co tak długo?" - zapytała Marcelina. Opierała się o ścianę tuż przy drzwiach. Ręce miała wsadzone do kieszeni tak, że wystawały jej z nich jedynie kciuki.
- "Musiałem sprawdzić swoją torbę, bo ktoś był w pokoju kiedy byliśmy w lesie" - odparł Paul wzruszając ramionami.
- "Co? Skąd wiesz? Zabrał coś?" - zdziwiła się czarnowłosa.
- "Po prostu wiem" - odparł spokojnie chłopak schodząc po schodkach - "I nic nie zabrał. Powinnaś przejrzeć swoje bagaże" - zwrócił się do Carroll - "Do ciebie też mógł zajrzeć."
- "Podejrzewasz kogoś?" - zapytała niebieskowłosa.
Paul nie odzywał się przez chwilę. Razem z dziewczynami przeszli przez niewielkie "podwórze" znajdujące się przed budynkiem ośrodka i wyszli za otwartą na oścież bramę. Dopiero tam chłopak podjął temat.
- "Ragano gapiła się na nas dziś rano tak jakby była wściekła, że nie mieliśmy koszmarów" - powiedział.
- "Kto nie miał ten nie miał…" - mruknęła ponuro Marcelina.
- "Ona? dlaczego miałaby łazić po pokojach?" - zdziwiła się lekko Carroll - "Czego chciała? Amuletów? Tych łapaczy snów?"
- "Pewnie tak" - odparł chłopak - "Tak jak mówiłem rano. Musiała się domyślić, że coś nam uratowało tyłek przed jej durnymi czarami."
- "Zdajecie sobie sprawę z tego jak idiotycznie brzmi słowo czary w normalnej rozmowie?" - zapytała czarnowłosa.
- "Tak" - odpowiedział krótko Paul. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę i niezmiernie go to irytowało.
Z ośrodka do najbliższego spożywczaka nie było daleko. Spokojnym, spacerowym krokiem można było tam dotrzeć w troszkę więcej niż trzy minuty. Sklep stał na rogu i był dość niewielki. Ściana, na której znajdowały się drzwi w większości zajęta była przez duże okno, które zabezpieczone było pomalowaną na żółto kratą, ozdobioną wygiętymi w okręgi prętami. Przez szybę można było zobaczyć nieco ciemne wnętrze, przysłonięte częściowo przez kilka z lekka wyblakłych plakatów różnej treści. Ktoś szukał psa, ktoś szukał pomocnika na kutrze rybackim, ktoś pisał o nadchodzącej apokalipsie. Nic ciekawego, jak można było się spodziewać.
Pchnięte do wewnątrz drzwi zahaczyły o wiszącą nad nimi ozdobę wykonaną z cylindrycznych dzwoneczków. Przez chwilę słychać było serię melodyjnych brzdęknięć, które zwróciły uwagę stojącej za kasą kobieciny. Kasjerka uśmiechnęła się przyjaźnie do wchodzących osób, po czym wróciła do wycierania blatu. Poza nią wewnątrz niewielkiego sklepu nie było nikogo.
Poza rozciągającą się na szerokość całego pomieszczenia ladą, we wnętrzu spożywczaka znajdowały się trze duże regały przystawione do ścian oraz niewielka, ustawiona tuż pod oknem lodówka. Praktycznie każda wolna powierzchnia, nie licząc podłogi i niewielkiego fragmentu lady, zawalona była towarem. Do tego z półek zwisało kilka tasiemek, do których przymocowane były paczki czipsów, czy lizaki.
- "Co potrzebujemy?" - zapytał Paul zerkając prze ramię w stronę podążających za nim dziewczyn.
- "Chleb, masło, wodę, może ser…" - wyliczyła po krótkim zastanowieniu Carroll.
- "Coś słodkiego" - dodała z uśmiechem Marcelina.
Chłopak przewrócił oczami słysząc słowa czarnowłosej. Nie bronił jej jednak kupienia czegokolwiek. Przecież miała swoje pieniądze i mogła marnować je na co tylko chciała.
Nie wspominając już o tym, że jego samego ciągnęło do kupienia sobie jakiś przekąsek…
Niestety budżet był ograniczony i trzeba było oszczędzać. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież Paul ma jakieś dziesięć-piętnaście minut drogi do domu swojej ciotki, od której mógłby pożyczyć trochę grosza. Ten sam ktoś nie pożyłby pewnie za długo sądząc, że rozsądnie jest pożyczać cokolwiek od wiedźmy.
Grupka przyjaciół rozproszyła się po sklepie w poszukiwaniu potrzebnych lub po prostu pożądanych produktów. Większość znalazła się dość szybko. Problem był tylko z rzeczami, które wymagały przechowywania w chłodzie. Żadna z półek nie była przecież chłodziarką. Okazało się jednak, że cały ten łatwo psujący się towar został upchnięty w malutkiej lodówce używanej zwykle do przechowywania lodów. Było to dość dziwne, ale widocznie właścicieli nie stać było na coś większego.
Gdy udało się już wygrzebać co było potrzebne z chłodnej ciasnoty lodówki, przyjaciele zebrali się przy kasie i zrucili zebrane przedmioty na blat. Kobiecina wprawnymi ruchami zeskanowała znajdujące się na opakowaniach kody kreskowe i podała cenę, a gdy tylko na ladzie pojawiła się odpowiednia suma, zaczęła z uśmiechem pakować zakupy do wyciągniętej skądś foliowej siatki.
Gdy przyjaciele wyszli ze sklepu zaskoczył ich silny podmuch wiatru. Było to nieco niepokojące - mogło sugerować nadchodzący sztorm - ale niezbyt dziwne. W przeciwieństwie do kompletnego braku jakiegokolwiek ruchu powietrza znad morza kilka sekund później. No… i dość sporego cienia rzucanego na chodnik i stojącą na nim grupkę.
- "Jak miło was widzieć! Czyżby znudziło się wam żarcie u sennej staruchy?" - zaśmiał się masywny właściciel cienia, który mocno kojarzył się z drwalem.
- "Cześć wuja" - przywitał się z uśmiechem Paul. Carroll tylko siknęła głową.
- "Dzień dobry…" - powiedziała niepewnie Marcelina - "Senna starucha?"
- "Senna starucha, senna wiedźma. Jak jej tam było?" - mężczyzna przeczesał brodę palcami - "Ragano. Nie zorientowaliście się jeszcze?" - zapytał z niedowierzaniem.
- "Zorientowaliśmy się…" - odparła ponuro czarnowłosa.
- "Co jej się przyśniło?" - zwrócił się do swojego siostrzeńca i jego dziewczyny.
- "Nie chwaliła się" - odparł chłopak. Właściwie dopiero teraz zaczęło go to w jakiś sposób ciekawić.
- "Widocznie nie jest gotowa" - wzruszył ramionami wuj zachowując się jakby Marcelina kompletnie nie brała udziału w rozmowie - "Czujecie ten wiatr? Na dniach jak nic będzie sztorm."
- "Uh…" - brązowowłosy otworzył usta, ale nie za bardzo zdążył wydobyć z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
- "Miłego wieczoru" - powiedział z szerokim uśmiechem mężczyzna, po czym minął przyjaciół i odszedł gdzieś dalej w miasteczko.
- "Śniło mi się, że zabiłam Bonnie…" - mruknęła cicho Marcelina gdy wuj Paula zniknął im z oczu.
Stare, drewniane krzesło skrzypnęło zabawnie pod tyłkiem starszego dżentelmena z cieniutkim wąsikiem i złotym, zdobionym zegarkiem zwisającym na łańcuszki z kieszeni jego kamizelki. Ciszę oświetlonego pojedynczą świecą pomieszczenia zakłócił cichy chichot.
- "Po co się tu zbieramy tak w ogóle?" - westchnął ciężko mężczyzna w kremowym garniturze. Towarzyszyła mu piękna, smukła kobieta z zielonymi włosami i bogato zdobioną suknią w kwiatowe wzory. Wydawała się być nieco niespokojna.
- "Zachowujemy tradycję" - powiedział z szerokim uśmiechem typek w skórzanej kurtce z wizerunkiem żółtego smoka na ramieniu. Okrągłe ciemne okulary zatknięte miał za kołnierz szarej koszulki. W ich szkłach odbijał się płomień świecy, a odsłonięte oczy mężczyzny błyszczały się zielonkawą poświatą.
- "Hurmmpff…" - mruknął niewyraźnie siedzący kilka metrów od dżentelmena z zegarkiem grubas. Miał lekko czerwoną skórę i rude, rozczochrane włosy. Śmierdział niemiłosiernie i prawdopodobnie był powodem dyskomfortu zielonowłosej kobiety.
- "Wiem, że dwóch brakuje" - machnął ręką typek w skórzanej kurtce - "Ale przecież oni nigdy nie przychodzą. Zawsze są zbyt zajęci" - powiedział kpiąco - "Przegapią całą imprezę..."
Jakim cudem jestem mniej produktywne w wakacje niż w roku szkolnym, no jakim cudem... ;_;
No cóż... Zdarza się. Rozdział w końcu udało mi się skończyć i mam nadzieję, że się wam podobał. Dajcie jakiś feedback.
~MS
