X

Noveria powitała ich tak samo jak poprzedniego dnia – zimnem, śniegiem i uzbrojonymi strażnikami, z tą różnicą, że tym razem strażnicy nie celowali w nich bronią. Co prawda salarianin wyraźnie się wzdrygnął na widok Wrexa, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

Parasini czekała na nich przy wyjściu z portu. Ubrana w prostą kurtkę i ciemne spodnie, bez wiśniowej szminki, podkreślającej jej niesamowite usta, wyglądała jak całkiem inna osoba.

– Dzień dobry, Shepard – powiedziała dziarsko. – Mam nadzieję, że wczorajszy wieczór nie dał ci w kość.

John poprawił broń, skrzywił się potężnie pod hełmem.

– Na przyszłość będę wiedział, żeby na takie maskarady wysyłać moją siostrę.

Jane parsknęła gdzieś z tyłu, Wrex roześmiał się gromko.

– Ja się zgłaszam na ochotnika.

John odwrócił się w jego stronę.

– Jak będę chciał, żebyś rozpirzył wszystko od środka, to tak, zostaniesz wysłany. W garniturze.

Tali rozejrzała się niespokojnie.

– To istnieją garnitury dla krogan? – Wzdrygnęła się.

Wrex spojrzał na nią ciężko.

– Oczywiście, że istnieją. Nie insynuuj, że my, kroganie, jesteśmy niekulturalni.

Jane nie wytrzymała i ryknęła mało eleganckim śmiechem.

– Proszę, czy możemy już ruszać? – jęknęła Liara. Nie wyglądała zbyt pewnie w ciemnozielonym, podstawowym pancerzu, znalezionym przez kwatermistrza. U pasa miała pistolet, który przyjęła z dużym oporem. Znacznie chętniej wzięła nóż i przypięła go do uda, choć nie wyglądała na zbyt skorą do jego używania.

– Oczywiście. – Gianna kiwnęła głową.

– Coś szczególnego, o czym powinniśmy wiedzieć? – spytał John, kiedy szli jasnymi korytarzami. Ludzie schodzili im z drogi, co nie było niczym dziwnym. Wrex wykorzystywał każdą okazję, aby zaprezentować garnitur zębów każdemu, kto prześlizgnął się obok nich za blisko.

– Niebostrada powinna być przejezdna, aczkolwiek zalecam ostrożność. Wiatr może zachwiać Mako. Nawet… tak wypełniony – obdarzyła dziwnym spojrzeniem Wrexa i Garrusa.

John kiwnął głową.

– A co możesz powiedzieć o samym Szczycie 15?

Parasini wzruszyła ramionami.

– Ośrodek badawczy. Nie mam dostępu do raportów stamtąd, wiem tylko, że zajmowali się inżynierią genetyczną i klonowaniem.

– Klonowaniem? – wtrąciła się Liara, marszcząc brwi. – Przecież to zakazane przez praktycznie wszystkie rządy.

–To Noveria. – Usta Gianny nie straciły nic ze swojego blasku. – Dozwolone są tu niemal wszystkie eksperymenty, a panujące tu warunki zapewniają świetną zaporę.

– To nieetyczne.

– Nie klonują tu ras rozumnych, to sprawia za dużo kłopotów. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, zważywszy na tę kwarantannę. Nie mam pojęcia, co tam możecie znaleźć. Nie mamy nawet kontaktu z ludźmi ze Szczytu. – Zmarszczyła brwi. – Będę miała do ciebie prośbę, Shepard. Chciałabym, abyś dowiedział się, dlaczego.

– Dlaczego nie macie kontaktu? – mruknął. – To się robi coraz ciekawsze i ciekawsze. Nie zerwało go przez tę śnieżycę?

Pokręciła głową z troską.

– Nie, kontakt urwał się dwa dni po ogłoszeniu kwarantanny. A to, co usłyszałam przed zerwaniem… cóż, mogę powiedzieć tyle – nie będzie się ci tam nudziło.

– A masz jakiekolwiek podejrzenia?

Milczała przez chwilę.

– Coś się tam wydostało, Shepard. Jakieś ich cholerne eksperymenty. Nie wiem jakie. Nie wiem nawet, czy chcę wiedzieć.

Drzwi hangaru uniosły się, zimny podmuch powietrza zamienił oddech Gianny w parę. Mako stało jakieś trzydzieści metrów przed nimi. Jane stłumiła w sobie irytację, ograniczając się tylko do kilku soczystych przekleństw we własnych myślach.

Ulżyło jej odrobinę.

– Znajdźcie centrum komunikacji i naprawcie je – poprosiła ponownie Gianna. – O ile brak komunikacji jest spowodowany właśnie tym… – Westchnęła nagle ciężko. – Tam było wielu porządnych ludzi. Strażników, naukowców, techników… Część znałam z imienia i nie chcę zwozić ich ciał.

– Zrobię co w mojej mocy – obiecał John. – Mam tylko nadzieję, że Benezja będzie w stanie odpowiedzieć na moje pytania.

Parasini uśmiechnęła się krzywo.

– Misja najważniejsza, tak?

– Po prostu znajdźmy moją matkę – rzuciła gwałtownie Liara, stając obok nich. Była blada, w rękach trzymała swój hełm. Jej duże oczy wpatrywały się w komandora z zadziwiającą determinacją.

– Dobra, wszyscy do środka! – krzyknął John. Posłał asari pokrzepiający uśmiech. Szybko uświadomił sobie, że nie może tego zobaczyć, więc zamiast tego, poklepał ja po ramieniu. Nie zwróciła na niego uwagi, nałożyła tylko hełm i jako pierwsza wpakowała się do wnętrza Mako.

Reszta, w nienajgorszych humorach, wdrapała się za nią. Garrus rzucił żartobliwie, aby spróbowali śpiewu, na co Wrex zaryczał i stwierdził, że to jedyny śpiew, na jaki go stać.

Wnętrze, tak samo ciasne i ciemne jak zazwyczaj, było też nadspodziewanie zimne – ogrzewanie potrzebowało kilku chwil, aby ich rozgrzać. Tali, siedząca naprzeciwko, niemal natychmiast uruchomiła omni-klucz, zalewając wnętrze pomarańczowym światłem. Na końcu wpakował się do środka Wrex, klnąc niemiłosiernie i narzekając na ciasną, ludzką technologię. Ash odchyliła głowę do tyłu i niemal od razu zapadła w drzemkę. Liara zacisnęła dłonie w pięści i poprawiła się na siedzeniu, najwyraźniej nieprzyzwyczajona do takiej ilości broni na sobie.

Drwi zatrzasnęły się, po chwili John i Kaidan zajęli miejsce na przedzie. Silnik zabuczał i Mako ruszyło powoli do przodu.


– Śpisz? – Garrus trącił Ash łokciem. Zaburczała tylko coś w odpowiedzi i odwróciła głowę. – Pewno tak. Wrex, reflektujesz na karty?

Kroganin wyszczerzył zęby.

– Nie, turianinie. Nie chcę pozbywać cię wszystkim nędznych resztek z pracy w SOC.

– Zawsze możemy po prostu zagrać o honor.

– Musiałbyś najpierw go mieć.

Garrus westchnął ciężko, ale zamilkł. Jane poruszyła się.

– No weź, Wrex, zagramy we trójkę. Co masz lepszego do roboty?

– Ja też bym zagrała – wtrąciła nieśmiało Tali.

Garrus uruchomił omni-klucz.

– No to mamy czwórkę. Akurat do Ophano.

W tym momencie Mako zatrzymało się i w radiu odezwał się John.

– Jane, Wrex, na zewnątrz. Mamy tu zaspę.

Jane wymamrotała jakieś przekleństwo, Wrex stęknął głośno, wytaczając się z pojazdu. Wiatr i śnieg uderzyły w nich gwałtownie, powodując, że nawet kroganin się zachwiał. Jane musiała schylić się w pół i złapać koła Mako, aby podmuch nie zwiał jej z niebostrady prosto w przepaść.

Wyprostowała się w końcu, mrugając gwałtownie i rozglądając się. Jak okiem sięgnąć, widziała tylko śnieg. Wieże Protean, pozostałości po ich miastach, wyrastały gdzieniegdzie, tworząc niezrozumiałą sieć, połączoną niebostradami, w większości już zniszczonymi. Te, które choć trochę nadawały się do użytku, zostały już wyremontowane dużym kosztem, choć przyniosło to o wiele większe korzyści. Podczas lepszej pogody widok musiał być imponujący.

John podszedł do niej.

– Jesteś za chuda. Ten wiatr w każdej chwili mógłby cię porwać.

– Ha, ha, bardzo śmieszne – mruknęła, odwracając się. – Gdzie te zaspy?

Niebostrada była osłonięta tylko pojedynczymi barierkami, więc wiatr zwiewał z niej śnieg. Wyjątkiem było kilka miejsc, głównie przy zakrętach, gdzie śnieg zbijał się i tworzył zaspy, uniemożliwiające przejazd nawet Mako. Gianna ostrzegała ich przed tym.

Kaidan również wysiadł, rozłożył szeroko ręce. Błękitna poświata migotała wkoło niego, rozciągając się powoli, tworząc biotyczną barierę, osłaniającą ich przed wiatrem.

– Ja się tym zajmę, człowieku – mruknął Wrex, unosząc pięść. Potężne, biotyczne uderzenie przeszło przez zaspę, pozostawiając w śniegu głęboką bruzdę.

Jane parsknęła.

– No tak, to bardzo pomogło. – Rozszczepiła palce, zmiatając resztę śniegu i oczyszczając przejazd.

Wrex wzruszył ramionami.

– Krogański pojazd nie musiałby się zatrzymywać.

– Wiemy o tym, wiemy… – mruknął John.

– To jak, gramy w Ophano? – spytał Garrus, kiedy w końcu wgramolili się do ciasnego wnętrza.

Jane opadła ciężko na swoje miejsce, zapięła pasy. Pod ciężarem Wrexa Mako zakołysało się lekko.

– A co to w ogóle jest? – zainteresowała się Tali.

– Turiańska strategiczna karcianka. Grana na cztery lub ośmiu graczy – mruknęła Liara, nie unosząc głowy.

– Och… Dzięki… – Quarianka spojrzała na nią zdziwiona.

– No, to gramy. Zasady są proste, nauczycie się w trakcie gry.

Tali kiwnęła głową.

– Ja chętnie spróbuję.

– Ja też. – Jane uniosła rękę.

Wrex prychnął.

– Nie będę grał w turiańskie pierdoły.

Garrus włączył omni-klucz.

– A co masz innego do roboty?

Kroganin wzruszył ramionami, nie odpowiedział.

– Ja zagram. – Liara wyprostowała się nagle. Rozejrzała się po Mako z zakłopotanym uśmiechem. – Denerwuję się. Chętnie zajmę czymś umysł. I znam zasady. Będzie łatwiej wprowadzać was w grę.

– Świetnie! Tali, przesyłam Ci talię.

– Jane, zaraz będziesz miała talię ode mnie. – Asari uruchomiła omni-klucz. – I nie przeraź się, ona tak strasznie wygląda tylko na początku.


Dwie godziny później zatrzymali się z powodu kolejnej zaspy. Do tego czasu zdążyli rozegrać trzy szybkie partie, w których Garrus z Tali dosłownie zmiażdżyli Liarę z Jane. Po trzeciej porażce Jane odmówiła zresztą dalszej gry, twierdząc, że jej godność została nadszarpnięta już w dostatecznie dużym stopniu. Ash obudziła się wreszcie i wdała w dość głośną dyskusję z Wrexem o jakości strzelb wytwarzanych przez Armax Arsenal. Gdyby nie byli w tak małej przestrzeni, prawdopodobnie pobiliby się.

– John, daleko jeszcze? – jęknęła nagle Jane, odchylając do tyłu głowę. – Wszystko mi zdrętwiało.

– Jesteśmy w połowie drogi.

– Nienawidzę tej puszki. Nie dość, że mała, ciasna, to jeszcze powolna. – Spróbowała przesunąć odrobinę stopy, aby choć trochę zmienić pozycję nóg.

– Przestaniesz wreszcie jojczeć, czy nie? – warknął John.

– Nie – burknęła. – Ciesz się moją jojczącą obecnością, póki możesz.

Nie odpowiedział. Garrus parsknął tylko dziwne.

– Mogłoby nas coś zaatakować – rzucił nagle Wrex.

– Poważnie…? – Tali spojrzała na niego. – Ja lubię, kiedy nie jestem atakowana.

– Ech, nie doceniasz wartości bitwy. W sumie co taki cherlak ja ty może wiedzieć o bitwie…

Tali zjeżyła się.

–Ten „cherlak" doskonale daje sobie radę sam. I na tyle zna swoją wartość, że nie musi podkreślać tego, jaki w bitwie jest wspaniały.

W Mako rozległy się śmiechy, Wrex wyszczerzył zęby w stronę quarianki, nie odezwał się jednak, wcisnął się tylko głębiej w fotel.

– No, Tali ma rację – rzucił wesoło Garrus. – Mnie to trochę wygląda jak jakiś kompleks. Im więcej przeciwników zabiję, tym większego mam penisa, albo coś w tym stylu.

Kroganin wychylił się w jego stronę, szczerząc maniakalnie zęby.

– A chcesz porównać?

Jane uniosła ręce w obronnym geście, krztusząc się ze śmiechu.

– Panowie, proszę! Nie tutaj! Takie sprawy załatwiajcie gdzieś na osobności!

– I bądźcie cicho – mruknęła sennie Ashley, próbując choć trochę wyciągnąć nogi. – Niektórzy próbując tu spać.


Płatki śniegu zawirowały nad niebostradą, uderzyły gwałtownie w grunt tylko po to, aby za chwilę znowu zostać poderwane do góry. Biotyczna tarcza, wytwarzana wspólnie przez Jane i Kaidana, minimalizowała choć trochę podmuchy wiatru, nie mogła nic jednak poradzić na wbijający się w czaszkę, potępieńczy dźwięk, dominujący na ten wysokości. Wejście na Szczyt 15 znajdowało się kilka metrów przed nimi – dziura, dosłownie wykuta w skale, zasłonięta nowoczesnymi drzwiami. Nad nimi górował prawdziwy szczyt góry, skryty w zasłonie śniegu.

– Och, keelah… – jęknęła Tali, brnąc ostrożnie w śniegu. – To jest takie… wielkie! Nigdy nie sądziłam, że cokolwiek może być tak wysokie!

Wrex otrząsnął się ze śniegu, kilka płatków osiadło na czubku jego ogona.

– Dawać jakichś sukinsynów! – warknął gromko, unosząc strzelbę.

– Ciszej, ściągniesz na nas lawinę! – syknęła Jane. Biotyczna ściana przesuwała się razem z nią, kiedy szła w stronę brata. – Wchodzimy?

Tali oderwała wzrok od ośnieżonego szczytu, włączyła omni-klucz.

– Brak śladów życia. Szczyt jest chroniony… Nie mam dostępu do podglądu środka. Postaram się potem podpiąć zdalnie do kamer, ale na razie jesteśmy ślepi.

John kiwnął głową, wyjął karabin. Quarianka podeszła niepewnie do drzwi, dalej z włączonym omni-kluczem.

– Brak zamka magnetycznego – poinformowała ich z westchnieniem. Czysta mechanika, czyli nie można się włamać. To naprawdę dziwne.

Komandor zaklął przez zęby, spojrzał na Garrusa. Ten wrócił się do Mako i wyjął nieduży ładunek wybuchowy.

– Nie lepiej pierdolnąć z tej puszki? – mruknął Wrex, wskazując na działko. – Raz dwa i po drzwiach.

– Po ścianach też – powiedziała dość żałośnie Jane. Wizja strzelania do drzwi też zaczynała się jej podobać.

– Nie ma co kombinować. Im mniej hałasu narobimy, tym lepiej. – Garrus przyklęknął przy drzwiach, zaczął zakładać ładunek. – Nie żeby wysadzenie drzwi było dyskretnym rozwiązaniem – dodał po chwili.

– Wszystko jest lepsze od walenia z Mako. – Kaidan uśmiechnął się krzywo.

Odsunęli się od drzwi, które kilka sekund później wpadły do środka, wysadzone przez Garrusa do wtóru zadowolonego rechotu Wrexa.

John wpadł do pomieszczenia z uniesioną bronią, za nim wbiegli Ash, Kaidan i Garrus. Ostatnia weszła Jane, osłaniając biotyką cała grupę.

– Czysto – rzucił John. Omiótł spojrzeniem całe pomieszczenie. Znajdowali się w dużym i wysokim hangarze, na chwilę obecną kiepsko oświetlanym – trzy z sześciu, wielkich lamp nie działało. Pod jedną ze ścian ułożone były skrzynie z zaopatrzeniem, po drugiej stronie znajdowało się kilka skuterów śnieżnych. Na środku stał duży, okropnie brudny transporter.

– A więc tak wygląda tajne i strzeżone laboratorium – odezwał się Garrus. – Przytulne.

– Tu kwiatek, tam obrazek… – zgodziła się z nim Jane. – I można żyć.

– Williams, sprawdź...

– Cicho! – syknęła nagle Liara. Przekrzywiła niepewnie głowę, nasłuchując. – Coś się chyba rusza.

Jane uniosła pistolet, jednocześnie umacniając barierę. Ciemnoniebieska ściana wyrosła przed nimi, pochłaniając światło.

– Widoczność, kobieto! – syknął zirytowany John.

Wymamrotała ciche „przepraszam" i zmniejszyła moc. Zdawała sobie sprawę, że jej brat miał rację – zbyt silna bariera mocno ograniczała widoczność i poczuła przez chwilę straszną irytację na siebie, że zapomniała o zespole.

Teraz wszyscy usłyszeli dziwne chrobotanie i uderzenia – jakby coś poruszało się szybko, stukając nogami o podłogę. Dźwięki zlewały się z sobą, coraz głośniejsze i wydawało się, że otaczają ich ze wszystkich stron.

Potem rozległ się pisk.

Ktoś wrzasnął, ktoś zaklął ostro, rozległy się wystrzały, gdy kilka dużych, ciemnych stworzeń z czułkami rzuciło się na barierę, która znikła, gdy jakiś mniejszy, zielonkawy stwór rzucił się Jane prosto na twarz.

Cofnęła się, odruchowo zasłaniając się rękami. Za sobą usłyszała charakterystyczny dźwięk strzelby Wrexa, a potem jego ciężkie kroki. Rycząc coś niezrozumiale złapał stworzenie w pół i przerzucił je na przeciwległą ścianę, powodując kolejną porcję wdzierających się w uszy pisków. Jane najpierw strzeliła, potem zwinęła rękę w pięść i uniosła stworzenie, uderzając nim mocno najpierw o sufit, potem o podłogę. Odwróciła się, warcząc pod nosem i unosząc broń.

Liara wiła się obok, unieruchomiona przez macki potwora, ale zanim ktokolwiek zdołał zareagować, uwolniła z niespodziewanie głośnym wrzaskiem ładunek biotyczny, który rozerwał potwora na strzępy. Tali wycofała się, pod ścianę, strzelając ze swojej strzelby z zadziwiającą celnością. Wrex rzucił się na kolejnego potwora, złapał go w pół i podrzucił w górę z niezrozumiałym rykiem. Garrus rozstrzelał go w powietrzu.

– Ha! – krzyknął radośnie. – Łap kolejnego!

Kaidan stanął na szeroko rozstawionych nogach, biotyka zawirowała w jego rękach, a potem dosłownie zmiotła rój zielonych, małych stworów, przyciskając je do ściany z obrzydliwą seria trzasków. John i Ashley rozstrzelali trzy pozostałe, a Ash, na zakończenie, zgniotła ostatniemu coś, co prawdopodobnie było jego głową.

Zapanowała okropna, dźwięcząca w uszach cisza.

– Co to… co do diabła to było?! – wycharczała Jane, trącając czubkiem buta zielone truchło, przypominające skrzyżowanie mrówki z pająkiem. Z tym, że było wielkości jej stopy.

John pochylił się nad większym stworzeniem, uważnie mu się przeglądając. Miało obły, wrzecionowaty tułów, długi na ponad metr, sześć nóg i dwie, chwytne wypustki, wyrastające u nasady głowy. Sama głowa była nieduża, z dwoma, ciemnymi oczami i kolejnymi, ostro zakończonymi wypustkami, otaczającymi otwór gębowy. Wystawał z niego wąski, fioletowy jęzor.

– Nie mam pojęcia, ale chyba będzie mi się to śniło. – Kaidan podszedł do niej. – Wszystko w porządku?

– Tak, tak – mruknęła, odsuwając się na krok.

Garrus obrócił nogą truchło. Wydał przy tym z siebie zdegustowany dźwięk.

– To jest ta rzecz, która się wydostała z laboratorium? Paskudztwo.

– Myślałam, że wydostał się stąd jakiś wirus, czy coś takiego… – mruknęła Tali.

Ashley parsknęła.

– Ja tam chyba wolę te skurwysyny. Do wirusa nie można strzelać.

– Co to w ogóle ma być? – John wyprostował się. – Jakaś broń? Klony?

– Raknii – odpowiedział nagle Wrex, prostując się i prezentując cały swój imponujący wzrost. – To są pierdolone raknii.

Wszyscy spojrzeli na niego w skonsternowanym milczeniu.

– Jakim niby cudem? – odezwała się w końcu Ashley. – Przecież one wyginęły.

– I to dwa tysiące lat temu. – Garrus wzruszył ramionami. – To nie mogą być one.

– To raknii – powtórzył Wrex, całkiem spokojnie. – Wiem, jak wyglądają. Wszyscy kroganie wiedzą. To wiedza przekazywana we krwi. Moja krew się nie myli – właśnie walczyliśmy z najbardziej godnym szacunku przeciwnikiem. Z raknii.

– Przecież to bełkot szaleńca – zirytowała się Jane. – Raknii nie ma! To nie mogą być one! To jakieś hybrydy, genetyczne dziwactwa, które mają posłużyć za jakąś dziką broń, nie raknii!

– Mów co chcesz, kobieto. – Wrex wzruszył ramionami. – Ja wiem swoje. Dajcie mi tylko je zabijać i będę zadowolony.

John pokręcił nagle głową.

– Mam w dupie co to jest. Da się to zabijać, więc będziemy to robić. Tali, widzisz tu gdzieś kamery?

Quarianka rozglądnęła się, uruchomiła skan.

– Tak, są tam. Jedna tu… i tu. – Wskazała najpierw jeden róg pomieszczenia, potem drugi. – Ale ślepe.

– Ślepe?

– Wyłączone. Chyba wyłączono je z serwerowni. Być może zrobili to, jak wyłączali komunikację z portem Hanshan.

– Jak dla mnie, ktoś sabotował to laboratorium – mruknął Garrus. – Tu powinien być w ogóle ktoś z ochrony…

Ashley, od dłuższej chwili badająca zakamarki hangaru, uniosła nagle rękę.

– Tu jest! – krzyknęła. – Tylko… Uch, one go chyba jadły.

Mężczyzna, w czarno–białym pancerzu był pozbawiony głowy. Coś ją oderwało i najzwyczajniej w świecie zaczęło wyjadać mięso od środka. Kilka mniejszych kości było porozwalanych dookoła. Ciało nie mogło leżeć zbyt długo, nie zaczęło się jeszcze rozkładać.

– Niech to… – Jane skrzywiła się potężnie. – Mam nadzieję, że zdążył szybko umrzeć.

Liara wydała z siebie dziwny, zduszony dźwięk i cofnęła się gwałtownie. John spojrzał na nią z troską.

– Wszystko w porządku? Nie musisz na to patrzeć.

Uniosła na niego oczy, zamrugała gwałtownie.

– Za chwilę będzie dobrze. Po prostu… Chodźmy stąd. Może jest tu jeszcze ktoś żywy.

– Słusznie. – Kaidan zerknął na Jane, która wpatrywała się w zwłoki z mieszaniną obrzydzenia i fascynacji. – Ruszamy, komandorze?


Pomieszczenia były w większości sterylne, białe i nieprzyjemnie puste. Nieco inaczej wyglądały prywatne kwatery, ale nawet one były skromne, niemal spartańskie. Firma zdecydowanie nie dbała o wygody pracowników. Z głośników leciała cicha, relaksująca muzyka, która potęgowała tylko wrażenie pustki.

Natknęli się na jeszcze dwie grupy pseudo–raknii. Wyglądające tak samo jak pierwsza – kilka dużych osobników i kilkadziesiąt małych zielonych stworzeń, które potrafiły z podłogi wskoczyć na twarz. Kilka z nich oblazło Jane i dopiero kontrolowany wybuch biotyczny był w stanie oderwać je i cisnąć z odpowiednią siłą o ściany. Wrex nie bawił się w biotykę – po prostu rozdeptywał je, najwyraźniej ciesząc się z obrzydliwego chrzęstu, jaki wydawały.

– To jest chore – wymruczał Kaidan. – Kiedy szedłem do wojska, nie przypuszczałem, że będę rozdeptywał robaki.

– Kiedy ja opuszczałam wojsko, myślałam podobnie. – Jane strzepała reszki mazi z prawej nogi. – Chryste, co za paskudztwo… A ty z czego się tak cieszysz?

– Żartujesz? – Wrex wyszczerzył się radośnie. – Jestem pierwszym kroganinem od Wojen Raknii, który z nimi walczy! To jak spełnienie marzeń!

– Naprawdę uważasz, że to raknii? – odezwała się Tali. Na jej masce rozbryznęła się krew jednego z potworów. – Przecież one zniknęły tak dawno temu…

– Dla nas to tylko trzy pokolenia. Mój ojciec walczył z nimi. Dlatego wiemy, jak one wyglądają.

– To jakiś absurd. – Jane wzdrygnęła się, gdy coś chrupnęło pod jej nogą. – Wybiliście je przecież.

– Czyżby kroganie nie dokończyli zadania? – mruknął z przekąsem Garrus.

– Najwyraźniej nie. Ale ja dokończę.

Nikt tego nie skomentował, Liara westchnęła tylko ciężko, przekraczając ostrożnie kolejne ciało. To było już siódme. Ochroniarz w hangarze, dwóch naukowców zamkniętych w toalecie, jedna asari zjedzona do połowy, turianka z przestrzeloną głową, oraz ludzka ręka wepchnięta pod niskie łóżko polowe. Reszty delikwenta nie znaleźli.

– Tego też nie zabiły te… to coś – powiedziała, za wszelką cenę unikając słowa „raknii". – Ma poderżnięte gardło. Co się tu stało?

– Nie tylko raknii tu walczą. – Wrex wzruszył ramionami. – Czy to ważne?

Liara spojrzała na niego ze złością.

– Ktoś ich zabił! Pistoletem i nożem!

Kroganin nachylił się nad nią.

– Przyjmij dobrą radę od starego wojownika – im szybciej zaprzyjaźnisz się ze śmiercią, tym mniej chętnie ona po ciebie przyjdzie.

Kaidan pokręcił głową.

– To bardzo… poetyckie.

– Nie jesteśmy zwierzętami. – Wrex spojrzał na niego dumnie.

– Przecież nikt nic takiego nie mówi – zdenerwowała się Jane. – Liara ma rację, tu się dzieje coś dziwnego, obojętnie czy to są raknii czy nie. Nie natknęliśmy się na nikogo żywego, tym się martw, a nie postrzeganiem twojej rasy przez innych.

Kolejne drzwi rozsunęły się przed nimi z sykiem. Następne laboratorium, tym razem znacznie większe i o wiele bardziej zabałaganione. Na środku, na podwyższeniu stało rozbite terrarium – na jego dnie były resztki ziemi i dziwacznych, poskręcanych roślin. Kilku kolejnych naukowców leżało w groteskowych pozach – salarianin z oderwaną głową był wygięty do tyłu w wyjątkowo nienaturalny sposób. Kości kręgosłupa wychodziły z szyi. Truchła robali leżały dosłownie wszędzie.

– Och… – Tali odsunęła się od ciała asari, które było przepołowione na poziomie talii. – Czy jest tu w ogóle ktoś żywy…?

– Nie zazdroszczę ci, braciszku – mruknęła Jane. – Ja bym nie chciała mówić o tym Giannie.

Jeden z terminali był wciąż włączony. Tali podeszła do niego chowając strzelbę.

– Poczta… i notatki badawcze. I „Galactic Mordobicie". Ktoś w to dalej gra?

– Przecież to dobra gra. – John wzruszył ramionami..

– To najbardziej prymitywna bijatyka w galaktyce. – Siostra spojrzała na niego z wyrzutem. – Ale spoko, prymitywizm pasuje do Przymierza.

– Ono ci płaci.

– Cholera.

Wszyscy spojrzeli na quariankę, która potrząsnęła głową, najwyraźniej sama zawstydzona swoim przekleństwem.

– Przepraszam. Tu są wpisy jednego z naukowców. Johann Ramstic.

– To chyba ten. – Jane pochyliła się nad chyba jedynym, w miarę całym ciałem. Imię i nazwisko widniało na zabrudzonej plakietce. – Coś ciekawego pisał?

– Cóż… pisał, że pracował przy wykluwaniu się raknii.

Zapadło milczenie, w którym relaksująca muzyka z głośników stawała jeszcze bardziej upiorna.

– Wykluwanie raknii? – John podszedł do terminala, pochylił się nad nim.

Wrex uśmiechnął się paskudnie.

– Mówiłem wam. To raknii.

– Ale przecież one nie istnieją! – zirytowała się Ashley.

– Najwyraźniej istnieją. – Głos kroganina był pełen źle skrywanej radości.

– Pisze tylko, że pracował przy wykluwaniu jaja. Spis zabiegów, temperatura, wilgotność… Chyba próbowali je nakłonić do robienia tego, czego od nich wymagali.

– Efekty są opłakane.

– Dość tego, idziemy. – John chwycił broń i ruszył ku kolejnym drzwiom.


Na ścianie błyskał neonowy napis "stołówka" wraz ze strzałką prowadzącą w jedną odnogę korytarza.

– Biegła tam. – Garrus wskazał na kolejne zwłoki, tym razem ludzkiej kobiety w kitlu, zwrócone głową w stronę stołówki. W jej plecach ziała wielka, głęboka dziura, najwyraźniej zrobiona przez jedno z tych zwierząt.

– Może tylko uciekała bez konkretnego celu – Jane wzruszyła ramionami.

John obejrzał się na Liarę.

– W porządku? – spytał, widząc jej nienaturalną bladość.

Kiwnęła głową

– Po prostu znajdźmy moją matkę.

Nad głowami rozległo się chrobotanie, jakby coś przemieszczało się tunelem wentylacyjnym. Na razie jednak nic się nie pojawiło.

Za kolejnym załomem korytarza natknęli się na niespodziewany widok.

– O, a to ciekawe.

Garrus trącił nogą jedno z ciał, którymi zasłana była cała podłoga. Wśród dużych, brązowych osobników i zalewu małych i zielonych, tkwiły też ścierwa trzeciego rodzaju – znacznie większe, niemal czarne, z mackami zakończonymi olbrzymimi szczypcami. Na końcu korytarza, przed drzwiami stołówki, tkwiły prowizoryczne barykady, utworzone ze stołów i szafek.

– Czyli jednak ktoś tu przeżył.

Drzwi otworzyły się gwałtownie, wybiegła przez nie trójka ludzi, natychmiast kryjąc się za meblami. Rozległ się szczęk broni, gdy każdy uniósł swoją, czekając na ruch drugiej strony.

– Ja pierdolę, ludzie! – Jeden z ochroniarzy wychylił się ostrożnie, nie opuszczając jednak karabinu. – Jesteście tu, żeby nam pomóc?

– Dlaczego zawsze wołają „ludzie"? – Wrex pokręcił głową. – Jestem w końcu większy.

– Komandor Shepard, marynarka Przymierza – przedstawił się John, obserwując barykady. – Kim jesteście?

– Jasper Ventralis, dowódca ochrony. – Mężczyzna wstał, rozejrzał się niespokojnie. – Nie stójmy na widoku. Tutaj, szybko.

Kaidan przesunął biotyką największą szafkę, robiąc na tyle szerokie przejście, aby nawet Wrex mógł się zmieścić, potem odstawił ją ostrożnie na miejsce. Ventralis upewnił się, że barykada jest stabilna i wprowadził ich do pomieszczenia.

Ponad trzydzieści istot, przerażonych i stłoczonych w niedużej stołówce, stanowiło smutny widok. Większość siedziała przy stołach, część leżała na prowizorycznych posłaniach w jednym kącie, jedyny elkor stał przy ścianie, najwyraźniej śpiąc. Pod drugą ścianą, na nieco lepszych materacach, leżeli ranni: dwie asari i mężczyzna. Pochylał się nad nimi salariański doktor, mówiąć coś cicho i pokazując na trzymaną w ręce ampułkę z medi-żelem. Jedna z asari załkała i pokręciła głową. Salarianin westchnął, ale odsunął się. Panował też nieprzyjemny zapach – mieszanina krwi, niemytych ciał i strachu.

Tutaj też grała ta irytująca muzyka relaksacyjna.

– Witamy, komandorze, w naszym prowizorycznym bunkrze. – Dowódca ochrony uśmiechnął się blado i stanął przed nimi tak, że wreszcie mogli mu się przyjrzeć. Był łysy i miał jakieś czterdzieści lat. Prawy policzek był zadrapany, miał też worki pod oczami świadczące o tym, że przez ostatnie dni nie sypiał zbyt wiele. Jego biało–czarny pancerz był pobrudzony nie tylko czerwoną krwią – na bucie widać było też fioletowe i zielone smugi. Mimo wyraźnego zmęczenia miał spokojny głos oraz prostą sylwetkę i tylko nienaturalnie zaciśnięte usta zdradzały, w jakim napięciu musiał ostatnio żyć.

– Urządziliście tu całkiem niezłą ochronę– John pokiwał głową z uznaniem. – Ilu jest tu ochroniarzy?

Ventralis potarł oczy, a potem nagle wskazał najbliższy stół.

– Ja usiądę, jeśli nie macie nic przeciwko.

John kiwnął głową, sam usiadł naprzeciwko. Zanim jednak zdążył się odezwać, do Tali podszedł jedyny w pomieszczeniu quarianin.

– Um.. przepraszam… – odezwał się dość słabo. – Nie sądzę, abyś miała zapasową uszczelkę udową?

Tali zamrugała gwałtownie.

– Właściwie to mam.

– Moja uległa uszkodzeniu, a wszystkie części zapasowe do kombinezonu zostały w kwaterze. – Głos quarianina zabrzmiał wyjątkowo smętnie. – Czy mogłabyś…

– Oczywiście. – Tali schowała strzelbę, sięgnęła do jednej z licznych kieszeni kombinezonu. – Komandorze, będę obok, gdybyś mnie potrzebowała.

John skinął głową, obrzucił wzrokiem stołówkę. Uderzyła go straszna obojętność – nikt na nich nie spoglądał, nie próbował niczego się dowiedzieć. Quarianin był jedyny, który w ogóle się odezwał, reszta tkwiła w bezruchu, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w podłogę, sufit lub ściany. Wyglądali jak trupy, które tylko czekają na ostateczny strzał.

– Ilu was tu dotarło? – spytał cicho Ventralisa

– Czterdzieści sześć osób – odpowiedział równie cicho. – Teraz jest trzydzieści siedem. A za kilka godzin będzie trzydzieści sześć. – Wskazał podbródkiem leżącego mężczyznę. – Arni. Jedna z tych raknii ze szczypcami prawie odrąbała mu nogę, a my mamy tylko kilka bandaży i trochę medi-żelu.

John zamrugał gwałtownie.

– Czekaj, raknii? To są naprawdę raknii?

– Tak, kurwa. – Ventralis westchnął ciężko. – Ja też w to nie wierzyłem, dopóki nie zobaczyłem królowej. Przynajmniej mi tak powiedzieli, że to królowa, bo jak dla mnie to coś wyglądało jak przerośnięta krewetka.

John uniósł tylko brwi.

– Jakiś czas temu naukowcy przynieśli tutaj jajo. Podobno znaleźli jakieś stary statek raknii, na nim było jajo królowej… Zaczęli je hodować. A potem ona złożyła kolejne jaja. Wiedziałem, że dużo, ale nie sądziłem, że aż tyle. – Umilkł na chwilę. – No i gówno mnie to obchodziło, ja miałem tylko pilnować, żeby nikt stąd nic nie wyniósł. Do głowy by mi nie przyszło, że będę strzelał do tych robali.

– Kiedy to było? – odezwał się nagle Wrex. – Kiedy przynieśli tu jajo?

Ventralis spojrzał na kroganina, jakby widział go pierwszy raz w życiu na oczy, zawahał się.

– Nie wiem. Kilka tygodni temu. Z siedem, osiem?

Wrex wlepił swoje gadzie oczy w ochroniarza.

– To dziwne. Tych raknii jest bardzo dużo. One rozmnażają się szybko, ale nie aż tak.

– Kroganin znawca raknii – odezwa się nagle jakiś salarianin, siedzący przy sąsiednim stole.

– Ten kroganin nie był na tyle głupi, aby sztucznie przyśpieszać ich rozwój. – Wrex uśmiechnął się dziwnie. – Ale to bez znaczenia. I tak to moją rasę nazywa się prymitywną.

Salarianin otworzył usta, ale zamknął je pod wpływem ciężkiego wzroku Ventralisa.

– Ano, robili coś z tymi jajami – przyznał niechętnie. – Nie wiem co. Nawet gdyby mnie to obchodziło, to i tak by mi nie powiedzieli. Ważne, że dają się tu całkiem łatwo zabijać. Ta stołówka ma tylko jedno wejście, a one ciągle szturmują korytarz w regularnych odstępach czasu. Niby takie groźne, ale jednak strasznie głupie. – Pokręcił głową z niesmakiem. – Może to i lepiej. Głównie dlatego jeszcze żyjemy.

– Macie tu zapasy?

Ventralis rozłożył szeroko ręce w dziwnym, trochę teatralnym geście.

– Jesteśmy w stołówce… Mamy zapasy jedzenia na kilka tygodni. Gorzej z lekami. Tych nie mamy prawie w ogóle. Z drugiej strony mamy dostęp do kanalizacji, to zawsze jakiś luksus. – Roześmiał się gorzko. – Ale skoro pytacie, to oznacza, że nie jesteście tu jako wsparcie. Nie wysyłali by zresztą kroganina… bez urazy – dodał, zerkając na Wrexa. – Więc co tu robicie?

John rozejrzał się, zatrzymując wzrok na każdej asari w pomieszczeniu.

– Widzieliście tu matkę Benezję?

Ventralis spojrzał przeciągle na Johna.

– Tak. Była tutaj. W obstawie dwunastu komandosek asari. Przeszła przez kompleks i zniknęła w głównym laboratorium. Tym z królową. Pewno już nie żyje.

Liara usiadła ciężko obok Johna.

– Dlaczego? – spytała, całkiem spokojnie.

Ochroniarz potarł nasadę nosa.

– Bo stamtąd przyszły te skurwiele. Nie mieliśmy żadnego kontaktu z tamtym laboratorium. A skoro matka asari nie przysłała na pomoc żadnej ze swoich komandosek… Przykro mi – mruknął, widząc, jak Liara garbi się i pochyla głowę.

– Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę jej ciała. Gdzie jest to super–tajne laboratorium?

– W drugim kompleksie. Czterysta metrów wyżej. Jest kolejka, ale aby ją uruchomić, potrzeba karty.

– Znowu specjalne uprawnienia… – westchnął, zirytowany komandor. – Kto ma te karty?

Ventralis podrapał się po karku.

– Miał szef ochrony… Ale stary Phinther nie dotarł tutaj, pewno leży gdzieś tam na korytarzu. Miało też kilku naukowców… Doktorze Filo, kto może mieć karty dostępu? – zwrócił się do salarianina obok.

– Ja mam – odpowiedział szybko, niegrzecznie. – Ale nie udostępnię.

– Jestem Widmem – warknął John, pochylając się w jego stronę. – Daj tę kartę, albo odstrzelę ci łeb i sam ją sobie zabiorę.

Doktor Filo odchylił się do tyłu, spojrzał z furią na Ventralisa.

– To jawna groźba! Proszę coś z tym zrobić!

Ochroniarz wzruszył ramionami.

– Ja mam tylko strzelać do raknii, nie wtrącać się w robotę Widma. Proszę dać mu tę kartę, teraz to i tak nie ma żadnego znaczenia.

Salarianin prychnął, ale wyjął kartę i rzucił ją w ich stronę. Liara przechwyciła ją biotyką i posłała w stronę komandora. Podziękował jej skinieniem głowy.

– Jak już idziecie, to zróbcie nam przysługę – mruknął Ventralis. – Zabijcie królową. Może wtedy przestaną nas nachodzić i dotrwamy do końca kwarantanny.

Drzwi otworzyły się nagle, weszła przez nie jedna z kobiet z ochrony.

– Panie Ventralis, kazał pan meldować nasilenie dźwięków w szybach.

Mężczyzna uniósł zmęczone oczy.

– Już? Pośpieszyły się, sukinsyny. Komandorze, jeśli chcesz ruszać, to teraz, bo za jakieś pół godziny będzie tu kolejna fala.

– Potraficie to przewidzieć?

Wzruszył ramionami.

– Są głupie. Atakują w podobnych odstępach czasu i zawsze wcześniej tłuką się w szybach wentylacyjnych. To właśnie nimi przechodzą z laboratorium.

John spojrzał na niego, potem na zmęczonych i przerażonych naukowców, a potem podjął decyzję.

– Garrus, Wrex. Zostaniecie tutaj.

– Co? – Kroganin zmarszczył groźnie twarz.

Garrus pojrzał niepewnie na Johna.

– Komandorze, jesteś pewien, że to…

– Ci ludzie ledwo się trzymają, a ja nie chcę wyjaśniać Parasini, że nie ocaliliśmy nikogo, bo nikt nie chciał tu zostać. Pomożecie im i utrzymacie ich przy życiu, jasne?

Garrus kiwnął głową.

– Tak, komandorze.

Wrex skrzywił się potężnie, ale chwycił swoją strzelbę i wyszedł z jadalni. Za nim ruszył turianin, spoglądając niepewnie na plecy kroganina.

– Czy to mądre? – mruknęła Jane. – Kroganin i turianin… To jak proszenie się o kłopoty.

– Jeden i drugi będą wykonywali moje rozkazy. – John spojrzał ciężko na siostrę. – W przeciwieństwie co do niektórych.

Dziwny uśmiech przemknął jej przez usta.

– Jeśli faktycznie zmusisz ich do współpracy, to jestem pod wrażeniem. To jest wyczyn godny Widma.

Nie był pewny, czy sobie z niego kpi, czy mówi poważnie, ale nie skomentował. Wstał tylko, spojrzał na salariańskiego naukowca.

– Położenie kolejki.

Zamrugał kilkukrotnie, ale uniósł wreszcie omni-klucz i bez słowa przesłał współrzędne.

Jane wyprostowała się, machnęła w stronę Tali, wciąż pochylonej nad quarianinem. Kaidan podszedł do niej, wyciągając z kieszeni batona.

– Ostatnia chwila na uzupełnienie energii.

Spojrzała na niego zaskoczona i uświadomiła sobie nagle, że jest strasznie głodna. Wyjęła swój batonik, przysiadła na blacie stołu, obserwując brata, który rozmawiał z dowódcą ochrony, pokazując coś na omni-kluczu.

– Świetnie, więcej raknii. – Ashley stanęła obok nich, pokręciła głową. – Czy co to w ogóle jest.

– Nie wierzysz, że to raknii? – Kaidan spojrzał na nią. – Już tu kilka mądrzejszych od nas osób powiedziało, że to raknii.

– Może tylko myślą, że to raknii.

– A więc co to za różnica? – Jane wzruszyła ramionami. – Raknii, pseudo–raknii… Tak czy siak, trzeba wyplenić.

John w tym momencie obrócił się i machnął w ich stronę.

– Zbieramy się. A wy się trzymajcie. – John poklepał Ventralisa po ramieniu.

Drzwi otworzyły się, meble poszybowały w bok w błyskach błękitnego światła. Hałas w suficie stawał się coraz bardziej nieznośny – odgłosy setki cienkich nóg obijały się po korytarzach. Nikt z ochrony nie zwrócił na to większej uwagi – najwyraźniej zdążyli się przyzwyczaić.


Kolejka, sądząc z instrukcji porozwieszanych na ścianach, składała się tylko z jednego, sześcioosobowego wagonika. John podszedł do konsolety, użył karty, aby go przywołać.

– Garrus, jak u was sytuacja? – spytał, podchodząc do okna, przez które widać było szczyty gór. Wagonik przesuwał się powoli, dobrze oświetlony i widoczny pomimo zawieruchy.

– Na razie spokój, komandorze. – Głos Garrusa był cichy i spokojny. – Ochrona mówi, że przyjdą za jakieś piętnaście minut.

– Doskonale. Nie dajcie się zabić.

– Oczywiście. – Turianin chyba się uśmiechnął.

Drzwi rozsunęły się, wagonik wsunął się przez nie ze skrzypnięciem. Kaidan podszedł do niego, otworzył drzwi.

– Kurwa mać… – Odsunął się gwałtownie. Jane zajrzała mu przez ramię i wciągnęła z sykiem powietrze.

Na podłodze leżało kilka ciężkich do rozpoznania ciał, rozczłonkowanych i wypatroszonych. Krew i wnętrzności walały się po całym wnętrzu, znajdowały się nawet na oknach i suficie. Oderwana głowa młodej asari leżała na foteliku, z opuchniętym językiem wystającym spomiędzy pomalowanych na żółto warg.

– Ja pierdolę… – warknął John. – Co tu się stało?

– To nie raknii. – Ashley weszła ostrożnie do wagonika, przyjrzała się głowie. – Temu tutaj poderżnięto gardło, a głowę tej oderwano…

– Biotyka – szepnęła Liara.

Kaidan zerknął na najbliższego trupa, pokiwał powoli głową.

– To możliwe.

– To biotyka. Rozerwano ich biotyką. – Jane weszła za Ashley, starając się nie poślizgnąć na rozwleczonym jelicie. – Widziałam to już.

– Gdzie? – John spojrzał na nią ostro.

– W kilku miejscach. Diabli, raz sama tak kogoś załatwiłam. Ventralis mówił, że Benezja miała kilka komandosek?

– Myślisz, że to jedna z nich? – Ash wskazała odciętą głowę.

Jane skrzywiła się.

– Raczej myślę, że to ich sprawka.

– Ale jak? – rozzłościła Liara. – Moja matka miała lojalnych ochroniarzy, nie zdradziliby jej! Nie ma takiej możliwości!

Jane spojrzała na nią ciężko.

– Być może nie zdradziły, a zrobiły to na jej polecenie.

Liara pokręciła gwałtowne głową.

– Przestań pieprzyć – powiedziała z niespodziewaną złością. – Moja matka może być w niebezpieczeństwie, a ty ciągle sugerujesz, że to ona stoi za tym wszystkim!

Jane cofnęła się, zaskoczona tym wybuchem.

– Nie powiedziałam, że ona stoi za tym wszystkim.

– Gówno mnie to obchodzi. – Liara weszła do wagonika, znalazła kawałek barierki, który nie był umazany krwią i chwyciła się za niego. – Jedziemy tam. Muszę wiedzieć, co to wszystko oznacza.


– Uch, długo jeszcze? – warknął Wrex, uderzając w ścianę. Tupot nad nim ustał na dwie sekundy.

– Minęło dopiero parę minut, a ty się już niecierpliwisz? Byłby z ciebie kiepski snajper.

– My nie bawimy się w snajperów. Bijemy się twarzą w twarz, nie z odległości kilometra. Jak prawdziwi wojownicy.

– Taaa? A ja myślałem, że jak szaleńcy.

Wrex wyszczerzył się maniakalnie.

– Jesteś najbardziej wyszczekanym turianinem jakiego znam.

– A ty nie jesteś pierwszym, który mi to mówi. Ale co poradzę, jestem wyjątkowy. – Jego szczęki zadygotały, gdy uśmiechnął się do Wrexa. – Choć mówią mi to kobiety.

Wrex potrząsną głową.

– Niesamowite. Turianin z wyobraźnią!

Kobieta, stojąca obok nich obdarzyła ich dziwnym spojrzeniem, ale nie odezwała się. Narastający nas nimi hałas stawał się coraz bardziej drażniący i nieregularny. Dziwny pisk dobiegł gdzieś znad ich głów, a potem na korytarz wylała się fala raknii.

– No, nareszcie. – Wrex przeciągnął się, a potem ryknął, prezentując cały garnitur zębów.

Pierwsza raknii rzuciła mu się na twarz.


Kolejka skrzypiała nieznośnie, pnąc się pod górę. Liara, mimo wzburzenia, wyglądała jakby miała zemdleć. John podtrzymał ją lekko za ramię, gdy wiatr uderzył w wagonik i nie puścił, aż do końca trasy. Jane oparła się o Kaidana, próbując uniknąć zaczepienia głową o barierkę. Ashley nie miała tyle szczęścia – przy jednym szarpnięciu zachwiała się i upadła, prosto na kawał mięsa. Wstała szybko, rozmazując z niesmakiem mieszaninę fioletowej i zielonej krwi na pancerzu.

– Co za…

Wysiedli w kolejnym korytarzu, podobnym do tego z poprzedniego kompleksu. Jedyną wyraźniejszą różnicą były porozwieszane wszędzie plakaty, przypominające o obowiązku zachowania poufności i ostrzeżenia o karach za złamanie klauzuli tajności. Było też o wiele mniej ciał, zarówno raknii jak i naukowców – może dlatego, że większość tych ostatnich zostało upchniętych w wagoniku.

Jane zatrzymała się nagle przy jednej szybie, za którą widać było stołówkę. Przechyliła głowę, przypatrując się trochę bezmyślnie stołom, zanim zrozumiałą, co widzi.

– John. To jedzenie jest świeże.

Jej brat natychmiast stanął obok niej. Ashley weszła do środka.

– Jest ciepłe. Ktoś tu był zaledwie kilka minut temu.

– Czyli jednak ktoś przeżył tę masakrę. – John uniósł broń. – To dobrze.

Ruszyli dalej, uważnie nasłuchując. Panowała niepojąca cisza – tu na pewno nie było raknii w szybach wentylacyjnych. Nawet radiowęzeł był wyłączony i jedynymi dźwiękami było echo ich kroków.

– Czekajcie – odezwała się nagle Liara. – Co to jest?

Stanęła przy szybie, pokazującej wnętrze długiego, szerokiego pomieszczenia. Oświetlone było ciemnym, niebieskim światłem, ukazującym tylko zarysy przedmiotów – podwyższeń, ciągnących się przez całe pomieszczenie, na których stały terraria.

– Tu chyba wykluwały się raknii. – Asari przeszła szybko do drzwi, otworzyła je. – Może któryś terminal będzie włączony. Tali, uzyskasz dostęp do kamer?

– Jeśli będę miała terminal i jakieś dziesięć minut…

– Nie mamy tyle czasu – zauważył John. – Chyba chciałaś się dowiedzieć, co z twoją matką.

Liara zawahała się.

– Tak, ale… Chcę się dowiedzieć, co się tu dzieje. To zajmie tylko chwilę.

Weszła szybko do środka, ignorując komandora. John zaklął, ale machnął ręką na resztę. Sam, razem z Ashley stanął przy drzwiach, zabezpieczając wejście.

Jane pochyliła się nad jednym z terrariów. Było wypełnione ziemią, ale nie widziała żadnych jaj. Nie miała zresztą pojęcia, jak takowe mogą wyglądać. W wyobraźni widziała coś na kształt jaj ziemskich kur, jakie widziała kiedyś, jeszcze jako dziecko. Z niewiadomych przyczyn, te wyobrażone jaja były jaskrawozielone.

– To była komora lęgowa. Jaja były tu wygrzewane, a młode raknii przenoszono do pomieszczenia obok – odezwała się Liara.

John spojrzał na nią.

– Były?

– Tu napisali, że ostatni wylęg był sześć dni temu. Znaczy to jest ostatni wpis. Może był i potem kolejny.

– Miejmy nadzieję, że nie. I tak jest tu za dużo tego gówna. – John spojrzał na Tali. – Jak ci idzie z tymi kamerami?

Pokręciła głową.

– Źle. Większość ktoś zniszczył, mam podgląd tylko na dwa korytarze w dolnym laboratorium. Przykro mi, komandorze.

– Trudno. – John wetchnął ciężko. – Liara, długo jeszcze?

– Dwie minuty.


– I jeszcze raz!

Wrex roześmiał się szaleńczo, chwycił kolejnego robala. Raknii zamachała rozpaczliwie nogami i próbowała złapać kroganina mackami za głowę. Nie udało się jej i z głośnym wizgiem poleciała w górę, gdzie została zestrzelona przez uradowanego Garrusa.

– I dziesięć punktów dla mnie!

– Te, turianin, pięć. Trafiłeś w szyję, nie głowę.

Garrus nie odpowiedział, otworzył ogień do kilkunastu zielonych raknii, pełznących po ścianie.

– One nie mają przecież szyi, więc trafiłem w głowę!

– Uwaga! – krzyknęła nagle Felitia, wskazując na kilka większych raknii – tych czarnych i ze szczypcami.

– No, kolejni do zabawy! – ucieszył się Wrex.

– Oni zawsze nadchodzą ostatni – wysapał Ventralis. – To będzie koniec tej fali.

– Szkoda – mruknął Wrex, a potem nagle otoczył się biotyką.

Garrus westchnął, a potem razem z resztą patrzył, jak kroganin, cały w błękitnym świetle i krwi taranuje i miażdży ostatnich wojowników raknii.


Dało się słyszeć kroki.

Ash uniosła gwałtownie głowę, John uniósł rękę, nakazując reszcie ciszę. Teraz wszyscy usłyszeli rozchodzące się po korytarzu kroki, prawdopodobnie czterech osób.

– Williams, ze mną. Reszta czeka – szepnął komandor i wyszedł na korytarz, unosząc karabin.

Kroki były coraz głośniejsze, aż w końcu zza załomu wyszły cztery asari w czarnych pancerzach ze złotymi wstawkami.

– Hej, coście za jedni!? – wrzasnęła ta idąca na przedzie, najwyraźniej dowódca oddziału. Czerwone kropki tatuażu układały się we wzór, przypominający skrzydła motyla.

– Komandor Shepard, marynarka Przymierza. Jesteśmy tu…

– Nieważne. – Asari wzruszyła ramionami. – I tak zginiecie.

Pierwszy pocisk odbił się od pancerza, drugi oderwał kawałek naramiennika, pocisk biotyczny wyrwał Ashley broń z ręki. Wycofali się szybko do pomieszczenia.

– No brawo, braciszku! – wrzasnęła Jane, przypadając do ściany. – Wystarczy że się przedstawisz, a już do nas strzelają!

– Zamknij się! – odkrzyknął jej.

Ashley, klnąc, wyciągnęła pistolet, przyklękła przy drzwiach. John, też schowany za futryną, wychylił się właśnie i posłał serię na ślepo. Kaidan stanął za nim, rozciągając barierę.

– Pierdoleni ludzcy biotycy! – rozległo się z korytarza, a zaraz potem w ich stronę pomknęła seria ładunków biotycznych. Kaidan zaklął przez zęby, zachwiał się, ale nie puścił bariery.

– Pomogę ci – szepnęła Liara, pojawiając się obok niego. Jej bariera dołączyła do jego, przejmując na siebie część uderzeń.

John i Ashley wychylili się, posłali serię. Rozległ się jakiś krzyk, potem przekleństwo i biotyczny atak osłabł.

– Musimy to przerwać, bo nas wystrzelają jak kaczki. – John rozejrzał się. – Jane, jak twoja biotyka?

– Bardzo dobrze, a co?

– Rozpieprz ścianę!

Jane milczała przez dwie sekundy, a potem roześmiała się gardłowo.

– Jak ty już coś wymyślisz, braciszku, to z rozmachem! Daj mi chwilę!

Wyjrzała przez szybę na korytarz, sprawdzając, gdzie są komandoski, przesunęła się o dwa metry i przytknęła dłonie do ściany.

– Jak rozwalę, to nie czekaj na nic, tylko od razu strzelaj.

– A ty? Nie chcę cię trafić.

– Ja sobie dam radę. Nie gadaj, tylko strzelaj!

Odetchnęła głęboko, zebrała energię, a potem, z głośnym wrzaskiem, uderzyła w ścianę.

Rozległy się krzyki, gdy wielki kawał ściany wyleciał do przodu i uderzył w najbliższą asari, niemal dosłownie zmiatając ją ze swojej drogi. Jane natychmiast odskoczyła do tyłu, otaczając się energią, ale nie było to konieczne – John i Ash błyskawicznie otworzyli ogień, powalając pozostałe trzy komandoski.

Zapanowała nieprzyjemna, nieprzerywana niczym cisza.

– Żyjesz? – spytał tylko komandor, zerkając na opierającą się o jedno terrarium siostrę.

Machnęła ręką w jego stronę.

– Żyję, żyję. Daj mi tylko dojść do siebie.

Kaidan po drugiej stronie wylęgarni oparł się o drzwi, oddychając głęboko. Pulsujący ból głowy oszołomił go na chwilę, ale jakoś zacisnął zęby i wyprostował się. Jaskrawe światło z korytarza boleśnie uderzyło go w oczy, wbił więc spojrzenie w podłogę, mając tylko nadzieję, że nikt nie zacznie zbyt głośno krzyczeć w komunikatorze. Tymczasem John machnął na Williams i razem ostrożnie wyszli na korytarz, celując w ciała komandosek.

– Komandorze – odezwała się Ash. – Ta tutaj jeszcze żyje. – Szybko kopnęła porzucony karabin w stronę Kaidana, który niemal machinalnie podniósł go i rozładował.

Faktycznie, jedna z asari o czarnych wargach i pojedynczym, czerwonym pasem tatuażu na policzku, oddychała ciężko, chrapliwie. Kałuża krwi pod jej lewym bokiem powiększała się szybo. John zaklął przez zęby, podszedł do niej, unosząc broń.

– Komandorze! – Liara podbiegła do niego, otwierając szeroko oczy. – Trzeba ją przesłuchać, ona może coś wiedzieć o mojej matce!

John nie zwrócił na nią uwagi, więc zdesperowana stanęła przed nim, rozkładając szeroko ręce.

– Zejdź mi z drogi – warknął, próbując ją wyminąć.

– Nie! – krzyknęła ze złością. – Nie pozwolę ci jej zabić, póki czegoś się nie dowiem!

Jane gwizdnęła przez zęby, obserwując rozgrywającą się przed nią scenę. Za sobą słyszała przyśpieszony oddech Tali. Liara odwróciła się tymczasem, wyjmując swój medi-żel. Komandor złapał ją za rękę.

– Nie marnuj zasobów na przeciwnika! – wycharczał, ledwo powstrzymując wściekłość. – Jak chcesz jej pomóc, to daj mi strzelić jej w łeb!

– Tak nie można! – jęknęła Liara, wyszarpując się z uścisku Johna. – Trzeba…

Nie dowiedzieli się, co według Liary trzeba było zrobić, bo komandoska otworzyła oczy i gwałtownie wciągnęła powietrze w płuca. Jej tęczówki miały niespotykany, srebrzysty kolor, niemal całkowicie zlewający się z białkiem. Kaszlnęła gwałtownie, z ust wypłynęła jej cienka strużka krwi. John natychmiast uniósł karabin, podobnie jak Ash, Kaidan i Jane.

– Gdzie jest moja matka! – spytała gwałtownie Liara. – Gdzie matka Benezja?

Komandoska wydała z siebie dziwny charkot.

– Ciemność. – Jej głos był chrapliwy, nienaturalny. – Ciemność idzie. Nie powstrzymasz nas. Nie zrobisz.

– Jaka ciemność? – Liara zmarszczyła brwi. – Ja chcę tylko odpowiedzi!

Roześmiała się, wypluwając z siebie więcej krwi.

– Nie ma. Oni są odpowiedzią. Oni i ciemność. – A potem wkoło niej zawirował błękit.

– Nie! – wrzasnęła Jane, rzucając się do przodu, ale było już za późno. Biotyka błysnęła, głowa asari poleciała w bok, a jej krew obryzgała Liarę, która wrzasnęła przeraźliwie i odskoczyła do tyłu, gwałtownie wycierając sobie twarz. John bez entuzjazmu kopnął drgające ciało komandoski.

– Można popełnić samobójstwo biotyką? – mruknęła Ash, zerkając na Jane.

– Można, kurwa mać. Raz w życiu widziałam. – Pokręciła głową. – Ale bałagan…

– Liara. – John stanął przed asari, która, ciągle dygocząc, próbowała zetrzeć resztki tkanki z twarzy. – Nigdy więcej nie próbuj mi się sprzeciwiać.

Zamarła, otworzyła tylko szerzej swoje piękne oczy, wlepiając oszołomione spojrzenie w komandora.

– Ale… ona była ranna! – zaprotestowała słabo.

– A co to ma do rzeczy? – warknął. – Miała jeszcze na tyle siły, aby oderwać sobie łeb, myślisz, że nie zrobiłaby tego z tobą?! Co ty sobie w ogóle myślałaś, że przeprosimy ją, a ona grzecznie nam powie, gdzie jest Benezja i co tu się odpierdala?!

Liara milczała, odwróciła wzrok.

– Jestem dowódcą i, kurwa, wymagam, aby mnie słuchano! Odpowiadam za wasze życie, a nie mogę tego robić, kiedy ktoś mi się sprzeciwia! Więc kiedy wydaję rozkaz, oczekuję bezwzględnego posłuszeństwa! – Nie schował broni, a jego głos, niski i chrapliwy, brzmiał wyjątkowo nieprzyjemnie. – Żadnych protestów, żadnego „nie", żadnych aktów heroizmu i przede wszystkim żadnego współczucia dla tych, którzy atakują nas, czy to jasne?!

Kiwnęła głową, choć na jej twarzy odmalowała się złość i bunt. John westchnął nagle ciężko.

– Wiem, że nie jesteś żołnierzem, ale musisz zrozumieć, że brak dyscypliny na misji to śmierć. Rozumiesz? Muszę mieć stuprocentową pewność, że tak.

Spojrzała na ciało komandoski, w jej oczach zabłyszczały łzy. Zamrugała szybko, kilkukrotnie, pozbywając się ich i kiwnęła głową.

– Tak. Rozumiem.

John wyprostował się.

– W takim razie ruszamy.


Wrex rozparł się wygodniej na skrzyni, przejechał jęzorem po potężnych zębach.

– Więc jej powiedziałem, że prawdziwy kroganin tak nie zrobi, nawet za te sto patoli – kontynuował, z zadowoleniem obserwując wlepione w niego spojrzenia. – Jestem, kurwa, wojownikiem, nie pieprzonym aktorem. Ale matki asari nie lubią, jak się im sprzeciwia, oj nie. Zaczęła wygrażać się, że mnie znajdzie, że osobiście mi urwie jądra… Nie wiem, po co jej były krogańskie jądra, ale chciała je mieć. – Przerwał na chwilę, bo w stołówce rozległy się ciche parsknięcia. – Potem był standard… Wysyłani za mną najemnicy, donosy do władz, do skarbówki… W końcu sam do niej poszedłem i spytałem, co ona odpierdala. Pożarliśmy się wtedy ostro, ale w końcu, he, he… Doprowadziliśmy wszystko do porządku. Od tego czasu nie miałem już żadnych problemów z matkami.

Garrus pokręcił głową.

– No pięknie, Wrex. Ale powiedz mi, ile z tego jest w ogóle prawdziwe?

Wyszczerzył się.

– Każde pojedyncze słowo, turianinie.

– Kiedy ostatni raz sprawdzałem, na imię miałem „Garrus".

– No i co? Turianin jest łatwiejsze do zapamiętania.

Doktor Jorva, asari z jasnoniebieskimi obwódkami wkoło oczu i brzydką blizną na policzku, uśmiechnęła się delikatnie.

– Ja tam lubię imię Garrus. Może ty nam coś opowiesz?

– Ja… Och, komandorze! – Wyprostował się nagle, słysząc głos Johna w komunikatorze. – Raknii odparte, wszyscy cali. Wrex zabawia wszystkich opowieściami ze świata najemników.

– Zabawia? – odezwała się Jane. – Naprawdę żałuję, że mnie tak nie ma.

– A niech ich zabawia – mruknął John. – Przyda im się. Utrzymujcie pozycję i poinformujecie, gdyby znowu zaatakowały.

– Przyjąłem, komandorze.

Garrus wyprostował się, spojrzał na Wrexa. Kroganin obdarzył go ciężkim spojrzeniem, ale wykrzywił się w uśmiechu.

– Dawaj, turianinie. Zobaczmy, czym możesz się pochwalić.


Trafili na kolejną wylęgarnię, tym razem nieco mniejszą i ze znacznie mniejszymi terrariami. Minęli ją bez słowa. Liara, idąca raczej na tyłach, starała się nie patrzeć na Johna. Jane spoglądała na nią co jakiś czas, próbując stwierdzić, czy więcej jest w niej złości czy poczucia winy. Prawdopodobnie czuła obie emocje i Jane nagle poczuła, że współczuje asari – nie była w końcu żołnierzem tylko naukowcem, a i tak zdecydowała się iść z nimi, nieprzygotowana na to, co mogła napotkać. Lepiej dla niej byłoby zostać na Normandii, ale skoro jej brat podjął taką decyzję, a nie inną… Westchnęła zirytowana, pokręciła głową, widząc pytające spojrzenie Kaidana.

Smród krwi doprowadził ich do trzeciej wylęgarni, gdzie natrafili na drugi oddział asari. Raknii zajęły się czterema komandoskami, obgryzając ich ciała tak, że trudno je było rozpoznać. John z Ash szybko zbadali pobojowisko, zostawiając na zewnątrz zdenerwowaną Tali i Liarę, która gwałtownie odmówiła wejścia do pomieszczenia. Kaidan i Jane, odczuwając już skutki przeforsowania biotyką, zdjęli hełmy i szybko pochłaniali swoje batoniki.

– Leżą tutaj już ze dwa dni – mruknął John, pochylając się nad najmniej uszkodzonym ciałem. Asari nie miała jednej nogi, a w jej boku ziała olbrzymia dziura. Szeroko otwarte, zielone oczy, wpatrywały się pusto w sufit.

– Nie podoba mi się to miejsce – odezwała się Ashley, rozglądając się gniewnie.

– Zgadzam się. Im szybciej znajdziemy Benezję, tym lepiej.

– Tu mogą być jeszcze cztery komandoski – rzuciła nagle Tali. –Ventralis mówił o dwunastu. Cztery są tu, cztery zabiliśmy tam…

– Może się nie natkniemy na nie. – John spojrzał na Liarę. – W porządku?

– Tak, komandorze – odpowiedziała mechanicznie, umykając spojrzeniem gdzieś w bok.

– Ruszamy czy nie? – Jane podeszła do nich, wkładając hełm. – Zaczynam mieć już dość tego miejsca.


Wielki, czerwony neon błyskał nad drzwiami, ostrzegając, że jest to strefa zastrzeżona i nieuprawnione wejście może zakończyć się śmiercią. John wymruczał coś zirytowany i podsunął kartę pod czytnik. Skaner zapiszczał, drzwi otworzyły się, wypuszczając niespodziewanie ciepłe i wilgotne powietrze. Na ich pancerzach niemal natychmiast zaczęła skraplać się woda.

Duże, wilgotne pomieszczenie było dziwną mieszaniną laboratorium i egzotycznego ogrodu. Wielkie rośliny, przypominające nieco ziemskie drzewa, wyrastały z wsadzonych pod podłogę donic, sprzęt laboratoryjny znajdował się pod specjalnymi kopułami, chroniącymi przed wilgocią. Jane pochyliła się, z fascynacją na twarzy podziwiając purpurowe kielichy kwiatów, większych od jej dłoni. Ash machnęła ręką, odganiając się od jakiegoś natrętnego owada.

– No dobra, tego się nie spodziewałem – przyznał Kaidan, przyglądając się okrągłym liściom na pobliskim krzaku. Wyciągnął rękę w ich stronę i wyprostował się gwałtownie, kiedy te zwinęły się ciasno pod jego dotykiem.

– Keelah… – westchnęła Tali, obserwując otoczenie swoimi świetlistymi oczami. – To miejsce jest piękne!

– Niespotykane – mruknęła Liara.

Wielki, przeźroczysty zbiornik pojawił się przed nimi, gdy tylko wyszli zza linii drzew. Ciemne, pięciometrowe cielsko poruszyło się, kiedy zbliżyli się, obracając ku nim szpiczastą głowę.

– Czy to… – szepnęła Ashley.

– Chyba znaleźliśmy królową raknii – dokończyła Jane.

Zza zbiornika powoli wyszła wysoka asari w ciemnej sukni i nie twarzowym, wysokim nakryciu głowy. Postąpiła ku nim kilka kroków i zatrzymała się nagle, pochylając głowę.

– Benezja? – odezwał się John. – Matka Benezja? Muszę z tobą porozmawiać.

Ramiona asari zadrżały gwałtownie i przez chwilę myślał, że płacze. Uniosła jednak gwałtownie ręce i posłała w ich stronę potężny ładunek biotyczny, który odrzucił ich do tyłu. John wpadł na jakieś drzewo, Tali, z głośnym piskiem, wleciała w kolczate krzaki. Istota w zbiorniku rzuciła się gwałtownie na ścianę, najwyraźniej próbując się uwolnić i wydobyła z siebie serię wwiercających się w uszy wizgów. Jane uderzyła głową w metalową rurę i na chwilę pociemniało jej przed oczami.

Benezja ponownie uniosła pięści, ale nagle zachwiała się, odwróciła i upadła, łapiąc się za głowę.

– Mamo! – jęknęła Liara. Zerwała się niezgrabnie, potknęła i niemal na czworakach dobiegła do matki, łapiąc ją za ramiona.

– Nie! – Benezja szarpnęła się, jej błękitne oczy otwarły się nagle. Były rozbiegane i nieprzytomne, jakby wpatrywała się w coś, na co nikt inny nie mógł spojrzeć. – Nie mówcie! Nie mówcie do mnie! Te szepty… Głosy… Wynoście się! – Zaczęła się szarpać, jej głos przeszedł w dziwny, jazgotliwy krzyk. – Wynoście się z mojej głowy!

– Mamo, to ja! – Liara złapała ją mocniej. – To ja, nie poznajesz mnie?!

Spojrzenie Benezji nabrało nagle ostrości. Spojrzała prosto na twarz Liary i westchnęła.

– Och, córeczko… – Dotknęła niepewnie jej twarzy. – Co ty tu robisz? To miejsce ciemności. Nie jest ono dla ciebie.

– Mamo, co się dzieje? – Liara spróbowała wstać i pociągnąć matkę za sobą.

– Muszę wam powiedzieć, póki mam mój umysł. – Dała się podnieść, choć musiała wesprzeć się na córce. John podszedł do nich z uniesioną bronią. Za nim szły Jane i Ash, Kaidan został przy Tali, pomagając wyplątać się jej z krzaków tak, aby ograniczyć uszkodzenia kombinezonu do minimum.

– Ty… jesteś Shepard – powiedziała Benezja, wbijając spojrzenie w komandora. – Ty też jesteś Shepard. – Przeniosła spojrzenie na jego siostrę. – On was nienawidzi. Zniszczyliście jego mrok. Jego cień. Chciał być w cieniu i mieć wiedzę tylko dla siebie. Wy nie pozwoliliście. – Uniosła gwałtownie głowę, jakby nasłuchując. – Głosy odeszły. – W jej głosie zabrzmiała obezwładniająca ulga. – Mogę z wami porozmawiać. Muszę.

Liara chwyciła mocniej matkę, stęknęła z wysiłku. Jane zawahała się, ale w końcu schowała pistolet i podeszła do nich, podpierając Benezję z drugiej strony. Razem z Liarą usadziły ją na wysokim, metalowym krześle.

– O czym ty mówisz, mamo? – Liara kucnęła przed matką, wpatrując w nią z niepokojem. – Co tu się w ogóle dzieje?

– Królowa. Miałam porozmawiać z królową. Odebrać jej wspomnienia. Bo ona wie, ma wiedzę swojej matki i jej matki i kolejnej matki. Nikt inny nie wie, tylko ona wie. – Głos Benezji przeszedł w lekkie mamrotanie i Liara musiała nią lekko potrząsnąć, aby znowu odzyskała świadomość.

– Saren chciał coś wydobyć od raknii, tak? – upewnił się John, obserwując czujnie asari.

Benezja uniosła na chwilę oczy, które, przynajmniej na razie, wyglądały całkiem przytomnie.

– Przekaźnik Mu – powiedziała. – Zaginął, cztery tysiące lat temu. Wybuch supernowej wyrzucił go w przestrzeń. Był jedyną bramą do wielu światów i tylko królowa raknii mogła mieć wiedzę. Saren chciał tej wiedzy. Chce przekaźnika Mu. Nie wiem, po co. Nie mówi mi. – Zamilkła, unosząc niespokojnie oczy. – Na razie jest cisza. Mogę jeszcze rozmawiać.

– Masz te informacje?

Kiwnęła głową.

– Są tam. Na dysku. Saren też je ma – dodała, już ciszej. – Ma, czego chciał, więc woła mnie do siebie. Ale jeszcze nie teraz. – Jej wargi poruszały się jeszcze przez chwilę.

– On cię jakoś… kontroluje? – Liara złapała matkę za rękę. – Jak?

– Nie wiem, córeczko – odpowiedziała żałośnie. – Kluczem jest jego statek. Suweren. Pewno był na Eden Prime. Kiedy jesteś tam, to… to istnieje dla ciebie tylko Saren. – Jej oczy zamgliły się lekko, głos zabrzmiał tęsknie i bardzo dziewczęco. – Myślisz sobie, że jest szaleńcem. Że zbyt ambitnym. Szaleństwo się z niego wylewa. Ale im dłużej tam jesteś, tym bardziej czujesz, że ma rację. A on szepcze. Szepcze i szepcze, cicho, ale stale i kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, już nie możesz. Nie możesz mu się przeciwstawić, bo nie chcesz. – Otworzyła szerzej oczy, zacisnęła mocniej dłoń na dłoni Liary. – Zabiera ci cię. Zabiera ciebie i wsadza siebie, a ty… ty możesz tylko patrzeć na ciemność. I wiesz, że on panuje nad tobą, ale i tak robisz, co każe, bo nie umiesz tego nie robić. – Jej wypowiedź, coraz bardziej chaotyczna przerodziła się w niezrozumiałe mamrotanie.

– Mamo! – Liara złapała ją za ramiona. – Mamo, słuchaj mnie, zostań ze mną!

– Odsuń się od niej! – krzyknął John, unosząc karabin.

– Nie, nie, nie! – Asari złapała nagle matkę za głowę, jej oczy przybrały dziwny, ciemny kolor. – Pamiętaj, mamo! Pamiętasz? To my, w naszym mieszkaniu. I ciastka, które piekłyśmy zawsze na uroczystość Przemiany. Pamiętasz? Te wieczory? Mamo? Wróć tu, proszę!

– Co ona robi? – mruknęła Ashey. – Wygląda trochę jak wtedy. – Zerknęła na Jane, która skrzywiła się potężnie.

– Asari czasem przesyłają tak wspomnienia – mruknęła niechętnie. – Może to utrzyma ją przy zdrowych zmysłach.

Benezja zamrugała gwałtownie, sięgnęła nagle do policzka Liary, pogłaskała ją delikatnie.

– Moja córeczka – wyszeptała miękko. – Moja mądra, dzielna córeczka. Jesteś zbyt jasna, ciebie ciemność nie dosięgnie. Nie pozwól na to. – Spojrzała błagalnie na Johna. – Nie dopuść ciemności do mojego dziecka.

– Mamo. – Liara uśmiechnęła się lekko. – Sama o to zadbasz. Zabieramy cię ze sobą.

Benezja pokręciła gwałtownie głową.

– Nie, dziecko. Nie możecie.

– Ale…

– Cicho. – przyłożyła palec do ust. – Głosy odeszły, ale wrócą niedługo, a ja zrobię wszystko, co każą. Chcę wam powiedzieć jak najwięcej, zanim to nastąpi. – Odetchnęła głęboko. – Dołączyłam do Sarena, bo myślałam, że dam radę. Że go naprostuję. Miał w sobie dobry ogień, ale źle go pokierował. Chciałam to zmienić. Ale Suweren zatruwa umysły. Saren mówi na to indoktrynacja. Zmienia każdego w posłusznego sługę, wystarczy sama bliskość statku. – Oblizała spierzchnięte wargi. – Ja mam jeszcze trochę siebie, bo Saren potrzebował mojego umysłu. Bo im dłużej jesteś zindoktrynowany, tym bardziej bezwolny i głupszy się stajesz. A Saren chciał mnie. Potrzebował – powtórzyła. – Mnie, nie sługi. Ale to się kończy. Zdobyłam dla niego co chciał, przestaję być potrzebna. Moja gwardia jest już jego. Pochłonęła ją ciemność.

– Co Saren chce w ogóle osiągnąć? – spytał John, z niepokojem obserwując coraz bardziej rozbiegane spojrzenie Benezji. – Po co to wszystko?

– Chce wiedzieć. Kontrolować ciemność.

– To nie ma sensu – mruknął.

– Ona mówi o Żniwiarzach, John – odezwała się Jane. – Ta cała ciemność to Żniwiarze.

Niebieskie oczy matki spoczęły na niej.

– Ty widziałaś. Ty wiesz. Jak Saren. Ale Saren wiedział, zanim zobaczył. Ale wiecie. I ty i on o Żniwiarzach, o ciemności. Widzieliście, co ma nadejść. On chce kontroli, ty chcesz walki. To dobrze. Potrzeba chcenia walki. – Zmarszczyła brwi. – Potrzeba… chęci walki – poprawiła się z wysiłkiem. – Żniwiarze nadejdą. Tacy jak w wizji. I zrobią to, co zrobili w wizji.

– Ale dlaczego? – Jane spojrzała bezradnie na brata. – Jaki mają cel?

– Nie wiem. Nie wiem, czy Saren nie wie. Może wie. Nie wiem. – Potrząsnęła głową. – Coraz ciężej mi myśleć. Liaro, jesteś tu?

– Jestem, mamo – odezwała się miękko.

– Dużo chciałam ci powiedzieć. Nigdy nie zdążyłam. Teraz też nie zdążę. – Na jej twarzy pojawił się dziwny, przejmujący smutek. – Ale wciąż mam swój umysł. Jeszcze odrobinkę. Jestem dumna. Z ciebie. Jesteś mądra i odważna. Pełna światła – powtórzyła z czułością. – Proszę, nie zatrać się w ciemności.

– Mamo…

– Ciii… – Benezja poruszyła się niespokojnie. – Szepty wracają. Dwie prośby. Shepard. Obiecaj.

– Co mam obiecać?

– Nie dopuść do niej ciemności! – powiedziała z naciskiem. – Żadnej ciemności! Ona jest jasna! Moja córka ma być jasna! Dopilnuj tego, dobrze?

– Uch… Obiecuję – powiedział, niezbyt pewnie. Liara spojrzała na niego dziwnie.

– Druga prośba. Póki mam jeszcze mój umysł. Zabij mnie.

– Co? – Liara chwyciła mocniej dłoń matki. – Przecież to absurd!

– Nie absurd! – Pokręciła głową. – Nie wolno tak mówić! Oni tak chcą! Żeby wolność była absurdem! Shepard, zabij! Póki mam swój umysł! Póki jestem sobą, nie nim!

– John, nie możesz tego zrobić! – Liara wstała gwałtowne, zasłaniając własnym ciałem matkę, która przymknęła oczy. Jej wargi poruszały się niespokojnie. – Ona…

– Ona nie chce nas skrzywdzić – powiedział cicho komandor. – Ale wie, że może to zrobić. Nie jest już sobą, Liaro.

– Nie pozwolę ci na to! – wrzasnęła gwałtownie. – Nie moją matkę!

– Miałaś mi się nie sprzeciwiać!

– W dupę wsadź te swoje rozkazy!

– Odsuń się – warknął.

– Proszę! – jęknęła Benzja, łapiąc się nagle za głowę i zsuwając się z krzesła. – Zanim nadejdzie! Zanim mnie zabierze! Chcę umrzeć, ja, ja, ja! Nie pozwól im żyć we mnie!

– Nie, ty nie możesz! – Liara uklękła przy niej, złapała ją, próbując powstrzymać jej drgawki. – Nie możesz! Nie zabijemy cię!

– Ja muszę zginąć! – Niebieskie oczy Benezji omiotły pomieszczenie, jej głos przeszedł w charkot. – Muszę! Teraz, póki wiem, kim jestem! Tak wygram, córeczko. Udowodnię im, że się mylą. Że nie mogą mi zabrać mnie.

– Przecież to chore! – wrzasnęła Liara, pochylając się nad matką. – Nikt cię nie zabierze, nie pozwolę na to!

John złapał Liarę za ramiona, zmusił, aby wstała. Krzyknęła ostro, szarpnęła się, ale przytrzymał ją mocno. Zawyła z wściekłości i zaczęła okładać go chaotycznie pięściami. Złapał ją za dłonie, unieruchomił, cierpliwie znosząc jej szamotaninę.

– Nie uratujesz jej – powiedział cicho. – Wiesz, że zaraz nas zaatakuje. Nie musisz się z tym zgadzać, ale wiesz, że tak będzie.

Nie odpowiedziała, odwróciła się tylko, aby spojrzeć na matkę, która leżała bez ruchu na podłodze. Oddychała głośno, chrapliwie i co chwila zaciskała i rozluźniała pięści. Otworzyła na chwilę oczy, w których płonęło gorączkowo coś, czego nie umiała zidentyfikować.

– Jane. – John spojrzał na siostrę. – Zabierz ją stąd.

Jane podeszła do Liary, złapała ją zaskakująco łagodnie za ramiona, popchnęła ją delikatnie w stronę wyjścia. Asari najpierw szarpnęła się, krzyknęła coś niezrozumiale, ale kolejne błagalne spojrzenie Benezji sprawiło, że zwiotczała i jakby zapadła się w sobie. Opuściła głowę i pozwoliła się wyprowadzić, wydając z siebie rozpaczliwy szloch dopiero wtedy, gdy za nimi rozległ się dwa głośne strzały.


– Co z Liarą? – spytał cicho John, kiedy Jane wynurzyła się spomiędzy drzew.

– Siedzi z Tali i Kaidanem. Oni są lepsi w pocieszaniu, niż ja. – Potarła ze znużeniem kark. – Choć nie wiem, czy cokolwiek jej teraz pomoże. Cholera, zabiłeś jej matkę.

– Wiem – odpowiedział niechętnie. – Nie było innego wyjścia.

Wzruszyła ramionami.

– Hej, ja to przecież wiem. Mam tylko nadzieję, że do niej też to dotrze.

Milczeli przez chwilę, wpatrując się trochę bezmyślnie w przeźroczysty zbiornik z królową raknii. Mieli wreszcie okazję, aby się jej przyjrzeć. Wielkie, pięciometrowe, wrzecionowate cielsko wiło się dziwacznie, trzy pary nóg pozostawały w ciągłym ruchu. Dwie macki u nasady głowy obijały się o ścianki zbiornika w dziwnym, nieregularnym rytmie.

– Co z nią zrobimy? Nie możemy jej tak zostawić – odezwała się w końcu Jane, gdy Ashley ułożyła wreszcie Benezję w naturalniejszej pozycji, zamknęła jej oczy i znikła między drzewami.

– Wiem. – John obszedł zbiornik. – Chyba ją po prostu zabiję, wtedy raknii przestaną nachodzić tych naukowców i będzie można odwołać kwarantannę.

– Nie ma innego wyjścia? – mruknęła jego siostra. – To ostatnia raknii. Ten gatunek wyginął dwa tysiące lat temu, a my mamy cudownie ocalałego. – Pokręciła głową. – To okrutne.

– Taa, bo te zjedzone ciała to był wyraz przyjaźni – parsknął, podchodząc do konsolety. – Chyba mogę po prostu odciąć jej tlen.

– To naprawdę smutne – mruknęła Jane, a w jej głosie zabrzmiał prawdziwy żal.

– To tylko wielki robal.

Coś zaszurało. Rozejrzeli się, gwałtownie wyciągając broń. Królowa w zbiorniku wyprostowała się, rozwarła szpiczaste zęby, otaczające otwór gębowy i gwizdnęła.

– Wiesz, ona chyba rozumie, co się do niej mówi – zauważyła Jane.

– Pierdolenie. – John wpatrywał się intensywnie w gąszcza, ale nie dostrzegł niczego podejrzanego. Odwrócił się, opuszczając broń, a potem krzyknął.

– Co do diabła?!

Jane też odwróciła się, odskoczyła gwałtownie, uwalniając potężny pocisk biotyczny.

– Jak ty strzelałeś?! – wrzasnęła, czując narastającą panikę.

Benezja stała przed nimi, chwiejąc się na wszystkie strony. Oczy miała zamknięte, jej głowa zwisała bezwładnie, kiwając się na boki. Fioletowa krew spływała jej powoli z dziur po kulach i skapywała na podłogę, gdy podchodziła niezgrabnie do zbiornika, aby w końcu oprzeć się krzywo o jego ścianę.

Jej usta otworzyły się.

– Jesteśmy matką. My rozumiemy.

John i Jane milczeli, wlepiając zdumione spojrzenia w rozgrywającą się przed nimi, groteskową scenę.

– My? Matką? – wyszeptała w końcu Jane.

– Jesteśmy królową. Jesteśmy matką. – Głos Benezji, całkowicie pozbawiony modulacji sprawiał, że słowa były ciężkie do rozróżnienia. – My czujemy. Chcemy rozmawiać. Z wami. Nie umiemy śpiewać nisko. Musimy pożyczyć głos.

– Wy? Jesteś tylko ty – odezwał się John. – I co ty robisz z ciałem Benezji?!

– My jesteśmy. Nie wiemy, co to „ty". – Umilkła na chwilę. Macki raknii poruszyły się chaotycznie, ciałem Benezji wstrząsnęły drgawki. – Ona była matką. My jesteśmy matką. Ona chciała, aby matka mówiła przez matkę. Chcemy rozmawiać. Czy jednoumysły porozmawiają?

– Nie wierzę, że to się dzieje – wybełkotała Jane. – Że rozmawiam z pieprzoną raknii.

– Nie znamy pojęcia „pieprzone". My chcemy przeprosić. Tłumaczyć. Prosić. Czy możemy?

– Ja pierdolę… Mów, co masz mówić. – John nie opuszczał broni, czując się jak wariat. Ostatecznie rozmawiał z wielkim robalem za pomocą jeszcze ciepłego trupa.

– Nasze dzieci… Zabrali dzieci. Jednoumysły. Zabrały. Dzieci nie słyszały pieśni, nie słyszały matki. Dzieci szalały. Dzieci zabijały. Dzieci nie chciały, ale nie znały nic innego.

Rodzeństwo spojrzało na siebie niepewnie.

– Zabierali od ciebie jaja, tak?

– Chcieli zmusić do posłuszeństwa, ale tylko matki to mogą. Tylko matki wiedzą, jak. Dzieci zostały zranione i nie ma dla nich ratunku. Zabicie ich jest tym, czego my chcemy.

– O to się nie musisz martwić – mruknął John.

– My przepraszamy. My nie miałyśmy wpływu. My chciałyśmy dotrzeć na miejsce, złożyć jaja, wychować dzieci. Ale Maszyny uniemożliwiły. Ich pieśń zatruła nasze pieśni, zrobiła dzieci i matki szalone. Maszyny zmusiły do wojny, zmusiły do zabijania. Matki nie chciały, ale ich pieśń nie była słuchana.

– Maszyny… Mówisz o Żniwiarzach? – Jane poruszyła się niespokojnie. – One was zmusiły do wojny?

– Tak. Maszyny. Zabiły nas, zatruły pieśni. Dzieci nie słuchały. Dzieci płakały. Dzieci zabijały. Matki śpiewały z rozpaczy, ale ich pieśni nie miał kto słuchać.

– Mówisz o indoktrynacji – zauważył sucho John. – Skąd mam wiedzieć, że ty też nie jesteś zindoktrynowana?

Ciało Benezji obróciło się dziwnie, zgięło w pół. Jane spoglądała na nie z mieszaniną fascynacji i grozy i przez myśl jej przemknęło, że na szczęście los oszczędził Liarze choć tego widoku.

– My byłyśmy jajem, kiedy Maszyny śpiewały. Nasza matka wysłała nas daleko. Miałyśmy znaleźć nowy dom dla naszych dzieci i pozwolić im śpiewać w pokoju. Ale nie dotarłyśmy, a śpiew innych matek został przerwany. Jesteśmy tylko my. Nie jesteśmy zagrożeniem dla was. Chcemy tylko żyć. Czy jednoumysły pozwolą nam śpiewać?

John milczał przez chwilę.

– I co byś niby robiła, gdybym cię puścił?

– My uciekniemy. My będziemy kopać. Schowamy się daleko. Tak daleko, jak to możliwe. Damy dzieciom nowy dom i nową pieśń. Dzieci będą żyć i śpiewać.

– John…

– Nie. – Komandor opuścił broń. – Myślę, że jesteś zbyt niebezpieczna. Sama mówisz, że twoja rasa już raz została opanowana przez Żniwiarzy. Nie mogę pozwolić na powtórkę. – Podszedł szybko do konsoli.

– My… rozumiemy. My przepraszamy. My zapadniemy się w pieśń i będziemy śpiewać dla was o zwycięstwo. My prosimy tylko o pamięć. Czy na to możemy liczyć od jednoumysłowców?

– Tak – odpowiedziała za brata Jane, dziwnie poruszona tym niezrozumiałym i pełnym rezygnacji stwierdzeniem.

John nie odezwał się. Szybko zmienił na konsoli ustawienia odnośnie składu powietrza w zbiorniku. Ciało Benezji opadło gwałtownie z cichym stukotem na ziemię, nienaturalnie skulone i z półotwartymi ustami. Królowa raknii zwinęła się gwałtownie, wrzasnęła i zaczęła miotać się po zbiorniku uderzając potężnym cielskiem o ściany. Jej macki zawinęły się, potem rozwinęły, naparły na wieko, jakby to miało w czymś pomóc. Rodzeństwo odsunęło się, obserwując ten nienormalny, groteskowy widok, póki ciało królowej nie zwiotczało, opadło i przestało drgać.

Przez chwilę panowała okropna cisza.

– Chodź, Jane – odezwał się w końcu John. – Nie mamy tu już nic więcej do roboty.