- Sam, błagam…

- Dean, cholera, nie mogę tego zrobić.

- Sam, daj spokój, on śpi.

- Właśnie, Dean, on śpi. Nie będę obmacywał śpiącego Castiela. – uświadamia mu Sam, robiąc tę dobitnie suczą minę, wskazująca na to, że jest święcie przekonany o swojej racji.

Dean załamuje ręce.

- Spójrz na niego, Sammy. Ty to widzisz. Ja to widzę. On też to w końcu zobaczy. – mówi, starając się nie brzmieć na tak zdesperowane go jak jest w rzeczywistości.

- Że go kochasz? – Sam wypowiada te słowa i Dean ma ochotę zatkać mu usta dłonią. Wprawdzie Malinowe plamy na plecach Castiela mówią same z siebie ale… no, mówią, więc nie ma potrzeby, żeby robił to jeszcze Sam.

- Tak. Tak, dokładnie. A ja bardzo, bardzo tego nie chcę. – cedzi Dean.

- Bo? Słuchaj, jestem pijany, ale nie aż tak żeby pomagać ci w spieprzeniu sobie jakiejś szansy na szczęście. Umówmy się, Kolory to jedyne co wskazuje na to, że masz jakieś uczucia. Jeśli teraz je przykryję, zaczniesz unikać Castiela jak ognia, nigdy mu o tym nie powiesz i, uwierz mi, to będzie bolało jak skurwysyn. Spali cię od środka. – wyjaśnia spokojnie.

Byłoby lepiej, gdyby był bardziej pijany i nie trzymał się tego swojego zdrowego rozsądku.

- Wolę to, Sammy. Naprawdę, wolę się, jak to ładnie ująłeś, spalić niż narazić Casa na swoje uczucia.

Młodszy Winchester mruga skonfudowany.

- O czym ty pierdolisz, Deanie Winchester? – pyta niebezpiecznie głośno.

- Ciiiszej. – syczy Dean, zerkając na Casa by upewnić się, że ten wciąż śpi. – Słuchaj Sam, Cas ułożył sobie życie w Londynie. Ma znajomych, ma szansę na dziewczynę. Szkołę i pracę. Ja jestem zgorzkniałym gliniarzem z Nowego Jorku. Jestem dla niego zdecydowanie za stary i zbyt toksyczny. Tylko ranię wszystkich naokoło… Nie byłbym dla niego żadną przyszłością. A, pomijając to wszystko, on na pewno nie czuje tego samego.

A ja nie mam czekać aż mi to powie. Albo, co gorsza, uda, że o niczym nie wie.

W oczach Sama pojawia się dziwny smutek.

- To okropne, że myślisz o sobie takie rzeczy. – mówi, kładąc dłoń na ramieniu Deana – To prawda, nie jesteś idealny i masz spory bagaż doświadczeń. I myślę, że gdyby jednak Castiel też cię kochał, to nie ma nikogo, kto mógłby być dla niego lepszą przyszłością. – Waha się chwilę – Ale chyba muszę uszanować twoją głupią argumentację, nie?

Dean z ulgą wypuszcza powietrze.

- Dzięki, Sammy. Wiem, że to ci się nie podoba, ale tak po prostu będzie bezpieczniej.

Sam kręci głową i podchodzi do łóżka, żeby dotknąć pleców leżącego na brzuchu Castiela.

Smugi kolorów, których Dean nie rozróżnia w tym świetle, starannie przykrywają Malinowy.

Następnego dnia rano Dean zachowuj się jakby w nocy do niczego nie doszło.

Bo nie doszło, prawda? Zapewnia siebie samego Castiel. Winchester był pijany i załamany. Może nawet nie pamięta ich rozmowy.

Może nie ma co pamiętać? Często rozmawiali. Lekko, o codzienności, albo gorzko, zbierając siebie nawzajem do kupy, żeby następnym razem znów móc rozmawiać lekko i Kolorowo. Nie było w tym nic złego – przecież nie żyli po to, żeby babrać się nieskończoność we własnej rozpaczy. Naturalna kolej rzeczy.

Teraz Dean znów wydaje się lekki, jakby skończył rozdział z opisem nocy i zaczął kolejny. Pojawia się w kuchni tylko na chwilę, żeby przywitać się z Casem, Jess i Samem, zrobić sobie kanapkę Empire State (która jest wyższa niż szersza i składa się z absolutnie wszystkiego.), porwać kawę i wyjść.

Cas powinien zrobić to samo, ale wciąż czuje, że zamknięcie chwili w której Dean dotkał jego Czarnych skrzydeł byłoby niewłaściwe. Bolałoby jak zdarcie skóry z pleców – tak po prostu zapomnieć o ciepłych dłoniach, miękkim, lekko zachrypniętym głosie, tym jak Dean dał wreszcie się namówić na spanie i pozwolił, żeby Castiel położył się obok niego. Ciepło powolny oddech i zaskakująco znajomy mimo tygodni rozłąki zapach.

- Cas? Wszystko w porządku? Wyglądasz jakbyś umierał na kaca, a nawet nie widziałam cię z drinkiem. – mówi Jess, kładąc przed nim talerz z omletem.

- Ja… jestem tylko zmęczony. – Castiel niezręcznie odrywa się od kontemplowania struktury stołu i zaczyna jeść. Podobno najlepsze na świecie omlety Jess, wydają się pozbawione smaku.

- Lepiej żebyś ożył do wieczora. – radzi dziewczyna dosiadając się do niego – Wiesz, prawdopodobnie zostaniesz zaciągnięty na wieczór kawalerski. Taki zorganizowany przez Balthazara. Sam nie jest zbyt entuzjastycznie nastawiony do perspektywy klubu, striptizerek, alkoholu i tego wszystkiego, więc przyda mu się inteligentne towarzystwo.

- Też nie jestem entuzjastycznie nastawiony. – przyznaje Castiel, mając nadzieję, że nie brzmi to zbyt nieuprzejmie. To i tak eufemizm jeśli chodzi o jego stosunek do dużych, głośnych imprez.

Jess głaszcze go po włosach w bardzo matczynym geście i chłopak wie, że to nie powinno wydawać się aż tak właściwe. Bynajmniej nie przypisał Jessice roli swojej matki, ale pogodził się, a wręcz przyzwyczaił do faktu, że dziewczyna ma wobec niego instynkt opiekuńczy. Nawet jeśli już nie jest tym samym chłopcem, którego Dean przyprowadził do ich mieszkania. Teraz jest tylko sobą – ma traumy, ma ciężką przeszłość, ma za sobą wiele cierpienie ale… ma je. Dłużej nie jest nimi.

- W razie czego zwiniecie się wcześniej. Po godzinie Balthazar powinien być w takim stanie, że nawet nie będzie was zatrzymywać. – zapewnia.

- Wierzę – wzdycha Castiel.

Dziewczyna kręci głową.

- Wyglądasz tak, że nie mam serca ci mówić, że Gabriel wczoraj, a właściwie dzisiaj, prosił, żebym przekazała ci, że ma dla was plany.

Castiel zamyka oczy i czuje lekkie mdłości. Nie dlatego, ze nie chce się spotkać z bratem – po prostu nagle nie bardzo ma siłę na cokolwiek. Chciałby się zobaczyć z Deanem.

- Zadzwonię do niego po śniadaniu. – zapewnia tylko i wraca do jedzenia.

Plany Gabriela obejmują, oczywiście, zakupy. Od kiedy Castiel znalazł pracę jego brat rzadko decydował się płacić mu za cokolwiek (nawet gdyby chciał, Cas by mu na to nie pozwolił) ale nie umiał powstrzymać się przed wciśnięciem go w idealnie stylowe ubrania za zdecydowanie zbyt wiele pieniędzy. A teraz jest ku temu idealna okazja – w końcu jutro mają być gośćmi na podwójnym ślubie. A na ślub w Nowym Jorku nie można iść przecież w garniturze kupionym w Londynie. („To sieciówki, Gabrielu. Wszędzie mają to samo…")

- Jak poszła wczoraj twoja randka? – pyta jak gdyby nigdy nic Gabriel, oglądając purpurowy garnitur zdecydowania zbyt uważnie by Cas mógł czuć się bezpiecznie.

- To nie była randka Gabrielu. – delikatnie łapie brata za ramię i odciąga na bezpieczną odległość od stroju, którego nie chce mieć na sobie.

- Jak inaczej nazwiesz spotkanie z facetem z którym ciągle piszesz na które urwałeś się bardzo przyjemnej kolacji z przyjaciółmi? – nic nie wskazuje, że Gabe jest zainteresowany tą kwestią bardziej niż zielonym smokingiem ale kiedy Castiel odwraca wzrok żeby utkwić go w wielkiej szybie, czuje na sobie intensywne spojrzenie złotych oczu. Sprawia, że od razu ma potrzebę tłumaczenia się.

- Dean jest dla mnie ważny ale nie ma w tym nic romantycznego. To czysto platoniczna…

- Miłość? – kończy za niego uprzejmie Gabriel.

- Relacja. – poprawia go natychmiast Castiel. – Przyjacielska, platoniczna relacja.

Jego brat wywraca oczami tak bardzo, że przez chwilę zapewne miał możliwość podziwiania wnętrza swojej pustej czaszki.

- Jak chcesz. Nie będę ci się pchał z butami w życie, Cassie. Ale sprawa wygląda tak, że gdybyś przypadkiem miał zamiar się w nim zakochiwać, lepiej przypomnij sobie o tym zanim wyjedziemy, dobra? Bo jeszcze możesz coś z tym zrobić. A kiedy wrócimy do Londynu będzie trochę po ptakach, a ty udusisz się własnymi niewypowiedzianymi słowami… To brzmi ładnie, nie sądzisz? Może powinienem to podrzucić Balthazarowi…

Castiel kręci głową.

- Nie ma o czym mówić.

- Cokolwiek powiesz, najdroższy braciszku. Ale pamiętaj, że nic nie sprzyja rodzeniu się gorących uczuć tak jak śluby. I wieczory kawalerskie z mnóstwem alkoholu. O, zobacz ten garnitur. Pasowałby ci…

Na szczęście Castiel jest jedną z tych osób przy których Gabriel wie, kiedy przestać drążyć, więc więcej nie wracają do tematu Deana.

Wieczór kawalerski wygląda jak… cóż, wieczór kawalerski. Nie żeby Dean spodziewał się po Balthazarze czegokolwiek innego niż wielki klub, głośna muzyk, drogi alkohol i striptizerki.

- Sam, nigdy nie powiedziałbym, że najbardziej odjebany wieczór kawalerski który odwiedzę to będzie twój wieczór kawalerski. – mówi, patrząc na wijące się w klatkach tancerki.

Brat wymierz mu kuksańca pod żebra.

- To nie mój wieczór kawalerski, to wieczór kawalerski Balthazara. Po prostu zbiegły się w czasie. – mówi wyraźnie zakłopotany rozmachem imprezy, już rozglądając się za bezpieczną kanapą w kącie, gdzie będzie mógł się rozłożyć ze swoim laptopem.

- O nie, tak być to nie będzie. – mruczy Dean i gestem przywołuje skąpo odzianą kelnerkę pokrytą Czerwienią, która krąży między gośćmi roznosząc drinki.

- Napiją się panowie? – pyta dziewczyna, odsłaniając w uśmiechu idealnie równe, białe ząbki. Kiedy podeszła bliżej, widać jak ładna jest – złote włosy idealnie komponują się z napiętnowaną żądzą skórą, a błękitne oczy przywodzą na myśl koski lodu w mocnym drinku. Tak, ten odcień błękitu jest zdecydowanie piękny.

Prawie tak piękny jak błękit oczu Castiela.

- Z przyjemnością… skarbie. – starając się odgonić myśl o chłopaku, Dean zgarnia dwa kieliszki wódki i podaj jeden Samowi.

- Nazywam się Baby Blue. Ale dla pana mogę być i skarbem. – dziewczyna puszcza mu oczko i odchodzi.

- Ty to masz tempo. – zauważa Sam, zawieszając na chwilę wzrok na zgrabnej pupie kelnerki. – Dopiero weszliśmy…

- Nie pierdol tylko pij. Musimy cię rozruszać bo wiem, że jak chcesz to potrafisz się bawić. – Dean stuka swoim kieliszkiem w kieliszek brata. – Za ostatnią noc twojej wolności, Sammy.

Mimo dość sceptycznego nastawienia, Sam uśmiecha się gdy piją kolejkę.

Dean odpowiada uśmiecham, czując jak alkohol szczypie go w przełyk. Dziś ma zamiar pierwszy raz od dawna nawalić się na wesoło. Zapomnieć o całym świecie, swoich problemach i po prostu dobrze się bawić.

Jak na wielu imprezach, rzeczy po prostu się dzieją. Ktoś pije, ktoś tańczy, ktoś się śmieje, ktoś krzyczy. Dyskusje, debilne żarty, zakłady, pijackie gry, anegdotki, wyzwiska, poklepywanie po plecach i flirtowanie z dziewczynami. Dean krąży gdzieś w tym wszystkim, zaliczając kolejne drinki, poznając nowych ludzi, witając się ze znajomymi.

Ostatecznie kończy na kanapie z pozbawioną swojego skórzanego stanika Baby Blue, która jest tak słodka jak jej imię i tak gibka na jaką wygląda.

- Mamy dyplom z lap danece'u, wiesz? – mówi dziewczyna, odrzucając złote włosy do tyłu, żeby Dean mógł swobodnie całować jej pachnącą wanilią szyję.

- Doprawdy? Nie dziwię się, sam bym ci go dał. – odpowiada, niezbyt tym zainteresowany. Właściwie nie jest specjalnie zainteresowany niczym poza znalezieniem jakiegoś pokoju.

- Wiem, jestem niesamowita. – Baby uśmiecha się i kręci pupą, ocierając się o jego biodra

- Jesteś, zdecydowanie. – zgadza się Dean, przesuwając dłońmi po jej wąskiej talii. Wydaje się taka drobna i krucha pod jego dużymi dłońmi. Mógłby bać się mocniej ją objąć.

- Jeśli chcesz, możesz mnie pocałować. – muczy wyraźnie zadowolona dziewczyna, prężąc się jak kotka – Inne dziewczyny czasem na to nie pozwalają ale ja naprawdę nie mam nic przeciwko. – zapewnia.

- Dziękuję… - nie zdąży dokończyć, że wcale nie ma na to aż takiej ochoty, bo Baby Blue przejmuje inicjatywę i sama wpija się w jego usta.

Prawie zapomniał jakie całowanie może być przyjemne. Miękkie, słodkie i gorące, sprawia, że tylko chcesz więcej. Zamyka oczy i chce się tym delektować jak najdłużej, powoli i delikatnie, bo tak powinno się zaczynać. Jednak dziewczyna jest agresywna, niemal od razu wpycha mu język do ust i szczypie zębami w dolną wargę.

Dziwnie zniesmaczony (nigdy nie przeszkadzały mu rozwiązłe, zdecydowane dziewczyny) Dean odsuwa się żeby przerwać pocałunek. Patrzy w oczy Baby Blue żeby wyjaśnić jej, że to nie powinno tak wyglądać ale nie jest w stanie wydusić słowa.

Jej oczy są takie niebieskie. To prawie idealny odcień błękitu.

Prawie.

- Coś się stał, kochanie? – pyta słodko Baby. Teraz, chociaż w głowie mu szumi, a w uszach słyszy pulsowanie krwi, Dean zauważa jaki jej ton jest pusty i wyuczony. Sztuczny.

Patrzy na swoje dłonie pokryte Czerwienią. To tak naprawdę tylko czerwony barwnik, którym niektóre dziewczyny muszą się smarować, żeby uchodzić za bardziej ponętne i zakryć Szare ślady, które zostawia na nich życie.

Co ty chciałeś zrobić, Winchester? Uczyć dziwkę miłości? Pokazać Kolory komuś, kto zna tylko farby?

To niewłaściwe. Obrzydliwe. Naiwne.

- Dean?

To nie ten odcień Błękitu.

- Zejdź ze mnie. Proszę. – mówi, starając się brzmieć uprzejmie. W końcu nie jest zły na nią, tylko na siebie. Baby Blue zasługuje tutaj raczej na współczucie.

Zaniepokojona dziewczyna wygląda jakby chciała powiedzieć coś jeszcze ale nie jest nachalna. W końcu nauczyli ją słuchać. Dean nie martwi się jej zranionym spojrzeniem – przejdzie, gdy tylko znajdzie następnego mężczyznę, kogoś, kogo będzie cieszyć jej ciało.

On musi znaleźć Castiela.

Castiel stoi na tarasie oparty o barierkę i pali papierosa. Któregoś z kolei. Desperacko stara się pozbyć obrazu Deana z Czerwoną dziewczyną. Nie wie czemu boli go to tak bardzo. Dojrzali, pewni siebie faceci jak Dean pewnie często miewają przygody z takimi panienkami. Ale z drugiej strony… to nie jest jego Dean. Jego Dean nie zrobiłby czegoś takiego – może skutecznie udawać, ale Cas wie, że szanuje ludzi.

Jego Dean. Skąd w ogóle przyszło mu do głowy takie sformułowanie. Dean nie jest jego. Na pewno nie tak jak Sam jest Jessici albo Balthazar Pameli. A jednak…

- Cas?

Chłopak krztusi się dymem słysząc za plecami głos Deana. Odwraca się do niego, kaszląc i mrużąc oczy.

- Dean? Co ty tu robisz? – pyta zachrypniętym głosem.

- Wszędzie cię szukałem. – wyjaśnia Winchester podchodząc bliżej niego.

- Myślałem, że jesteś z tą dziewczyną. – mówi, powstrzymując się przed dodaniem „cały wieczór mnie unikałeś, nawet nie chciałeś na mnie patrzeć. To bolało."

- Nie jestem. Jak widzisz. – Dean pokazuje mu swoje czerwone dłonie. – Nie chcę tego.

- Ale…

- Posłuchaj, Cas. – przerywa mu stanowczo – Jestem pijany. Ale wiem co mówię, jasne? Po prostu potrzebowałem trochę więcej odwagi. Nie chcę Baby Blue ani nikogo innego. Nie chcę sztucznej czerwieni. Chcę ciebie. – Ostatnie słowa przychodzą mu z wyraźnym trudem więc nie mówi nic więcej – po prostu łapie Castiela za rękę i trzyma mocno. Między ich splecionymi palcami pełzną powoli Malinowe smugi. Powoli, pokrywają dłonie i oplatają nadgarstki, jak nierozerwalne więzy.

Dean nie musi mówić Kocham cię.

Castiel nie musi odpowiadać Ja ciebie też.

Żaden z nich tak naprawdę nie jest dobry w mówieniu. Od tego mają Kolory. Zwłaszcza ten jeden, szczególny, który może dzielić ze sobą tylko dwoje ludzi.

Dean ma ochotę płakać ze szczęścia. Ulga jaką poczuł wiedząc, że nie jest sam, że Castiel odwzajemnia jego uczucia… tego nie da się porównać z niczym.

- Przepraszam za ten wieczór. Za to, że znowu próbowałem uciec. – szepcze.

Chłopak kręci głową.

- Znam cię, Dean. Rozumiem dlaczego to zrobiłeś. I nie jestem zły. – zapewnia.

- Czy mogę… - Dean unosi dłoń i delikatnie dotyka jego policzka.

Nie dostaje odpowiedzi na niezadane pytanie ale to jak Castiel mruży oczy, wyraźnie rozkoszując się jego dotykiem traktuje jak przyzwolenie. Pochyla się i całuje go, chociaż wciąż trochę niepewnie.

To jest właściwe. Tak słodkie i gorące jak powinno być. Powoli, bo przecież nigdzie im się nie spieszy, uczą się siebie nawzajem. Dean wreszcie pozwala sobie na przeczesanie palcami miękkich, ciemnych włosów, przejechanie dłońmi po gorącej skórze na plecach, pozbawione wszelkiego skrępowania objęcie swojego Castiela. Podnosi go lekko i sadza na barierce, a chłopak natychmiast oplata go nogami w pasie i przyciąga jeszcze bliżej, jakby każda wolna przestrzeń między nimi sprawiał mu fizyczny ból. Powoli przyspieszają, pozwalając się porwać Szkarłatnej namiętności, która z niczym nie jest tak dobra jak z Malinowym, z niczym nie smakuje lepiej niż z pocałunkami Castiela.

- Tak bardzo cię pragnę. – mruczy w jego rozchylone usta Dean, kiedy na chwilę odrywają się od siebie.

- Wiem. – wzdycha chłopak – I uwierz mi, Deanie Winchester, niczego nie pragnę w tej chwili bardziej niż znaleźć jakiś pokój i spędzić w nim z tobą całą noc.

- Ale..?

- Ale – Castiel kładzie dłonie na piersi Deana i odsuwa go nieznacznie. – Chcę żeby to było właściwe. Chcę się z tobą kochać, kiedy ty będziesz trzeźwy, a ja nie będę w takim szoku.

Dean z trudem przełyka gorzką frustrację. Wie, że Cas ma rację. Jeśli mają iść do łóżka to właściwie nie pod wpływem impulsu, naćpani własnym szczęściem, w porywie odwagi.

Patrzy w oczy, które mają kolor tego jedynego, idealnego błękitu.

- Masz rację. – przyznaje i odsuwa się – Jedź do hotelu, dobrze? Zaproponowałbym ci wspólne spanie, ale boję się, że nie utrzymam rąk przy sobie.

Cas uśmiecha się szeroko i zeskakuje z barierki, żeby ostatni raz tej nocy musnąć wargami usta Deana.

- Dziękuję. – mówi bardzo cicho – Dobranoc.

Na pożegnanie dotyka jeszcze ramienia Deana, zostawiając Malinowy ślad.

Kocham cię.

Ja ciebie też.