Rozdział dziewiąty
Molly była zajęta rozwieszaniem prania w łazience, gdy w kuchni zabrzęczał telefon Sherlocka. Zaciekawiona, zajrzała do kuchni, którą detektyw okupował od dłuższej chwili. Niewiele było osób, które mogłyby się z nim kontaktować.
- Mycroft będzie tu za jakieś pół godziny - odezwał się Sherlock po przeczytaniu wiadomości. - Musi być jeszcze na jakimś spotkaniu, skoro nie zadzwonił - skomentował ciszej, zajęty ustawianiem mikroskopu na kuchennym stole.
- O, akurat wpadnie na herbatę. Skoczę tylko po jakieś ciasteczka.
- Po co? - zdziwił się Sherlock. - Nie chcę, żeby tu wchodził.
- Dlaczego nie? - Teraz to Molly była zaskoczona. - Chętnie go bliżej poznam, w końcu on ci pomaga - wytknęła. Sherlock nie wyglądał na zachwyconego, czym podsycił tylko ciekawość dziewczyny. - Dlaczego zawsze reagujesz taką niechęcią na wspomnienie brata?
- Bo to Mycroft - prychnął detektyw. – Wielki starszy brat "jestem-ważny-i-mam-wpływy".
- Aż tak? – Molly średnio pamiętała starszego Holmesa, zdarzyło jej się zamienić z nim może ze trzy zdania, ale niechęć Sherlocka wydawała jej się mocno przesadzona.
- Od dziesięciu lat wtrąca się w każdy mój krok i usiłuje mnie kontrolować –odparł Sherlock ku zaskoczeniu Molly, która nie liczyła za bardzo na odpowiedź. –Usiłuje – parsknął. - Chociaż ty jedna miałaś szczęście nie poznać go w jednym z tych jego horrendalnych miejsc. Tak. - Sherlock podniósł wzrok na Molly, która patrzyła na niego z rosnącym zdziwieniem. - Mycroft uważał za stosowne zapoznać się w ten sposób chyba z każdym, kto zawarł ze mną bliższą znajomość. Nie, żeby było tych osób dużo - zakpił.
- Po co to robił? - zapytała Molly. To, co mówił Sherlock, brzmiało jak rodem z książki czy filmu, ale z drugiej strony tam, gdzie w grę wchodzili Holmesowie, nie można było się niczemu dziwić.
- Kompleks starszego brata - powtórzył z obrzydzeniem detektyw. - Wystraszył mi w ten sposób przynajmniej dwóch współlokatorów przed Johnem, a troje właścicieli wypowiedziało mi mieszkanie, twierdząc, że nie chcą mieć nic wspólnego z mafią i półświatkiem.
- Masz brata w mafii? - roześmiała się Molly, ale choć była prawie pewna, że Sherlock żartował, gdzieś tam pozostała nutka wątpliwości.
- Tej legalnej, rządowej - uśmiechnął się kpiąco Sherlock. - John podejrzewał go o bycie geniuszem zbrodni po pierwszym spotkaniu.
- W takim razie musicie być do siebie podobni - podsumowała Molly, czym spowodowała, że Sherlock żachnął się z oburzeniem.
- Oczywiście, że nie! Dlaczego tak sądzisz? - spytał urażony i wbił w nią intensywne spojrzenie, aż Molly się zmieszała.
- Bo... Zabrzmiało to tak, jakby twój brat lubił, żeby wszystko było tak, jak on chce - zaczęła wyjaśniać, gotowa wycofać się z tej rozmowy. - Tak, jak ty.
- Nie jesteśmy podobni – wycedził Sherlock i skupił się ponownie na mikroskopie.
Molly uznała, że to najlepszy moment, by przerwać dyskusję. Wróciła do łazienki, by skończyć wieszać pranie, a potem zeszła do pobliskiego sklepu kupić jakieś ciastka, odprowadzana kpiącym komentarzem Sherlocka na temat swojego brata i słodyczy.
Gdy wracała, przed wejściem do klatki dostrzegła Mycrofta Holmesa opierającego się o parasol. Na dworze było ciepło, więc pierwszym skojarzeniem Molly było współczucie dla niego i wszystkich tych mężczyzn, których praca zmuszała do noszenia pełnego garnituru. W upał zawsze dziękowała w duchu za to, że kobieca garderoba była bardziej elastyczna. Gdy jednak podeszła bliżej, zorientowała się, że brat Sherlocka najwyraźniej czuł się zupełnie swobodnie w swoim ubraniu. Po raz kolejny przypomniała sobie, że miała do czynienia z Holmesem.
- Ach, panna Hooper – przywitał ją uprzejmie.
- Molly. Yyy… nie otworzył? – zagadnęła dziewczyna, w ostatniej chwili powstrzymując się od użycia imienia Sherlocka.
- Byłoby bardzo niestosowne, gdyby to zrobił – odpowiedział Mycroft, podczas gdy Molly wyciągała klucze. W duchu przyznała mu rację; Sherlock nie mógł być pewien, że to jego brat, a lepiej by było, gdyby nie otwierał komuś obcemu.
Mycroft przytrzymał drzwi i przepuścił ją, a potem wszedł za nią na drugie piętro. Ku zaskoczeniu Molly zatrzymał się jednak w progu, dopóki gestem nie zaprosiła go do środka.
- Jeśli zamierzasz zapytać, czy zrobiłem herbatę, odpowiedź brzmi „nie" – usłyszeli z kuchni. Molly uśmiechnęła się pod nosem i zerknęła na starszego Holmesa, który miał minę, jakby powstrzymywał się od wywrócenia oczami. Dziewczyna zajrzała do kuchni, ciekawa, czym takim zajęty był Sherlock, i krzyknęła z obrzydzenia.
Gdyby detektyw kroił jakąś część ciała, Molly przełknęłaby to bez mrugnięcia okiem, w końcu przez ostatnie trzy lata to ona wyposażała go w obiekty do badań. Zniosłaby ręce, nogi, śledziony… Ale nie to, co zobaczyła. Sherlock pod jej nieobecność zdołał wytrzasnąć skądś szczura, który obecnie leżał rozkrojony na pół na talerzu, na którym Molly jadła rano śniadanie. Dziewczyna poczuła, jak robi jej się niedobrze, gdy pomyślała, co mogło wcześniej na tym talerzu leżeć. Sam detektyw obserwował coś pod mikroskopem, wyraźnie nie widząc reakcji Molly.
Dziewczyna zadziałała odruchowo. Otworzyła śmietnik i histerycznym ruchem wrzuciła do niego zarówno talerz ze szczurem, jak i nóż kuchenny, którego Sherlock musiał użyć. Dopiero to przykuło uwagę detektywa.
- Zachowujesz się nielogicznie – wytknął jej spokojnie, po czym wstał i nie zważając na pełne obrzydzenia spojrzenie Molly sprawnie wyciągnął talerz i nóż. – Przecież ci to wydezynfekuję – obiecał i wrzucił naczynia do zlewu.
- Czy mam ci jednak poszukać jakiegoś mieszkania? – zainteresował się uprzejmie Mycroft Holmes, przypominając o swojej obecności. Molly podniosła na niego zaskoczony wzrok.
- Nie, czemu?
- Nie. Wtrącaj. Się. – Syknął jednocześnie Sherlock. Molly dopiero teraz dostrzegła Toby'ego pod stołem i ku swojej zgrozie zorientowała się, że bawił się drugim szczurem. Kocur musiał zauważyć jej ruch, a może obcego w kuchni, bo najeżył się i cofnął. Dziewczyna zerknęła przelotnie na Sherlocka, potem z powrotem na Toby'ego, i parsknęła śmiechem, uderzona nagłym podobieństwem w zachowaniu. Tym samym spowodowała, że obaj Holmesowie spojrzeli na nią pytająco i przynajmniej przestali wypalać sobie wzajem dziury wzrokiem.
- Więc? - zagadnął Sherlock, wyraźnie zniecierpliwiony. - Rozumiem, że masz dla mnie dokumenty.
- Dowód, paszport, prawo jazdy - odparł Mycroft i położył na stole dokumenty. - Plus oczywiście dostęp do konta bankowego. Przelałem tam na razie twoje środki, w razie potrzeby zwiększę budżet.
Sherlock kiwnął głową i sięgnął po nowy dowód osobisty, umożliwiając Molly dostęp do czajnika. Dziewczyna wstawiła wodę i zerknęła detektywowi przez ramię, ciekawa jego nowej tożsamości.
- John Hooper - przeczytała na głos z niedowierzaniem i dostrzegła, że na twarzy Sherlocka również malowało się zaskoczenie.
- Uznałem, że będziesz wolał również znajome nazwisko - wyjaśnił Mycroft Holmes, zwracając się do brata. - A wiesz, że nazwisko panieńskie mamusi bardzo rzuca się w oczy. Poza tym zgadza się pierwsza litera.
- Hooper jest... W porządku - przytaknął Sherlock i spojrzał na Molly. - I wygodne. W razie, gdyby ktoś mnie tu zobaczył, zawsze możesz mnie przedstawić jako krewnego.
- Taaak, racja - zgodziła się Molly, wciąż jeszcze zaskoczona. - Masz dwadzieścia osiem lat? - zapytała, przeczytawszy datę urodzenia. Mimo wszystko sądziła, że był starszy.
- Cztery więcej - odparł lakonicznie Sherlock. - Data zmyślona jak wszystko inne. Jak rozumiem, masz dla mnie życiorys? - zapytał brata.
- Podstawowe informacje. Szkoła, dyplom z uczelni, prywatna działalność gospodarcza.
- Sherlock...
- John - poprawił ją natychmiast detektyw.
- Co?
- Nie nazywaj mnie Sherlockiem - poprosił Sherlock. - Muszę przywyknąć do imienia.
- Postaram się - potaknęła Molly. - Napijecie się herbaty?
- Zbędna uprzejmość - mruknął Sherlock i rzucił bratu wyzywające spojrzenie, ale Mycroft go zignorował.
- Bardzo chętnie - odpowiedział starszy Holmes. Sherlock wywrócił oczami z niechęcią i odsunął mikroskop pod ścianę. Molly zalała kubki wrzątkiem, jednocześnie obserwując braci z ciekawością i rosnącym rozbawieniem. Mimo ostentacyjnej ignorancji Sherlocka i sztywnej elegancji Mycrofta w zachowaniu obu Holmesów było coś dziecinnego. Te wszystkie drobne złośliwości i szpileczki wbijane w zwykłej rozmowie, jakby bez tego bracia nie umieli ze sobą rozmawiać. Molly nie mogła się pozbyć wrażenia, że Mycroft także miał pewne emocjonalne braki.
- Będę musiała zaraz lecieć - odezwała się, podając gościowi kubek. Mycroft wziął go od niej takim gestem, że Molly odniosła wrażenie, jakby powinna była wyjąć filiżankę. Kpiące spojrzenie Sherlocka tylko utwierdziło ją w tym przekonaniu.
- Panno Hooper, chciałbym pani podziękować za pomoc udzieloną mojemu bratu - odezwał się sztywno starszy Holmes. Uśmiechnął się przy tym, ale zrobił to w taki sposób, że Molly odruchowo poczuła do niego niechęć. W tym uśmiechu, pozornie uprzejmym, było coś oślizgłego.
- Och... - zająknęła się speszona. Nie zastanawiała się dotąd nad ogromem przysługi, jaką wyświadczyła Sherlockowi. Po prostu to zrobiła. - To naprawdę...
- Pozwoliłem sobie przelać drobną rekompensatę za obecne i przyszłe... niedogodności - odezwał się Mycroft, zerkając przy tym przelotnie na Sherlocka. - Gdyby kwota okazała się zbyt niska, proszę mnie o tym poinformować.
- Nie mam w zwyczaju wyceniać życia moich przyjaciół - odparła chłodno Molly. To, co w tej chwili czuła w stosunku do Mycrofta Holmesa, nie było już niechęcią, a narastającą złością. Sherlock ze swoim niezrozumieniem wydawał jej się bezradny, Mycroft - wyrachowany. Mówił o zapłaceniu za pomoc bratu tonem, jakby proponował jej rekompensatę za rozbity samochód.
- Lubię cię - oświadczył nieoczekiwanie Sherlock z całą swoją bezpośredniością, uśmiechając się szeroko. – Ale to ja chciałem, żeby Mycroft przelał ci pieniądze - wyjaśnił. - W końcu mieszkam u ciebie i ponosisz koszty. Potraktuj to jak czynsz od lokatora.
Molly speszyła się na te słowa bardziej, niż chwilę wcześniej na podziękowania Mycrofta. Podejrzewała, że to jej stosunek do starszego Holmesa wywołał taką reakcję Sherlocka, ale i tak zrobiło jej się miło. Potem spojrzała na zegarek i zorientowała się, że musi się zbierać, jeśli nie chce spóźnić się do pracy.
- Mój kierowca może panią odwieźć – zaoferował Mycroft, jakby czytając jej w myślach. – Sądzę, że spędzę tu chwilę. A gdyby kiedykolwiek potrzebowała pani kontaktu ze mną… proszę- dodał, wręczając jej ozdobną wizytówkę.
- Dziękuję. – Molly schowała wizytówkę o kieszeni i upiła łyk swojej herbaty. – Wolę nie wzbudzać większych sensacji, skorzystam z metra. – Na samą myśl o fali plotek w szpitalu prysł cały dobry nastrój spowodowany uwagą Sherlocka. Detektyw musiał to zobaczyć, bo odezwał się do brata.
- Jeśli tak bardzo chcesz spłacać moje długi, to jest coś, co mógłbyś załatwić. Mnie to nie robi różnicy, ale Molly ma dość szmatławców.
- Nie mogę rozpocząć wojny z gazetą bez wzbudzania nadmiernego zainteresowania – ostudził go Mycroft. Molly miała nadzieję, że nie było bardzo po niej widać rozczarowania. – Mogę natomiast postarać się, by ten dzisiejszy artykuł był ostatnim w karierze panny Riley.
- Byłoby cudownie – przyznała Molly. Postawiła jeszcze na stole paczkę ciastek, o której zupełnie zapomniała, i kilkoma łykami opróżniła kubek. – Dobra, ja muszę już iść. Będę wieczorem.
- Miłego dnia, panno Hooper – odpowiedział jej Mycroft z jeszcze większą oficjalnością niż przedtem. Sherlock ograniczył się jedynie do skinienia głową. Molly zostawiła braci, mając cichą nadzieję, że nie pozabijają się pod jej nieobecność. Wydawało jej się jednak, że mieli zbyt dużo do omówienia, by tracić czas na tak trywialne rzeczy. Oby się nie myliła.
