Draco zawahał się chwilę, po czym przyczepił kopertę do nogi sowy. Na kopercie widniało nazwisko jego ojca. Niech się tłumaczy matce, stary drań. Spędzał tu każdą wolną chwilę i nie zdradził się ani jednym gestem. – Leć. - powiedział do swojej sowy. Wyleciała przez otwarte teraz okno trzymając w łapkach czerwoną kopertę. Chłopak uśmiechnął się z satysfakcją po czym ruszył w stronę lochów Mistrza Eliksirów.
#
Spotkali się pod drzwiami do gabinetu Snape'a.
- Zadowolony? – Spytał Harry, był wyraźnie wściekły.
- Daj spokój. To nie moja wina. Ja naprawdę nic nie wiedziałem. – Harry prychnął, a w tej samej chwili otworzyły się drzwi gabinetu. Stał w nich Snape. Ubrany w cywilny strój.
- Wejdźcie. – powiedział i otworzył szerzej drzwi wpuszczając ich do środka.
- Jak pan mógł? – ryknął Harry, gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły.
- Naprawdę, Potter? Zamierzasz się wykłócać o 10 punktów? Poza tym obiecałem ci, że moje traktowanie ciebie się nie zmieni. – Harry zamknął usta, nie mogąc się z tym kłócić. – Twoja peleryna. Schowaj ją dobrze i ciesz się, że ci jej nie zarekwirowałem. Mi najwyraźniej nie będzie przydatna skoro wszyscy już wiedzą, że żyję.
- Powiedziałeś – zaczął Harry, a Snape spojrzał na niego krzywo. – Powiedziałeś profesorze , że Malfoy jest powodem, dla którego się ukrywasz. – Draco patrzył na tą scenę nierozumiejącym wzrokiem. Mówił o mnie? Czy o moim ojcu? O od kiedy są na ty? Co tu się wydarzyło? – mózg blondyna pracował teraz jakby był na paliwo rakietowe.
- Cóż, pewne rzeczy się zmieniły od naszej ostatniej konwersacji. Lucjusz pomaga mi w... pewnym projekcie naukowym.
- Mój ojciec wiedział? Od kiedy? – nie wytrzymał blondyn.
- Od lipca. To nie istotne. A teraz obaj usiądziecie i mnie wysłuchacie. Bo mam dość waszych gierek między sobą. – był wściekły. Spojrzeli na niego niepewnie, potem na siebie i usiedli na stołkach ustawionych przy biurku.
- Zamieniam się w słuch.
- I w tej jednej kwestii zgodzę się z Malfoyem.
- Mam dość waszych bezsensownych, nie prowadzących do nikąd kłótni. Jesteście szczęściarzami, że udało wam się przeżyć wojnę! Po obu stronach zginęli ludzie. Jesteście najstarsi w całej szkole. Nie możecie chociaż raz, dawać przykładu młodszym od was? Musicie skakać sobie do oczu jak dwa koguty? – puknął ich w czoła. – Macie tam w ogóle coś poza trocinami? Czy móżdżki też macie ptasie? Dość. W tej chwili zobaczę jak schodzicie z tej absurdalnej ścieżki ku samozniszczeniu i podajecie sobie ręce. Żadnych walk więcej. Żadnych awantur. Żadnych bijatyk i podkładania sobie świni. – spojrzał na Harrego. - Twoja matka byłaby naprawdę dumna, gdyby wiedziała jak się zachowujesz. – Malfoy uśmiechnął się. – A tobie nie wystarczy, że twój ojciec zbrukał nazwisko? Będziesz się wdawał w małostkowe bitwy? - Chłopacy patrzyli na niego zdumieni. Jeszcze nigdy nie widzieli go tak wzburzonego.
- Dlaczego mnie okłamałeś? - powiedział w końcu Harry.
- Nie okłamałem. Po prostu po drodze spotkałem Lucjusza i wyjaśniliśmy sobie wszystko dość dokładnie. Nie maczał palców w mojej śmierci. Więc na razie staram się mu pomóc w paru sprawach, a nie chciałem, żeby to było jakkolwiek nagłośnione. Nie sądziłem, że wysyłanie ci Potter sowy z informacjami na ten temat, jest moim obowiązkiem. Proszę zatem szanownego pana o wybaczenie. - dodał złośliwie.
- To mój ojciec. Czemu mi nie powiedział? - spytał nagle Draco.
- Hmm, nie wiem najlepszy synku na świecie, może dlatego, że wciąż się do niego nie odzywasz. – Draco zamknął usta. Czyżby ojciec się skarżył? Na niego? Był urażony? Chłopak nic z tego nie rozumiał.
- Jesteś pewien, że mówimy o tym samym Lucjuszu Malfoy'u? – parsknął Draco. Snape spojrzał na niego groźnie. – Dobra, już dobra. Jeśli o mnie chodzi nie mam żadnego interesu, żeby kłócić się z Potterem. – rzucił po chwili Draco.
- Ja nie mam żadnego, żeby się z nim nie kłócić. Ale znaj moją dobrą wolę. Uratowałeś mi życie w Malfoy Manor. Ja uratowałem ci twoje w pokoju życzeń. Jesteśmy kwita. Jestem gotów zachowywać się honorowo wobec ciebie, tak długo jak długo będziesz potrafił nie utrudniać mi życia.
- Czyli co? Koniec wojny między nami? Tylko dlatego, że Snape poprosił?
- Jak tak to ujmujesz… – Harry spojrzał złośliwie
- Słuchaj Harry, jak chcesz mogę ci nawet przysięgę złożyć, że nie będę z tobą walczył. Ale trzymaj te swoje wściekłe gryfy z dala ode mnie.
- Ugadywanie się z nimi to już twoja działka. I przeprosisz Lunę.
- Zamierzałem. To nie była moja wina.. ale i tak… - Draco zapatrzył się w swoje dłonie na kolanach.
- Posłuchajcie mnie. Obaj jesteście w tym wypadku ofiarami tej wojny. Ciebie… Harry próbował zabić bardzo potężny czarodziej odkąd tylko zacząłeś chodzić po tej ziemi. A Draco miał tą niedogodność, że urodził się w rodzinie śmierciożerców. Obaj nie mieliście na to wpływu. To nie jest wasza wina. Ale do was należy to co zrobicie dalej ze swoim życiem. Nie musicie zmieniać się w waszych ojców.
- Nie próbuj nawet porównywać naszych ojców! – wzburzył się Harry
- Nie śmiałbym. – uśmiechnął się Snape. – Ty się nie musisz zmieniać w trupa Potter, o to mi chodziło. A ty Draco w kulkę nieszczęścia, która skończy drżąca z zimna na posadzce w Azkabanie. Ja mam sporo na głowie, i nie chcę się wciąż oglądać za siebie czy wy akurat nie wydrapujecie sobie oczu. Jestem zmęczony pilnowaniem dwójki dorosłych mężczyzn. To po prostu śmieszne.
Spojrzeli na siebie smutno.
– Zgoda. - szepnęli po chwili obaj.
Po tym oświadczeniu nauczyciel odetchnął z ulgą. Draco zbierał się do wyjścia. Severus kazał jeszcze podejść Harremu, żeby schował pelerynę. I coś mu tłumaczył szeptem.
Co oni knują razem? Myślał blondyn. Chciał wiedzieć za wszelką cenę.
- Legilimens - Draco próbował rzucić zaklęcie niewerbalne na stojącego przed nim byłego dyrektora tej placówki. Skupił się, lecz poczuł zimną ścianę oporu.
- Naprawdę? – Snape zmroził go wzrokiem. – Co sprawiło, że sądziłeś, że skoro Czarnemu Panu się nie udało przebić przez moje osłony, tobie się uda, dzieciaku?
- Ja…- zaczął Malfoy.
- Nie możesz po prostu zapytać? – spytał zrezygnowany nauczyciel.
- Jak to się stało, że wy… - Draco nie wiedział jak zwerbalizować pytanie. Patrzył na nauczyciela i ucznia, który nienawidził tego nauczyciela całe swoje życie.
- Ach, to… - machnął ręką Snape - Niech ci opowie pan Potter, jak już stąd wyjdziecie. Nie wiem, idźcie sobie na piwo, albo coś… macie dzisiaj moją przepustkę.
Chłopacy spojrzeli na niego, jakby zwariował. Potem na siebie. A potem wyszli z gabinetu zamykając cicho drzwi.
- Hogsmade? – spytał po chwili Harry, gdy szli korytarzem.
- Brzmi jak plan. – odparł Draco uśmiechając się niepewnie.
#
Dwóch młodych uczniów Hogwartu wracało właśnie totalnie podpitych z wioski nieopodal szkoły. Uskarżali się na swoje przygody na zajęciach z wróżbiarstwa. Narzekali na humory ich tajemniczego opiekuna w postaci nauczyciela obrony przed czarną magią. Byli zadowoleni z siebie, z powodu zawarcia rozejmu w bardzo długim bezsensownym sporze.
Tymczasem przez okno sypialni Lucjusza wleciała sowa. Otworzył swoje zaspane oczy, by sprawdzić co sprowadziło o tej porze wiadomości do jego posiadłości. Spojrzał na żonę, która spała obok. A potem zrobiło mu się gorąco. Trzymał w dłoni wyjca… i wiedział, że nie zdąży na czas wybiec z pokoju…
