– Jeszcze raz!

Sang Ji miał już tego projektu serdecznie dość. Kiedy – po pobieżnym wyciśnięciu z rekruta, co dokładnie doprowadziło go do kontaktu zobserwowaną – doniósł dowódcy, że dziewczyna nie potrafi ze swoją magią zrobić nic produktywnego, spodziewał się skinienia głową, chwili mruczenia w skupieniu i co najwyżej niedbałego machnięcia ręką na zakończenie. Ale zamiast tego Guotin oczywiście musiał się przejąć. Oddychając świszcząco i charcząc, jakby jego płuca miały przemożną chęć wydostania się na wolność, obwieścił, że tak nie może być. Natychmiast, na wczoraj, trzeba temu zaradzić. Zwłaszcza w obliczu faktu, że znachorka ma w najbliższym czasie robić za przynętę na maniaka, którego wszyscy, idąc za przykładem Weia, zaczęli nazywać Artystą.

A Sang Ji był taki pewien, że to się nie przyjmie.

Problem polegał na tym, że żaden Dai Li nie miał zielonego pojęcia o magii wody. Większość z nich nie widziała nawet żadnego pokazu tkania tego żywiołu. Imperialne zapędy Władcy Ognia nie sprzyjały kontaktom z Plemionami Wody. Na szczęście, a w zasadzie na nieszczęście, kiedy Sang Ji zwrócił na to uwagę dowódcy, ten miał już gotową strategię.

– Ty ją nauczysz – wystękał pomiędzy dwoma łagodnymi atakami kaszlu. – Magia to magia.

I właśnie w ten kompletnie pozbawiony logiki sposób Sang Ji dostał kolejne polecenie: nauczyć znachorkę magii wody. Czasu miał dokładnie tyle, ile było na dopracowanie planu z przynętą, czyli nędzne dwa tygodnie. Fakt, że nie ma najmniejszego pojęcia o wodzie, która z ziemią ma tyle wspólnego, co królewski niedźwiadek z baletem, nie wydawał się dla nikogo szczególnie istotną przeszkodą. W końcu, cytując szefa, magia to magia.

A figę.

W ciągu zaledwie dwóch godzin wstępnego treningu dziewczyna zdążyła zamoczyć sobie włosy i przód tuniki lodowatą wodą z jeziora Laogai, a jej próby utrzymania w powietrzu niedużej kuli płynu spełzły na niczym.

– A co było źle, sifu Sang Ji? – warknęła na niego.

Dodatkowo najwyraźniej zdążyła też uznać, że serdecznie go nie znosi.

Oboje stali po kolana w wodzie i choć dzień jak na jesień był dość ciepły, agent wyraźnie czuł, jak zimno wkrada się do jego ciała i przeszywa go aż do kości. Jezioro Laogai nie nadawało się zbytnio do kąpieli przy takiej temperaturze wody.

– Przede wszystkim to – odpowiedział, siląc się na spokój – że nie jesteś w stanie kontrolować nawet takiej ilości wody, która zmieściłaby się w średnim garnku.

Cierpliwość. Liang wspomniał kiedyś, że uważa go za cierpliwego człowieka. I pewnie przez większość swojego życia taki właśnie był. Ale jak miał uczyć czegoś, o czym nie ma pojęcia? I to w dodatku kogoś, kto wcale nie chce się uczyć?

– Potrafię – dziewczyna wyraźnie straciła swoją cierpliwość już dawno temu. – Robię to codziennie od lat!

– Jakoś przed chwilą nie było widać.

Nie wymagał od niej zbyt wiele. Miała tylko uformować niedużą kulę z wody i podrzucić ją do góry. Ćwiczenie byłoby wprost banalne, gdyby wodę zastąpić skałą; każde dziecko zaczynało właśnie od tego. Potem odłamkowi pozwalało się swobodnie opaść z powrotem na miejsce i po kłopocie.

Nini spróbowała jeszcze raz. Zaczęła wykonywać rękami dziwne koliste ruchy i niewielka ilość wody uniosła się znad powierzchni jeziora jak szybko rosnący grzyb. Sang Ji zaczął już mieć nadzieję, że w końcu, po dwóch koszmarnych godzinach, ćwiczenie wreszcie się uda. Niestety, kiedy tylko dziewczyna spróbowała oddzielić swoją porcję wody od całej reszty i uformować kulę, coś poszło nie tak. Wodny grzybek przestał współpracować i z wielkim pluskiem powrócił do jeziora, ochlapując przy okazji nie tylko Nini, ale i jego.

– Faktycznie świetnie ci poszło.

Sang Ji zaczął niezdarnie człapać w kierunku brzegu. Dziewczyna zmieszała się lekko. Szła obok niego ze zwieszoną głową.

– Woda nie działa tak, jak ci się wydaje – spróbowała wyjaśnić. Ociekająca wodą nie wyglądała szczególnie przekonująco. – Nie da się jej w ten sposób zmusić do współpracy. Nie utrzymam jej w bezruchu.

– Dojdziemy do tego. Jakoś. Na dzisiaj już dość.

Agent usadowił się na porośniętym trawą brzegu. Miał zamiar spokojnie zaczekać, aż słońce i wiatr wysuszą dół jego szaty. Nini usiadła obok niego i zaczęła usuwać wodę ze spódnicy przy pomocy magii, przypadkiem odsłaniając przy tym zaróżowione z zimna kostki.

– Więc... jak właściwie wygląda życie na biegunie? – spytał, odwracając wzrok. – Naprawdę nikt was tam nie uczy tkania?

– Chłopcy uczą się tkania, a dziewczęta uzdrawiania. Podział zawsze tak wyglądał – odpowiedziała. – A poza tym życie jest bardzo podobne. Mamy tylko więcej śniegu.

– I nikt nie protestuje? Mam na myśli ten podział.

– Czasami – odpowiedziała po chwili. – Kyoshi protestowała i zakazano jej przebywania w naszym mieście. Podobno nigdy już nie kontaktowała się z Północą. Czasem nasi ludzie też odchodzą, jeżeli tradycje im się nie podobają. Nie wiem, dokąd idą. Pewnie na Biegun Południowy.

Jezioro Laogai może i nie było ciekawszym obiektem obserwacji niż Nini, ale na pewno dużo bezpieczniejszym. Łatwiej mu się z dziewczyną rozmawiało, kiedy nie musiał na nią patrzeć. Sang Ji mógł tylko mieć nadzieję, że uda im się nawiązać nić porozumienia, tak niezbędną do ich planu schwytania Artysty. Słyszał plotki, że Liang odniósł już na tym polu niemały sukces.

– A ty? Dlaczego ty odeszłaś? – spytał ostrożnie.

– Chciałam się nauczyć innych technik leczenia. W mojej części świata prawie wcale nie ma ziół. Musiałam wyjechać, żeby się tego nauczyć.

Odpowiedź brzmiała przeraźliwie pusto i nienaturalnie. Jak coś, czego dziewczyna wyuczyła się na pamięć, albo w co bardzo chciała uwierzyć. Sang Ji zaklął w duchu. Do tego nieszczęsnego zaufania było jeszcze daleko.

Oboje milczeli przez dłuższą chwilę. Dziewczyna położyła się na trawie i przymknęła oczy. Słońce tańczyło na jej przemoczonych włosach, przeglądało się w każdej zabłąkanej kropli wody. Sang Ji nie miał najmniejszej ochoty wracać pod ziemię. Świeże powietrze dobrze mu robiło.

– Pełnia się zbliża – głos Nini przywodził na myśl ciche mruczenie.

– Skąd wiesz? – spytał szeptem. Sam nie wiedział czemu.

– Czuję – odpowiedziała równie cicho jak przedtem. – Kiedy księżyca przybywa, woda głośniej woła. A w czasie pełni czuję każdą kroplę, każdy płyn, do którego się zbliżę. Magia wody pochodzi od Księżyca. Im jest większy, tym więcej mag może osiągnąć.

– Myślisz, że łatwiej by ci było ćwiczyć w czasie pełni?

Jakiś cień, jakby grymas bólu, pojawił się na chwilę na jej twarzy. Otworzyła oczy i natychmiast się podniosła.

– Nie – odpowiedziała szorstko. – Na pewno nie.

Nie spojrzała już na niego ani razu, kazała się za to natychmiast odstawić pod ziemię. Twierdziła, że czeka na nią pacjent. Sang Ji wiedział doskonale, że agent Li Yuan nie potrzebuje stałej opieki. Jego jedynym problemem było teraz wykombinowanie, jak utkać sobie wygodną protezę. Jedno sformułowanie, którego dziewczyna użyła, nie pozwoliło jednak Sang Ji skomentować tego oczywistego wykrętu. Utkwiło mu w głowie i zdawało się wybrzmiewać wciąż i wciąż jak jakiś makabryczny akompaniament dla jego zbłąkanych myśli.

Każdą kroplę wody. Każdy płyn.

Ukryty właz jęknął przeraźliwie i dziewczyna natychmiast zaczęła schodzić na dół po chybotliwej drabince. Sang Ji podążał tuż za nią. Nie miał pojęcia, jak dalece prawdziwe była deklaracje Nini o mocy magii wody. Może mogła tkać łzy na policzkach zapłakanego dziecka? A może wodę wypełniającą rośliny? A może...? Ciarki przeszły mu po plecach. Kiedy już dotarli na dół, zerknął na nią ukradkiem. Nagle historia o tradycjach Północnego Plemienia Wody przestała brzmieć tak wiarygodnie. Magia wody, zwłaszcza w czasie pełni, wyglądała na śmiertelnie niebezpieczną. Znacznie bardziej, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Nie wierzył, by ludzie dobrowolnie odsuwali od tak potężnej broni połowę swojej populacji. Na pewno nie bez powodu.

Sang Ji miał tylko nadzieję, że Nini nie kłamie. I że nie jest ich nieuchwytnym Artystą. Ostatecznie rekrut nie obserwował jej przez całą dobę. W nocy mogła robić w zasadzie cokolwiek, w dodatku bez wiedzy Dai Li. Ta teoria nadal wymagała, by Nini miała wspólnika w Górnym Pierścieniu. Ona sama nie miała dostępu do tego rejonu.


– Witajcie w Ba Sing Se! – wyrecytowały Joo Dee znudzonym chórem. – Mam na imię Joo Dee.

Dla Xiaodana brzmiały w porządku, ale Huang Fu tylko westchnął.

– Jest źle – poinformował. – Czemu one brzmią tak, jakby chciały iść gdzie indziej? One nie mogą tak brzmieć, Xiao! Mają być entuzjastyczne.

Xiaodan bardzo chciał Reedukatorowi powiedzieć, gdzie dokładnie może sobie wsadzić swój entuzjazm. Ale nie wypadało. Poza tym wyleciałby z roboty, bo Huang był raczej ważny. No i jego szanse na ponowne spotkanie Hwa Mei spadłyby dość drastycznie. Dlatego poprzestał na nieokreślonym wzruszeniu ramionami.

– Może są głodne? – zaryzykował.

– Nie bądź śmieszny, Xiao! Jadły godzinę temu. Zamień się ze mną miejscami. Pokażę ci, jak to się powinno robić.

Huang Fu stanął tuż przed trzema Joo Dee, które mieli razem szkolić. Xiaodan zajął jego poprzednie miejsce i natychmiast na nos spadła mu jakaś zabłąkana kropla wody. Starszy agent uśmiechnął się szeroko do swoich… dzieł i radośnie wyrecytował ten sam krótki frazes. Joo Dee powtórzyły wszystko idealnie, skopiowały nawet jego mimikę. Na ich twarzach uśmiechy wyglądały jak przerażające karnawałowe maski.

– I jak ci się podobało?

– Trochę przerażające – odpowiedział szczerze. – Jak jakieś maszyny. Turyści się ich przestraszą.

Huang Fu wyraźnie się zasępił.

– Tak sądzisz?

– Jestem pewien! – wykrzyknął Xiaodan. – One są jak kukiełki albo żywe trupy, albo sam nie wiem co. Jakby nikogo tam nie było w środku…

Huang zaklął szpetnie.

– Masz rację – przyznał po chwili. – Musisz mi pomóc wymyślić coś, żeby złagodzić ten efekt.

Kolejna kropla spadła mu na nos. Najchętniej wyszedłby na zewnątrz i zaczął sprawdzać, gdzie został kupiony wisiorek ze sprawy Weia. Ale nie mógł. Huang Fu zażyczył sobie asystenta i z jakiegoś kompletnie szalonego powodu wybrał właśnie Xiaodana.

– No chodź, Xiao! – Huang najwyraźniej już szedł w stronę swojej pracowni, biblioteczki czy czego tam. – Mamy masę pracy.

Xiaodan też zaklął. Zapowiadał się długi dzień.

Joo Dee powtórzyły za nim tym swoim koszmarnym, beznamiętnym chórem.


Górny Pierścień w porze obiadu wyglądał trochę jak miasto duchów. Wszyscy bogacze siedzieli albo w domach, albo w eleganckich restauracjach i jedli posiłki tak nieprzyzwoicie drogie, że za jeden można by nakarmić całą masę głodnych dzieciaków. Drogie sklepy jubilerskie, butiki i galerie sztuki świeciły pustkami. Siedzieli w nich zblazowani, znudzeni życiem właściciele. Po ulicach snuły się grupy nastolatków z zamożnych domów albo rodziny urzędnicze, które na działkę w tej części miasta pracowały przez pokolenia. Rabatki kwiatowe wyglądały, jakby ktoś namalował je od linijki. Woda w fontannach mieniła się w słońcu wszystkimi kolorami tęczy. Nawet kostka brukowa świeciła się jak psu jajca.

Wei nie znosił łazić po Górnym. Ale czasem robota wymagała od człowieka poświęceń. Dlatego popylał od rana po dzielnicy uprzywilejowanych, niosąc pod pachą zawiniątko z żółtą kiecką, w której znaleźli Ngaia. Dzieciakowi i tak by się w grobie nie przydała, a tak może uda się znaleźć sklep, z którego ta szmatka pochodziła. Sang Ji uparł się, żeby to sprawdzić, mimo że mieli opracowany plan z przynętą, co Weiowi wydawało się kompletną stratą czasu.

Jak dotąd żaden krawiec nie przyznał się do kiecki. Wszyscy zgodnie twierdzili, że takiego paskudztwa dla mas na pewno by nie uszyli. Ale Wei wiedział swoje. Jedwab to nie był materiał, z którego szyło się dla mas. Masy chodziły poowijane w len, wełnę i ewentualnie jakieś skóry. Jedyne, co mu jeszcze przychodziło do głowy, to sprawdzenie butików, które jak na tę część miasta były dość tanie. Tych samych, w których z reguły ubierały się żony wiecznie zapracowanych urzędników.

Jeden z takich przybytków znajdował się tuż przy murze dzielącym Górny i Środkowy Pierścień. Wei wszedł do środka. Kiedy zamykał za sobą drzwi, nad jego głową zadzwonił mały dzwoneczek, natychmiast sprowadzając z zaplecza pulchną, dość zachowawczo umalowaną ekspedientkę.

– W czym mogę panu pomóc? – spytała.

Miała niski, chropowaty głos, który natychmiast kazał mu skupić uwagę na jej słowach. Brzmiała jak ktoś, kto przywykł do bycia słuchanym. Rzadko spotykał takie kobiety, zwłaszcza w tej części miasta.

– Wie pani, głupia sprawa – zaczął, udając zażenowanie. – Skaleczyłem się rano przy goleniu i niechcący zachlapałem ulubioną suknię żony krwią. Podobno to się nie spierze…

Urwał, rozkładając bezradnie ręce. Kobieta wyraźnie spochmurniała.

– Sprać to się może i spierze – powiedziała – ale materiał pan przy tym zniszczy. Tylko nadal nie wiem, jak mogłabym w tej sytuacji pomóc.

– No tak, oczywiście – Wei znów podjął swoją opowieść, jakby na powrót znalazł tę myśl, która uciekła mu chwilę wcześniej. – Jestem prawie pewien, że żona kupiła tę suknię u pani. Pomyślałem, że sprawię jej identyczną i zamienię z tą, którą zniszczyłem, zanim wszystko się wyda.

Ekspedientka spojrzała na niego znacznie przychylniej. Nawet uśmiechnęła się do niego odrobinę.

– Rozumiem, że suknia jest w tym zawiniątku? – zapytała.

– Tak, tak. – Wręczył kobiecie swoją paczuszkę. – Mam nadzieję, że jeszcze takie macie.

Kobieta zręcznie odwinęła papier i rozłożyła sukienkę na kontuarze. Przyjrzała się uważnie mankietom i haftom, jakby na podstawie wzorów potrafiła ocenić, ile dokładnie takich samych sukienek ma na stanie.

– Faktycznie, dobrze pan trafił – powiedziała po chwili namysłu. – To mój produkt. Ale niestety dość stary, sprzed pięciu sezonów. Nie mam już tego modelu w sklepie, ale mogę spróbować zamówić dla pana jedną sztukę. Nie powinno to drogo wynieść.

– Byłbym zobowiązany, proszę pani. Żona naprawdę bardzo lubi tę suknię.

– Powinna być gotowa na przyszły tydzień, o ile mój dostawca wciąż ma ten materiał. Proszę przyjść jutro, będę miała dokładny termin i cenę.

– Dziękuję pani bardzo!

Wei drżącymi rękami zawinął kieckę z powrotem w papier i wyszedł na ulicę. Suknia okazała się ślepym zaułkiem. Ktoś po prostu wywlekał zapomniane ciuchy z szafy jakiejś bogatej paniusi. Podpytanie córek i żon ze wszystkich urzędniczych domów, czy aby nie zniknęły im stare kiecki, było planem idiotycznym i mało dyskretnym. Tak jak świecidełka, ubrania nigdzie ich nie zaprowadziły. Pozostawało tylko spokojnie poczekać i użyć znachorki jako wabika. Nie mieli innego wyjścia.