10.
Fragment tynku w końcu spadł na ziemię. Udało mu się wydrapać paznokciem w ścianie kolejną kreskę – trzydziestą. Ron wiedział dokładnie, ile nocy upłynęło od czasu, gdy go tu zamknięto; liczył każdy świt. Przez pierwsze cztery dni jeszcze przeszkadzał mu smród potu, brudu, ekskrementów, stęchlizny - później zobojętniał również na to. Wyrobił sobie rutynę liczenia dni, mając nadzieję, że dzięki niej nie oszaleje. Codziennie karmiony i pozostawiony samemu sobie na długie godziny, miał mnóstwo czasu, by zastanowić się nad swoim życiem. Mimo wszystko nie wyciągnął żadnych konstruktywnych wniosków. Całą jego uwagę pochłaniało jedzenie, spanie, toaleta i szukanie pęknięć w gipsie, które można byłoby zamienić na pięciocentymetrowy znak tego, że udało mu się przetrwać kolejny dzień.
Dziś, wbrew rozsądkowi i rutynie, czekał. Coś wisiało w powietrzu, coś oprócz drobinek kurzu oświetlanych przez światło przedostające się przez kraty jedynego, umieszczonego pod sufitem okna. Przez jakiś czas zastanawiał się, czy dałby radę do niego dosięgnąć. Spędził kilka chwil na wyobrażaniu sobie, że nagle wstępuje w niego niewyobrażalna moc i rękami rozgina pręty, wydostaje się na zewnątrz. To było trochę krzepiące, przez moment, potem wróciła dawna rozpacz i chłopak skulił się, obejmując rękami swoje długie, chude ciało.
Drzwi otworzyły się tak nagle, że mimowolnie drgnął. Podniósł oczy i oddech uwiązł mu gardle na widok podłużnej, wykrzywionej twarzy Czarnego Pana.
— Gospodarz powinien wstać, gdy w drzwiach pojawiają się goście — wysyczał groźnie i jednym ruchem różdżki podniósł bezwładne ciało. Ruda głowa mocno uderzyła o kamienny sufit. Czarnoksiężnik po chwili zdjął czar i chłopak upadł na ziemię. Wyjęczał coś w swój brudny koc. — Myślałem, że przydasz mi się tylko jako przynęta. Jednak jakkolwiek grzebanie w twoim umyśle wydaje mi się wstrętne, to po dłuższym namyśle zdecydowałem, że mógłbym tam znaleźć kilka cennych informacji. A może sam chciałbyś mi ich udzielić? — Ron zakrył rękami głowę w bezradnej próbie obrony. Voldemort roześmiał się głośno. — Widzisz, Weasley, mój drogi Severus twierdzi, że praca nad eliksirem Prządki idzie doskonale. Potrzeba mu jeszcze tygodnia, dwóch, aby skończyć. Będę mógł przemienić się w dementora na godzinę i w ciągu tej godziny muszę zdobyć uległość Pottera. Jakie wizje wszczepione w jego umysł spowodują, że pęknie z rozpaczy na pół, rozsypie się z bólu? Ułatwisz mi zadanie, chłopcze? — W dwóch krokach podszedł do Rona i kopnął go tak mocno, że ten zwinął się i chwycił za brzuch, jednocześnie przewracając na bok i odsłaniając głowę. Voldemort pochylił się i targnął za ubranie, zbliżając do niego twarz. — To jak będzie?
Niebieskie oczy były nienaturalnie puste, a czarne źrenice mocno rozszerzone. Mężczyzna znał ten wzrok – chłopak był przerażony, ale strach go paraliżował i czynił niezdolnym do współpracy. Pchnął go na ziemię i wyciągnął przed siebie różdżkę.
— Legilimens!
Ron jęknął, zdając sobie sprawę, że nie uda mu się ochronić informacji o Snapie, Lupinie, Harrym, że wszystko, wszystko przepadło… gwałtownie zaszlochał.
— Ppaaaanie mój! — drżący, zachrypnięty głos dobiegł z kierunku drzwi. Voldemort zwolnił zaklęcie i odwrócił się, wściekły do granic możliwości. Natychmiast ze ściany przy wejściu wyrosły kamienne macki, oplatając się wokół krępego ciała Glizdogona. Jedna z nich ścisnęła mocno jego gardło. Twarz zrobiła się purpurowa, oczy otworzyły szeroko, a z ust wydobyło się rzężenie.
— Paaanie…
— Szczurze! — Złowrogi syk miał moc zamieniania wszystkiego w kamień, jak wzrok bazyliszka. — Twój nos tym razem zaprowadził cię zbyt daleko.
— Tak, panie, jestem nędznym szczurem, czołgającym się u twoich stóp — potok słów wylewał się z wykrzywionych w bólu ust razem ze śliną — ale szukałem cię, mam wiadomość…
Glizdogon upadł na ziemię i natychmiast zaczął kaszleć, rozmasowując sobie gardło metalową ręką.
— Mów!
— Nagini, mój panie, Nagini zniknęła. — Pettigrew wbił wzrok w ziemię, bojąc się reakcji swego pana.
Blada ręka, zakończona spiczastymi, pociemniałymi paznokciami, zacisnęła się na różdżce tak silnie, że omal jej nie złamała.
— Nikt — warknął — nikt, rozumiesz, padalcu, nie może się dowiedzieć, że Weasley tu jest, przynajmniej do momentu, gdy zdecyduję inaczej. Jeśli komukolwiek piśniesz choć słowo, obetnę ci język i podaruję na deser Nagini. Jeżeli jej zasmakuje, dostanie też resztę. Jeśli wąż się nie odnajdzie, znajdę inny sposób, żeby cię ukarać, możesz być tego pewien. — I Voldemort wyszedł z celi.
Gdyby w tym momencie obejrzał się, zapewne zdziwiłby go wlepiony w Pettigrew pełen nadziei wzrok więźnia. Peter, zamykając za sobą drzwi i wychodząc z pomieszczenia w ślad za swoim panem, również na niego nie spojrzał.
W ciągu miesiąca wyrobili sobie kilka rytuałów. Harry, co rano, po samotnym, niespiesznym śniadaniu, schodził do laboratorium i pomagał Severusowi w pracy lub – jeśli zadania były zbyt odpowiedzialne – siedział i patrzył, jak zgrabne, długie palce mistrza eliksirów fachowo odmierzają, ważą, kroją, siekają, miażdżą, ścierają na proch, zawijają, drą, zaciskają się na różdżce. Codziennie rano Snape witał go tym samym zdaniem.
— Potter, siedzenie tu to tylko strata czasu.
— Wiem — odpowiadał niezmiennie i siadał po drugiej strony długiego stołu, który służył za blat roboczy.
Severus przygryzał policzek, nerwowo zaciskał rękę, warczał i codziennie, nieskutecznie, próbował zmusić się do tego, by powiedzieć coś, co sprawi, że chłopak odzyska rozum i zrozumie swój błąd. Siedzenie ze mną nie przygotuje go w żaden sposób na ewentualne spotkanie z Czarnym Panem— tłumaczył sobie co wieczór w łóżku, zasypiając i obiecując, że następnym razem będzie bardziej stanowczy. Jednak jedyne, co potrafił zrobić i wyegzekwować od Gryfona, to chwilowa lektura przyniesionych przez niego książek, kiedy akurat eliksir stygł lub mógł gotować się bez opieki.
Był też niejasno świadom, że w całej tej sytuacji chodzi mu również o inny błąd, który Harry może popełnić. I po raz kolejny przeklinał swoją słabość, że zamiast chronić chłopca przed sobą, nie potrafił obejść się bez jego towarzystwa. Jesteś taki żałosny, Severusie — powtarzał za każdym razem, gdy tylko jego wzrok zabłądził na drugą stronę stołu w poszukiwaniu ciemnej czupryny i zielonych oczu. Jednak rzadko kiedy patrzył chłopakowi w oczy. Coś w środku niego zaczynało drżeć, a panika oplatała się ciasno wokół ciała jak wąż. Merlinie, jestem dorosłym mężczyzną, nie szczeniakiem— przypominał sobie, choć nie zmieniało to nic.
Wieczorem próbował uspokoić wyrzuty sumienia i spędzał godzinę lub dwie, dyskutując o obronie lub ćwicząc prostsze zaklęcia, o których Harry czytał w podręcznikach. Czasem dołączał do nich Lupin i w te wieczory Severus zawsze szybciej szedł spać, wdzięczny i nieszczęśliwy jednocześnie.
Gdy w czwartą z rzędu niedzielę otworzył oczy i pierwszą rzeczą, o której pomyślał, był Harry, stwierdził, że stracił rozum. Odetchnął głęboko, próbując się uspokoić. Zignorował poranną erekcję, jak zwykle bojąc się, że wszelkie próby samozaspokojenia skończą się na fantazjowaniu. Co by na to powiedział dyrektor, co? Snape? Że leżąc w łóżku, wyobrażasz sobie jego Złotego Chłopca, nagiego, zarumienionego, jęczącego pod najlżejszym dotykiem? Z czerwonymi śladami po twoich krzywych zębach?— próbował jakoś przywołać się do porządku, ale w odpowiedzi na to pytanie w jego umyśle pojawił się obraz starca, który spoglądając na niego znad filiżanki herbaty, z nieznośnym półuśmiechem, mówi: „Miłość ma olbrzymią siłę, mój chłopcze" – albo coś równie niedorzecznego.
Tej niedzieli Severus, zanim wstał, jęknął i zakrył twarz rękami.
— Sypiasz z Lupinem? — To pytanie padło nagle, blokując dostęp powietrza do płuc.
— Co? – zapytał, marszcząc brwi. — Co to w ogóle za pytanie?
Potter zapalczywie miażdżył mikroskopijne ilości kryształków cyjanku, nie podnosząc wzroku.
— Normalne, uczciwe pytanie. Więc sypiasz z nim? — Szeroka szczęka Harry'ego, pokryta dwudniowym zarostem, zacisnęła się konwulsyjnie, a zielone oczy błysnęły niebezpiecznie, kiedy je w końcu podniósł. Słoik na półce zakołysał się i spadł na ziemię. Severus spojrzał na kawałki szkła i wyciągnął różdżkę, żeby naprawić naczynie.
— Jesteś zazdrosny, Potter? – warknął, uśmiechając się krzywo, zanim zdołał ugryźć się w język. Droczenie się w ten sposób z chłopakiem nie przyniesie nic dobrego. — Nie, nie sypiam — dodał pośpiesznie, by nie usłyszeć odpowiedzi. — Choć to wcale nie powinno cię obchodzić.
— A kiedyś byliście razem?
— Skąd w ogóle pomysł, że interesuje mnie ta sama płeć?
— A nie interesuje cię? – Oczy Harry'ego wydawały się wywiercać w nim dziury.
— Potter — rzucił ostrzegawczo, mając nadzieję, że niewypowiedziana groźba zakończy temat.
— Więc? — Temat jednak nie był skończony.
Rozważył kilka opcji. Westchnął.
— W przeszłości wiązałem się z mężczyznami – odpowiedział w końcu, kapitulując. – Jednak z tego, co wiem, żaden z nich nie zmieniał się w wilkołaka podczas pełni księżyca.
Potter kiwnął głową, wyraźnie spokojniejszy. Znów chwycił tłuczek, a Snape, zafascynowany, obserwował, jak mały uśmiech rozciąga mu jeden kącik ust. Uwiedzenie go nie zajęłoby wiele czasu… — pomyślał gorzko.
— Zawsze musisz postawić na swoim, prawda? — spytał zrezygnowanym tonem.
— Kto, ja? — Niewinna mina Pottera spowodowała, że zawrzała w nim krew.
— Nie, ja — warknął i nie odezwał się już więcej tego popołudnia.
Hermiona położyła głowę na złożonych rękach i poczuła, jak ciepłe, słone łzy spływają jej po policzkach, gromadząc się między palcami. To był jedyny sposób, by wyrazić swoją wściekłość. Wolałaby wziąć różdżkę i zniszczyć wszystkie stoły w bibliotece; albo nawet do diabła z różdżką – kopać w nie tak długo, aż złamie się blat albo jej noga, uderzać pięścią we wszystkie szyby. Zrzucić książki z półek. Wiedziała, że nigdy tego nie zrobi, więc pozostawało jej płakać, użalając się nad sobą i własną bezsilnością.
Była wściekła na Rona; wściekle za nim tęskniła. Odchodziła od zmysłów, martwiąc się, co się stało. Od tygodni nie mogła znaleźć nic, by zneutralizować eliksir Prządki i co noc nawiedzały ją koszmary, że prócz chłopaka straci również najbliższego przyjaciela. Czuła, że grunt usuwa jej się spod nóg, że jej wiedza i intelekt po raz pierwszy nie wystarczą, by wybawić najbliższych z opresji. Czyjaś ciepła dłoń zacisnęła się na jej ramieniu.
— Panno Spencer, na dziś już starczy badań. Zapraszam do swojego gabinetu. — Hermiona odwróciła się, ale zobaczyła tylko fragment szarej szaty dyrektorki.
Czar kamuflażu sprawiał, że wyglądała na dwudziestokilkuletnią tęgą dziewczynę w dużych okularach w rogowych oprawkach i ciemnych, spiętych z tyłu włosach. Jej obecność w szkole dyrektorka usprawiedliwiła zaawansowanymi badaniami nad różnicami między transmutacją materii żywej i martwej i potrzebnym do tego dostępem do hogwarckiej biblioteki. Wzięła ją również pod szczególną opiekę, udostępniając sypialnię niedaleko swoich komnat. Hermionie było ciężko udawać, że nie zna nikogo ze swoich przyjaciół, których teraz oglądała codziennie, szepczących w zaułkach korytarzy. Atmosfera w szkole, jak i w całej magicznej Anglii, była napięta. Po śmierci dyrektora śmierciożercy stopniowo zaczęli przenikać w szeregi Ministerstwa, jeszcze cały czas oficjalnie występującego przeciwko Voldemortowi. Ciągle zmieniające się nagłówki w „Proroku" zaczęły niejasno sugerować, że nagłe zniknięcie Harry'ego Pottera może mieć coś wspólnego z zabójstwem Dumbledore'a. Hermiona nie chciała myśleć, co dalej może z tego wyniknąć.
— Niech pani usiądzie, panno Granger — zwróciła się do niej Minerwa, kiedy zamknęły się za nimi drzwi gabinetu. Były dyrektor uśmiechnął się do uczennicy przyjaźnie z portretu i skinął głową.
— Dziękuję — wyjąkała, zastanawiając się, czy profesorka zauważy podpuchnięte oczy, i usiadła na wygodnym krześle. McGonagall wydawała się niespokojna, krążyła od okna do okna, nerwowo zaplatając dłonie.
— Zdaję sobie sprawę, jak musi być ci ciężko, Gr… — zaczęła, po czym zmieniła zdanie — Hermiono — dziewczyna uśmiechnęła się słabo — ale nie możesz się poddawać. Nawet jeśli on umrze — jej wzrok bezwiednie zabłądził w kierunku portretu — nawet jeśli ktokolwiek umrze – nadal będzie wiele do ocalenia, rozumiesz? — Spojrzała na nią znów, uważnie, spod okularów.
— Tak. — Hermiona spuściła głowę i zacisnęła pięści.
— Znalazłam coś — głowa dziewczyny wystrzeliła w górę, a w oczach zapaliło się światło — w starych zbiorach Albusa była ta księga. — Kobieta podała dziewczynie ciężki, czarny wolumin ozdobiony złotym rysunkiem na okładce. — Nie wiem, czy ma jakąkolwiek wartość naukową, ale wydaje się łączyć wiele elementów tej układanki. To pozycja o magicznej przędzy. Nie mam pojęcia, skąd ten stary… — zacięła się — …jak dyrektor wszedł w jej posiadanie. Jest właściwie, no cóż, bezcenna. Prócz tego, że stara, Hermiono. Bardzo stara. — Spojrzała surowo, jakby w obawie, że jej podopieczna może zniszczyć książkę, tylko trzymając ją w rękach. — Przejrzyj ją. Wierzę, że zrobisz z niej lepszy użytek niż ja. — Milczała przez chwilę. — Wiesz, że patronus Pottera jest jeleniem, prawda? — Granger pokiwała głową. — Snape'a jest łanią. Nigdy nie pomyślałabym, że będzie to miało jakiekolwiek znaczenie, nie wierzę w bajki. Ale… no cóż. Nieważne. — Zmieniła temat, nie kończąc myśli. — Miejmy nadzieję, że znajdziesz coś użytecznego. — Wskazała wolumin.
Hermiona zacisnęła dłonie na czarnym materiale i powiedziała:
— Pójdę do siebie i zacznę natychmiast.— Wstała z krzesła — Dziękuję, pani profesor.
— Nie ma za co. — McGonagall usiadła w końcu za biurkiem i spojrzała w zgromadzone na nim papiery. Ale zanim dotarła do drzwi, kobieta zatrzymała ją raz jeszcze. — Panno Granger — dziewczyna odwróciła się znów — może nie wierzę w bajki, ale na pewno — zawiesiła głos — wierzę w ciebie. — Hermiona poczuła w gardle łzy, więc tylko skinęła głową i szybko wyszła.
