To jest dodatek bardziej przez wzgląd na różnorodność punktów widzenia, niż na długość, ponieważ jest równie długi co zwykły rozdział.
Dodatek: Kary
Narcyza zamknęła oczy i oparła się o ścianę w przedsionku rezydencji. Dotarła już do stanu, w którym gardło ją bolało od niewyspania, ale wiedziała, że nie będzie w stanie zasnąć, póki Harry nie wróci z miejsca, w którym zniknął.
Gdyby nie to zniknięcie, pomyślała, kładąc sobie dłoń na gardle i nie zdejmując jej stamtąd, to ten wieczór można by uznać za pełen sukces. Trójka Weasleyów wybiegła z domu, żeby pomóc im w walce, ale poza kilkoma spiętymi spojrzeniami nie dali po sobie w jakiś sposób poznać, że zorientowali się, kto im przybył na pomoc. Narcyza podejrzewała, że prawdopodobnie wpłynęli jakoś na przebieg bitwy i pomogli w przegonieniu pozostałych przy życiu siedmiu śmierciożerców. Nie była jednak tego pewna. Nie interesowało jej to na tyle, żeby mogła być pewna.
Większość jej uwagi była skupiona na Harrym od chwili, w której ten rzucił się do walki z Mrocznym Panem.
Narcyza zamknęła oczy i zadrżała. Jeszcze nigdy nie widziała takiej mgły jak ta, która się wzniosła wokół Harry'ego i Voldemorta – zupełnie, jakby żar i moc, odpowiedzialne za burzę, skropliły się w formie, którą naprawdę mogła zobaczyć. W każdej chwili spodziewała się, że Harry tam zginie. Voldemort był już przyzwyczajony do przeżywania takich burz, a Narcyza aż za dobrze wiedziała, że Harry był tylko chłopcem, i to takim, który był znacznie bardziej kruchy, niż pozwalał sobie na to wyglądać czy czuć. Więc walczyła, ale jej spojrzenie co chwila uciekało w kierunku pojedynku i jej własnego syna.
Draco dobrze sobie poradził, nie dał jej żadnych powodów do paniki, poza tym jednym momentem, kiedy padł na ziemię akurat wtedy, kiedy jeden ze śmierciożerców poderwał różdżkę, celując w plecy Lucjusza. Narcyza nie była w stanie sobie przypomnieć przebiegnięcia dzielącej ich odległości, ale wiedziała, że musiała to zrobić, bo w chwili, w której dotarła do swojego syna, ten już chwiejnie podnosił się z powrotem. Narcyza odskoczyła od niego, zanim ten zdążyłby ją oskarżyć o cackanie się z nim na polu walki.
Draco naprawdę musiał się nauczyć, jak przeżyć na własną rękę, tak samo jak Harry.
No nie, Harry już to opanował. Narcyza zamrugała i otworzyła oczy. Jej palce przez cały ten czas bezmyślnie gładziły jej gardło. A skoro wojna rozpoczęła się, kiedy Draco wciąż jest w takim wieku, to oczywiście, że będzie nalegał, żeby go zabrać ze sobą, zamiast zostawić w bezpiecznym miejscu. Po prostu muszę się zacząć do tego przyzwyczajać.
Para dłoni opadła na jej ramiona, obracając ją lekko i przytrzymując ją, żeby zacząć mocny masaż jej napiętych mięśni. Narcyza westchnęła i oparła się dłońmi o ścianę.
– Myślisz o nim? – wymamrotał jej Lucjusz do ucha.
– Oczywiście, że tak. – Narcyza obejrzała się na swojego męża. Mimo długiej, cienkiej rany, która znaczyła jego policzek, wyglądał znacznie swobodniej i bardziej rześko niż zwykle. – Ty również.
Lucjusz pochylił głowę.
– Myślę tylko o tym, że był głupcem.
Narcyza zanuciła miękko i zamknęła oczy. Adalrico wyczuł w swojej głowie obecność jej kuzyna, Regulusa, w tej samej chwili, w której Harry zniknął, i poinformował ich, że ten wybrał się do Doliny Godryka. To zaprezentowało przed nimi osobliwy problem, oczywiście, ponieważ żadne z nich nie wiedziało, gdzie ta posiadłość się znajduje. Draco zasugerował, że mogą wypuścić sowę i polecieć za nią, ale żaden z dorosłych nie był w kondycji, który pozwalałby mu na lot, a Lucjusz poinformował cicho Dracona, że jeśli ten spróbuje polecieć tam sam, to może się równie dobrze uznać za wydziedziczonego. Wtedy pojawił się feniks Harry'ego, ćwierkający z niepokojem i Narcyza zobaczyła jak ramiona jej syna opadają, kiedy ten poddał ten pomysł na dobre. Skoro Fawkes nie był w stanie znaleźć Harry'ego, to żadne z nich nie miało szans.
Wiedzieli, gdzie się znajduje. Po prostu musieli poczekać, aż do nich wróci.
– Narcyzo. Lucjuszu.
Narcyza poderwała głowę, mrugając. Hawthorn patrzyła na nich, jej ciało było z powrotem ludzkie, a twarz blada. Narcyza zerknęła za okno. Tak, faktycznie już dniało, dzięki czemu Hawthorn miała możliwość zmienienia się z powrotem. Narcyza wypuściła z siebie oddech, cal po calu, i powiedziała sobie stanowczo, że nie ma żadnych dowodów na to, że im dłużej Harry przebywa z dala od nich, tym bardziej musi być ranny.
– Jak twoje rany? – zapytała Hawthorn.
Hawthorn wzruszyła lekko ramionami.
– Przeżyję. – Na oczach Narcyzy Hawthorn poruszyła swoim nie do końca zaleczonym ramieniem, robiąc nim kilka kółek, po czym przerzuciła ciężar ciała z lewej nogi na prawą i skrzywiła się. Greyback ukąsił ją kilka razy. Narcyza zrobiła, co mogła z całą medyczną wiedzą, jaka była jej dostępna, Elfrida również pomogła, bo była wykształcona w leczeniu własnych dzieci, ale nie ośmieliły się zabrać Hawthorn do świętego Munga. Magomedycy rozpoznaliby ukąszenia wilkołaka. Zamknęliby Hawthorn i kazaliby jej się zarejestrować w ministerstwie i prawda byłaby taka, że ich jedynym błędem byłoby przypuszczenie, że Hawthorn została zarażona zaledwie zeszłej nocy, a nie niemal dwa lata temu.
Hawthorn z uporem utrzymywała, że woli pozostać na wolności i Narcyza nie potrafiła jej za to winić. Ich świat nie był miły ani dla wilkołaków ani dla byłych śmierciożerców.
Ani dla chłopców, którzy nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że byli maltretowani.
Narcyza skrzywiła się, kiedy myśli o Harrym wróciły do niej, uderzając tym mocniej, jakby chciały nadrobić tych kilka minut, w czasie których je ignorowała. Niemal miała ochotę stanąć na palcach, wyglądając przez okna rezydencji, ale wiedziała, co tam zobaczy: świt i nikogo, kto by wracał do nich na miotle. Takie myśli w ogóle były niedorzeczne. Czemu Harry miałby wracać do nich na miotle? Nie opuścili rezydencji na miotłach, skąd miałby ją wziąć, żeby na niej wrócić?
Kątem oka zauważyła poruszenie z boku. Obejrzała się i zobaczyła swojego zrozpaczonego syna stojącego w drzwiach, wyglądającego przez okna z nijaką, niemal pozbawioną życia twarzą.
Gdybym kiedykolwiek miała wątpliwości względem tego, czy Draco naprawdę kocha Harry'ego, to w tej chwili bym je od siebie odrzuciła. Narcyza zerknęła na Lucjusza, żeby sprawdzić, czy on też to zauważył i z zaskoczeniem zobaczyła lekkie zmarszczenie brwi na jego czole. Momentalnie załagodził ten wyraz, ale ona wiedziała, co widziała i znała ku temu powód. Uważa, że Draco jest słaby, bo pozwala sobie na wyrażanie emocji w ten sposób.
Narcyza stłamsiła w sobie zirytowane westchnięcie. Nienawidziła, kiedy jej mąż kłócił się z jej synem, ale nie mogła ingerować w tę konkretną sprzeczkę. Obaj byli Malfoyami z krwi i kości; ona była tylko przez małżeństwo. Nie mogła zmusić Lucjusza do zadeklarowania, że Draco jest jego magicznym dziedzicem, a jej dotychczasowe próby przekonania go kończyły się po prostu na tym, że jej mąż wychodził bez słowa z pokoju.
Niespodziewanie powietrze przed nimi trzasnęło i wytoczyła się z niego z piskiem skrzatka domowa. Narcyza zauważyła, że Hawthorn, mimo wszystkich swoich ran, popatrzyła na skrzatkę, zanim ktokolwiek inny w pomieszczeniu w ogóle zdążył zareagować. Poczuła moment zbolałej zazdrości. Były takie chwile, kiedy miała ochotę pozwolić się zarazić przez sam wzgląd na wilkołacze zmysły i refleks.
– Foszka przyszła powiedzieć, że panicz Harry Potter powrócił – zaczęła skrzatka, ale nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo w tym momencie Draco do niej dopadł, niemal ją przyduszając.
– Gdzie, Foszko? – zażądał. – W którym pokoju?
– W niebieskim saloniku powitalnym...
Draco ruszył biegiem. Narcyza pośpieszyła za nim. Usłyszała, jak Hawthorn odważnie rusza za nimi, tak samo jak Lucjusz, który jednak nie pozwolił sobie na krok szybszy od dystyngowanego. Po drodze minęli drzwi do pokoju Adalrico i Elfridy, do których Hawthorn zapukała grzecznie i przyciszonym głosem wymieniła z nimi kilka słów, informując ich o powrocie Harry'ego.
Narcyza czuła, jak w jej ustach miesza się ulga wymieszana z niepokojem. Przecież nie wiedzieli, w jakim stanie Harry może do nich wrócić, jeśli w ogóle mu się to uda.
Kiedy jednak otworzyli drzwi do saloniku i zobaczyli go stojącego przed kominkiem, podziwiającego spokojnie płomienie i mrugającego na nich z zaskoczeniem, wtedy Narcyza uznała, że ma pełne prawo pozwolić swojej uldze i niepokojowi się odsunąć i zrobić miejsce dla gniewu.
Obiecałam mu, że jeśli spróbuje niepotrzebnie ryzykować życiem, to nastąpią konsekwencje. Już ja teraz dopilnuję, żeby się ich doczekał.
Lucjusz wyczuł różnicę w chwili, w której znalazł się w niebieskim saloniku i zobaczył, że Harry na nich czeka z głową lekko przechyloną na bok i zielonymi oczami jaśniejącymi od emocji, pośród których dominującą było zaskoczenie. Zatrzymał się. Adalrico, oczywiście, przepchnął się obok niego i podszedł szybkim krokiem do chłopca, patrząc na niego groźnie z góry.
– Uciekłeś z pola bitwy bez uzgodnienia tego wcześniej z nami – powiedział. – Nie powiedziałeś nam, czy jesteś ranny, nie powiedziałeś nam, gdzie się wybierasz ani co planujesz. Po prostu uciekłeś. Tak się nie zachowuje skuteczny generał, Harry.
– To dlatego, że wciąż nie jestem skutecznym generałem, proszę pana – powiedział Harry, zadzierając głowę, żeby móc mu się przyjrzeć. – Nigdy nie nauczono mnie, jak walczyć w grupie, więc nigdy nie miałem okazji zorientować się, w jaki sposób powinienem brać pod uwagę zdolności innych, a nie tylko swoje własne. Wydaje mi się, że wczorajsze doświadczenie pokazało mi, w jaki sposób tego dokonać. Czy może mnie pan nauczyć, jak zostać skutecznym generałem?
Adalrico zagapił się. Tak samo kobiety i Draco, który podszedł do Harry'ego i objął go w pasie w morderczym uścisku. Lucjusz zauważył, że Narcyza najmniej dawała po sobie poznać, jak strasznie była zaskoczona jego zachowaniem, ale i tak zmarszczyła lekko brwi, jakby nie była w stanie pojąć, w jaki sposób spędzenie jednej nocy z dala od nich zdołało przemienić Harry'ego tak fundamentalnie.
Z nich wszystkich, pomyślał Lucjusz, tylko ja to rozumiem.
Pochwycił wzrok Harry'ego i utrzymał na sobie jego spojrzenie, potwierdzając swoje pierwsze wrażenie. Tak. Tylko on nabrał zwyczaju nieustannego wyczuwania magii Harry'ego, nawet wtedy, kiedy ten nie wykorzystywał jej do zrobienia czegoś niezwykle imponującego. Wiedział, kiedy ta robi się zjeżona i co to świadczy o stanie emocjonalnym Harry'ego. Zauważał chwile, kiedy ta skupiała się tylko wokół Harry'ego, co oznaczało, że ten próbował się z czymś kryć. Wiedział, kiedy jego magia się rozprzestrzeniała i zdawał sobie sprawę z tego, że lada moment nadejdzie nowa burza. Lata obserwowania swojego pana były warte wszystkich migren. Lucjusz najlepiej ze wszystkich śmierciożerców radził sobie z przewidywaniem tego, co Mroczny Pan miał zamiar zrobić w następnej kolejności.
Jedno, co go zawsze uspokajało względem potęgi Harry'ego – chociaż, gdyby ktoś go o to zapytał, to powiedziałby, że jest to bardziej niepokojące niż kojące – była jej kruchość. Nigdy się nie napraszała. Nieczęsto naciskała, chyba, że Harry był tak wściekły, że nawet do głowy mu nie przychodziło pytanie o zgodę. Przez większość czasu Harry koncentrował się jednak na utrzymywaniu jej tak niezauważalną, jak to tylko było możliwe, ze skupieniem tak głębokim, że Lucjuszowi wydawało się, że to nie mógł być już w pełni świadomy proces.
Teraz jednak jego magia wypełniała cały pokój, wywołując w zębach Lucjusza lekki, tępy, brzęczący ból, i nawet nie próbowała się usprawiedliwiać. Coś się faktycznie zmieniło. O ile wciąż ufał Harry'emu, że ten się nie zadeklaruje jako Lord, to zachowywał się w tej chwili bardziej lordowsko niż kiedykolwiek.
Draco żądał wyjaśnień. Harry mu jakieś zaoferuje. Wpierw jednak zapatrzył się na Lucjusza, mówiąc mu swoim spojrzeniem, że wiedział, czemu wszyscy są na niego źli.
I że się już tego dłużej nie boi.
Harry odwrócił wzrok, a Lucjusz wypuścił oddech, z którego trzymania nie zdawał sobie nawet sprawy. Przymrużył oczy, przyglądając się profilowi Harry'ego.
Od tej chwili będzie musiał zacząć poruszać się ostrożniej. Już nie będzie miał absolutnej pewności, że wie na temat emocji chłopca więcej od niego samego.
Nie chciał przed sobą przyznać, że myśl o najbliższej przyszłości napełniła go ekscytacją. Tylko dzieci uważały ekscytację za coś dobrego.
Draco niczego w pierwszej chwili nie powiedział, ponieważ radość i furia dławiły go jednocześnie.
Ulżyło mu, że Harry wrócił do nich cały i zdrowy. Oczywiście, że tak. Nie miał na sobie żadnych ran, a w jego oczach lśniła poczytalność jaśniejsza, niż ta, którą Draco widział w nich od wielu dni, w dodatku nie nosił już uroku na swoim lewym nadgarstku.
Ale furia...
Z pewnością wolno mu było być wściekłym o to, że Harry zniknął bez uprzedzenia, nawet jeśli Adalrico już mu zdążył to wypomnieć? Oczywiście, że tak. A kiedy zdał sobie sprawę z tego, że Regulus powiedział im o wszystkim wbrew woli Harry'ego, a nie z jego prośby, to zawód niemal utopił jego złość. Powstrzymywał się od naciskania Harry'ego wcześniej, ponieważ szczerze wierzył w to, że ten potrzebował czasu i wolnej przestrzeni do zaleczenia się. Teraz jednak wyglądało na to, że tylko mu się przez to pogorszyło, zupełnie jakby nie istniało nic, co można było dla niego zrobić. Harry odrzucał od siebie troskę, uznając ją za zbyteczną, ale bez niej się przecież nie wyleczy.
Jedną ze spraw, które Draco szybko odkrył na swój temat, było to, jak bardzo nienawidzi bezsilności. Pod tym względem byli do siebie z Harrym podobni.
Dlatego też trzymał teraz Harry'ego mocno jedną ręką i nie był w stanie tego uznać za kontynuację wszystkich innych przypadków, które poprzedziły ten, kiedy to Harry by gdzieś znikał, ryzykował życiem, po czym wrócił względnie w jednym kawałku. Tym razem czuł, że to było coś innego. Wsunął dłoń pod podbródek Harry'ego i zmusił go do odwrócenia wzroku, przerywając pojedynek spojrzeń, który Harry odbywał z jego ojcem. Podejrzewał, że Harry może się czuć niekomfortowo z faktem, że Draco dotyka go tak intymnie przy innych ludziach, ale w tej chwili naprawdę miał to w poważaniu.
– Gdzieś ty był? – zażądał.
– W Dolinie Godryka – powiedział cicho Harry. Pozwolił Draconowi odwrócić swoją twarz, przekrzywić ją lekko, a w jego oczach nie pojawiło się nic poza lekkim zniecierpliwieniem. – Nikogo tam nie było. Udałem się tam, ponieważ uznałem, że powinienem stawić czoła domowi, w którym moi rodzice się nade mną znęcali.
Draco poluźnił palce, a jego dłoń opadła z twarzy Harry'ego do jego boku. Odkrył, że znowu się gapi. Tak, Harry mógłby dojść do wniosku, że potrzebuje pomocy innych ludzi do uporania się z wojną, która nastąpiła w Dolinie Godryka – chociaż Draco nie pojmował w jaki sposób – ale żeby sam sobie z tym poradził... żeby zrobił tak wielki postęp...
– Kłamiesz – szepnął.
– Nie kłamię – powiedział cicho Harry. Odwrócił się od Dracona na tyle, żeby pozostali mogli usłyszeć wyraźnie jego słowa. – Jestem legilimentą. – Draco zauważył, że kilku dorosłych drgnęło. – Rozerwałem mój umysł za pomocą swojej magii, po czym złożyłem go z powrotem. Wspomnienia, emocje, prawdy, których używałem do rządzenia moim życiem. Wszystko. Wszystko zostało rozerwane na strzępy, spopielone, po czym poukładane z powrotem. Mam nadzieję, że teraz mam już lepsze pojęcie względem tego, jak się zachowywać jak normalny człowiek, ale zdaję sobie sprawę, że nigdy nie będę przeciętny. – Wzruszył ramionami, jakby nie wypowiedział przed chwilą najbardziej zaskakującego zdania, jakie Draco kiedykolwiek od niego usłyszał. – Po to właśnie się tam udałem.
Draco nabrał głęboko tchu. Chciał krzyczeć z radości, ale furia była łatwiejsza i to z nią powinni uporać się najpierw.
– To było szalenie niebezpieczne – powiedział.
– Wiem – przyznał Harry, odwracając się i znowu patrząc tylko na niego. – Przykro mi z powodu całego żalu, bólu i niepokoju, które z tego powodu wycierpiałeś.
– Ale nie jest ci przykro, że to w ogóle zrobiłeś – nacisnął na niego Draco.
– Nie – powiedział Harry. – Gdyby mi było, to pewnie nie doszedłbym do takich samych wniosków, do jakich doszedłem. I to naprawdę był jedyny sposób.
Draco przysunął się bliżej do Harry'ego i wyobraził sobie te jasne oczy, które tak kochał, zamknięte i już na zawsze nieruchome, z twarzą zalaną krwią i ciszę, z ciałem zwiniętym w kłębek za osłonami, do którego nie byłby w stanie się dostać na czas, żeby uratować mu życie.
Zorientował się, że płacze. Nie obchodziło go to.
– Przecież mogłeś tam zginąć.
– Wiem.
Draco walnął go w ramię.
– Właśnie, że nie wiesz, Harry, inaczej nie stałbyś tak tutaj, odpowiadając spokojnie.
Harry odsunął się od niego i po raz pierwszy od dwóch tygodni jego oczy otworzyły się szerzej i błysnęły.
– Tak, Draco, wiem. Wiem, że mogłem tam zginąć. I tak podjąłem się tego ryzyka. Od teraz mam zamiar spróbować podejmować mniej ryzykowne decyzje. Wiem, że mam tendencję do poświęcania się i zazwyczaj dosłownie nie jestem w stanie wyobrazić sobie innego sposobu załatwiania spraw. – Harry rozłożył ręce. – Chciałbym, żebyś mi pod tym względem pomógł. Ale nie mogę czuć tego, czego ode mnie oczekujesz, Draco. Napytasz sobie tylko kłopotów, jeśli dalej będziesz mnie osądzał, uważając, że powinienem na wszystko reagować tak, jak ty byś zareagował postawiony w mojej sytuacji.
Draco przełknął ślinę. Nie był pewien, z czym musi w tym momencie bardziej walczyć: z oskarżeniem czy szlochem. Przyjrzał się uważniej Harry'emu.
Harry patrzył na niego z twarzą jasną od zniecierpliwienia, nadziei, wyzwania i oczekiwania. Draco poczuł się zagubiony. Nie znał tej miny.
A potem zdał sobie sprawę z tego, że to dlatego, że jej nigdy wcześniej nie widział.
Świat rozdarł się wokół niego na połowy i Draco ustabilizował się, mimo, że miał wrażenie, że właśnie swobodnie opada w przestrzeń. Poradzi sobie z tym. Przecież myślał o sobie jak o kimś, kto się zmienia, więc czy jego zmiany nie mogły odpowiedzieć na tą, spotkać się z tym gdzieś w połowie?
No, tak, oczywiście, że mogą, zorientował się. Myślałem o tym raczej w kontekście, że będę nauczycielem dla Harry'ego, bo będę znał siebie lepiej, niż on zna siebie, byłbym zdolny do pokazania mu wszystkich rewelacji na temat jego samego, z których on nie zdawał sobie nawet sprawy.
Chyba głupim było z mojej strony myślenie, że on sam się do tego czasu w jakiś sposób nie zmieni.
Draco uśmiechnął się lekko, co sprawiło, że Harry zamrugał i drgnął. Draco złapał Harry'ego za rękę.
– Uprzedzałem cię, że cię ukarzę, jeśli znowu ode mnie uciekniesz – powiedział. – Ta wycieczka do Doliny Godryka i nauczenie się siebie od nowa się w to wlicza.
Harry pochylił głowę. Gest był głęboki, formalny. Draco podejrzewał, że to było coś więcej niż tylko ślad po starym Harrym, przez co uśmiechnął się, ogłaszając swoją karę.
– Zaklęcia usypiające, paraliżujące i tym podobne na nic się nie zdają, o ile nie będę wiedział o tym przed faktem – powiedział. – A ja uznałem, że raczej nieczęsto będę miał okazję się przekonać, kiedy masz zamiar się gdzieś poderwać i uciec.
– Postaram się to naprawić...
Draco ciągnął dalej, jakby go nie słyszał.
– Obiecałeś mi już raz, że to naprawisz, po czym złamałeś tę obietnicę. To oznacza, że potrzebuję od ciebie jakiejś magicznej gwarancji, Harry.
Harry przechylił głowę.
– Chcesz, żebym ci złożył przysięgę?
– Oczywiście, że nie. – Draco pochylił się w jego kierunku i złapał go znowu za podbródek, zmuszając Harry'ego do spojrzenia na niego. – Tak ułożyłbyś słowa przysięgi, że i tak byś się z niej jakoś wywinął. Nie, Harry, mówię o zaklęciu monitorującym. Poinformuje mnie ono, jeśli spróbujesz opuścić budynek, w którym zostało ono narzucone i jeśli będę sobie tego życzył, powstrzyma cię przed tym. Możemy rzucić jedno w rezydencji, a potem nowe, jak trafimy do Hogwartu. – Spojrzał Harry'emu prosto w oczy. – Takiej kary dla ciebie chcę. Czy ją zaakceptujesz?
Harry oddychał głęboko. Draco znał impulsy biegnące za jego oczami, ponieważ sam by je miał: pragnienie powiedzenia, że to niesprawiedliwe, zauważenie, że zaklęcie monitorujące nie rozwiąże wszystkiego, że Draco w ogóle nie powinien się uciekać do takiego rozwiązania, bo przecież powinien ufać Harry'emu na słowo.
Wbrew temu wszystkiemu, Draco tylko powtórzył:
– Takiej kary dla ciebie chcę.
Harry spuścił wzrok i, co było niezwykłe, po prostu kiwnął głową.
Draco wyciągnął różdżkę, zanim Harry zdążył zmienić zdanie. Ufał jego nowej determinacji, ale Harry mógłby lada chwila wpaść na jeszcze lepszy pomysł, taki, który nie ograniczałby go aż tak bardzo.
– Investigo Harry Potter! – szepnął. Znalazł to zaklęcie podczas jednej, bardzo produktywnej godziny spędzonej tej nocy, wyobrażając sobie, co by zrobił Harry'emu, gdyby Harry miał czelność wrócić do nich cały i zdrowy.
Harry zadrżał lekko, kiedy zaklęcie przetoczyło się przez niego, ale nie narzekał. Draco pomasował mu lekko ramię. Wciąż cieszył się świadomością, że w ogóle do tego doszło i że Harry na to pozwolił – a także z więzi, jaką zaklęcie monitorujące tworzyło właśnie w jego umyśle – ale wiedział też dobrze, że Harry będzie potrzebował po wszystkim pocieszenia.
Mając to z głowy, pozwolił Harry'emu zwrócić się w kierunku dorosłych, żeby ten mógł się dowiedzieć, jakie kary spotkają go od nich.
Zapachy ludzi nie zmieniają się tak szybko.
To zdezorientowało Hawthorn bardziej od czegokolwiek innego, chociaż może głównie dlatego, że pełnia księżyca lśniła ponad światem zaledwie poprzedniej nocy. Ciągle marszczyła nos, wąchając, szukając jakichś śladów po starym Harrym Potterze, tym otoczonym bólem i zmęczeniem, na długo po tym jak Narcyza zaczęła wyjaśniać spokojnym tonem, czemu Harry'emu nie będzie wolno przez tydzień czytać książek o treści cięższej od bajek dla dzieci, czemu będzie musiał się kłaść do łóżka o zachodzie słońca przez resztę wakacji i czemu, pod karą zerwania sojuszu z nią, nie wolno mu nawiązać kontaktu z jego rodzicami w dowolnej formie i stylu aż do rozpoczęcia rozprawy.
Ale jego zapach uległ zmianie. Och, Hawthorn wciąż rozpoznałaby go na ulicy, pośród tuzinów innych czarodziejów, ale ostry zapach wycieńczenia zniknął.
To było niemożliwe.
Hawthorn niewiele wiedziała o legilimencji, to prawda. I wiedziała, że czasami czarownica mogła uciec przed swoim żalem i bólem, jeśli przerzuci swoją uwagę na coś nowego. Nauka Pansy na temat nekromancji postępowała w szybkim tempie, ponieważ ta poświęciła jej całą swoją uwagę, nie pozwalając sobie w ogóle myśleć o ojcu. Hawthorn pozwoliła sobie spędzić jedną noc na gorzkim płaczu po Dragonsbane'ie, ale potem nałożyła z powrotem swoją maskę i ciągnęła wszystko dalej.
Ale to...
Muszą w nim być jakieś zagrzebane rany. Muszą istnieć jakieś słabe punkty, które zostaną wykorzystane przez wroga, jeśli Harry nie będzie wystarczająco ostrożny.
Problem w tym, że Hawthorn nie była w stanie ich wyczuć.
Harry odwrócił wreszcie wzrok od listy kar narzuconych przez Narcyzę i pochwycił wzrokiem jej spojrzenie. Momentalnie zmarszczył brwi.
– Czemu stoi pani w innej pozycji, pani Parkinson? – zapytał. – Została pani ranna?
Odwrócił się do niej i zobaczyła mankiet jego lewej ręki, powiewający swobodnie w miejscu, w którym powinna znajdować się dłoń. Wiedziała, że Narcyza wspomniała jej coś o tym w którymś momencie, ale ponieważ Harry najwyraźniej nosił w tym miejscu urok – i to nad wyraz skuteczny – Hawthorn wyszła z założenia, że musiała źle zrozumieć, kiedy usłyszała o tym, że faktycznie ją stracił.
Stracił dłoń, przeszedł przez mentalną i emocjonalną transformację, która zmieniła jego zapach, a mimo to pozostawał na tyle bystry, żeby zauważyć, że jej postawa zmieniła się od ugryzień, jakie otrzymała od Greybacka.
Te trzy fakty wymieszały się ze sobą i zaczęły wirować w umyśle Hawthorn, póki ta nie była w stanie myśleć już o czymkolwiek innym, jak o tym, co powiedziała w następnej kolejności.
– Nic mi nie jest, dziecko – powiedziała. – Jestem gotowa podążyć za tobą, gdziekolwiek zechcesz.
Usta Harry'ego wygięły się w lekkim uśmiechu. To było jednak niczym w porównaniu do emocji, które zapłonęły w jego oczach, albo faktu, że wyślizgnął się z uchwytu, w którym Draco trzymał jego dłoń i wyciągnął ją do niej.
Hawthorn podeszła do niego i uścisnęła nią, przyglądając się jego twarzy. Wreszcie zyskała odpowiedź na pytanie, które zadawała sobie bez przerwy od dawna – czy naprawdę miała rację, wybaczając Harry'emu śmierć Dragonsbane'a, skoro sprawiła ona Pansy tak wiele bólu.
Tak. Miałam rację. Robi dobry użytek z życia, które Dragonsbane dla niego uratował.
Och, moja miłości. Mam nadzieję, że jesteś w stanie go teraz zobaczyć, że oczy umarłych nie są tak różne od naszych. Byłbyś z niego taki dumny.
Czarownicom puellaris zwykle złość nie przystawała. Ich zadaniem było wbijać wzrok w ziemię oraz przemawiać cicho i uprzejmie do swojego męża. Poza domem znajdowały się w świecie, którego nie rozumiały, z którego zrozumienia świadomie zrezygnowały. Elfridzie wystarczająco ciężko było skupić się i funkcjonować podczas jej codziennej pracy w Gringottcie. Rumieniła się na samą myśl, że miałaby się wykłócać z mężczyznami i rozmawiać z nimi w ten sam sposób, w jaki widziała, że jej mąż rozmawia cały czas.
Ale kiedy ktoś krzywdził dziecko...
Wówczas żadna porządna puellaris nie byłaby w stanie pozostać spokojną, a Elfrida była bardzo dobrze wytrenowana. Od chwili, w której poznała szczegóły znęcania się, przez jakie rodzice Harry'ego go przeciągnęli, była cały czas o krok od przemienienia swoich zębów w kły.
To było dziecko. Elfrida chciała się transformować i rozerwać Lily Potter na strzępy, jeśli ją kiedykolwiek zobaczy na własne oczy. Nie obchodziło jej, że w ten sposób złamałaby sojusz rodzinny, w wyniku czego wykrwawiłaby się na śmierć. Zrobiłaby to. Jej dusza sprawiała, że nie byłaby w stanie zareagować inaczej.
Dlatego też Elfrida wiedziała, że nie będzie mogła się pojawić na rozprawie. Adalrico powiedział jej, że Lily Potter musi żyć i zostać osądzona. Większość czarodziejów i czarownic nie zobaczy sprawiedliwości, jeśli lwica rozszarpie ją na strzępy, bez względu na to, jakie by nie były jej przewinienia. Harry na pewno nie uzna tego za sprawiedliwość.
Dlatego Elfrida chciała mu zaoferować coś innego, więc kiedy odwrócił się od Hawthorn, zaoferowała to.
– Harry – powiedziała. Jego oczy momentalnie na nią przeskoczyły i zobaczyła odbijającą się w nich niepewną ufność, wymieszaną ze zmęczeniem. Znała dobrze ten konflikt, ponieważ wiele razy widziała go na twarzy Milicenty, odkąd ta odkryła, że jest magiczną dziedziczką swojego ojca i zaczęła wyrastać z wieku dziecięcego. – Nie ukarzę cię, moje dziecko – powiedziała cicho. – Chciałabym po prostu z tobą porozmawiać. Raz na tydzień w czasie tych wakacji, a wydaje mi się, że uda nam się coś zorganizować nawet w czasie roku szkolnego.
Harry przyglądał się jej uważnie w ciszy, po czym kiwnął głową. Jego wyraz twarzy świadczył wyraźnie, że nie rozumiał, czemu w ogóle chciała z nim porozmawiać.
Elfrida pochyliła głowę. Nie pojąłby powodów, gdyby mu je teraz spróbowała wyjaśnić. Chciała mu przypomnieć, że wciąż jest dzieckiem, że ma mnóstwo czasu przed osiągnięciem dorosłego wieku. Chciała pomóc przy jego wychowaniu.
A jeśli istniało coś, w czym czarownice puellaris były znakomite, to było to wychowywanie dzieci.
Elfrida wysłała zimne myśli w kierunku Lily Potter, mając nadzieję, że ta je usłyszy. Nie chciałaś go. Więc teraz jest nasz. Już ja dopilnuję, żeby się o tym przekonał. Najpierw łagodnie oddzielimy go na dobre od jego rodziny. Wszyscy są tacy niecierpliwi, starają się zrobić to wszystko za szybko. Dorastania nie można pośpieszać. A on będzie dorastał. Już moja w tym głowa. Nie jest Milicentą czy Marian, ale przecież nie jest moją córką. Jest moim synem.
Adalrico przyglądał się Harry'emu w ciszy. Wiedział, że coś się zmieniło. Sam fakt, że Harry poprosił go o trening w strategii o tym świadczył.
Zaczynał jednak dochodzić do wniosku, że niewystarczająco wiele uległo zmianie. Zastanawiał się, od chwili, w której usłyszał o zarzutach o znęcaniu się, czemu Harry nie skontaktował się z nimi w pierwszej kolejności. Czy nie wiedział, że Bulstrode'owie byli gotowi podążyć za nim nawet w samo serce fortecy Mrocznego Pana, że ich lojalność była wobec niego niezachwiana od momentu, w którym uratował życie Elfridy i Marian?
No cóż, pewnie nie. Mam wrażenie, że on w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Czy któremuś z nas w ogóle przyszło do głowy mu powiedzieć?
Nie przyszło, co Adalrico musiał przyznać przed sobą ze zgryzotą. Po prostu oczekiwał, że Harry sam się zorientuje, jak zrobiłoby to każde dziecko, wychowane w mrocznej, czystokrwistej rodzinie, co to znaczyło, że Harry pozwolił magicznej dziedziczce przeżyć razem z jej matką. Magia była ważniejsza od krwi. Zachowanie życia oznaczałoby dług, ale nic nie porównywałoby się z zapewnieniem, że Elfrida nie będzie musiała spędzić reszty życia jako charłaczka czy mugolka. A Harry oddał własną magię, żeby tego dokonać.
Umysł Adalrico wciąż doznawał paraliżu na myśl o takim poświęceniu. On sam byłby w stanie dokonać czegoś takiego tylko dla jednego ze swoich dzieci, a nawet wtedy wymógłby na nich obietnicę, że będą żyły i używały tej magii wyłącznie do celów, które on by zaaprobował, zamiast ją tak po prostu marnować. Harry o nic nie prosił, po prostu wylał z siebie swoją magię. To Adalrico przecież musiał go powstrzymać przed dalszym przelewaniem jej, kiedy już wyczuł magiczną obecność swojej żony w równie mocnym stopniu co przed urodzeniem Marian. Inaczej Harry przelewałby w nią coraz więcej swojej mocy.
Jego rodzina była tym, czym była, wyłącznie dzięki niemu.
A oni mu o tym nie powiedzieli.
No cóż, istnieje wiele sposobów na odpokutowanie tego, pomyślał Adalrico, organizując swoje wizyty w rezydencji na tak częste jak to było możliwe w czasie wakacji, żeby udzielać Harry'emu prywatnych lekcji w strategii. Mogę wmieszać w moje lekcje informacje o tym, kim tak naprawdę dla nas jest. Kiedy zorientuje się, w jaki sposób jest postrzegany pośród innych mrocznych rodzin czystej krwi... jako ktoś niewyobrażalnie obdarowany, ale skłonny do dzielenia się swoim darem z innymi...
Odzyska swoją pewność siebie. Musi. To jest wspaniały krok na tej ścieżce, ale samo to nie wystarczy.
Harry pozwolił Draconowi wejść za sobą do swojej sypialni. Oczekiwanie od niego, że zostawi go po czymś takim w spokoju, byłoby bez sensu, a w dodatku tym razem Harry sam z siebie chciał go przy sobie.
Podejrzewał, że to niebawem ulegnie zmianie, ale jeszcze nie dzisiaj. Nie potrafił sobie wyobrazić niczego przyjemniejszego od zwinięcia się w kłębek do snu w ramionach Dracona.
Jak tylko skończy pisanie dwóch listów, naturalnie.
Sięgnął delikatnie swoją magią i umysłem, wzywając do siebie Fawkesa i Hedwigę. Fawkes nakrzyczał na niego, skubnął go w ucho, po czym znowu go ochrzanił, a wizje Harry'ego umierającego raz po raz pojawiały się w jego umyśle. Hedwiga pohukiwała z niezadowoleniem co kilka chwil. Harry zignorował ich tak bardzo jak mógł i napisał notatki, podczas gdy Draco, wyciągnięty na jego łóżku, obserwował go w milczeniu.
Connor,
Chciałem Cię zapewnić, że nic mi nie jest. Można wręcz powiedzieć, że ze mną lepiej. Pomyślałem o tym, co mi powiedziałeś i niektóre z Twoich słów pomogły mi pogodzić się z tym, że naprawdę się nade mną znęcano. (Widzisz? Teraz i ja umiem nazywać to po imieniu!) Mam nadzieję, że Weasleyom udało się wrócić z pola walki bez ran. Z tego, co mi wiadomo, resztę wakacji spędzę w rezydencji Malfoyów, więc jakbyś chciał do mnie napisać, to kieruj swoje sowy tutaj.
Kocham Cię,
Twój brat, Harry
Podał list Fawkesowi i poprosił go o zaczekanie na odpowiedź. Fawkes ćwierknął na niego, najwyraźniej odzyskując humor dzięki temu, że może mu posłużyć za posłańca, po czym zniknął w kuli płomieni.
To pozostawiło drugi, pusty kawałek pergaminu. Harry patrzył się na niego przez chwilę, stukając palcami o stolik, po czym wreszcie syknął na Hedwigę, żeby ją uciszyć. Zamrugała na niego z głębokim rozczarowaniem w oczach.
Draco przyglądał się mu z łóżka, a sumienie Harry'ego przyglądało mu się z jego własnego umysłu.
Czekanie w żaden sposób mu tego nie ułatwiło. Harry zanurzył końcówkę pióra w atramencie i napisał list tak szybko, jak tylko mógł, bez sprawiania, że jego pismo zrobiło się nieczytelne.
Drogi profesorze,
Wziąłem udział w bitwie wczoraj wieczorem, ale nic mi nie jest, nie jestem nawet ranny. Dochodzę do siebie po efektach klątwy kompresującej, ale to akurat nic dziwnego. Cieszy mnie, że Mroczny Pan musiał uciec z podkulonym ogonem.
Rozerwałem swój umysł na strzępy moją własną legilimencją, po czym stworzyłem go od nowa. Rozumiem już, czemu wniósł pan oskarżenia przeciw moim rodzicom i Dumbledore'owi. Starał się pan ochronić moją przyszłość i mnie samego. Wciąż wolałbym, żeby pan tego nie zrobił. Istniały lepsze sposoby rozwiązania tego problemu. Wciąż nie mam ochoty się z panem widzieć i rozmawiać, ale zawsze może pan mnie ochrzanić listownie, jeśli ma pan na to ochotę. Zapraszam pana do odpisania mi na ten list. Niech pan tylko nie wychodzi z założenia, że się z panem w najbliższym czasie zgodzę, o ile w ogóle kiedykolwiek to zrobię.
Zawahał się przez chwilę, myśląc ponownie o ostatnim zdaniu, ale ostatecznie podpisał list własnym imieniem i przywiązał go do nogi Hedwigi.
– Snape – powiedział cicho. Wyleciała przez okno i zniknęła.
Wówczas, wreszcie, Harry poczuł, że może się położyć w swoim łóżku i pozwolić Draconowi objąć go mocno jego chciwymi rękami. Zamknął oczy i poczuł, jak Draco całuje go sennie w kark. Zadrżał. Na wiele sposobów przyjęcie tego komfortu było dla Harry'ego trudniejsze od powrotu do rezydencji Malfoyów.
Ale wreszcie zrobił pierwszy krok na tej drodze.
Teraz pozostało mu po prostu robić kolejne – co było jednocześnie niesłychanie ciężkim zadaniem, jak i wyjątkowo prostym. Przynajmniej wiedział już, że nikt nie osądzi go równie surowo, co on sam.
Przelotnie zastanowił się, jak strasznie Regulus musi być na niego zły, skoro wciąż nie powrócił do jego umysłu, ale odepchnął tę myśl od siebie. Nie chciał się teraz przejmować stanem innych ludzi i ich gniewem, wystarczająco się już martwił tej nocy, a Regulus się do niego nie odzywał. Wyjaśni mu, co zrobił, kiedy i jeśli w ogóle Regulus zdecyduje się powrócić. Póki co, zrobił, co mógł.
W ciszy, cieple i wygodzie, czując się bezpieczny i kochany, zasnął.
