Rozdział 10

Sherlock budzi się, gdy szare, przyćmione światło poranka zaczyna otulać zachmurzony Londyn. Leży wyciągnięty na kanapie, przykryty kocem, a w objęciach trzyma wojskowego lekarza.

Najpierw jest przekonany, że śni. A potem zdaje sobie sprawę, że tak nie jest. I przypomina sobie.

Och.

Przełyka ślinę. Jego serce bije jak oszalałe, co wydaje się niebezpieczne, biorąc pod uwagę, że morfina przestała już działać, a przed chwilą głęboko spał. Ma sucho w ustach, trochę boli go głowa, ale, och, jak tu jest dobrze. John leży na niepotłuczonym boku między Sherlockiem a oparciem kanapy, jego jasna głowa opiera się na szczupłym ramieniu Sherlocka, kolano przerzucone jest przez nogę detektywa, a stopa - przytulona do jego stopy. Dłoń lekarza leży lekko na prawym mięśniu piersiowym Sherlocka z lekko zgiętymi palcami, zaś dłoń Sherlocka podtrzymuje jego łokieć. Zabiera ją, by delikatnie podnieść koc, i zdaje sobie sprawę, że John musiał zostawić go samego, by się rozebrać i ich przykryć – ubranie Johna leży starannie zwinięte na fotelu. Doktor ma na sobie bokserki i biały podkoszulek. We śnie koszulka uniosła mu się lekko, co oznacza, że czubki palców drugiej dłoni Sherlocka gładzą jego doskonały ukochany kręgosłup, który można wygiąć złamać rozbić na tysiąc kawałków.

Zanim Sherlock ma szansę zastanowić się, co robi, wyobraża sobie scenę w suchym doku i zacieśnia uścisk, pochylając głowę, by schować nos we włosach Johna. Doktor nadal pachnie ciepłą herbatą i cedrowymi szkatułkami wypełnionymi zachwycającymi, groźnymi, fantastycznymi opowieściami.

- Mmmm – mamrocze John.

Sherlock zamiera.

- Przepraszam, ja…

- Mnie tam nie jest przykro. – Głos Johna jest chrapliwy od snu.

Sherlock wzdycha, znów chowa nos w jego włosach i przesuwa dłonią po jego bicepsie, czując twarde mięśnie i miękką skórę. Jednocześnie gładzi paznokciami nagie plecy. Z gardła doktora wyrywa się cichy pomruk zadowolenia.

„To piękne przerażające cudowne zachwycające straszne wspaniałe" – myśli detektyw, chociaż w głowie nie ma ciągu słów, raczej pojedynczą myśl, która przypomina Wstęgę Möbiusa, utkaną ze splecionych naczyń krwionośnych. To interesujące. Wciska ją do szafki ze stali nierdzewnej znajdującej się w podziemnym laboratorium jego pałacu umysłu, żeby zająć się nią później. A z jego słuchem chyba już wszystko w porządku. Na „Friesland" przeraziło go, że nie mógł usłyszeć nikogo ani niczego poza Johnem. Ale teraz gdzieś w tle cicho tyka zegar, a zza okna dochodzą odgłosy ruchu ulicznego na Baker Street.

- Jak spałeś?

- Nie pamiętam. – Sherlock lekko unosi głowę, wtulając usta we włosy Johna. – Twój pistolet jest w mikrofalówce. A przynajmniej jego część.

- Skąd wiesz?

- Jesteś tu. To oczywiste.

- Och. Jasne. Co nie oznacza, że nie jesteś niesamowity. To ja jestem głupszy przed wypiciem kawy.

Sherlock uśmiecha się, przez co kosmyk włosów Johna drga. To magiczne.

- Dobrze spałeś. Inaczej byś mnie obudził.

- No tak. Pomijając stłuczenie, nigdy nie spało mi się lepiej. Ale kilkakrotnie wstawałem po Vicoden. Który, nawiasem mówiąc, jest mój, więc trzymaj łapy przy sobie.

Sherlock zaciska zęby, delikatnie odsuwa koc i podnosi koszulkę Johna.

Siniaki naprawdę robią wrażenie. Fioletowe i żółte, i krwawoczerwone, i nawet w obrzydliwym, niemal czarnym kolorze, który na brzegach robi się żółty. Stłuczenie rozlewa się trochę w stronę bladych pleców Johna, a trochę w stronę gładkiej połaci jego brzucha. Gdyby ktoś przywalił mu w bok rozbijarką kulową, raczej nie wyglądałoby to gorzej. Wściekłość, która narasta w Sherlocku, jest tak intensywna, że myśli, iż rosyjski gangster, gdzie by nie był, prawdopodobnie ją czuje. A Sherlock nawet nie widzi całości. Szybko wsuwa dwa palce za gumkę bokserek Johna i zsuwa je z jednej strony w dół. Siniaki są też na kości biodrowej, biegną aż do miejsca, gdzie drobnymi liniami mięśni w kształcie litery V odznacza się miednica, a także w górę, po pośladku.
- Sherlock, tak żebyś wiedział, bo w zasadzie nie mam nic przeciwko, możesz mnie oglądać nago, kiedy tylko chcesz, ale jak ściągniesz mi gacie, to skończy się na bardzo przewidywalnej biologicznej reakcji, z powodu której będę musiał zejść z kanapy, żeby zwalić konia, a jest mi tu całkiem przyjemnie.

- Zabiję go – syczy Sherlock, ostrożnie przywracając poprzednie położenie bokserek i przytulając Johna mocniej do piersi.

John chichocze w t-shirt detektywa. Jego oczy wciąż są zamknięte.

- Coś wspominałeś. Chyba powiedziałeś, że „z zimną krwią", ale sądzę, że to trochę… Cóż. Nieodpowiednie określenie. Troszeczkę nie odpowiada temu, co czułeś. „W napadzie szału" byłoby niezłe. Albo „kipiąc gniewem".

- Zrobił ci krzywdę – szepcze Sherlock. – Nie obchodzi mnie, jak to opiszesz, o ile on umrze.

- A ja w sumie wyślę mu kartkę z podziękowaniem.

- Słucham?

- Wdzięczność często jest wyrażana przez wysłanie liściku. Tak jest przyjęte.

- Próbujesz mnie bardziej rozwścieczyć?

John porusza się, opiera głowę na dłoni i spogląda w dół, na Sherlocka. Mruga kilkakrotnie i po chwili jego oczy przyzwyczajają się do słabego światła. Krótko pociera je palcami, a potem, spoglądając w twarz detektywa, mówi:

- Nie. Mówię szczerze. Warto było.

- Nie mów mi takich rzeczy.

- Nie możesz mi tego nakazać. Warto byłoby tysiąc razy zostać zrzuconym z cholernego statku przemytników. By wiedzieć, że ty… - Potrząsa głową. – Warto było się trochę potłuc, dobra? – Odchrząkuje, unosi dłoń i czubkami palców gładzi szyję Sherlocka. – Jesteś bardziej gadatliwy niż wczoraj?

Sherlock czuje, jak od tego dotyku zaczyna wypełniać go ciepło, spływające od szyi po ramionach aż do dłoni. I nie, nie jest gadatliwy, ale należy powiedzieć wiele, wiele rzeczy.

- To zły pomysł – zauważa miękko.

John zamiera i zabiera dłoń. Jest zaniepokojony. Sherlock z niezadowoleniem zdaje sobie sprawę, że puls Johna znacznie przyspieszył – czuje to tam, gdzie tors doktora przyciśnięty jest do jego własnej piersi. John, który niczego się nie boi, obecnie jednak czegoś się boi. To do niego nie pasuje, to tak, jakby nagle stał się bardzo duży albo bardzo okrutny. Przestraszony John nie ma ani odrobiny sensu, ale kiedy Sherlock eliminuje niemożliwe, tylko to mu zostaje. Nie, żeby z wielu różnych powodów nie było powodu do paniki. Sherlock zastanawia się, za sprawą której z licznych przyczyn John się martwi.

- Zły pomysł, bo seks, czy: bo Moriarty? – pyta John.

- Tak.

- Które?

- Bo wszystko.

- Nie obchodzi mnie twoja głupia koncepcja wszystkiego.

- Mnie obchodzi.

- Rozumiem to, ale…

- A więc moje zdanie nie ma znaczenia?

- Oczywiście, że ma. Jesteśmy dwoma cholernymi Anglikami, nie musisz szeptać mi słodkich słówek, deklarować czegokolwiek dopóki śmierć nas nie rozłączy, obnażać swojej duszy czy coś, po prostu… - John zaciska powieki.

- Czegoś się boisz. A ty nigdy się nie boisz. Chyba, że śpisz. Co się dzieje? – dopytuje się Sherlock z napięciem. – Tylko bądź szczegółowy. Bo w tym momencie wiele się dzieje.

John bierze głęboki wdech.

- Hm. No dobra. Wczoraj, kiedy zasnąłeś leżąc na mnie, a to było, no, to było dobre, a potem poszedłem się przebrać i… Po prostu zapomniałem, że spakowałeś moje rzeczy i… Nie mogłem na to patrzeć, nie mogłem… Samo dotknięcie suwaka było… Kiedy zobaczyłem tę torbę podróżną przed drzwiami twojej sypialni, zacząłem myśleć o… no wiesz, kawalerkach, domach przejściowych i to mnie zajebiście dobiło. Po prostu… zostawiłem tę torbę, rozebrałem się i wlazłem na ciebie. Powinienem był spytać o zgodę, wiem, przepraszam, to nie było w porządku, ale… W moim starym mieszkaniu było tak cicho, a te kilka ostatnich tygodni to jak ta scena w „Czarnoksiężniku z krainy Oz", kiedy pojawiają się kolory. Nie będzie żadnej presji, że coś powinniśmy zrobić, dobra? Ani rozmawiać, ani się dotykać, jeśli nie chcesz, a tak w ogóle, bo ja wiem, możemy wrócić do tego, jak było wcześniej, mogę udawać, że nic nie rozumiem. Tylko nie… Jesteś wspaniały. Uważam, że jesteś wspaniały. Nie muszę mówić nic poza tym, jeśli tak wolisz. Ale spakowałeś moje rzeczy, a ja byłem taki samotny i tak wiele ci zawdzięczam…

Sherlock wyciąga rękę, chwyta Johna za kark i pociąga go z powrotem, w dół. Doktor kładzie się bez protestów i oddycha o wiele zbyt ciężko w szyję detektywa. To niewysłowienie bolesne. Przerażenie Johna nie może być dla niego samego przyjemne, ale dla Sherlocka jest niemal nie do zniesienia. Pachnie prochem strzelniczym, i zwierzęcą paniką, i to wszystko wina Sherlocka. Trzeba z tym skończyć i to natychmiast.

- Sam rozpakuję torbę – ofiarowuje Sherlock.

John usiłuje się roześmiać, ale - jak na gust Sherlocka - zbyt wiele słychać w tym śmiechu bólu i cierpienia.

- Tak, tak. Docenię ten gest. Dzięki.

- Niedokładnie przewidziałem, jak to na ciebie wpłynie.

- Niedobrze mi się zrobiło. Prawie dostałem ataku paniki w korytarzu.

Sherlock wsuwa palce we włosy Johna.

- No widzisz? – mruczy, zaciskając powieki. – Już zrobiłem ci krzywdzę. To beznadziejny pomysł.

- Zamknij się.

- Ale ciągle będę ci robił krzywdę.

- Ja już wcześniej cię skrzywdziłem, nazwałem cię wariatem, nazwałem cię kusicielem, przetrwaliśmy to, nie zmieniło to twojej… opinii na mój temat.

Fakt. Nieistotny fakt.

- To bez znaczenia. To będzie tragedia, nie mogę cię nawet przelecieć, a już na pewno nie mogę cię uszczęśliwić, a zresztą rokowania w kwestii długości mojego życia są koszmarne.

John zaciska pięści na bawełnianym t-shircie Sherlocka.

- Zamknij. Się.

- Ale to prawda.

- Mam to gdzieś.

- Co za absurd. Dlaczego nie możemy podejść do tego logicznie?

- Bo wczoraj, kiedy spadłem, wyglądałeś jak… To nie ma nic wspólnego z logiką.

- Wszystko ma związek z logiką.

- Chyba kpisz. A tak na marginesie, gdybyś to ty spadł z takiej wysokości i wydawał się tak martwy, jak przypuszczam, że ja się wydawałem, ja bym… wyglądałbym tak, jak ty. Okej, Sherlock? Dokładnie. Identycznie. Tak samo. To… To naprawdę wszystko, co trzeba powiedzieć, jeśli chcesz kiedyś skończyć ten temat.

Sherlock przełyka gulę, która uformowała mu się w gardle. Może to sobie wyobrazić o wiele zbyt łatwo. Uwięziony Sherlock z bambusem pod paznokciami i wodą która kapie kapie kapie kapie w dół w dół w dół w dół i John, który z tego powodu cierpi. John, jak się okazuje, jest stanowczo zbyt uczuciowy. Z tą ciepłą skórą i miękkimi włosami, i pooraną zmarszczkami twarzą, i niebieskimi oczami zasługuje tylko na to, co dobre, a Sherlock jest desperacko zmartwiony, że nie będzie umiał mu tego zapewnić.

- Wierzę ci, ale nie mogę znieść tej myśli. Więc powinieneś sobie pójść. Teraz. Na dłuższą metę dla nas obu będzie lepiej, jeśli…

- Przestań – błaga John. – Boże, po prostu przymknij się, proszę, jeśli nie możesz czegoś uleczyć, postaraj się chociaż nie nasilać krwotoku. Mam rację, wiesz, że mam rację. Powiedz mi, co do czego mam rację.

Sherlock wzdycha, porusza się lekko i znów zaczyna delikatnie gładzić palcami kręgosłup Johna. To beznadziejne. Nagle zdaje sobie sprawę, że John nigdzie się nie wybiera. John utknął. I to Sherlock go tu wsadził. I bardzo możliwe, że John faktycznie ma rację. Ma rację co do większości rzeczy. Kiedy powiedział, że lodówka nie jest miejscem na ludzką dłoń, miał rację, chociaż było to niefortunne. A kiedy powiedział, że Ziemia kręci się wokół słońca, a Sherlock wrzucił to w Google, też miał rację. Najwyraźniej John jest nie do ruszenia i nie da się nic z tym zrobić.

Sherlock pozwala sobie na lekki uśmiech.

- No cóż, jestem wspaniały – przyznaje.

John śmieje się, ale ten śmiech wciąż nie jest wesoły.

- Owszem. Owszem, jesteś.

- I mam miłe mieszkanie.

- Mhm.

- I… nie podobało mi się, że stała ci się krzywda.

- Cholerne niedopowiedzenie stulecia.

Sherlock ujmuje w dłoń policzek Johna i unosi jego głowę. Twarz doktora jest o wiele bledsza niż być powinna, a zmarszczki pod oczami również robią się sine.

- Musisz zrozumieć, że jestem mózgiem, a cała reszta mnie to jedynie dodatek. Tak jak narkotyki. Seks, kiedy jeszcze uprawiałem seks. Ludzie. Nigdy w życiu nie byłem w związku. Sally Donovan miała rację co do mnie i ludzi. Oni mnie nienawidzą, a ja…

- To nieprawda, że nienawidzisz ludzi. Nie możesz znieść samotności. Nienawidzisz tego, co ludzie ci zrobili – wzdycha John. Jego oczy są przeszywającymi, jasnoszafirowymi punktami. – Nie wiem, kto to był, ale mam ochotę złamać mu kark.

Sherlock myśli o Reggiem, o dniu po tym fatalnym pocałunku; o jednym jedynym liście, który Sherlock odważył się napisać, w którym przeprosił, a nawet zapytał, czy mogliby się znowu przyjaźnić; i o odpowiedzi na to błaganie o wybaczenie, o jednolinijkowej odpowiedzi dostarczonej następnego dnia: „Nie mam pojęcia, co ja mogłem w tobie widzieć, ale od teraz trzymaj się ode mnie z daleka – jesteś trucizną." Nawet po wielu latach nękania Sherlock nie może sobie przypomnieć ani jednego pełnego nienawiści listu od Jima Moriarty'ego, który bolałby bardziej niż niepodpisana notatka od Reggie'ego.

- Powiedziano mi, że nie jestem dobry… dla ludzi – mówi ochrypłym głosem.

- Jesteś dobry dla mnie – odpowiada gorączkowo John. – Jesteś dla mnie tak cholernie dobry, wiesz o tym, sen, przygody, to całe – jak ty to nazywasz –węszenie, skrzypce, posiadanie kogoś, jesteś najlepszą rzeczą, o jakiej mogę pomyśleć, a w zasadzie to na mnie wymogłeś.

- Wiem. I to mnie niepokoi.

- Mnie też to niepokoi.

- Jestem niebezpieczny, sam tak powiedziałeś.

- Tak, ale to ja najechałem na Afganistan.

Sherlock nie może powstrzymać uśmiechu, a John z wahaniem odpowiada tym samym. Sherlock zdaje sobie sprawę, że doktor nadal się boi. Odpowiedzi Sherlocka, jego decyzji, wyborów, możliwości i dróg.

Ma wrażenie, że zachodzi w nim jakaś ważna zmiana. Spędził masę czasu, nie bojąc się, ależ nie, nie boi się ani Moriarty'ego, ani listów; bał się, kiedy był dzieckiem, a teraz to tylko chemiczna reakcja, podobna każdej sztucznie czy naturalnie zachodzącej chemicznej reakcji, ale Sherlock wie, jak to jest: bać się, bo reakcję chemiczną i przerażenie odczuwa się tak samo, nie, żeby faktycznie się bał, oczywiście, że nie, ale i tak Sherlock nie chce, żeby John kiedykolwiek tak się czuł. A jeśli Sherlock musi być odważny, żeby John się nie bał, to Sherlocka na to stać. Ostatecznie ma jaja i stawi temu czoła jak mężczyzna. A jeśli to oznacza zatrzymanie Johna, a nie odesłanie go, Sherlock stwierdza, że mężnie sobie z tym poradzi. Jeśli to oznacza związek, to spróbuje. Jeśli to oznacza chronienie Johna od wypadków losowych takich jak kula, jak uszkodzenia kręgosłupa, jak James Moriarty, jak sam Sherlock, to do kurwy nędzy zrobi co trzeba. I tyle.

- Powiedz „tak" – szepcze John. – Nie myśl, ty cholerny mózgu w słoiku, po prostu powiedz „tak".

- Tak – odpowiada Sherlock. – Tak, dobrze, tak, ale…

- Już cicho – uśmiecha się szeroko John, przesuwając kciuk po dolnej, wydatnej wardze Sherlocka. – „Tak" to już dużo. A teraz zasady. Lubisz, jak się dotyka twoich włosów.

- Kto nie lubi? – prycha Sherlock, skubiąc kciuk.

- I… No wiesz. Spanie razem.

- Tak.

- Przytulanie. Z braku lepszego określenia.

- Na miłość boską, jakieś chyba musi być?

Uśmiech Johna staje się jeszcze szerszy.

- Jeśli tak, to go nie znam. A całowanie?

- Tak, ale nie w usta.

Całowanie Johna byłoby czymś zbliżonym do raju, ale mówi to, ponieważ całowanie zniszczyło mu życie i ponieważ zawsze to mówi. Odpowiedź jest niemal automatyczna.

Nie, w usta nie, nie obchodzi mi, ile dasz mi ekstra. Odpowiedź i tak brzmi nie, i naprawdę nie rozumiem, dlaczego cię to obchodzi. To oznacza, że nie jesteśmy umówieni? No to nie jesteśmy. Istnieją jeszcze inni ludzie, którzy mają dostęp do kokainy. Nie oznacza nie i nie podlega negocjacjom. To nie twój interes, dlaczego – bo tak powiedziałem. Dlaczego wszyscy tego ode mnie chcą? To tylko zwykły seks, nie powinien być tak skomplikowany. Nie, to nic osobistego, po prostu tego nie zrobię i już. Nie mogę, nigdy tego nie robię i nie, nie możesz powiedzieć niczego, co zmieni moją decyzję.

Na twarzy Johna dzieje się coś skomplikowanego.

- Już jesteś rozczarowany? – wybucha Sherlock.

John wydaje się być lekko przerażony.

- Nie, matko, nie, po prostu myślałem i rozumiem dlaczego, jasne, intymność, no i płyny, no. Inne całowanie jest w porządku?

- Inne całowanie jest w porządku.

John natychmiast pochyla się i muska ustami brew Sherlocka, ujmuje w wargi kość, delikatnie przyciska bardzo delikatnie rozchylone usta. Sherlock odczuwa to jak falę promieniowania gamma, od szczytu swędzącej głowy aż po czubki och-tak-ciepłych palców u nóg.

- Takie całowanie? – pyta John miękko. – Dobrze?

- Hm. Tak – odpowiada nieco bez tchu Sherlock. – Dobrze.

John przesuwa się niżej z miną godną polującego drapieżnika i dotyka ustami szczęki Sherlocka, z którego ust wyrywa się westchnięcie. Usta, pełne usta i ich miękkość po wewnętrznej stronie, dotyk zębów i wreszcie muśnięcie językiem. Sherlock nie ma pojęcia, czy powinny mu pod powiekami wybuchać gwiazdy, ale dokładnie to się dzieje.

John przerywa. Jego twarz jest zarumieniona.

- Takie całowanie?

Sherlock, powarkując, chwyta głowę Johna i muska, i całuje, i liże, wreszcie dowiaduje się, jak smakuje ta skóra na styku szczęki i ucha doktora. Jak aksamit krem piasek pustyni światło gwiazd. John wydaje z siebie dźwięk uszczęśliwionej pantery, więc Sherlock kontynuuje fantastyczne wspaniałe boże to ty jesteś wspaniały. Wreszcie, chociaż nie nasycił się do końca, ale już nie może oddychać, lekko przygryza płatek ucha Johna, a John wybucha głośnym śmiechem.

Sherlock odsuwa się, gwałtownie nabierając tchu.

- Dobrze?

- Tak – odpowiada John i znów się śmieje. – Tak, dobrze. Już wszystko z nami w porządku?

Sherlock przygryza wargę.

- Mam nadzieję. Przepraszam za torbę.

- I morfinę?

Sherlock przemyśliwuje to. Nie, tak naprawdę to nie, chodziło o to, żeby John zobaczył całą prawdę o Sherlocku i go opuścił, ale nic nie potoczyło się tak, jak sobie zakładał…

- Jeśli chcesz – stwierdza.

- Chcę.

- W takim razie tak.

- Możesz mi to wynagrodzić.

- Powiedz, co mam zrobić.

John podnosi się, ściąga koc z ich nóg i z zadowoloną miną idzie do łazienki. Trochę kuleje, ale nie na psychosomatyczną nogę.

- Zabieram cię do kliniki – stwierdza. – Ćpałeś dziesięć lat, głupi byłem, że dopiero teraz to robię. Ubieraj się. Martwię się o wiele rzeczy, ale dziś skupimy się na sercu i wątrobie.

xxx

- To jest groteskowo niepotrzebne – psioczy Sherlock, siedząc na johnowym stole do badań. John niby dziś nie pracuje, ale i tak wygląda bardzo po doktorsku: rysuje wykresy, stuka palcami w teczki i wypisuje skierowania na badania. To byłoby nawet urocze, gdyby Sherlock nie siedział z rozpiętą koszulą, obserwując, jak doktor robi pełne koncentracji, profesjonalne miny, słuchając przez stetoskop sherlockowego serca. Detektyw jest niewypowiedzianie znudzony. Zapamiętał już treść medycznych plakatów, przynajmniej tych, które jakoś mogą się przydać w kryminologii, a teraz ma wrażenie, że ściany się wokół niego zamykają.

- Wiesz, ty uważasz, że jedzenie jest niepotrzebne, więc… weź głęboki oddech.

Sherlock robi, co mu kazano. Wypuszczając powietrze z płuc, pozwala sobie na niechętne prychnięcie.

John tylko się uśmiecha.

- Jestem głęboko przekonany, że od wieków się nie badałeś, więc nie zachowuj się jak dupek.

- Nic mi nie jest.

- Pewnie tak, ale nadużywasz przypadkowych narkotyków, a ja nie do końca jeszcze wiem, jak sprawić, żebyś przestał, więc się upewniamy. Oddech.

- Oddychanie to nuda.

John uderza go w pierś stetoskopem. Więc Sherlock oddycha. Po chwili zdaje sobie sprawę, że John z dużym zaangażowaniem gapi się na jego tors. Przyjemnie jest być obserwowanym, nawet jeśli całe to badanie jest nie do zniesienia. Sherlock obserwuje, jak John go obserwuje, obserwuje, jak liczy piegi i rzadkie pieprzyki, i patrzy na gładką klatkę piersiową, i mięśnie brzucha, i łuki żeber. Sherlock teoretycznie ma świadomość, że jest atrakcyjny i w jakiś abstrakcyjny sposób lubi swój transport, ale nigdy wcześniej nie było to tak satysfakcjonujące. Trochę przypomina te chwile, kiedy John nazywa go „wspaniałym". Jest cudowne.

- Podoba ci się mój wygląd – zauważa Sherlock.

Na twarzy Johna pojawia się uśmiech.

- Owszem.

Doktor przesuwa stetoskop. Sherlock uznaje, że to wymówka. Z jego płucami nic się nie dzieje, na miłość boską. Uśmiecha się krzywo do czubka głowy Johna.

- Hm. Możesz zobaczyć więcej, jeśli chcesz. Bez doktorowania.

- Boże – śmieje się John. – Wszystko okej, nie musisz…

Nagle ktoś stuka w drzwi, John woła:

- Proszę? – i do gabinetu wchodzi Sarah.

Gdyby Sherlock miał sierść, właśnie by ją zjeżył.

Sarah jest drobna, urocza, ma kształtne ciało, uśmiecha się, ma na sobie różową sukienkę, która nie pasuje jej do włosów, co z jakiegoś powodu niepomiernie Sherlocka denerwuje. Za to jej buty są rozsądnie dobrane, a oczy szczere. Wydaje się być taką osobą, którą większość ludzi lubi. Miłą osobą. Nie niebezpieczną. Nie jest osobą składającą się z ostrych kątów i ciemnych otchłani. Sarah pewnie ukończyła studia medyczne, by pomagać innym, wydłużać ich życie, podobał się jej idealizm i dobroć jako elementy ścieżki zawodowej. Pewnie nie mogłaby zabić myszy, której miałaby przeprowadzić sekcję, nawet gdyby od tego zależało jej własne życie, najprawdopodobniej wyłapuje robale w swoim mieszkaniu, wynosi je na zewnątrz i wypuszcza na wolność. To obrzydliwe.

- O, witam ponownie. – Sarah uśmiecha się jasno do Sherlocka. – Co słychać?

- Jest wspaniale – wydusza z siebie Sherlock.

Sarah przyjacielsko kładzie dłoń na ramieniu Johna i mówi:

- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, John, wiem, że tylko wpadłeś na chwilę, ale czy mógłbyś podpisać…

- Przestań go dotykać – warczy Sherlock.

Dłoń Sarah opada. Zdumiona, odwraca się do niego. Jej gołębie oczy są okrągłe, ładne i pełne niepewności, gdzie popełniła faux pas. Jest nie tylko zdumiona, natychmiast wypełnia ją skrucha. I dobrze. John pieprzył się z nią wiele, wiele razy, a Sherlock jej nienawidzi.

- Jezu, Sherlock… - zaczyna John.

Ale Sherlock już zeskakuje ze stołu do badań, zapina koszulę, chwyta swój płaszcz leżący na krześle i pośpiesznie wychodzi z tego okropnego białego pokoju, w którym przebywa ta okropna miła kobieta. Nie może znieść zimnego, sterylnego powietrza, tej ciepłej, delikatnej kobiety, miejsc, których dotykały jej miękkie, wdzięczne dłonie. Jego koszula jest zapięta do połowy, a on już wyszedł z kliniki, powietrze jest tu lepsze, więc siada na ławce stojącej przy tym wysokim, oszklonym budynku. Papierosy. Potrzebuje papierosa. Nigdy w życiu nie potrzebował papierosa tak, jak teraz. Bo przecież jak ona śmiała z tą twarzą i włosami i małymi dłońmi i. Znajduje pół paczki w kieszeni płaszcza i zapala jednego. Nie cierpi tego, że John nadal jest w środku. Coś tłumaczy albo wyjaśnia, albo żartuje z Sherlocka, albo przeprasza, albo całuje swoją dziewczynę, albo wsuwa palce między jej nogi, albo…

Ktoś wyrywa mu z dłoni papierosa i rzuca na ziemię, obok ławki. Sherlock w zdumieniu spogląda w górę.

- Nie – mówi John. Jego głos jest zduszony i zły. - Narkotyki to jedno, ale to gówno cię zabije.

Sherlock krzyżuje ramiona.

- Pogodziłeś się już ze swoją ukochaną? – pyta kąśliwie.

- Zerwałem z nią dwa tygodnie temu, dupku jeden. Kiedy się wprowadziłem. Nie wiedziałem, co się wydarzy, ale miałem pewność, że ja i ona donikąd nie zmierzamy. Więc właśnie nakrzyczałeś na moją przyjaciółkę. O szefowej już nie wspomnę.

John siada obok na Sherlocka, który gapi się na niego w zachwycie. Przed chwilą wszystko było szare, ale teraz widzi zieleń niskiego żywopłotu, czerwień przejeżdżającego obok samochodu i włosy Johna, które są w różnych odcieniach słomy.

- Naprawdę?

- Naprawdę. Zachowujesz się jak cham.

- Tylko czasem.

John potrząsa z irytacją głową i milczy. Oblizuje wargi językiem. Kilkakrotnie zaciska i rozluźnia lewą dłoń. W jego niebieskich oczach pojawiły się burzowe chmury, to wina Sherlocka, co jest niesamowicie denerwujące. Nie odzywają się przez niemal minutę – John się wścieka, a Sherlock wypróbowuje w głowie różne słowa. Żadne z nich nie wydaje się właściwe. Ale nie mogą do końca świata siedzieć w milczeniu na ławce pod zachmurzonym niebem. To byłoby nieznośne. Sherlockowi nie jest i nie będzie przykro, więc przeprosiny – które mogłyby być najszybszą drogą do wybaczenia, a do tego stanowią popularną społecznie technikę – nie wchodzą w grę. Będzie musiał podążyć inną ścieżką.

- Dobrze, masz pytania – wzdycha w końcu, stawiając kołnierz płaszcza i wtulając się w niego jak w skorupę. Wie, że ta rozmowa będzie koszmarna, ale lepiej ją odbyć, zanim któryś z nich zostanie zamordowany. Dosłownie.

- Owszem, owszem – John wymawia te słowa bardzo szybko, co brzmi, jakby mówił jedno. – Mam. Tak, mam pytania. I słuchaj, jeśli nie będziesz chciał odpowiedzieć na któreś z tych py…

- Nie chcę odpowiadać na żadne – warczy Sherlock.

- Ta, czaję, ale musimy sobie z tym poradzić. No więc… to nie była rozsądna reakcja na to, że ona mnie dotknęła.

- Oczywiście, że była. Pieprzyłeś się z nią.

- A teraz, kiedy jesteśmy w tym czymś, czym by to nie było, jesteś zazdrosny?

- Nie.

- Zaborczy?

- Może.

- Chodzi konkretnie o Sarah czy zareagowałbyś tak na każdą osobę, z którą spałem?

- To drugie.

- Kiedy byłeś aktywny seksualnie, czy było to z powodu uczuć?

- Ze względów praktycznych.

- Ale to, co się właśnie wydarzyło, nie wynikało ze względów praktycznych, prawda?

- Zamierzasz pieprzyć innych ludzi?

John mruga kilkakrotnie.

- Ja… Chryste. Sherlock, nie planowałem nikogo przelecieć w najbliższej przyszłości, ale…

- Bo, ostrzegam, najprawdopodobniej bym ich pozabijał. – Sherlock odwraca się w drugą stronę.

John przez chwilę się nad tym zastanawia.

- Czy to oznacza, że chcesz uprawiać ze mną seks?

Sherlock myśli o tym.

Nie chcę uprawiać z tobą seksu, nigdy tego od nikogo nie chciałem, ale chciałbym chwycić cię za rękę i wylecieć z tobą za nasze okno, zajrzeć do wszystkich domów, poznać ich sekrety i kłamstwa, a kiedy skończylibyśmy z Londynem, polecielibyśmy wyżej, pokazałbym ci układy gwiezdne, które obserwowałem teleskopem jako chłopiec, wiedziałeś, że widzę je w trzech wymiarach? Mogę to zrobić, bo jestem cudowny, chcę podarować ci noc, jakiej nigdy jeszcze nie zaznałeś, chcę smakować cię językiem, chcę, żebyś trwał przy moich ustach, chcę się wywrócić na drugą stronę aż będę całym twoim światem, bo otuliłbym cię sobą, tak, jakbyśmy eksplodowali niczym supernowa, chcę usłyszeć, jak ktoś, kogo kocham, brzmi, kiedy krzyczy dla mnie jakby umierał, i chcę podarować ci każdą możliwą przyjemność, skoro już ci nie pozwolę na strach, i nic z tego nie ma dla ciebie znaczenia, bo zobaczyłbyś, że nie chciałem takiej nocy, jakiej chciałeś ty, że równie dobrze mógłbym wędrować z tobą po lesie albo spać na twoim brzuchu, ale kiedy sam zobaczysz, w rzeczywistości, jako fakt nie do podważenia, na własne oczy, że nie możesz mnie podniecić, że nie chcę tego co ty w taki sam sposób, w jaki ty tego chcesz, to wszystko będzie skończone.

- Nie – mówi.

- No jasne, to mało zaskakujące, ale o co w takim razie chodzi? Naprawdę nie rozumiem, Sherlock.

- Chodzi o to, że jej nienawidzę.

- To idiotyczne, nie możesz jej nienawidzić, nie znasz jej. Nienawidzisz tego, kim dla mnie była. A to… Nie musisz… Kurwa, nie będę się dłużej bawił w niedopowiedzenia. Rozumiem, czemu nie chcesz o tym rozmawiać, ale widziałeś kiedyś, jak na ciebie patrzę?

Głos Johna robi się ochrypły. To straszne. To straszne i w stu procentach jest to winą Sherlocka. Tak jak wszystko inne. Odwraca się do swojego niegdysiejszego kolegi.

- Chodzi o bliskość – próbuje.

- Jeśli, kurwa, mógłbym być bliżej ciebie niż dziś rano i nie skrzywdzić cię…

- Chciałbym ci coś dawać! – krzyczy z rozpaczą Sherlock. John urywa.

- Czekaj – mówi, machając rękami. – Czekaj. Po prostu… Poczekaj. Pozwól, że coś powiem inaczej. To będzie brzmiało dziwnie, ale wytrzymaj, dobra? I odpowiedz „tak" lub „nie", bo chyba już rozumiem.

- Czekam – odpowiada ze złością Sherlock.

- Dla ciebie seks to jak wycieczka do dentysty. A dla mnie jak wycieczka na wyścigi. Uwielbiam seks. Ty nie.

- Możesz już przejść do tego, że chcesz otwartego związku albo innego potwornego, obrzydliwego

- Chcesz uprawiać ze mną seks, ale nie chcesz, żebym ja uprawiał seks z tobą. O to chodzi?

Sherlock jest zdumiony.

Bo, jak powiedział John, dokładnie o to chodzi.

Mija ich trzymająca się za ręce para, zmierzająca do kliniki. Na ramię Sherlocka spada kropelka deszczu. Detektyw wyciera ją. Czas albo znacznie przyspieszył, albo znacznie zwolnił, ale z całą pewnością nie mija w normalny sposób. John wyciąga buteleczkę Vicodenu i na sucho połyka jedną pastylkę. Potem uśmiecha się, rozkładając szeroko ramiona i unosząc je.

- Nie mam z tym absolutnie żadnego problemu.