Niewłaściwa osoba

Rozdział 10

Harry czytał listy od czytelników Toma przez resztę dnia. Sądził, że w ich przypadku nic go już szczególnie nie zdziwi, co najwyżej jeszcze bardziej rozbawi, a jednak kiedy natrafił na list byłego studenta Toma, będącego również jego zagorzałym wielbicielem, po raz pierwszy poczuł tak silną zazdrość, o którą nigdy nawet by się nie podejrzewał.

„Franny" był męskim odpowiednikiem zapalonych, natrętnych czytelniczek Toma – z tym wyjątkiem, że w swojej natarczywości przekraczał wszelkie stworzone przez nie granice. Nie krył się z tym, że jego uwielbienie wobec Toma znacznie wykracza poza szczery podziw lub szacunek. Można było odnieść wrażenie, że w rzeczywistości zachwycałby się najgorszą szmirą spod ręki Toma, bowiem czyta powieści pisarza tylko przez wzgląd na swoje fatalne zauroczenie, zapoczątkowane jeszcze za czasów studiów.

Z rozwlekłego listu wyraźnie wynikało, że Tom zaprzestał odpisywania mu lub też w ogóle nigdy tego nie robił, a jednak ten nie poddawał się w zasypywaniu go swoimi kuriozalnymi sprawozdaniami z życia codziennego, spomiędzy których „Tydzień temu przygarnąłem kota. Nazwałem go Descartes. Zabawnie, prawda? Słowo daję, wciąż przypomina mi René z portretu Fransa Halsa" czytało się jeszcze wcale nieźle. Franny bezustannie dawał upust swojemu niezadowoleniu wobec beznamiętności Toma, aby z kolei akapit dalej martwić się już o zdrowie mężczyzny („Słyszałem od K., że jeszcze nie rzuciłeś papierosów"– nawet na papierze słowa tchnęły wyraźną pretensją) i wyrażać nadzieję na spotkanie („Jeżeli wciąż pijasz tyle samo filiżanek czarnej kawy co zielonej herbaty, mógłbym zabrać cię na świetną do centrum; poczujesz się jak we Włoszech").

W kopercie znajdował się nie tylko list, ale i fotografia z dopiskiem „Uwierzysz, że minęło ponad pięć lat?". Przedstawiała trójkę studentów z Tomem na tle katedry i tablicy. Tom wyglądał młodziej, ale jego wyraz twarzy – powściągliwy uśmiech, który zakrawał o subtelne szyderstwo – nie zmienił się ani o jotę. Mężczyzna opierał się o katedrę, trzymając dłonie w kieszeniach spodni i spoglądając w obiektyw niemal ze znudzeniem. Mając na sobie koszulę i ciemny sweter, bardziej przypominał aktora aniżeli wykładowcę. Franny był prawie tak samo charakterystyczny; stał identycznie oparty o katedrę i nie wydawał się onieśmielony jego bliskością. Sprawiał wrażenie inicjatora zdjęcia, a gdy tylko się na niego spoglądało, z trudnych do określenia powodów natychmiastowo łączyło się go z listem zagorzałego wielbiciela. Nie był oszałamiająco przystojny, ale mimo tego jego na pozór przeciętna twarz przyciągała wzrok i zapadała w pamięć. Miał delikatne rysy kontrastujące z nieco aroganckim wyrazem ust, miękkie, brązowe włosy i szczupłe dłonie.

Harry wpatrywał się przez dłuższą chwilę w fotografię i niektóre zdania listu. Nie mógł uwierzyć, że istnieją równie natarczywi i naiwni ludzie. Tom z całą pewnością nie odpisywał Franny'emu przypadkowo, nie wspominając o tym, że nigdy nie był kimś pozwalającym drugiej osobie na przejęcie inicjatywy.

Wstał od kuchennego stołu i zaczął przygotowywać płatki. Czuł się przytłoczony listem i każdym osobliwym uczuciem, które w nim wzbudził. Był zaborczy wobec Toma i zazdrosny o mężczyznę przejawiającego pewne oznaki choroby psychicznej. Być może sam list nie wywarłby na nim takiego wrażenia – ale zdjęcie nie dawało mu spokoju. Czy Franny mógł podobać się Tomowi? Tom zawsze był wobec niego taki oschły, czy uprzednio go w sobie rozkochał i pozostawił?

Harry nie wiedział, dlaczego nie potrafił o tym myśleć, skoro Tom o niego dbał i uważał go za atrakcyjnego – to powinno wystarczyć mu w zupełności.

Nawet nie usłyszał, jak Tom zszedł po schodach, najwidoczniej robiąc sobie przerwę od pracy nad powieścią. Mężczyzna odstawił pusty kubek do zlewu, gdy jego uwagę przyciągnęło zdjęcie leżące na stole wraz z kilkoma listami. Podniósł je z beznamiętną miną i patrzył na nie kilka sekund, po czym zerknął na odwrotną stronę.

– Widzę, że miałeś okazję przeczytać list od Franka. – Odłożył zdjęcie na stół. – Od ponad roku wysyła listy zarówno na ten adres, jak i do mojego wydawnictwa.

– Jest dość bezpośredni – zauważył zwięźle Harry.

– Nigdy nie powiedziałem mu, aby zwracał się do mnie po imieniu. Tak samo jak nigdy sam nie zwracałem się do niego zdrobnieniem, jak robili to wszyscy. – Tom podszedł do uchylonego okna i zapalił papierosa. – Był natarczywy i obsesyjny już w trakcie studiów.

Harry posłał mu krótkie spojrzenie. Nie wiedzieć czemu, mimowolnie pomyślał o tym, czy sam byłby taki jak Frank, gdyby tylko miał za sobą inną przeszłość. Tom na pewno wciąż pociągałby go jako mężczyzna, ale czy on sam byłby gotów zrobić dla niego tamto „wszystko", które obiecał mu w samochodzie w drodze do ośrodka?

Doszedł do wniosku, że nie – przynajmniej przez bardzo długi okres czasu. Nie pozwoliłby mu się ani bezwstydnie dotykać, ani tym bardziej nie pisałby do niego rozwlekłych listów, z nadzieją na chociażby najkrótszą odpowiedź. Chciałby, aby Tom o tym wiedział i nie uważał go za tak łatwego. Pomimo wszystkiego, co się wydarzyło, i gorszych dni, podczas których obluzowywała mu się w głowie jakaś niewidzialna śruba i zaczynał obwiniać się o przeszłość, był pewien, że w gruncie rzeczy taki nie był.

Ale może Tom zdawał sobie sprawę z tego, że wcale nie ma w go w garści?

– Sypiałeś z nim? – zapytał Harry.

Tom przez chwilę lustrował go w ciszy spod okna, wyglądając przy tym, jakby udało mu się przejrzeć wszystkie jego myśli. Harry nie mógłby nawet stwierdzić, czy te go rozbawiły lub wytrąciły z równowagi, jego wyraz twarzy był tak samo nieprzenikniony jak zwykle. Choć nie mógł pozbyć się wrażenia, że mężczyzna powoli i ze szczególną uwagą obraca w palcach jego przemyślenia na temat prawdziwej natury jego oddania. Było to naprawdę osobliwe i nieprawdopodobne wrażenie.

– Nie sypiam ze swoimi studentami i czytelnikami – odpowiedział Tom, wypuszczając dym z ust. – Ani tym bardziej z moimi studentami będącymi również moimi czytelnikami. Poza tym nie spałbym z Frankiem, choćby nie był i jednym i drugim.

– Nie podobał ci się? – Harry nie drążył tematu niesypiania ze studentami i czytelnikami; domyślał się, że robienie tego z tymi pierwszymi mogłoby bardzo szybko pozbawić Toma pracy na uniwersytecie, a z drugimi wyprowadzić z równowagi jeszcze przy pierwszym podejściu. Nie mógł jednak nie spytać o Franka – młody mężczyzna, nawet ze swoją obsesją, wyglądał na wartego ryzyka.

– Brakowało mu czegoś i był bardziej przewidywalny niż szczur.

Harry przełknął łyżkę płatków z mlekiem. Pomyślał, że w takim razie sam musi być jeszcze bardziej przewidywalny niż szczur. O dziwo, wcale go to nie strapiło tak, jak powinno.

– Co może być bardziej przewidywalne niż szczur?

– Pytasz z ciekawości?

Harry wzruszył ramionami i posłał Tomowi przelotny uśmiech kącikami ust.

– Zastanawiam się, czym w takim razie mogę według ciebie być.

– Muchołówką – odpowiedział Tom z cieniem uśmiechu. Najwidoczniej domyślił się po zmarszczonych brwiach Harry'ego, że ten nie jest do końca pewien, czy obydwaj mają na myśli tą samą roślinę, czy może w ogóle wcale nie chodzi o roślinę, tylko o bliżej nieokreślone zwierzę, ponieważ dodał: – Jeżeli nie wiesz, czym jest muchołówka, odrób lekcje. Sam miałem latem dwie w ogrodzie, ale nie przetrwały nawet do jesieni. Może jednak były delikatniejsze, niż sądziłem.

– A więc to roślina.

Tom zgasił niedopałek papierosa w popielniczce stojącej na parapecie i zamknął uchylone okno.

– Żadnych dodatkowych podpowiedzi. – Podszedł do Harry'ego, luźno objął go palcami jednej ręki w pasie i przycisnął usta do jego szyi. – Jeżeli i dzisiaj spotkasz zjawę ze swoich snów, nie krępuj się i przyjdź do mnie. Pocałuję i przytulę cię na dobranoc.

Harry prawie prychnął. Tom ponownie potraktował zjawę jako nieistniejącego potwora spod łóżka.

– Myślę, że poradzę sobie i bez tego – odpowiedział. Nawet pomimo zapewnień mężczyzny, że w domu nikt nie zmarł i budynek został postawiony na czystym terenie, nie mógł pozbyć się wrażenia, że za wszystkim stoi coś więcej, długie i mroczne, które póki co rzucało na to zaledwie niewielki cień. Pamiętał tamto zdarzenie z krokami na schodach i odgłosem przewracanej komody. Kto wie, czy naprawdę nie odchodził od zmysłów; wcześniej, kiedy mieszkał ze swoim wujostwem, wielokrotnie zastanawiał się nad tym, w jaki sposób udało mu się je zachować, całe i zdrowe.

– Bardzo dzielnie.

– O ile sam nie będziesz chciał, żebym do ciebie przyszedł – uściślił. Czuł, że musi to powiedzieć i nie wyglądać na unikającego zobowiązań. Ponownie wzruszył ramionami (naprawdę musiał doprowadzać tym Toma do szaleństwa), choć w jednej chwili odechciało mu się jeść. Nie mógł nawet spojrzeć Tomowi w twarz. – Powiedziałem, że zrobię wszystko. Dotrzymuję danego słowa.

Tom westchnął.

– Spójrz na mnie – powiedział. Harry niechętnie posłuchał jego prośby. Tom wyglądał na swoje lata, jakby zmartwiły go jego słowa. – Pomógłbym ci niezależnie od wszystkiego. Nie sądziłem, że tak bardzo nie chcesz wracać do ośrodka i zdecydujesz się u mnie zostać. Bez przerwy powtarzałeś, że chcesz odejść, choć nawet nie miałeś dokąd. Nie musisz odwdzięczać mi się seksem. Nie wiem, dlaczego ubzdurałeś sobie, że tak mi na nim zależy. Wystarczająco lubię same twoje towarzystwo i kuchnię.

Harry poczuł się zbity z pantałyku.

– Nie podobam ci się? – zapytał. Musiał zabrzmieć żałośnie; sam już nie wiedział, co chodziło mu po głowie i dlaczego to, czy wciąż podoba się Tomowi jest ważne. Najpewniej chciał mu się podobać, nawet jeżeli nie wiązałoby się to z byciem „pożytecznym" i zaspokajaniem jego potrzeb seksualnych.

– Czuję wyrzuty sumienia w związku z wczorajszą nocą. Zwykle brzmisz znacznie dojrzalej, niż wyglądasz. Naprawdę zapomniałem, że masz tylko piętnaście lat.

Harry wbił spojrzenie w blat, czując się dziwnie upokorzony faktem, że Tom wyminął odpowiedź na jego pytanie. Może naprawdę już mu się nie podobał – wyrzuty sumienia pasowały do tego jak brakujący element układanki.

– Nie powinieneś mieć żadnych wyrzutów sumienia. Do niczego mnie nie zmusiłeś i było mi z tobą dobrze. – Był pewien, że poczerwieniał na twarzy. Przełknął gorzkie uczucie pęczniejące gdzieś w jego żołądku i dotknął luźno obejmujących go palców Toma. – Nie musisz się powstrzymywać.

Tom pocałował go w kącik ust.

– Muszę skończyć scenę. – Wyraźnie dawał Harry'emu do zrozumienia, że temat ich domniemanego układu uważa za zakończony. Spojrzał na miskę płatków stojącą na blacie. – Powinieneś zjeść coś lepszego niż płatki i tosty z dżemem. Można już policzyć wszystkie twoje żebra.

Tom nie powiedział kłamstwa, tak samo jak nie chciał być nieuprzejmy, a mimo tego Harry mimowolnie potraktował jego troskliwą uwagę jako przytyk, dzięki któremu poczuł się jeszcze gorzej; nigdy nie był szczególnie przewrażliwiony na punkcie swojego wyglądu, było mu w związku z nim wszystko jedno, jednak przy mężczyźnie zaczął stawać się drażliwy i czujny na każdą najdrobniejszą wzmiankę o jego wzroście lub wadze. Pomyślał, że niecierpliwe pocałunki Toma, składane przez niego na wgłębieniach i wzgórkach jego żeber, wcale nie musiały wiązać się z zachwytem.

Tego samego wieczoru, kiedy znalazł w łóżku z atlasem roślin, obrzucił pokój jeszcze jednym niespokojnym spojrzeniem. Nawet pomimo zapalenia lampki na nocnej szafce, w pomieszczeniu było ciemnawo. Miał wrażenie, że jest w nim także zimno jak na dnie oceanu i duszno – jakby na znajdujące się w nim powietrze nacierały nieskończone hektolitry wody.

Naciągnął kołdrę po samą szyję, starając się nie myśleć o zjawie, choćby ta była zaledwie mrocznym wytworem jego wyobraźni. Otworzył atlas i zaczął przeszukiwać strony w poszukiwaniu muchołówki. Roślina kojarzyła mu się dotąd z czymś zupełnie odmiennym od tego, co mógł sądzić o nim Tom, ale okazało się, że jednak jego pierwsze skojarzenie wcale nie było błędne. Przez dłuższą chwilę jedynie wpatrywał w zdjęcie nad opisem, zbyt zaskoczony, aby dojść do jakichkolwiek sensownych wniosków.

Dionaea zamiast liści miała zielone pułapki złożone z dwóch blaszek, których wnętrze miało czerwone ubarwienie. Na obrzeżach każdej z blaszek znajdowały się czuciowe włoski przypominające ząbki. Roślina kusiła owady barwą i słodkim nektarem, a kiedy te wreszcie przysiadały we wnętrzu blaszek, pułapka potrafiła zamknąć się w czasie krótszym niż sekunda. Zaraz po tym zaczynała wytwarzać enzymy trawienne; nic nie miałoby szans wydostać się z jej na pozór niewinnego uścisku.

Harry odłożył atlas na szafkę nocną. Często rozumiał Toma, jakby dzieląca ich różnica wieku nie miała najmniejszego znaczenia. Jednak czasami, czy to przez wzgląd na jego wiek, czy może inteligencję, rozumiał go mniej niż kogokolwiek dotychczas. Jak ze wszystkich możliwych stworzeń lub roślin Tom mógł przyrównać go właśnie do muchołówki? Mężczyzna uważał go za nieprzewidywalnego lub fałszywego? A może był pewien, że jest kuszony i manipulowany?

Zamknął oczy i westchnął. Pomyślał, że muchołówka mogła mieć jakiś związek z obietnicą złożoną Tomowi. Nic innego nie przychodziło mu do głowy, w której i bez tego panował mętlik, jakby ktoś rozsypał i wymieszał w nim nieskończone ilości różnych nici. Miał wrażenie, że otacza ją mgła, coraz gęstsza i gęstsza. Wsłuchiwał się w dźwięki stukotu maszyny do pisania, nienaturalnie głośne podczas spokojnej po deszczu nocy i, nie wiedzieć kiedy, usnął płytkim snem.

Śnił sen, w którym uciekał przez plątaninę niekończących się korytarzy. Za dnia musiały mieć jasne ściany i drewniane panele, jak korytarz na piętrze w domu Toma, ale w mroku wszystko wydawało mu się tak samo szare i czarne. Był przerażony, jakby podążało za nim dzikie zwierzę, ale nie słyszał żadnych odgłosów, które te mogłoby wydawać. W uszach szumiała mu tylko krew i dźwięczał stukot kroków, a biegł przeraźliwie szybko, zwalniając jedynie na zakrętach. Za każdym razem, kiedy to robił, zerkał w międzyczasie ze strachem przez ramię, po czym patrzył z nadzieją w głąb kolejnego korytarza, ale i ten okazywał się taki sam jak pozostałe. Niezależnie od tego, jak długo by nie uciekał, wciąż tkwił w tym samym miejscu, na co wskazywały pozamykane drzwi, z szyderczo pobłyskującymi w ciemności mosiężnymi klamkami.

Sen urwał się zaraz po tym, jak ktoś bezszelestnie pojawił się tuż za nim i pociągnął go za włosy. Szarpnięcie było tak mocne, że zachwiał się i najpewniej by upadł – gdyby tylko trzymającemu go mężczyźnie nie zależało na tym, aby utrzymać go na nogach.

– Obrałeś sobie za cel wytrącenie mnie z równowagi i ucieczkę – wycedził mężczyzna tuż nad jego uchem. – A skoro udało ci się wytrącić mnie z równowagi, pomogę ci uciec. Miałem ochotę to zrobić, odkąd tylko usłyszałem twoją głupotę i impertynencję. Nic dziwnego, że własni rodzice cię znienawidzili. Sądziłeś, że chciałbym położyć na tobie choć palec? Ty głupi bachorze, wolałbym sczeznąć.

Wiedział, co teraz nastąpi – lada chwila umrze, tym właśnie miała być jego ucieczka. Zaczął wyrywać się i krzyczeć, ale chwyt mężczyzny pozostawał ciężki i nieustępliwy.

– Obudź się. – Dlaczego tamten mężczyzna nagle tak delikatnie dotykał jego ramienia? – To tylko zły sen. Słyszysz, Harry? Tylko zły sen. Nic więcej.

– Nie dotykaj mnie! – Prawie zerwał się z łóżka, gdy w pierwszym odruchu nie rozpoznał w półmroku siedzącego tuż obok niego Toma. Palce pisarza zamarły nad jego ramieniem, po czym ten zapalił lampkę stojącą na nocnej szafce. Harry miał wrażenie, że wpatruje się w niego dziwnie pociemniałym spojrzeniem, ale wiedział, że nie mogła być to prawda; wciąż czuł strach pełzający tuż pod jego skórą niczym maleńkie wijące się robaki. Zamknął oczy i westchnął. – Przepraszam, myślałem, że to ktoś inny. Osoba z mojego snu.

Pomarańczowe światło raziło go, boleśnie docierając gdzieś do krańców jego czaszki. Zastanawiał się, czemu dotąd było zgaszone. Był pewien, że nie gasił go tuż przed snem. Ale może się mylił? Wciąż czuł się tak, jakby połową ciała znajdował się w krainie snów. Było mu przeraźliwie gorąco i duszno, choć kołdra okrywała tylko jego kolana. Chciał przeprosić Toma za obudzenie swoimi krzykami, ale nie mógł zebrać ani jednej zwięzłej myśli.

– Śniłem ci się? – zapytał Tom, gładząc palcami wierzch jego dłoni. Harry nie wiedział dlaczego, ale jego dotyk sprawiał, że czuł się jeszcze bardziej niespokojny. – Wołałeś przez sen moje imię.

Gdy się przebudzał, dźwięki ze snu i rzeczywistości zlały się w jedno, ale i tak mógłby przysiąc, że było w tym coś więcej – jakby mężczyzna z koszmaru i Tom naprawdę mówili tym samym głosem. Miał ochotę potrząsnąć głową, myśląc o podobnej niedorzeczności. Na pewno nie było to prawdą.

– Nie śniłeś mi się. – Wysunął dłoń spod palców Toma i usiadł na łóżku. Musiał lepić się od potu, ale przynajmniej miał na sobie koszulkę i bokserki. Sięgnął po okulary i nieporadnie je włożył. Odgarnął włosy z mokrego czoła. Najpewniej musiał odsłonić bliznę z wypadku, bo Tom patrzył na jej miejsce z zamyśleniem. – Przepraszam, że cię obudziłem. Naprawdę czuję się winny.

– Nie czuj się. Dopiero niedawno położyłem się do łóżka. – Tom pocałował go w obojczyk. Jak na czułość, gest wydawał się dziwnie szorstki i niecierpliwy. Jakby mężczyzna nie miał na niego najmniejszej ochoty, albo też miał ochotę, ale na znacznie, znacznie więcej, wiedząc, że i tak tego nie dostanie. Harry chciał pochwycić wyraz jego twarzy, ale ten mu zaledwie mignął, niczego nie mówiąc. – Nie wstawaj. Przyniosę ci coś do picia.

Kiedy Tom poszedł do kuchni, Harry przebrał koszulkę na suchą i uchylił okno. Miał ochotę otworzyć je na rozcież, oprzeć się o parapet i tkwić nieruchomo w chłodzie nocy, wdychając wilgotną woń deszczu. Czuł, że sypialnia stała się klaustrofobicznie mała i duszna. Wiedział jednak, że zaraz znów byłby chory – i bez kolejnej choroby uważał swoją obecność w domu Toma za ciężar.

Usiadł na łóżku, starając się nie myśleć o zjawie, niekończącym się korytarzu i mężczyźnie tchniącym nienawiścią. Na samą myśl o nienawiści słyszalnej w jego głosie przechodził go dreszcz; nie słyszał takiej nawet w głosie wuja Vernona lub ciotki Petunii. Nie była to wściekłość osoby, która ma ochotę kogoś uderzyć lub chociaż powiedzieć jej coś niezwykle okrutnego, a zwierzęcy gniew, który mógł prowadzić wyłącznie do odebrania czyjegoś życia.

Tom przyniósł szklankę schłodzonej wody. Kiedy Harry wypił ją prawie jednym haustem, spragniony jak po przebiegnięciu długiego dystansu, dopiero po opróżnieniu całego szkła pomyślał, że napój był niepokojąco słodkawy. Czy Tom mógł czegoś do niego dosypać? Gdy mężczyzna siedział obok niego i gładził dłonią jego plecy, było mu to zupełnie obojętne. Nawet gdyby tak było, Tom miałby na uwadze tylko jego spokojny sen – nie wykorzystanie, do czego nie musiałby go otumaniać, bo i tak zgodziłby się na wszystko, byleby nie wracać do ośrodka lub skończyć na ulicy.

Najwidoczniej Tom zauważył, że wciąż nie może pozbierać myśli i czuje się niespokojny, bo delikatnie ściągnął jego okulary i odsunął kołdrę.

– Połóż się. Pobędę z tobą, aż nie zaśniesz – powiedział.

Harry wsunął się pod kołdrę. Nocne powietrze wypełniało pokój i zaczynało robić się w nim chłodnawo. Gdzieś przejeżdżało cicho auto, gdzie indziej zaszumiały gałęzie zieleniejącego się drzewa. Wydawało mu się, że powoli się zapada, coraz głębiej i głębiej – nie miał tylko pojęcia w co dokładnie. Zamknął oczy i ścisnął palce siedzącego na brzegu łóżka Toma.

– Co ci się śniło? – zapytał Tom.

– Mężczyzna, który chciał mnie zabić – westchnął Harry. – Wcześniej bez przerwy uciekałem tymi samymi korytarzami pogrążonymi w półmroku. Ilekroć myślałem, że udało mi się uciec i w kolejnym nareszcie natrafię na wyjście, wracałem do punktu początkowego. I tak w kółko.

Tom milczał, jednak Harry nie miał wątpliwości co do tego, że uważnie go słucha i patrzy na jego twarz.

– Słuchaj – zaczął Harry, wciąż z zamkniętymi oczami – chciałbym, abyś szczerze odpowiedział na moje pytanie. Tylko szczerze, dobrze? Sądzisz, że moi rodzice mnie nienawidzili? Mam na myśli moją matkę w chwili, w której przemknęło jej przez myśl, że tylko ja przeżyję wypadek.

– Sądzę, że twoi rodzice szaleli na twoim punkcie. Gdyby kiedykolwiek cię nienawidzili, nie wieźliby cię do lekarza w tak złą pogodę. Byłoby im wszystko jedno, czy umrzesz. Może martwiliby się jedynie o to, czy w takim wypadku sami nie mieliby problemów. Jestem pewien, że twoja matka odeszła w spokoju, wiedząc o tym, że przeżyje jej syn.

Harry nie miał sił otworzyć oczu, ale oddałby wiele, aby zobaczyć wyraz twarzy Toma. Ścisnął mocniej jego palce. Uczucie zapadania się przybrało na sile, a światło lampki nocnej stawało się coraz ciemniejsze, albo też dochodzące jakby z oddali. Mimowolnie przypomniał sobie wszystkie chwile, w których ciotka Petunia przypominała mu o nienawiści jego matki do niego. „Jak Lily mogłaby cię kochać?" – sam nie potrafił nigdy odpowiedzieć na to pytanie.

– Moja ciotka… – zaczął i urwał.

– Ta zgorzkniała suka wciąż nie jest w stanie poradzić sobie ze śmiercią twojej matki. Obwinia cię za nią, bo ta wydaje jej się wtedy mniej przypadkowa i okrutna. Powinieneś o tym wiedzieć.

– Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś nazwał moją ciotkę zgorzkniałą suką – odpowiedział z sennym uśmiechem Harry. Miał wrażenie, że w tym uśmiechu i tak nie było nic wesołego. Poczuł uderzenie strasznego smutku. – Śpij dzisiaj ze mną.

– Nie zasnę z zapalonym światłem.

– Możesz je zgasić.

Nie wiedział, czy Tom coś odpowiedział. Słyszał tylko postrzępione, zlewające się ze sobą dźwięki zamykanego okna i gaszonego światła. Zaraz po tym mężczyzna wsunął się pod kołdrę tuż obok niego.