Tym razem trochę poważniej, a przynajmniej nie tylko śmiesznie, ale momentami bardziej kontemplacyjnie. Najdłuższy rozdział i korekta pobieżna, bo oczy mi się same kleją. Wybaczcie, poprawi się, jak odeśpię.


Niedziela (PART 2)

8:10

Wyszli na powierzchnię i zanim jeszcze zbliżyli się do zarysowującego się w oddali, odcinającego się bielą murów na tle księżycowego krajobrazu kompleksu Las Noches, szarawy piasek nabrał czerwonych akcentów. Trzej pechowcy mieli nieszczęście nosić niepoprawne politycznie białe, poaizenowe mundury. Grimmjow, ani żaden z towarzyszących mu szaro odzianych Arrancarów, nawet nie zadawał pytań. Ichigo, patrząc teraz na ostatnie z ciał, upadające bez życia pod nogi błękitnowłosego, naprawdę zaczyna żałować, że się tu znalazł. Oczywiście nie wierzył naiwnie, że zbuntowana banda ładnie przeprosi i Grimmjow puści to w niepamięć, ale jednak teraz odzywają się w rudowłosym dylematy moralne. Jak tak dalej pójdzie, to w Hueco Mundo przestanie być tłoczno, żeby nie powiedzieć, że zupełnie się wyludni. Grimmjow ostrzegł go, że tutaj załatwia się sprawy po arrancarsku. Gdyby spotkał któregoś z tych trzech w Karakurze, bez wyrzutów sumienia by go obezwładnił, zranił, unieszkodliwił, ale… nie zabił. Rzecz jasna – nie odesłałby go do domu, lecz sprawę przejęłoby Gotei. On miałby czyste ręce. Zabijanie… Z tym ma nadal problem. Hollowy to zupełnie inna sprawa, tak czy inaczej ich nie unicestwia, ale oczyszcza zbrukaną, wypaczoną duszę, która w tej drapieżniczej postaci nie ma nawet samoświadomości. Na Arrancarów patrzy inaczej. Któryś z nich może być drugą Nel, ale nawet nie to. Po sprawie z Vandenreich wiele się pozmieniało w jego postrzeganiu rzeczywistości. Po tym, co usłyszał od Urahary o przypuszczeniach tamtego na temat Zanpakutō Arrancarów, zaczął się zastanawiać, stanowczo za dużo i za głęboko. I jego pacyfizm w kwestii unicestwiania przedstawicieli dawnej armii Aizena jakoś się pogłębił. Dlatego pasuje mu niedoprecyzowana pozycja Zastępczego Shinigami – nic nie musi.

Jego problem w tej chwili nie polega na tym, że czuł dyskomfort biernie patrząc, jak Grimmjow permanentnie pozbywa się zbuntowanych ex podwładnych. Jakoś musi ogarnąć ten bajzel na własnym podwórku, a do Arrancarów przemawia tylko siła i miecz. Ale będzie niedobrze, jeśli za chwilę Ichigo sam stanie przed koniecznością zabijania i pół biedy, gdyby było to w samoobronie, ale dobrze wie, że nie ma tutaj godnego przeciwnika, który mógłby mu realnie zagrozić. A on, cholera jasna, musiał się wpakować w jakąś pieprzoną vendettę, która mu nie powinna koło dupy latać. Po jaką cholerę było mu to potrzebne?

- Tylko mi nie mów, że cię mdli od krwi, Kurosaki. Jesteś żałosny, ale to ci już chyba mówiłem, nie?

- Odpierdol się, Grimmjow.

- O, pacyfizm się w tobie odezwał? Wiedziałeś, co się kroi, więc mi tu nie moralizuj, Kurosaki. Po kiego tu przylazłeś?

Bo go do reszty powaliło? Bo uwielbia się ładować w każdy syf, choćby nie miało to z nim nic wspólnego? Bo mu się nudziło i potrzebował mocnych wrażeń? Bo nie potrafi już normalnie funkcjonować, jeśli czas od czasu nie zaaplikuje sobie strzału adrenaliny do krwi?

- Bo mnie zaprosiłeś.

Grimmjow, po którego minie wnioskuje, że szykował kąśliwą ripostę, przestaje się uśmiechać. Gdyby nie przestał, to Ichigo chyba wbiłby mu te idealne, ostre zęby w głąb czaszki. Ale Espada tylko na niego patrzy, jakby błękitnymi oczami próbował wwiercić się Kurosakiemu w mózg. Wydaje się być przez moment, ułamek sekundy bezbrzeżnie… zmieszany. I po chwili się odwraca, chyba pierwszy raz nie wytrzymując spojrzenia brązowych tęczówek. Kurosaki – Grimmjow, 1 – 0. Hip… hip… hura. Zajekurwabiście.

Kerr i pozostali ruszają przodem, wietrząc kolejne zdobycze. Może bunty w Hueco Mundo nie są takie złe, skoro dostarczają tubylcom rozrywki, której mogliby poszukiwać na przykład w Świecie Żywych? Ichigo bez radości dochodzi do wniosku, że z nim musi być naprawdę niedobrze, jeśli jako jedyny uważa, że coś tu nie halo. Może po powrocie powinien iść do jakiegoś psychologa? Stres pourazowy, nie wspominając o białym sukinsynie w podświadomości, nie robi dobrze na głowę. Chyba naprawdę powinien poszukać jakiejś pomocy.

- Idziesz, czy dalej wałkujesz przemyślenia egzystencjalne...? Kurosaki?

Cóż, sam się na to pisał, a Grimmjow cierpliwie na niego czeka. Nie można pozwolić królowi czekać.

9:47

Aż odżywają wspomnienia, chociaż ostatniej wizyty jakoś nie wspomina z rozrzewnieniem. Dwa zgony, połamane wszystkie kości, nieodmiennie towarzyszące mu poczucie winy, atakujące go z każdą wyczuwalną u przyjaciół zmianą ich Reiatsu i ta cholerna walka na wyniszczenie ponad kopułą. Taaa, jakoś nie wyniósł stąd ciepłych wspomnień. A teraz, lustrując wnętrze Las Noches czuje… jakby to była prehistoria. Ot, paskudne, pobielane ściany, gdzieniegdzie ich brak, kilka rozwalonych sufitów. O, tamten to jego robota, zdrowo wtedy przygrzmocił Ulquiorrze, zanim sam zaliczył glebę. Cztery razy. Eee, wspominki to jednak nie jest dobry pomysł.

Od przestąpienia progu Las Noches nie padły kolejne trupy, bo miejscowi chyba zorientowali się, że z powracającym, wkurwionym na potęgę panem tego przybytku raczej startu nie mają. Po korytarzach walają się białe, choć już nie świecące czystością, porzucone, zdeptane części arrancarskiej garderoby. Hakama? A więc niektórzy z niedawnych buntowników, zapewne ukryci po zakamarkach twierdzy, świecą gołymi tyłkami, o ile nie dorwali kawałka jakiejś szarej szmaty, politycznie poprawnej i dającej jako takie bezpieczeństwo dla rzeczonego tyłka. Jakie to proste, w gruncie rzeczy. Arrancarzy nie składają przysiąg wierności, nie mają kodeksu honorowego, żadne prawo nie reguluje kwestii następstwa władzy. Deklarują swoją chwiejną lojalność zachowaniem. Dopóki król będzie na tyle silny, by określone zachowanie na nich wymusić, zmiana sympatii politycznych nie podlega nawet dyskusji. Tonie polityka, a emanacja ich zwierzęcych instynktów – przewodzi najsilniejszy w stadzie. A kto tu jest najsilniejszy, chyba nie ma wątpliwości. Korytarzami kroczy metr osiemdziesiąt sześć czystego wkurwu i Ichigo nie zazdrości temu, na kogo padnie kobaltowe spojrzenie, równie ostre jak katana o błękitnej rękojeści, zatknięta za pas popielatej hakamy.

- No kurwa, wyłazić! Bo jak ja którego wywlekę, to rozmażę na posadzce. Wypełzać, szczury! Gdzie ten pierdolony Shinigami z imperialistycznymi zapędami?!

Zza jednego z popękanych filarów wysuwa się drżąca ręka i wskazuje w kierunku końca obszernego holu. Sylwetka, ukryta w cieniu wnęki, nie wchodzi w krąg światła. Rudowłosy postawiłby całą kasę, którą za poprzednie trzy miesiące wisi mu Ikumi, że strachliwy właściciel drżącego ramienia ma na sobie poaizenowski uniform, więc prewencyjnie nie chce się narzucać swoim widokiem Grimmjowowi, pałającemu żądzą zemsty, od której powietrze robi się cięższe.

9:50

Cała szara ekipa, plus jeden Zastępczy Shinigami przejazdem, przechodzą przez szerokie wejście i wkraczają do wielkiej, szerokiej, strzelistej… No cholera, Aizen miał jakąś nieukierunkowaną manię wielkości, bo nic innego nie tłumaczy gabarytów jego niegdysiejszej sali tronowej. A może w ten sposób rekompensował sobie inne, ehm, braki?

- No nie… Grimmjow, zanim z nim skończysz, ja też mam do niego sprawę. Nie podaruję…

Ichigo omiata wzrokiem wściekłą twarz Kerra, a i błękitnowłosy, jakkolwiek zajęty wypalaniem wzrokiem dziury w klatce piersiowej czarnej postaci, siedzącej na białym tronie, na chwilę zaszczyca spojrzeniem spod zwężonych powiek drugiego ex Espadę. A w miodowych oczach długowłosego Arrancara, skoncentrowanych na porcelanowej filiżance w dłoni nieznanego Shinigami, narasta wściekłość. Ma ona zapewne wiele wspólnego z rozbebeszonymi pod ścianą skrzyneczkami, których zawartość wala się po marmurowych płytach, tworząc mozaikowy wzór z drzazg, pyłu i suszonych, brązowawych liści.

- Cholera jasna, moja herbata, moja porcelana… Zaraz, ten sukinsyn łazi w moim Shihakushō! No przegiąłeś, nie dzielę się moimi gadżetami, ale z mundurem to już przegiąłeś, koleś.

Kurosakiemu zajmuje sekundę, zanim przypomina sobie o niedługiej bytności Aidenella Kerra pod skrzydłami 5. Oddziału. Jakaś tam przysięga, złożona Shinjiemu Hirako, coś o nietykaniu ludzi z „piątki". No i, wspominając zamglony wzrok Arrancara, kiedy mówił z uwielbieniem o rękopisach Aizena, Ichigo jednoznacznie identyfikuje teraz Kerra jako kolekcjonera-fetyszystę. Już jakiś czas temu postanowił przyjąć, że w odniesieniu do Arrancarów słowo „dziwny" zatraca swoje pierwotne znaczenie.

I wreszcie robi to, od czego powinien był zacząć – skupia się na czarno odzianej, tajemniczej, ponoć nieprzeciętnie silnej, kidōstrzelnej postaci anonimowego Shinigami. Coś mu zaczyna świtać, jakby rozczochrany mężczyzna kogoś mu przypominał. Gdyby tylko miał fotograficzną pamięć…

- Grimmjow, ja go chyba skądś…

- Ej, morda w kubeł. Nie psuj chwili. Dopóki toto nie będzie truchłem, nie zawracaj mi dupy, Kurosaki.

- Ale…

Niezupełnie nieznajomy Shinigami zrywa się z pobielanego podwyższenia i uderza stopami o posadzkę wielkiej sali, przygotowując się do wyprowadzenia ataku, albo przyjęcia ciosu. Zaraz, zielona rękojeść, zielona rękojeść… Coś rudowłosemu świta. Ale nie do końca. Naprowadza go sam obiekt jego dociekań.

- Rude włosy, ponadgabarytowy Zanpakutō... Ty byłeś z Rukią Kuchiki.

- O, popatrz, twoja mała ma gacha? A wyglądała na… czekaj, takie słowo… o – na powściągliwą wyglądała. To co, też się zapisujesz do kolejki, Kurosaki? O ile coś z niego zostanie, jak ja się już wyżyję.

- „Powściągliwy" jest w twoim słowniku? Tydzień cudów, Grimmjow. I to nie żaden gach, ja go znam. Ashido Kanō. Tak jakby go spotkaliśmy… w Lesie Menosów, dwa lata temu. To chyba… tego… jak leci?

Ichigo zdaje sobie sprawę, że teraz wygląda żałośnie, desperacko kombinując, jak wyjść z twarzą i bezkrwawo z całej tej idiotycznej sytuacji. Kanō jest osobą, którą tu zostawili i… zapomnieli po nią wrócić, tak jakoś. Zagadnięty, już nie anonimowy Shinigami, przenosi wzrok od jednego do drugiego, a jego bezgranicznie zdezorientowana mina wywołuje atak śmiechu u Ichigo, który tłumi go w sobie całą siłą woli. Zdecydowanie ma coś z głową, jutro poszuka dobrego specjalisty. Teraz nie ma się z czego śmiać. No tak, zważywszy, na jego kilku wieczne zesłanie na dnie Hueco Mundo, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, Ashido Kanō może być odrobinę niezorientowany politycznie, widząc obok siebie Arrancara i Shinigami, konwersujących o ubóstwie językowym i życiu erotycznym Rukii Kuchiki.

Szkoda, że nie ma tu Gotei. W obecnej sytuacji to się skończy bardzo, bardzo niefajnie. Ichigo nie musi się nawet nad tym zastanawiać, po prostu to jasne, jak zwierzęcy błysk w oczach Grimmjowa, że nie pozwoli mu zabić tego Shinigami. Zrobi się cholernie niefajnie.

Nim się orientuje, błękitnowłosy już trzyma sztych na gardle Kanō. Musi to dobrze rozegrać, tylko że, cholera jasna, nigdy nie był za dobry w myśleniu na szybko tak, żeby nie pogorszyć jeszcze na wskroś nieciekawej sytuacji. A Grimmjow… czeka. Czeka?

- No…? Kurosaki, nie słynę z opanowania, więc się streszczaj.

- Yyy?

- Czekam, cholera jasna.

A więc tak. Interesujące, zastanawiające i bardzo niespodziewane. Ichigo sprzed dwóch lat, gdyby teraz poznał myśli rozbijające się o czaszkę swojej siedemnastoletniej wersji, chyba by przywalił obecnemu Ichigo, aż ten walnąłby głową o posadzkę. Bo o dwa lata starszy Ichigo, którego Grimmjow dwa… trzy razy prawie zabił, najpierw sprawiając, że krwawił z dziesiątek – przeważnie głębokich i poważnych – ran, którego w snach prześladowały zmrużone kobaltowe oczy i sadystyczny śmiech… stoi nieporuszony. Postanawia rozmawiać z Grimmjowem jego językiem, a Grimmjow nigdy nie prosi i nie skomle.

- To twoja kuweta, Wasza Wysokość. Przecież jeszcze się nie znalazł taki, który by cię do czegoś zmusił, a moje zdanie i tak zawsze masz w dupie, Grimmjow.

Błękitnowłosy, wnioskując po jego milczeniu, niezwyczajnym w takiej sytuacji, spodziewał się czegoś innego. I wydaje się być w kropce. Chyba trzeba mu pomóc, więc Ichigo, chociaż bardzo ma ochotę się uśmiechnąć, z lubością kontemplując zdezorientowanie Grimmjowa, rzuca ex Espadzie koło ratunkowe. Ma nadzieję, że dobrze przekieruje jego tok myślenia.

- Swoją drogą z poprzednim Shinigami, który wycierał tyłkiem ten tron, można się było przynajmniej mierzyć jak równy z równym.

Po chwili ciało Ashido Kanō, nienaznaczone żadnymi śladami wściekłości Grimmjowa, uderza o marmurową podłogę. Shinigami ma widać tyle rozumu, żeby się nie odzywać. Chociaż, biorąc pod uwagę, że jakimś cudem, zupełnie bez zaplecza i w pojedynkę doprowadził w niecały tydzień Hueco Mundo na skraj przepaści, prawa do posiadania rozumu odebrać mu nie można.

- No, ale ja porcelanowej zastawy i dwudziestu kilogramów senchy pierwszego sortu nie podaruję. Kwestii Shihakushō nawet nie nadmieniam.

Zanim Ichigo ma okazję zająć się także miodowookim problemem z nagą kataną w dłoni, kilka metrów od nich, na samym środku śmiesznie wielkiej sali tronowej, otwiera się z trzaskiem międzywymiarowe przejście, a z niego wyłaniają się trzy znajome postacie. Nie ma czasu przygotować się na cios, który spada na jego rudą głowę. Kto by pomyślał, że to małe, kochane ciało ma w sobie pokłady takiej siły i gwałtowności?

- Ty głupku! Hueco Mundo? Naprawdę?!

- Ała! Rukia, bo mnie uszkodzisz! Aaaa… No przepraszam. Nie odbierałaś telefonów, nie moja wina, że… Auć! Moja wina, całkowicie moja wina! Kto wam powiedział? Urahara? No, na nim to można polegać, nie ma co.

- Kurosaki-kun~~!

O szlag.

- Wiedziałam, że coś jest nie tak od kilku dni, ale kiedy zjawiła się Nel-san i opowiedziała o zamieszaniu w Hueco Mundo, to już poważnie się przestraszyłam, więc zmusiłam Ishidę-kun, żeby mi powiedział wszystko, co wie. A ja skontaktowałam się z Rukią-san i domyśliłyśmy się, co ci przyszło do głowy, Kurosaki-kun. A wiesz, zawsze jak jesteś w pobliżu Grimmjowa, to kończy się na otwartych złamaniach i konieczności podtrzymywania funkcji życiowych. O, jesteś ranny… Obaj jesteście, może ja…

- Nie rób sobie kłopotu!

- Obejdzie się!

Spanikowany Kurosaki napotyka wzrok równie spanikowanego Grimmjowa, stojącego bokiem i najwyraźniej także nie mającego ochoty oddawać się w ręce Inoue. Z nią jest ten problem, że jakoś tak, mimowolnie i niewytłumaczalnie, głęboko od siebie uzależnia. Bezwiednie wymusza poczucie winy z powodu tego, że chłopakowi nie smakują jej kulinarne wynalazki, pogłębione tym, że to nie w jej oczach odbija się jego dusza. Lecząc każde jego skaleczenie powiększa u niego nieskończony dług wdzięczności, który będzie ze sobą targał do końca życia, nie mogąc go spłacić i odwzajemnić się żadnym ekwiwalentem. I chociaż w jego towarzystwie Inoue ożywa, sprawia wrażenie radosnej i rozchichotanej, to odczuwalnie boli ją jego bliskość, zwłaszcza, że Ichigo na bardziej intymnym poziomie dzieli ją z kimś innym. Dla nich obojga będzie lepiej, jeśli blizna po Cero Grimmjowa na jego plecach zostanie z nim na zawsze.

- O Niebiosa, Ashido Kanō. Jak dobrze że jesteś cały. Bo jesteś cały?

Rukia przenosi wzrok na Grimmjowa, a ten prycha i się odwraca w stronę wyjścia. Na odchodnym rzuca kilka słów, pozornie nie wiedzieć do kogo zaadresowanych. Ichigo wie, że to do niego.

- Straciłem zainteresowanie, pokurcze są poniżej mojego poziomu, zero zabawy. Macie kwadrans, potem moja armia może poczuć dyskomfort z obecności parszywych Shinigami pod dachem Las Noches. Sayōnara.

No i… O cholera, obyło się bez hektolitrów krwi. Ichigo powinien się przyzwyczaić, iż Grimmjow ma to do siebie, że zawsze potrafi go zaskoczyć, chociaż niezwykle rzadko nie towarzyszą temu palpitacje serca. Ale inaczej byłoby… nudno.

- Moment. Ja tu nadal mam roszczenia. Zbeszczeszczona herbata woła o satysfakcję.

No, tak – jeszcze ten. Arrancarzy…

10:33

- Grimmjow?

-…

- No otwórz, bo mi się kwadrans kończy.

- To królewskie komnaty. Spierdalaj i umów się na audiencję.

Rudowłosemu coś to przypomina. W tym tygodniu narozmawiał się z drzwiami za wszystkie czasy.

- Otwórz, bo sam sobie otworzę. Niewykluczone, że Getsugą.

Nie doczekując się odpowiedzi, robi krok do tyłu. Grimmjow trącił mu nerwa i o ile minutę temu nie mówił poważnie, to teraz naprawdę decyduje, że przejdzie przez ten cholerny próg. Albo dziurę w ścianie. To w jakiś sposób zrekompensowałoby jego zdemolowaną łazienkę. Jedną Getsugę później jest już w środku.

- Pojebało cię?! Chuj ci przeszkadzała ta ściana?!

- Uczę się od najlepszych i znudziło mnie gadanie do klamki. Pytanie mam i tyle mnie widziałeś.

- Czego, kurwa?

- Czemu mnie zaprosiłeś na tę całą rekonkwistę?

-…

- Grimmjow…?

- Na haju byłem, widziałem różowe smoki, rysowałem flamastrem truskawki i odstawiałem cygańskie wróżby. Na fali TAKICH genialnych pomysłów cię zaprosiłem, usatysfakcjonowany? I to była jednorazówka, jakbyś miał wątpliwości. A teraz wypierdalaj.

10:40

Rukia poszła przodem z Ashido Kanō, a do nich dołączyła Inoue, nie bardzo chcąc towarzyszyć Ichigo, co chłopak przyjął z ulgą. Naprawdę ją lubił, ale… bardziej na odległość. Jemu dotrzymywał towarzystwa Aidenell Kerr, dźwigający pierwszą transzę zapisków, obiecanych Uraharze. Zapewne jego obecność była jednym z powodów, dla których nie było tu Rukii, zobowiązanej jak wicekapitan zaraz po opuszczeniu Hueco Mundo do aresztowania wroga publicznego numer 2 w Soul Society, któremu najwyższego miejsca na podium ustępował jedynie Aizen. Pierwszy ex Sexto najwyraźniej czuł się dowartościowany takim zainteresowaniem ze strony Gotei i wcale się z tym nie krył. I teraz jest w podejrzanie dobrym nastroju, zważywszy na jego niedawne wybuchy niezadowolenia, kiedy odmówiono mu „satysfakcji" za naruszenie herbacianych zapasów.

- Adenell Kerr, co cię tak cieszy? Czy mi się wydaje, czy w Hueco Mundo chwilę temu była rewolucja?

- Poprawnie użyłeś czasu przeszłego, Ichigo Kurosaki. Rewolucje, czas od czasu, są bardzo pożyteczne. Ta była wręcz nieoceniona.

-Yyy?

- Ehh, no więc prostymi słowami. Teraz nikt w Hueco Mundo nie ma wątpliwości co do podmiotu faktycznej władzy. Nadal muszę potwierdzić, skąd Shinigami miał Caja Negación, ale wychodzi na to, że jakiś pechowy, ranny Privaron miał pecha zabłądzić w Lesie Menosów. Gdyby w coś takiego zamieszał się, dla przykładu, Aizen… Wtedy byłby problem. A tak – kilka trupów oczyściło atmosferę. Chociaż ja i tak przemyślałbym decymację, tak asekuracyjnie.

- Decy… co?

- Odsyłam do słownika, nie każdy Arrancar jest tępym nieukiem, jak poniektórzy Shinigami. Bez urazy. A wracając do tematu – do arrancarskiej gawiedzi przemawia tylko siła i jedynie ją rozumieją. Instynktownie idą za samcem alfa. Akurat samica, niech spoczywa w pokoju, się nie sprawdziła. Aizen jakoś skrzywił ich umysły, zabijając pęd do niezależności, żeby mieć swoją karną armię, a nie zbieraninę samotnych łowców, których ciężko upilnować. Szlag wziął błogą anarchię i został ten syf. Ktoś musi nimi rządzić, bo inaczej - dając upust roznoszącej ich energii nie tam, gdzie trzeba - ściągną do Hueco Mundo zbrojną interwencję Gotei 13. Arrancarzy są durni, ale mogą być użyteczni.

- Jak Grimmjow? On sam ma tę całą politykę gdzieś, przez tydzień mu się nie spieszyło do poddanych. Jest królem, a wisi mu ta szopka, przecież widzę.

- Nie słuchasz, Kurosaki. On jest od przewodzenia stadu jako najsilniejszy, mają się go bać i to gwarantuje porządek. Ja… ja jestem od polityki. Sprawiam, żeby Grimmjow czuł się królewsko, a bardziej, żeby reszta to czuła. To się sprawdza. Nie mam tronowych aspiracji. W Hueco Mundo chcę względnego spokoju, żeby Soul Society nie właziło do naszej piaskownicy. Idealny układ, by zająć się swoimi sprawami.

- No, z Tier Harribel jakoś to nie wyszło. Nie, że się czepiam, polityka to nie moja bajka.

- Tier nie była Grimmjowem. On jest do tego stworzony.

- Żartujesz sobie?

- Ichigo Kurosaki, dlaczego go nie zabiłeś?

Rudowłosy nie ma pojęcia, co odpowiedzieć. Sam się milion razy zastanawiał, czy nie powinien był postąpić inaczej, zanim w którymś momencie przestał mieć wątpliwości. Nadal tego nie wie i milczy, ale Arrancar nie oczekuje odpowiedzi.

- Sam go dwa razy puściłem spod miecza, bo w nim jest coś … nieprzewidywalnego. Niewiadoma. On nie ma limitów. Może wszystko. Tym różni się od Tier i inni Arrancarzy też to wiedzą. Nie chodzi o to, że się go jedynie panicznie boją. Czują, że z nim także oni mogą wszystko. Z takiego punktu widzenia to fascynujące. Jest poniekąd moim... eksperymentem.

- Czy on cię nie zabił?

- No i?

- Jesteście wszyscy nienormalni. Nie próbuję tego już ogarniać. Na ten tydzień mam dość arrancarskiej pokręconej logiki i arranarskich humorów. Ale gdyby Grimmjow słyszał, że nazywasz go „swoim eksperymentem", to skróciłby cię o głowę.

- On jest projektem pobocznym. Jest mi potrzebny, żebym mógł się skupić na projekcie głównym.

- Czyli…? A tak, Aizen. Jesteś ambitny, nie ma co.

- Każdy ma jakieś marzenia, Ichigo Kurosaki. Moje mają bardziej metaliczny posmak.

- Taaa.

19:21

Jego pokój wreszcie zaczyna przypominać ten sprzed tygodnia, chociaż efektu końcowego nie dopełnia brak lampki nocnej, budzika i dwóch kiczowatych akwarelek, lata temu wygrzebanych przez bliźniaczki na sprzedaży garażowej. Za bohomazami akurat nie tęskni, ale z budzikiem na swój sposób był związany emocjonalnie, a musi się z nim rozstawać przez głupie humory Grimmjowa, które zmieniły ukochany czasomierz w kupę śrubek, trybików i sprężyn. Ichigo jednak zaciska zęby, bo przysiągł sobie, że nie będzie narzekał, choćby spadły na niego wszystkie kataklizmy świata, dopóki kataklizm nie będzie miał turkusowych tęczówek i katany u boku. Destrukcji w swojej szafie, łazience i łóżku, a także w każdym innym elemencie swojej codzienności, ma dość na co najmniej dekadę. Albo bardziej dwie.

Kiedy zbiera płyty, zaścielające większą cześć podłogi, widocznie w odczuciu Grimmjowa niegodne, by leżeć na półce, przypadkiem wygrzebuje spod łóżka pogniecione pudełko. Espada musiał je zgubić, bo raczej nie zostawił Kurosakiemu z dobrego serca. Z lekkim wahaniem zagląda do środka. Ręcznie skręcanych, ciasno poupychanych szlug jest ponad połowę paczki. Nie ma bata, żeby Grimmjow zostawił mu to specjalnie. Z drugiej strony… raczej po nie nie wróci. Tyle, że Ichigo nigdy już nie będzie palił tego cholerstwa.

Nie ma mowy.

19:27

Psiakrew. Ojciec wraca jutro, a Yuzu i Karin dopiero we wtorek. Przecież nie będzie sam smętnie siedział na kanapie i oglądał „Top model". Nie?

19:30

Pierwszy mach smakował słomą, jak poprzednio. Na bank są w tym sandały Kenpachiego, ale teraz to bez znaczenia, bo kiedy zaciąga cię piąty czy szósty raz, wszystko zaczyna iskrzyć. Bajecznie. Mógłby tak siedzieć w kłębach dymu przez resztę wieczoru i poddawać się uczuciu szczęścia, rozlewającemu się po każdej komórce jego ciała.

Problem w tym, że go nosi. Potrzebuje się przewietrzyć. Koniecznie. Nic nie robi tak dobrze, jak spacer po rozgwieżdżonym… Stop. Potrzebuje się skupić. Nie w tym ciele. W tym ciele jesteś bardziej kruchy i łamliwy. Skok z okna może się nie skończyć za dobrze.

Rudowłosy wygrzebuje Odznakę i wskakuje w tą bardziej niezniszczalną wersję. I dwie pieczenie na jednym ogniu, zrobi sobie spacer patrolowy. W końcu lubi być społecznie użyteczny. Czując przyjemny ciężar Zangetsu na plecach robi krok na parapet i przeskakuje przez okienne ramy. Ma wrażenie, że tym razem unoszą go w powietrzu nie cząsteczki Reishi pod stopami, ale niewidzialne skrzydła. Przemieszcza się nad parkiem, ale z racji absolutnego braku tutaj obecności duchowej, jak też żadnej innej, wraca w stronę domu. Przyspiesza kroku. Hollow. W dodatku jakiś źle wychowany Hollow, bo kręci mu się pod oknami. Skoro pogrywa tak niesportowo, to trzeba się dostosować do narzuconych reguł. Zresztą, komu się taki Hollow poskarży, że Zastępczy Shinigami też nieczysto z nim zagrał? Pff.

Odpala Getsugę, zanim pechowiec ma szansę zorientować się w sytuacji, nawet na niego nie patrząc. Przecież Hollowy są takie brzydkie, co będzie tego tutaj podziwiał? Błękitna Getsuga Tenshō sięga celu, a rzeczony cel uderza z impetem o jego dach. I zaczyna kląć w bardzo znajomy sposób.

- Kurwa twoja mać, Kurosaki! Do reszty cię popierdoliło?!

O szlag.

- Yyy… Grimmjow?

- Nie, Aizen, kurwa! W kulki sobie lecisz?!

- A co cię… hmm… tak szybko sprowadza?

Arrancar chwyta gwałtownie rudowłosego za czarną kosode i badawczo przygląda się jego źrenicom. Kiedy go puszcza, nie jest już wściekły, a do tego ma taki melodyjny głos.

- Coś tu zostawiłem, ale widzę, że już to znalazłeś.

Ichigo jest przeszczęśliwy, że może być tak pomocny. Wskakuje przez okno do swojego pokoju i zgarnia z szafki zgubę, po którą Espada się tu fatygował. Kiedy wraca na dach, Grimmjow - trochę śmiesznie wyglądający w poszarpanej hakamie - oczywiście nadal tam siedzi, więc Shinigami postanawia dotrzymać mu towarzystwa. Inaczej wyszedłby na nieużytego gbura. A tak, przecież nie bez powodu był w swoim pokoju. Z poczuciem tryumfu wyciąga w stronę Arrancara wygniecione pudełko.

- Fajkę?

23:57

- Nie teraz, mówię. Potrzebuję nastroju, kapewu? Później. Nie chałturzę, jak nie mam nastroju.

- To co robimy? O, nieee, nawet nie myśl, od pada już mnie kciuki bolą, a strzelanki źle robią z psychiką. Podsycają agresję. Chyba powinienem iść do jakiegoś specjalisty, za nerwowy jestem ostatnio.

- Poważnie z tą agresją? Ja bym powiedział, że rozładowują. Miałem ochotę ci jebnąć za Getsugę, ale jak cię rozwaliłem przeciwczołgową, to mi przeszło. A z lekarzem daj se siana, Kurosaki. Takich rzeczy się nie leczy, a jak już, to opiatami, albo etanolem. O, coś jak ten towar.

- A wiesz, Grimmjow, coś w tym jest. W sumie "jedenastka" nieoficjalnie zaopatruje resztę Gotei. Pod Kenpachim nie można być nie nerwowym. Nietrzeźwym, to już bardziej. Ciekawe, co łyka Yachiru, bo nawet jak na beztroską dziewczynkę jest za bardzo pobudzona...

- Wiem, czego nam trzeba. Damskiego towarzystwa.

- Yyy... Yachiru?

- Ten szczyl? Kurosaki, to jest chore i chyba nawet karalne. Toś mnie zdziwił, nie wiedziałem, że masz takie ciągotki.

- Nawet nie skomentuję, Grimmjow. Ty chyba nie chcesz dzwonić do agencji towarzyskiej? Wybij to sobie z głowy, aż tak naćpany nie jestem.

- No proszę... Myślisz, że ja będę za to płacił? Ty jednak idź do tego lekarza, ale nie z agresją, tylko tak ogólnie. Mówię o arrancarskim damskim towarzystwie.

- Nel też sobie wybij z głowy!

- O martwym, arrancarskim damskim towarzystwie.

- Yyy...

- Będziemy wywoływać duchy. Takie Fraccion Harribel były niczego sobie.

-...

- A tobie co, Kurosaki?

- Ileś ty tego spalił? Pokaż oczy... Patrz się tu! O szlag, ty już więcej nie palisz.

- Ale się spinasz... Nie chcesz dam, mogą być kawalerowie.

- Grimmjow... litości...

- Może Starrka? Jedyny znośny w tym składzie.

- Nie wierzę... A tak w ogóle, to czemu akurat Arrancara? Może jakiegoś Shinigami? O, mam kompromis. Wywołajmy ducha Tōsena, w końcu to jakby wspólny znajomy.

- No nie wkurwiaj mnie, Kurosaki! Teraz jaja sobie robisz?

- Gdzież, poważny jestem... A może Ulquiorrę... No dobra, to przestaje być zabawne.

- Bo ty wszystko potrafisz spieprzyć.

- Grimmjow...?

- No...?

- Więcej tego nie palimy.

- Jaaasne, Kurosaki.


I to by było na tyle. Dzięki Wam, mam nadzieję, że bawiliście się - czytając, tak dobrze, jak ja - pisząc ;)