Część dedykowana Kamykowi, współtowarzyszce męczarni na praktykach, w ramach rekompensaty za znoszenie marudzenia niżej podpisanej, oraz z podziękowaniem za motywację i wiekopomny komentarz. Hell fuckin' yeah!
Beta: Maja ;*
CZĘŚĆ X
„And when she lets me slip away
She turns me on all my violence is gone
Nothing is wrong
I just slip away and I am gone
Nothing is wrong…"*
Tak, jak obiecałem – ja naprawdę czasami staram się dotrzymywać obietnic – po pracy przychodzę do Rona. Łudzę się, że być może nie ma go w domu, wiem jednak doskonale, iż mój przyjaciel ma nocną zmianę, a jest dopiero siedemnasta. A ja powinienem być teraz w zupełnie innym miejscu; Snape nie będzie zachwycony moim spóźnieniem. Chociaż, kiedy się u niego zjawiam, to i tak zachwyt jest ostatnim, czego mogę się spodziewać.
Trochę zły na siebie, wchodzę do kamienicy, w której mieszkają Ron i Hermiona. Od kiedy niby przejmuję się tym, co Snape zrobi lub pomyśli? Czeka na mnie mój najlepszy przyjaciel, w którego życiu ewidentnie dzieje się coś niezbyt dobrego, a ja się tu wdaję w zupełnie idiotyczne dywagacje.
Brawo, Potter, gratuluję sam sobie kwaśno w myślach, idąc po schodach na drugie piętro. Mówi się, że ludzie mądrzeją z wiekiem, jeśli jednak chodzi o mnie, nie byłbym taki pewny.
Dzwonię do drzwi, które Weasley otwiera po niedługiej chwili. Uśmiecha się lekko i patrzy na mnie szaroniebieskimi oczami z wysokości swojego metra dziewięćdziesiąt trzy. Już dawno pogodziłem się z tym, że zawsze będzie wyższy ode mnie.
– Cześć.
– Cześć, Harry. Właź do środka.
Mieszkanie jest bardzo duże i przestronne, z wysokimi sufitami i wielkimi oknami, wychodzącymi na ruchliwą ulicę, co jednak nikomu nie przeszkadza – odpowiednie zaklęcia znakomicie izolują dźwięki. Piękne, stare orzechowe meble, mnóstwo książek zalegających każde możliwe miejsce oraz mugolskie ozdoby obok czarodziejskich przedmiotów tworzą efekt lekkiego, w jakiś pokrętny sposób swojskiego miszmaszu.
– Masz szczęście, że nie widziała cię nasza sąsiadka. – Na twarzy rudzielca pojawił się grymas niechęci. – Ostatnio jest nie do zniesienia.
– Och, masz na myśli tę uroczą staruszkę z mieszkania naprzeciwko? – pytam domyślnie.
– Uroczą? Kiedy ostatnio był u nas George, chciała wzywać policję. Tylko dlatego, że przyszedł w szacie czarodzieja, a potem nieco… hałasował, pokazując nam swój nowy wynalazek…
Prycham śmiechem, podczas gdy przechodzimy do pokoju służącemu Ronowi jako gabinet, składzik przyborów do quidditcha oraz wszelkiej maści rupieci, a także, przypuszczam, miejsce do relaksu. Wnioskuję, że Miony w domu nie ma, inaczej już dawno bym ją zauważył. Przypadek?
– Wiesz, takie są uroki mieszkania w mugolskiej części Londynu – zauważam. – Ukrywanie się, przemykanie, upierdliwe sąsiadki… – Opadam na skórzaną kanapę, a Weasley śmieje się cicho.
– Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Większość mieszkańców naszej kamienicy jest całkiem zwyczajna. – Ron podchodzi do hebanowego, misternie rzeźbionego barku. – Napijesz się czegoś? Może whiskey?
– Nie dzięki. Będę musiał dzisiaj… jeszcze trochę popracować. Muszę mieć jak najbardziej trzeźwą głowę – mówię z pewnym żalem. Gdyby tak stać się nieco mniej świadomym…
Mężczyzna kiwa głową, o nic nie pytając i siada obok. Od dawna wie, że jeśli nie mówię mu o czymś, co dotyczy pracy, mam swoje powody. Chyba dlatego tak dobrze nam się współpracuje i fakt, że – jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi – jestem jego szefem, ani na moment nie zepsuł naszych relacji. Dobrze mieć kogoś, kogo zawsze można być pewnym i na kogo, niezależnie od okoliczności, można liczyć.
Myślę, że właśnie dlatego teraz tu jestem.
– Hermiona jeszcze nie wróciła z pracy?
– Nie, mają jakieś specjalne ćwiczenia. – Wymownie wznosi oczy ku sufitowi. No tak, Miona, jest Niewymowną. To musi być frustrujące, nie móc nikomu nic powiedzieć. I frustrujące też dla jej męża, który musiał pogodzić się z warunkami jej pracy. Patrząc na lekko ironiczny uśmiech Rona, stwierdzam, że wszystko musi mieć swoją cenę. Tak już jest na świecie.
Przez jakieś dziesięć minut gawędzimy o przysłowiowym niczym, po czym nie wytrzymuję.
– Ron, możemy przejść już do tego, po co mnie zaprosiłeś?
– Skąd w ogóle podejrzenie, że zaprosiłem cię po coś konkretnego? – Twarz Rona jest nieprzenikniona.
– Po pierwsze, nie ma tu Hermiony – prycham. – Po drugie, porozmawiać o ostatnim meczu Armat doskonale mogliśmy w pracy. Po trzecie…
– Już dobrze, dobrze, nie nakręcaj się tak. – Weasley krzywi się lekko. – Po prostu chciałem… poradzić się ciebie o coś – kontynuuje. Staram się nie zrobić zbyt głupiej miny.
– Mnie?
– Nie przeginaj z tym entuzjazmem, naprawdę. – Przyjaciel patrzy na mnie z pewną urazą.
– Daj spokój, wiesz, o co mi chodzi… Ja nie jestem odpowiednią osobą do radzenia czegokolwiek komukolwiek. Chyba, że wrogowi. Na litość, przecież ja ledwo daję radę jakoś poukładać własne życie!
– Przesadzasz.
Milczę i niespodziewanie zauważam, że Ron wygląda na cholernie zmęczonego. Jest dziwnie blady, mimo że letnie słońce zdołało mu już przysporzyć nowej dawki piegów, a w kącikach oczu pojawiły mu się pierwsze delikatne zmarszczki.
Gdzieś z głębi trzewi wyrywa mi się ciężkie, posępne westchnienie.
– Może trochę – przyznaję ugodowo. – To co się dzieje z Hermioną?
– Skąd wiesz, że to o nią chodzi?
Klasyczna gra na czas.
– Ron, znam cię. Stąd. – Uśmiecham się półgębkiem.
– Faktycznie, znasz. Chodzi o Hermionę. Chyba zawsze tak było, prawda? – Jego głos jest spokojny, aż za spokojny. To znaczy, że muszę podwójnie mieć się na baczności.
– Mieliście się ku sobie, od kiedy pamiętam – stwierdzam zgodnie z prawdą, wspominając z pewnym rozrzewnieniem ich podchody w ciągu naszych wspólnych ostatnich lat w Hogwarcie.
Milczenie trwające kilkadziesiąt sekund.
– Jakiś czas temu stwierdziliśmy razem z Hermioną, że chcemy mieć dziecko – wypala nagle Ron, ni z gruszki ni z pietruszki, kiej Filip z konopii. – To było… jakieś dwa lata temu.
Mam ochotę coś powiedzieć, ale chwilowo wolę mu nie przerywać. Na pytania przyjdzie jeszcze czas.
– Wiesz, nigdy nie miałem nic przeciwko temu, aby mieć rodzinę, nawet dużą. Miona w końcu też uznała, już po awansie do Departamentu Tajemnic, że na polu zawodowym osiągnęła wystarczająco dużo i nadszedł czas na ważniejsze rzeczy. – Mężczyzna uśmiecha się bez rozbawienia, gorzko. – Niestety, jak możesz zauważyć, nie wszystko poszło… po naszej myśli. Minęło kilka miesięcy, potem następne… i nic. Wtedy zaczęliśmy szukać jakiejś pomocy. U magomedyków. Hermiona namówiła mnie nawet na pójście do mugolskich lekarzy. Jak możesz się domyślić, to nic nie dało, zresztą, ja nigdy nie miałem o nich, tych lekarzach, zbyt dobrego zdania. – W jego głosie dał się słyszeć ślad dezaprobaty. – Oszczędzę ci opisów tego, czego próbowaliśmy, bo mówienie o tym jest bezcelowe. Zasadnicza konkluzja i tak się nie zmieni. Widzisz, nie możemy mieć dzieci. – Przez twarz Rona przeszedł lekki skurcz, niemal natychmiast jednak zniknął.
– Ja… – Czy to w ogóle jest na miejscu, aby go teraz pocieszać? – Dlaczego nic nie powiedzieliście?
– Na początku to była zbyt świeża sprawa. Później… Sam wiesz, że każdy ma swoje problemy.
– Wiem. Wiem też, że powiedzenie komuś o tym niekoniecznie by pomogło… ale… – Przysuwam się do Rona i zaciskam dłoń na jego ramieniu, tuż powyżej łokcia, bezskutecznie szukając odpowiednich słów.
– Harry, do diabła, daj spokój! – Przyjaciel warczy na mnie gniewnie, nie odsuwając się jednak. – Nie opowiedziałem ci tego po to, żebyś mnie teraz żałował. Sam wiesz, że ludziom przytrafiają się znacznie gorsze rzeczy.
– To prawda – godzę się. – Ale rozumiem już, dlaczego Miona się tak ostatnio zachowuje… – zawieszam głos.
Ron przytaknął.
– Przeżyła to bardziej, niż chce przyznać. Nie załamała się, tylko zamiast tego rzuciła w wir pracy. Niby wszystko jest w porządku, ale… Sam nie wiem, czy jest lepiej. Ona angażuje się ostatnio w te wszystkie niebezpieczne, wspaniałe ideologicznie i bezsensowne w odniesieniu do rzeczywistości inicjatywy. Nie chce ze mną rozmawiać o tym, co się z nią dzieje, nie chce z nikim o tym rozmawiać. A moja rodzina też nie jest specjalnie pomocna. Te wszystkie pytania o wnuki… – Mężczyzna kręci głową z westchnieniem. – Dlatego tak rzadko odwiedzamy ostatnio Norę. Powiedzenie o wszystkim matce znacznie uprościłoby sprawę, jednak jakoś… nie mogę się przemóc.
– Rozumiem. A nie myśleliście, no wiesz… o adopcji?
– Jasne, że myśleliśmy. Ja bym chciał, ale nie zdecydowaliśmy się jeszcze ostatecznie.
– Rozumiem – powtarzam po raz kolejny, bezwiednie zaciskając mocniej rękę na ramieniu Rona.
I rozumiem też zachowanie Miony. I to, że Ron to wszystko znosi bez szemrania. I wybacza. I wierzy, że jeśli poczeka, jeśli wytrwają, to wszystko w jakiś sposób się ułoży.
Czy to właśnie ludzie nazywają miłością? Nie wiem, niech mnie piekło pochłonie. Nie znam się na tym i nie lubię nadużywać wielkich słów.
Ale, pomijając wszystko, to naprawdę tak wygląda. Właśnie dlatego można mieć nadzieję, że jakoś się ułoży. Obym się nie mylił.
Dlatego się uśmiecham. Dlatego puszczam rękę Weasleya i żartobliwie, po bratersku rozburzam mu rude włosy, ignorując dość bolesny ucisk gdzieś wewnątrz klatki piersiowej.
– Wiesz co, napiję się jednak tej whiskey.
Alkohol ma piękny, głęboko bursztynowy kolor.
– Harry, nie mów o tym na razie nikomu…
– Zwariowałeś? – obruszam się.
– Nie bardziej niż wszyscy wokół. – Kąciki ust rudzielca unoszą się w nieznacznym uśmiechu.
– Witaj w moim świecie.
*O*
Stoję w przedpokoju, a Snape patrzy na mnie pogardliwie i z lekkim niedowierzaniem.
– Potter, jesteś pijany. Znowu. A w dodatku byłeś dość bezczelny, żeby przyjść tu… w takim stanie. I o tej porze!
– Nie jestem pijany – stwierdzam z pełnym przekonaniem. – Zaledwie lekko wstawiony. Poza tym, bez przesady, nie ma jeszcze dwudziestej pierwszej.
– Ktoś powinien w końcu cię zabić i skrócić moje cierpienia – syczy mężczyzna.
– Marzenie ściętej głowy. – Unoszę brwi. – Poza tym, w końcu przyszedłem…
– I wydaje ci się, że możesz ćwiczyć w takim stanie? Nie przestajesz mnie zadziwiać, a twa inteligencja wprost powala. Chcesz, żebym ci zrobił z mózgu krwawą sieczkę? Tylko dobrze się zastanów nad odpowiedzią, bo nie będziesz musiał mi powtarzać dwa razy.
– Jesteś taki jadowity przez to, że w Hogwarcie byłeś w Slytherinie? – zastanawiam się na głos.
– Nie. To naturalny talent. – Nietoperz nie daje się wyprowadzić z równowagi. – Zejdź mi z oczu, Potter, zanim dasz mi powód, żeby naprawdę cię uszkodzić. Policzymy się, kiedy wytrzeźwiejesz. – Mściwy uśmiech Mistrza Eliksirów jest aż nadto wymowny.
– Ale ja…
– Nie pyskuj mi tu, żałosny idioto! – Snape najwyraźniej traci to coś, co, przy ogromnej mierze dobrej woli, można by nazwać cierpliwością. Zbliża się do mnie i łapie za połę mojej cienkiej, letniej kurtki. – Jeszcze słowo, a naprawdę porozmawiamy inaczej, gwarantuję.
– Hm… Słowo. – Chwilowo nie jestem w stanie się opanować. Ta sytuacja wydaje mi się niesamowicie zabawna.
Bezwiednie wstrzymuję oddech, gdy Nietoperz przyciąga mnie do siebie jeszcze mocniej i zbliża twarz do mojej.
– Doigrałeś się – warczy prosto w moje ucho. Odpycha mnie od siebie, łapie mało delikatnie za ramię i wlecze w kierunku najbliższych drzwi. Mam deja vu.
– Przestań, ty nadęty… – Nie kończę zdania, zdaję sobie bowiem sprawę, że pomieszczenie, do którego brutalnie mnie wepchnięto, jest kuchnią. Kuchnią zaskakująco czystą, ascetyczną, z dużym stołem i prostymi, ciemnymi szafkami. Czyżby ktoś planował mnie zadźgać kuchennym nożem?
– Kontynuuj, Potter. Słucham cię bardzo uważnie. – Wyraz twarzy mężczyzny stał się niebezpieczny. Obserwuję go z mimowolną fascynacją.
– Po co mam kontynuować? Wszyscy wiedzą, że jesteś podłym, fałszywym gadem. – Mimo lekkich oparów alkoholu, w których tkwię, zdaję sobie sprawę, że chyba nieco przeholowałem. Postawa Mistrza Eliksirów, jego mina i wściekłe błyski w oczach zdają się to doskonale potwierdzać. Podchodzi kilka kroków bliżej, a ja, zupełnie mimowolnie i idiotycznie się cofam, uderzając dolną częścią kręgosłupa o blat szafki. – Snape…
Ten facet znów znajduje się niebezpiecznie blisko mnie. Gdzieś na odległych granicach świadomości majaczy mi niejasna myśl, że powinienem wyjąć różdżkę i… I sam nie jestem pewien, co. W mojej głowie pojawia się za to, nie wiedzieć skąd, dość niedorzeczna myśl o tym, że brwi Snape'a są ładne, tak samo jak kości policzkowe i wąskie usta; z tak małej odległości mogę to doskonale stwierdzić. Czuję nieznaczne łaskotanie jego oddechu na policzku. Mężczyzna, nie zmieniając ani na jotę pełnej złości miny, wyciąga rękę, sięgając ponad moją głową i otwiera szafkę, coś z niej wyjmując. Po kilku sekundach przed nosem majaczy mi przeźroczysta fiolka.
Mrugam.
– Wypij to, Potter.
– Nie.
– Ale już! – Nietoperz warczy. – Bo sam ci to wleję do gardła!
– Skąd mam wiedzieć, co chcesz mi zrobić? – Mimo wszystko nie zgłupiałem jeszcze do końca. – Może zamienisz mnie w jakiegoś pieprzonego płaza?
– Ludzkość nie zniosłaby takiej straty. – Snape prycha bardzo obraźliwie i wciska mi fiolkę do rąk. – Zrób to w tej chwili, cholerny smarkaty pijaku!
Chcę zaprotestować, coś jednak zamyka mi usta. Odkorkowuję buteleczkę i przełykam zawartość. Skutkiem są niemal natychmiastowe zawroty głowy, mdłości i gwałtowne pogorszenie samopoczucia.
Odzyskawszy nagle poczucie rzeczywistości i własnej sytuacji, klnę w myślach na czym świat stoi. Nietoperz, który zdążył się już oddalić na przeciwległą stronę kuchni, popatruje na mnie drwiąco, przybrawszy pozę pełną szyderstwa i najwyraźniej czeka, aż coś powiem.
Kaszlę lekko, starając się zignorować nagłą suchość w ustach.
– Nie wiedziałem – zaczynam i niemalże krzywię się na dźwięk własnego głosu – że trzymasz w kuchni Eliksir Trzeźwości. Czyżbyś aż tak często go używał? – Staram się, aby mój ton był możliwie złośliwy.
– Żałosne, Potter. Cóż, na trzeźwo świat jest mniej kolorowy, prawda? I widzę, że twoja brawura też gdzieś zniknęła.
Bodajby szlag trafił Rona i jego whiskey! Przecież on doskonale wie, że mam dość słabą głowę… Alkohol szybko wprawia mnie w stan upojenia, sprawiając, że przestaję działać racjonalnie. I chyba w ogóle myśleć.
Tak, jest mi głupio i wstyd, jeśli o to chodzi. Czy ja się nigdy nie nauczę?
– Czy jest jeszcze coś, co chciałbyś mi powiedzieć, Potter? Jakieś cenne uwagi lub opinie na mój temat? Nowe, zaskakujące nowiny? – Drwiący głos ostrością i twardością przypomina spiż. Mężczyzna niedbale bawi się różdżką.
Całość sprawia dość złowróżbne wrażenie.
– Chyba powinienem cię przeprosić, Snape – mówię, wiedząc, że i tak nie uda mi się ocalić resztek godności. Nie ma powodu do kłótni, zbłaźniłem się na własne życzenie. W dodatku w tak beznadziejny sposób, że aż szkoda słów. Dumbledore byłby ze mnie cholernie dumny, nie ma co. – Moje zachowanie było… zupełnie niedopuszczalne.
Tak, sensacja z ostatniej chwili – szef Biura Aurorów awanturuje się w domu hogwarckiego nauczyciela, cieszącego się niezwykle złą opinią. Co za życie…
A Nietoperz patrzy na mnie wzrokiem pełnym niedowierzania i czegoś jeszcze, jak gdyby spodziewał się z mojej strony zupełnie innej reakcji. Zasadniczo, chyba dałem mu ku temu powody. Nie napawa mnie to dumą. Raczej dziwi mnie, że jeszcze nie oberwałem żadną klątwą.
– Co za łaskawość, doprawdy. Musisz naprawdę czuć się jak idiota, Potter.
Nie mam siły zaprzeczyć. Kac to naprawdę parszywe zjawisko. A teraz jeszcze Snape będzie się nade mną pastwił…
– Nie myślisz chyba… – zaczyna mężczyzna i milknie nagle, jak gdyby w coś zasłuchany, zamyka na moment oczy, marszcząc lekko brwi.
– Co… – zaczynam pytanie, nie kończę go jednak, ponieważ rozlega się głośne pukanie do drzwi wejściowych.
Mógłbym przysiąc, iż Snape westchnął z czymś w rodzaju irytacji, nie wiem jednak, gdzie konkretnie skierowanej.
– To… ja już pójdę – stwierdzam niezręcznie. Doprawdy, chyba nie chcę wiedzieć, jacy goście przychodzą do Mistrza Eliksirów. Każda z możliwych opcji jest dziwnie przerażająca.
Nietoperz skupia na mnie czarne spojrzenie, a jego mina nie wróży mi niczego dobrego.
– Tak, Potter. Tak będzie chyba najlepiej… I wolałbym, żebyś jutro nie pokazywał mi się na oczy.
Bynajmniej nie protestuję, skinąwszy głową. On przynajmniej trochę ochłonie, a ja być może zdołam zatrzeć nieco wspomnienie kolejnej z długiego szeregu upokarzających chwil w moim życiu. Może.
Nie odzywając się, przechodzimy korytarzem do drzwi, które Snape spokojnie otwiera. Co za żenująca sytuacja… Mimo wszystko przybieram na twarz uprzejmy uśmiech, mając nadzieję, iż ten gość będzie osobą, która mnie nie zna. Nie kojarzy. A przynajmniej jest obca, żebym nie musiał się z niczego tłumaczyć, pozostawiając Mistrzowi Eliksirów tę wątpliwą przyjemność.
Gdy jednakże widzę nowoprzybyłego, wkładam wszystkie siły jakie mam w utrzymanie niewzruszonej miny. Jak dobrze, że lata praktyki robią swoje. Niech to wszyscy diabli! Jakie licho przyniosło tu Draco Malfoya?
– Dobry wieczór, Severusie… – Szare oczy rozszerzyły się w widoczny sposób, kiedy mnie zobaczył. – Och. Nie wiedziałem, że masz… gościa.
Zabrzmiało to mocno obelżywie. Od razu nabrałem przemożnej ochoty, aby przemodelować komuś twarz. Albo chociaż wydumane poczucie własnej wartości.
Dlatego mierzę Malfoya spojrzeniem drwiąco-protekcjonalnym, uśmiechając się złośliwie kącikiem ust na widok jego wymuskanej elegancji i ewidentnie bardzo drogiej, choć pięknej, szaty. Kpina. Świat się kończy, przecież nawet Snape nosi dżinsy.
– Malfoy… Kto by przypuszczał, że cię tu spotkam. Jakim cudem wyrwałeś się spod kurateli cudownej mamusi?
Och tak, jestem złośliwy. Wiem, że nadopiekuńcza po śmierci Lucjusza matka to jego czuły punkt. Nic nie poradzę na to, że organicznie nienawidzę tego przylizanego dupka.
– Ja przynajmniej nie jestem winien jej śmierci. – Głos Fretki ocieka złością.
Stara rana. Już dawno przestałem tak myśleć. Ale… Bezwiednie robię pół kroku do przodu, sam jeszcze nie wiedząc w jakim celu – w jakimś jednak na pewno. Przed kolejnym prawdopodobnym skandalem ratuje mnie dłoń Snape'a, zaciskająca się na przedramieniu i jego ostry głos.
– Wystarczy. – Ten ton nie dopuszcza sprzeciwu, jest lodowato zimny. W oczach, oprócz gniewu, ma to niezdefiniowane coś, co zmusza wszystkich uczniów w Hogwarcie do zachowania bezwzględnej ciszy na lekcjach Eliksirów.
Oboje z Malfoyem milkniemy niczym para skarconych dzieciaków. Gdybym nie był tak wkurzony i zakłopotany, to byłoby nawet zabawne.
– Potter, idź. – Zostaję lekko pchnięty między łopatki i wychodzę, skinąwszy Nietoperzowi głową na pożegnanie. Na Fretkę wyniośle nie patrzę.
Co nie znaczy, że się jeszcze nie policzymy.
Do cholery, co ten idiota robi u Snape'a? Bodajby go…
Ależ skąd, wcale nie jestem wściekły, czy coś. To mi nawet na rękę, że przyszedł, przynajmniej Nietoperz nie dostał przeze mnie napadu szału.
Idąc wolno ulicą, robię w myślach krótkie podsumowanie dzisiejszego dnia. Trudno mi wyciągnąć jakieś optymistyczne wnioski, co jest przykre, lecz normalne.
Wracam myślami do Rona i Hermiony. Naprawdę przykra sprawa. Chciałbym im pomóc… jakoś. Nie mam jednak żadnych możliwości, aby to zrobić.
Mam za to lekki żal, że Ron powiedział mi o wszystkim dopiero teraz, chociaż wiem doskonale, jak bardzo osobista to dla nich rzecz. Wygląda na to, że za bardzo przyzwyczaiłem się mieć udział w ich życiu. A kiedy mój przyjaciel w końcu poprosił mnie o radę odnośnie tego, jak pomóc Hermionie, nie potrafiłem zaproponować mu nic, poza numerem telefonu mojego psychiatry.
Żałosne.
Tak mnie to wszystko przybiło, że wypiłem trochę za dużo. Faktycznie mogłem sobie darować pójście do Snape'a, w pewnym momencie jednak przestałem myśleć racjonalnie.
Teraz pozostaje mi tylko złościć się na samego siebie.
Tym mniej więcej torem biegną teraz moje myśli, co nie przeszkadza mi uważnie obserwować ulicy spod wpółprzymkniętych powiek. Przyzwyczajenie.
Zupełnie znienacka zauważam szybko maszerującą po drugiej stronie znajomą postać. No, no. Ciekawe, co on tu robi?
– Cześć, Seamus!
Albo mnie nie usłyszał, albo udaje, że nie słyszy. Przyspiesza kroku. Mam ochotę wzruszyć ramionami, ale nagle trafia mnie jakieś dziwne, złe przeczucie. Nietypowe, nawet jak na mnie. Z czym to może mieć związek?
Nie muszę się specjalnie długo zastanawiać. Praca.
Zatrzymuję się pośrodku chodnika, niezdecydowany. Czyżby odbiło mi na amen? To nie jest aż tak prawdopodobne, jak chciałbym, żeby było.
Zdejmuję okulary i przecieram szkła rękawem.
Być może to paranoja – absolutnie nie wierzę w przeczucia – coś jednak nie daje mi spokoju.
Nic nie szkodzi, jeśli sprawdzę, co się dzieje, o ile dzieje się cokolwiek.
Teleportuję się do Ministerstwa.
Tylko sprawdzę.
*Blur – Beetlebum
