Poranne nagłówki Proroka Codziennego krzyczały. Harry spoglądał na nie z wyraźną niechęcią, bo chociaż według nich dokonał czegoś niesamowitego, osobiście uważał, że Wizengamot przyjął go w poczet swoich członków zgodnie z wcześniejszym planem. Od pięciuset lat z okładem nikt nie dostał się do Rady w ten sposób. Hermiona wspominała mu o czarodzieju, który wymyślił zasadę, na którą się powołali, ale ten mag nadal nie miał dostatecznej mocy, aby Wizengamot ugiął się pod jego żądaniem.
Albo politycznego wsparcia. Harry na pewno takie posiadał oraz to społeczne, sądząc po nagłówkach gazet. Nawet Żongler miał niewielki artykuł o tym wydarzeniu, a Luna przeważnie stroniła od polityki.
- Sprawdziłam plan posiedzeń – poinformowała go Hermiona biorąc niewielki łyk herbaty.
Uniósł brew i spojrzał na nią wymownie. Nie wiedział, że Wizengamot posiada coś takiego.
- Członkowie rady mają obowiązek pojawić się na siedemdziesięciu pięciu procentach posiedzeń w roku. Inaczej jak sądzisz jak wielu z nich siedziałoby w domu pobierając pensję? – spytała spoglądając na niego spod swojej przydługiej już grzywki.
To najwyraźniej było pytanie retoryczne, więc nawet nie kwapił się o jakąś szacunkową wartość.
- Jeśli obowiązek nie zostanie dopełniony, Rada głosuje za wotum nieufności i członek ów jest wydalany bez możliwości odwołania się oraz co ważniejsze, nie może ponownie wrócić do Wizengamotu przez okres pół wieku – ciągnęła dalej. – Nie możesz wytłumaczyć się ciążą – dodała, robiąc głębszy wdech. – Tego nie przemyślałam, ale będziesz potrzebował czasu, aby dojść do siebie. Miesiąc minimum zanim twoja magia wróci do starej kondycji – przyznała.
Harry czuł, że robi mu się słabo.
- Jeśli nie będziesz opuszczał spotkań, zmieścimy się w czasie – powiedziała Hermiona. – Wszystko przeliczyłam i mielibyśmy półtorej miesiąca. Moja data jest wcześniej, ale Wizengamot przyjmie moje zwolnienie lekarskie ze Świętego Munga – wyjaśniła. – Teraz tylko pozostaje pytanie, co tak naprawdę cię interesuje.
Harry nie wiedział kiedy miała czas na to wszystko. Sam zasnął, gdy tylko ekscytacja minęła. Ostatnimi czasy nie miał tak wiele siły jak dawniej i męczył się zaskakująco szybko. Spotkanie z Wizengamotem wyciągnęło z niego ostatki magii, która gdzieś tam jeszcze uchowała się po ataku na Ministerstwo.
- Co znaczy interesuje? – spytał Harry niepewnie.
- Rada nie jest jednolita. Członkowie mają zadania – poinformowała go. – To nie jest powszechna wiedza, ale jednak członkowie rady przeważnie zajmują się swoimi działkami, przygotowując ustawy, a uchwala je większość. Jeśli zostają zatwierdzone przez tę grupę, która jest wyspecjalizowana w danej dziedzinie, pozostali członkowie Wizengamotu ufają ich osądowi. Dlatego Voldemort z taką łatwością nimi manipulował. Wystarczył niewielki nacisk na staruszków i odwracali głowy – dodała Hermiona.
Harry polizał usta, zastanawiając się nad tym jak będzie wyglądała ich przyszłość. Nie miał szerokiej wiedzy o czarodziejskim świecie i zaczynał dziękować zrządzeniu losu, że Hermiona wraz z nim rozpocznie tę nową drogę. Podejrzewał, że Wizengamot nie zajmował się organizacją Mistrzostw Quidditcha i jego wyspecjalizowana wiedza na ten temat, na pewno się nie przyda. Wizengamot był jednak jak drużyna – każdy miał co prawda inne zadanie, ale jednak musieli działać razem, aby wygrać. I to w pełni rozumiał.
- Lucjusz jest odpowiedzialny za kontakty Wizengamotu z prasą, strategię długoterminową – poinformowała go.
- Strategię? – spytał, nie bardzo rozumiejąc.
- Wojna. Kwestia zabezpieczenia czarodziejskiego społeczeństwa na wypadek ataków. Kontakty z Biurem Aurorów oraz Minister Magii – uściśliła. – Wszystko co ważne – dodała, aby to było wiadome.
Harry wcale nie spodziewał się niczego innego. Lucjusz znał się na tym i odwalił kawał dobrej roboty. Wizengamot nie był postrzegany już jako relikt przeszłości. W czasach Knota nie uchwalono żadnej interesującej ustawy, tymczasem teraz opinia publiczna była na bieżąco informowana o pracach Wizengamotu.
- Jestem zorientowany w strategiach obronnych – zaryzykował, ponieważ taka była prawda.
Wielu myślało o nim jak o szukającym i przyszłym aurorze. Sam pozwolił się zamknąć w tych niewielkich szufladkach i nie żałował.
- Nie doceniasz się – odparła Hermiona. – Myślałam, że może zajęlibyśmy się prawem rodzinnym – dodała, przygryzając wargę.
- Ze względu na rozwód? – spytał szczerze.
Hermiona pokiwała przecząco głową.
- Dostanę ten rozwód, ale jestem jedną z nielicznych, którym się to uda. Kobieta w czarodziejskim świecie nie ma za wielkich praw. Przez to, że Wizengamot nie uchwalił niczego w tym kierunku od setek lat, jesteśmy zdane na mężczyzn. Nie ma oficjalnych zapisów, że wolno nam pracować. Dzieci, które rodzimy nie mogą dostać naszych nazwisk, nawet jeśli ich ojciec ich nie chce i nie zamierza wychowywać. Albo jest przestępcą – dodała.
Harry nie chciał nawet myśleć o dzieciach tych wszystkich śmierciożerców, które miały wyjść z sierocińców czy uczyć się w Hogwarcie. Nazwisko faktycznie bywało kamieniem u nogi, wiedział o tym sam doskonale. Z drugiej strony wątpił, aby czystokrwisty Wizengamot tak łatwo się dał przekonać. Dla nich więzy rodzinne były najważniejsze, a drzewa genealogiczne wisiały zapewne w głównych salach ich posiadłości. Nie negował tego, ale jednak dzieci Avery'ego powinny mieć czysty start – należał się im po okropnościach wojny, które uderzyły w nich z taką samą mocą jak w innych.
- Dobrze – powiedział szybko.
Hermiona spojrzała na niego niepewnie.
- To nie będzie interesujące – ostrzegła go lojalnie.
- Wiem – odparł i wzruszył ramionami. – Ale potrzebne.
Jego przyjaciółka uśmiechnęła się lekko z wdzięcznością.
- Chcesz tej ustawy z jakiś innych względów? – spytał ostrożnie.
Nigdy nie był zbyt subtelny, ale wśród przyjaciół nie musiał się z drugiej strony tak starać. Hermiona obrażała się wyłącznie, gdy ją okłamywał. Prawda nie stanowiła dla niej problemu i przeważnie, gdy nie chciała o czymś rozmawiać, ucinała temat.
- Nie wiem – przyznała, robiąc głębszy wdech. – Dla mnie jest za późno. Ustawa nie obejmie takiej sytuacji jak moja i Rona – przyznała.
- Sytuacji – powtórzył niczym echo, czekając na jej kolejne słowa.
- Wiesz dlaczego kobiety zaczęły pracować? – spytała, zmieniając nagle temat. – Ponieważ mężczyźni ginęli na wojnie. Niezależnie od tego czy działo się to w mugolskim świecie czy tutaj. Zawsze chodziło o jedno i to samo; przeżycie. Czasami robisz dokładnie to; starasz się po prostu przeżyć – dodała wzruszając ramionami.
Harry zmarszczył brwi.
- Nie rozumiem – przyznał szczerze.
- To dobrze, Harry – powiedziała, patrząc prosto w jego oczy.
- Nie, ja rozumiem tę kwestię z przeżyciem. Nie rozumiem jaki to ma związek z Ronem – uściślił.
- Małżeństwo jest jak wojna – powiedziała krótko.
Harry przygryzł wargę, orientując się nagle, że Hermiona od dłuższego czasu nie mówi o miłości. Ron zawsze był tym bardziej emocjonalnym z ich dwójki. To on przytulał ją nawet, gdy jego czułości ją peszyły. Ona natomiast po prostu patrzyła na Rona z błyskiem w oku, którego już nie było. I Harry nie miał pojęcia, kiedy to wszystko zniknęło.
- Nawet nie rób takiej miny – dodała pospiesznie. – To nie jest twoja wina, że moje małżeństwo się rozpadło.
Pokiwał głową, chcąc otrząsnąć się z nieprzyjemnych myśli.
- Każde małżeństwo tak wygląda? – spytał niepewnie.
Nigdy nie zastanawiał się nad istotą ślubu. Czarodzieje tej samej płci po prostu mieszkali ze sobą. Najważniejsza i tak była magiczna więź, która tworzyła się z czasem. Składanie sobie przysiąg raz na całe życie wydawało mu się mocno nie na miejscu. Gdyby kogoś kochał, składałby takowe mu każdego dnia. O poranku raz, a potem wieczorem udowadniałby, że warto z nim być, ponieważ miłość zawsze wydawała mu się mocno związana z poświęceniem. Poświęcaliby się sobie wzajemnie. I to właśnie byłoby piękne, że nie musieliby o to prosić.
Przed oczami stanął mu nagle Lucjusz, który pomimo ciemności i pijackiej nieporadności i tak starał się go ułożyć w ten sposób na łóżku, żeby to było jak najbardziej dla niego wygodne.
- Nie wiem Harry – przyznała Hermiona.
I dziwnie było słyszeć te słowa w jej ustach.
- Moje małżeństwo wyglądało właśnie w ten sposób – dodała. – Innego nie znam.
ooo
Weekend spędził nad historią Wizengamotu, ponieważ jak wszystko w czarodziejskim świecie, Rada też posiadała kilka tomów opiewających ich wzloty i upadki. W odróżnieniu jednak od tej hogwarckiej czy magicznej edycji, Harry naprawdę rozsmakował się w perypetiach rady. Nie wiedział, że możliwe było jej odwołanie. Sądził, że Wizengamot był wieczny, ale najwyraźniej się mylił.
Nie było w oczywisty sposób nakreślone kto do jakiego stronnictwa należał, ale Hermiona miała rację. Nawet w wiekach poprzednich poszczególni członkowie rady mieli swoje zadania i starali się je wypełniać jak mogli. Dlatego przeważnie niektóre z dziedzin życia kulały. Wizengamot bowiem najaktywniej działał w okresie wojny i to on stworzył Biuro Aurorów, którzy mieli sprawować porządek na ulicach czarodziejskich. Wizengamot jednak miał wciąż możliwość powołania pod różdżki wszystkich dorosłych czarodziejów, którzy ukończyli szkołę w razie gdyby nastąpiło jakieś zagrożenie.
Nie chciał się nawet zastanawiać dlaczego pod Hogwartem w czasie bitwy nie było prawie nikogo. Nie wiedział jak daleko śmierciożercy zinwigilowali radę, ale nie słyszał o zatrzymaniach. Wizengamot byłby skończony, gdyby społeczeństwo dowiedziało się o zdradzie sięgającej tak wysoko.
Hermiona siedziała na kanapie, skupiona na spisywaniu swoich wspomnień z bitwy. Udało się ocucić kolejnych dwóch członków Zakonu Feniksa, co uważała za osobisty sukces.
- Ilu członków Wizengamotu zostało wymienionych? – spytał ciekawie.
Wciąż uczył się nazwisk tych obecnych, którzy w poniedziałek mieli stać się jego kolegami. Swingwood – przewodniczący rady był łatwy do zapamiętania. Był najstarszym członkiem Wizengamotu i wyglądał tak, jakby w każdej chwili miał się wywrócić. Harry pamiętał wyraźnie, że jego dłonie trzęsły się, ale to było mylące. Od mężczyzny biła aura pewności siebie i dziwnej siły. Harry nie znał jej źródła, ale podejrzewał, że Swingwood miałby im naprawdę wiele do opowiedzenia o swojej młodości.
- Co ci chodzi po głowie? – zainteresowała się Hermiona.
- Jak usunięto poprzednich członków? – spytał wprost.
Nie było żadnych wzmianek w prasie z tego okresu. Pamiętał jedynie, że przedstawiono nowy skład rady w chwili, gdy rozszerzano jurysdykcję aurorów. Biuro miało prawo zaglądać do skrytek w banku Gringotta i chociaż gobliny nie były zadowolone, to naprawdę było konieczne. Zamrożono fundusze śmierciożerców, aby utrudnić im ukrywanie się i działalność.
- Nie żyją – powiedziała Hermiona. – Kilka samobójstw – dodała.
Harry otworzył szeroko usta, ale żaden dźwięk się przez nie nie przedostał.
- Samobójstw? – spytał z niedowierzaniem.
- Uwierz mi, że to były samobójstwa. Nie upozorowano tego w ten sposób – poinformowała go przyjaciółka. – Voldemort część z nich trzymał pod [i]Imperio[i/i] i kiedy zdali sobie sprawę z tego do czego doprowadzili… - urwała sugestywnie.
- Samobójstwo – powtórzył Harry, czując nagłą suchość w ustach.
- Inni zostali usunięci w drodze tajnego głosowania. Pozostałych Lucjusz powiadomił o czekających na nich celach w Azkabanie jeśli będą dalej działali na niekorzyść czarodziejskiego społeczeństwa – dodała.
Harry zmarszczył brwi.
- Skąd to wiesz? – spytał, nie wiedząc nawet czy chce dostać odpowiedź.
- Hesper pomagał mu wynajdywać tych ludzi. Członkowie Wizengamotu, którzy wiedzieli, że będą mieli kłopoty po tym jak wojna się skończyła, rozpierzchli się po świecie. Niewymowni świadczą różne usługi – wyjaśniła, wzruszając ramionami. – To jednak nie był projekt naszego departamentu, więc…
- Nie jest utajniony – dokończył za nią.
ooo
Harry czuł, że pierwsze spotkanie z Wizengamotem nie przebiegnie tak łatwo. Weszli z Hermioną do środka i niemal natychmiast zamarli, ponieważ głosy w sali ucichły. Harry czuł się obserwowany dokładnie tak jak wtedy, gdy przemierzył całą Wielką Salę, a Tiara miała poinformować ich wszystkich, do którego Domu będzie przynależał. Tutaj odczuwał podobne oczekiwanie.
Nie musiał też nawet odwracać głowy, żeby wiedzieć gdzie znajduje się Lucjusz.
Hermiona rozejrzała się wokół, a potem skinęła kilku osobom głową, jakby niemo witała się ze starymi znajomymi. Jej czarodziejska szata kryła ciążowe krągłości, ale on zdecydował się na garnitur. Naprawdę czuł się o wiele lepiej w mugolskim ubraniu i chociaż wpatrywano się w niego z dezaprobatą, nie chciał, aby pomyśleli nawet przez sekundę, że ma zamiar grać w stu procentach według ich zasad. Nie był tradycjonalistą, a czarodziejski świat znał od niedawna. Chciał go reformować, a nie trwać w zaskorupiałych regułach, które sięgały czasów Merlina.
Zacisnął dłonie na notatniku, który wziął z domu i podążył za przyjaciółką, która już wspinała się po niewielkich stopniach.
Swingwood odchrząknął, zwracając na siebie uwagę wszystkich.
- Dzisiaj omawiamy roszczenia Biura Aurorów – rozpoczął mężczyzna. – Przypominam, że na poprzednim spotkaniu uznaliśmy, że musimy rozważyć ten projekt. Pytanie jednak kto miałby nadzorować prace aurorów – dodał przewodniczący.
- Rozszerzaliśmy ich uprawnienia dwukrotnie podczas tego roku – powiedział ktoś.
- Zrobimy to ponownie, jeśli będzie to konieczne – rzucił Swingwood.
- I utworzymy oddział, który będzie miał nieograniczone kompetencje, a którego metody już teraz pozostawiają wiele do życzenia – wtrącił Lucjusz.
- Co masz na myśli? – spytał Harry, nie mogąc się powstrzymać.
Lucjusz spojrzał na niego, jakby nie spodziewał się, że Harry w ogóle zabierze głos podczas tego spotkania.
- Trzy dni temu podczas przesłuchania pobito na śmierć oskarżonego – poinformował ich Lucjusz. – Oczywiście był śmierciożercą, ale jednak aurorzy posunęli się o krok za daleko.
- Dlaczego nie zastosowano Veritaserum? – spytała Hermiona.
- Przesłuchiwany był oklumentą i legilimentą – odparł Lucjusz.
Kilka osób z lewej zaczęło prowadzić ożywioną rozmowę, z której Harry wychwycił jedynie tyle, że śmierć zwolennika Voldemorta to nie była wielka strata dla społeczeństwa. Azkaban był przepełniony, a kolejnych więźniów przybywało.
- Czy w Biurze Aurorów nie mają legilimenty? – pytała dalej Hermiona.
- Podejrzewam, że nikogo z takim doświadczeniem, aby przesłuchiwanie w ten sposób było możliwe – odparł Lucjusz.
- Poza tym to jest nielegalne – dodał Swingwood.
- Bardziej nielegalne niż mordowanie bezbronnego człowieka? – spytała Hermiona i Harry miał ochotę przybić jej piątkę.
Sala zawrzała, najwyraźniej nie spodziewając się takiego obrotu sprawy. Śmierciożerców przestano traktować jak ludzi podczas procesów, gdy nawet nie pytani, szczerze opowiadali o tym jak gwałcili i torturowani całe czarodziejskie rodziny. Członkowie niektórych z tych rodów, byli podczas rozpraw, ale szybko procesy zaczęły odbywać się za zamkniętymi drzwiami. Harry był jednak na znakomitej większości, podobnie jak Hermiona i Ron. Zetknęli się z tak sporą liczbą śmierciożerców, że prawie zawsze zeznawali. Harry najczęściej jednak pozwalał korzystać ze swoich wspomnień w myślodsiewni.
- Bezbronnego? – prychnęła jakaś kobieta.
Hermiona spojrzała w jej kierunku z wyraźnym zainteresowaniem w oczach.
- Jesteśmy tutaj, ponieważ żądamy zemsty czy chcemy nowego porządku w świecie? – spytała jego przyjaciółka spokojnie. – Zamordowano człowieka. Zrobili to ludzie, którzy mają nas chronić. Tak to wygląda z punktu prawa. Z punktu widzenia nas, tych, którzy prawo ustanawiają – ciągnęła dalej. – Z punktu widzenia Biura Aurorów też poniesiono porażkę, ponieważ martwi nie mówią. Nie zdobyto zeznań, które być może doprowadziłyby nas do kolejnej grupy, którą należy jak najszybciej zlikwidować.
- Jest pani zatem za odrzuceniem roszczeń? – spytał Swingwood, aby być pewnym.
- Nie, jestem za zmodernizowaniem Biura Aurorów, skoro ich metody nie skutkują – odparła spokojnie.
Harry starał się ukryć uśmiech, ale nie wyszło mu to najlepiej.
- Korzystacie z mugolskich metod podczas, gdy magia daje tyle możliwości – dodała Hermiona.
Lucjusz przyglądał się ich dwójce przez dłuższą chwilą, a potem Harry zobaczył jak głowa mężczyzny kiwa się lekko, jakby Malfoy nieświadomie zgadzał się z tezami jego przyjaciółki.
- Należy wyposażyć Biuro w nowe środki – stwierdził Lucjusz.
- Nie mamy pieniędzy na nowe kursy – powiedział ktoś bardzo wyraźnie.
- Ministerstwo ma jeszcze rezerwy – poinformował ich Swingwood. – Porozmawiasz z Amelią na ten temat, Lucjuszu? Od niej będzie zależało czy w Biurze Aurorów zostaną podniesione kwalifikacje.
ooo*
Lucjusz nie mógł nadziwić się temu jak Potter odpowiednio wyglądał na obitym pluszem krześle. Wizengamot wprawiał ludzi w zakłopotanie, ponieważ przeważnie w powietrzu unosiły się drobinki ich magii, tworząc stosunkowo dość gęstą atmosferę. Samo pomieszczenie zostało pomyślane tak, aby tylko intensyfikować wrażenie, ponieważ chcieli, aby petenci ustępowali przed ich połączoną mocą.
Przyzwyczajenie się do tego jednak zajmowało trochę, a Potter siedział niewzruszony na swoim miejscu i obserwował ich z wyraźnym zainteresowaniem. Granger wzdrygała się od czasu do czasu i pocierała swoje ramiona, jakby chciała zetrzeć ze skóry magię, ale to było normalne. Każdy z nich przeżył coś podobnego, chociaż Lucjusz nigdy nie dał tego po sobie poznać.
Spotkanie dobiegało końca. Przewodniczący spoglądał na nowo przybyłych, jakby oczekiwał od nich jakiegoś znaku. Nie wymagano tego oczywiście od Pottera, ale byłoby dobrze widzianym, gdyby przedstawił swoje stanowisko w stosunku do obecnego stanu czarodziejskiego społeczeństwa. Wizengamot nie ukrywał, że zamierza zrewolucjonizować i unowocześnić urzędy, które pozostawały nietknięte przez lata reformami. Banki wyrwały się spod ich kurateli jeszcze przed wiekami, a kwestia wilkołactwa wciąż pozostawała przemilczana, a tymczasem Fenrir pogryzł tak wiele dzieci, że zamierzano utworzyć z nich osobną klasę w Hogwarcie, co Lucjusz osobiście uważał za nie do przyjęcia.
- Proszę o zabranie głosu – powiedziała Granger niespodziewanie.
Teczka w jej dłoni zdawała się pełna dokumentów. Draco zapewne pomyślałby od razu, że dziewczyna zamierza podjąć temat skrzatów, ale Lucjusz wiedział doskonale, że Granger nie była tą samą żyjącą marzeniami Gryfonką.
- Oczywiście pani Weasley, mównica należy do pani – powiedział Swingwood.
- Granger-Weasley lub po prostu Granger – poprawiła go kobieta, prostując się nieznacznie.
Spojrzała na przewodniczącego, jakby spodziewała się oporu z jego strony, ale tej po prostu skinął głową.
- Przygotowaliśmy dość długą przemowę – zaczęła Granger, zerkając na Pottera, ale nikt nie miał wątpliwości, że ta dwójka zamierzała współpracować. – Aczkolwiek wiem, że spotkanie przedłużyło się, więc nie chcemy zabierać państwu więcej czasu. Chcielibyśmy złożyć wniosek o rozpoczęcie prac nad nowelizacją ustaw dotyczących praw kobiet oraz dzieci, ponieważ wojna postawiła nasze społeczeństwo w sytuacji, gdzie ci najsłabsi muszą mierzyć się z największymi problemami – odparła.
- Kto miałby się tym zająć? – spytał Swingwood.
- Ja oraz Harry Potter – odpowiedziała, wyciągając jednocześnie ze swojego notatnika całkiem sporej długości pergamin, który rozwinął się leniwie.
- Jaki byłby przedmiot tych prac dokładnie? – zainteresował się przewodniczący.
Granger zawahała się po raz pierwszy i odchrząknęła.
- Wiele dzieci urodziło się w czasie wojny oraz bezpośrednio po niej, które zostały poczęte wbrew woli matek. Zgodnie z czarodziejskim prawem noszą teraz nazwiska ojców, czyli śmierciożerców, którzy wybili ich rodziny, gwałcili i przynieśli wyłącznie zło. Chcielibyśmy przede wszystkim znieść prawo nakazujące nazywanie dzieci nazwiskami ojców, o ile matki tych dzieci oraz ich ojcowie nie będą co do tego zgodni. Podobnie rzecz ma się z majątkami śmierciożerców. Nie możemy sądownie pozbawić ich pieniędzy. Jedynie zamroziliśmy ich konta. Chciałabym, aby kobiety pokrzywdzone przez śmierciożerców i wychowujące dzieci, które są potomkami tych mężczyzn, dostały zadośćuczynienie oraz alimenty zasądzone przez nas – wyjaśniła.
W sali zrobiło się tak cicho, że Lucjusz prawie słyszał skrobanie pióra Pottera, chociaż coś mówiło mu, że chłopak głównie zajmował swój czas. Nie mógł powiedzieć tego o innych równie wstrząśniętych. Nigdy jeszcze nie posunięto tak daleko idącej propozycji.
- Ta ustawa dotyczyłaby tylko majątków śmierciożerców? – spytał Handit.
Jego nalana twarz wyglądała nieprzyjemnie nawet z tej odległości. Granger spojrzała na niego z wyraźnym wyzwaniem w oczach.
- Nie. Dotyczyłaby wszystkich kobiet, które poczęły nieślubne dzieci oraz tych, które rozwiodłyby się – odparła Hermiona.
- Chyba nie sądzi pani, że… - zaczął Handit.
- Sądzę, że skoro praca nad dzieckiem wymaga dwójki osób powinni również finansowo dzielić obowiązki – weszła mu w słowo kobieta. – Jesteśmy lata świetlne za mugolami. Tam takie prawo działa od dziesiątków lat.
Handit wyglądał przez chwilę, jakby miał dostać zawału i Lucjusz współczuł zarówno jemu jak jego wielu kochankom.
- Popieram – wtrąciła Summerby i coraz więcej głosów odzywało się tuż za nią.
Niemal cała żeńska część Wizengamotu zdawała się być zgodna co do tej części. Swingwood wyglądał na mocno poruszonego. Zapewne jak większość z obecnych sądził, że Potter zainteresuje się częścią wojenną ich działalności, ale chłopak już wtedy w domu Amelii twierdził, że chce się wycofać.
- Popieram – powiedział Lucjusz spokojnie, a jego zwolennicy niemal natychmiast wznieśli różdżki, aby tylko potwierdzić, że ta grupa również jest za nowelizacją ustawy.
