"Czerwony błękit" cz. X by Miko-chan
Kolejny jubileusz, to już dziesiąty odcinek i wszystko wskazuje na to, że powoli zbliżamy się do kulminacji tej opowieści (cieszycie się, prawda?). W poprzedniej części powiedziałam, że co ma wisieć, nie utonie, więc dalej ruszamy z tym koksem. Miłej lektury.
"Czerwony błękit" (nie, to nie jest błąd)
W mrocznym pokoju oświetlanym jedynie przez mdłą poświatę od monitora, siedziała młoda dziewczyna. Spokojnie patrzyła na mężczyznę, który nerwowo przemierzał niewielkie pomieszczenie. Miał on charakterystyczne niebieskie pasy na twarzy. Był wyraźnie zły i roztrzęsiony, gdyż co chwila w coś uderzał lub zrzucał jakieś przedmioty. W końcu, gdy figurka przedstawiająca bałwanka roztrzaskała się na podłodze, dziewczyna straciła nieco cierpliwość.
- Byłabym wdzięczna, gdybyś szanował moją własność. - Powiedziała łagodnie.
Mężczyzna spojrzał na nią z wyrzutem, a potem spuścił głowę.
- Usiądź. - Wskazała mu kanapę naprzeciw siebie.
Bez słowa wykonał polecenie. Milczenie trwało dłuższą chwilę, a on coraz silniej zaciskał pięści. W końcu nie wytrzymał, spojrzał na dziewczynę i niemal wykrzyczał.
- Co mam zrobić?!
- Przede wszystkim musisz zachować spokój.
- Nie potrafię! Muszę działać, każda chwila jest cenna!
- Wiem, ale pochopne działanie doprowadzi do zguby ciebie i twoich braci.
Mężczyzna ciężko westchnął, a potem zacisnął zęby i wyszeptał.
- W każdej sekundzie czuję ból, jaki ona im zadaje i wiem, że długo już tego nie wytrzymają. Ona ich zgładzi, tylko po to, by zaspokoić własny gniew.
- Rozumiem. Zdaję sobie sprawę, jak silna więź was łączy i jak bardzo chcesz ocalić braci. - Mówiąc to wstała, podeszła do mężczyzny i położyła mu dłonie na ramionach. - Pomogę ci.
- Jak?
- Sama nie mogę opuścić tego miejsca, ale wiem jak można zaradzić twoim problemom. To nie będzie proste i będziesz musiał zrobić coś, co jest wbrew naturze Mazoku, ale poradzisz sobie. Bo przecież dla ratowania braci, jesteś w stanie poświęcić swoją demonią dumę, prawda Teo?
Przez dłuższą chwilę stała w bezruchu tuż koło drzwi. Jej wzrok skupiony był na nieproszonym gościu, a serce waliło niespokojnie.
"Jednak przyszedł" pomyślała i zacisnęła nieświadomie dłonie w pięści.
- Czego chcesz? - Spytała przerywając nieprzyjemną ciszę.
Nic nie odpowiedział, jedynie zeskoczył z parapetu i podszedł bliżej. Był niezwykle poważny, a jego otwarte oczy przyprawiały ją o ciarki, nie podobało jej się to spojrzenie.
W końcu stanął krok przed nią i zlustrował ją wzrokiem.
- Sam zastanawiam się dlaczego tu jestem. - Odparł cierpkim głosem.
- Wybacz, ale w takim razie ja tym bardziej nie mogę tego wiedzieć. - Mówiła pewnie, choć nogi dziwnie jej drżały.
Mazoku nachylił się, opierając rękę o drzwi, które były tuż za jej plecami.
- Powinnaś być z siebie dumna, Fi. Osiągnęłaś coś, co wydawało się zupełnie niemożliwe. Sprawiłaś, że stoję tutaj, jak ostatni kretyn i gadam te brednie.
Smoczyca poczuła się osaczona, on był stanowczo za blisko. Mimo to nie zamierzała tak łatwo ustąpić.
- A więc to cię boli. - Rzuciła z ironią dzielnie znosząc jego spojrzenie. - Nagle okazało się, że nie jesteś niezastąpiony. Wybacz, ale chyba nie sądziłeś, iż będę czekać wiecznie.
- W czym niby ten niedorobiony mag jest lepszy ode mnie?
Słysząc to Filia nie potrafiła powstrzymać złośliwego uśmiechu..
- Nigdy byś tego nie zrozumiał, w końcu jesteś tylko Mazoku, a one nie znają się na takich rzeczach.
Smoczyca chciała się wydostać z tej pułapki, ale ręka Xellosa zagradzała jej przejście.
- Zabierz rękę. - Warknęła patrząc na niego wojowniczo.
- Nie. - Padła lakoniczna odpowiedź.
W tym samym momencie Demon przycisnął smoczycę do drzwi i mimo protestów, pocałował ją.
Trwali tak dłuższą chwilę, w końcu jednak Xellos puścił ją, a wtedy stało się coś niespodziewanego. Filia zaczęła się śmiać. I nie był to złośliwy czy sarkastyczny śmiech, ale taki który wyrażał tylko i wyłącznie radość. Powagę na twarzy Mazoku zastąpiło zaskoczenie. Przez moment patrzył na nią w osłupieniu nie rozumiejąc jej zachowania. Spodziewał się wszystkiego, ale nie takiej reakcji.
- Wygrałam. - Powiedziała, gdy zdołała opanować rozbawienie. - Mistrz marionetek sam wpadł we własne sidła i nadal jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.
Tym razem to Xellos poczuł się niepewnie, gdyż coraz bardziej tracił panowanie nad sytuacją. Mówiąc szczerze, nie rozumiał co Filia ma na myśli, a ta nie kwapiła się by wszystko wytłumaczyć.
- Teraz wyglądasz naprawdę zabawnie. - Mówiła uśmiechając się szeroko. - Masz szczęście, że nie jestem taka okrutna, jak ty, bo wtedy zostawiłabym cię w tej niepewności.
- Więc co tu się dzieje? - Spytał starając się ukryć zmieszanie.
- To wszystko było ukartowane, mój drogi. - Powiedziawszy to musnęła go koniuszkiem palca w nos, na co on odsunął się gwałtownie. - A ty wpadłeś prosto w pułapkę, którą na ciebie zastawiliśmy.
- Pułapkę?
- Tak chyba najtrafniej można to nazwać. Ostatecznie wszystko poszło po naszej myśli, a to, że tu jesteś jest zwieńczeniem całej intrygi. Mówiłam przecież, że nie zamierzam czekać na ciebie wiecznie i właśnie osiągnęłam ten cel.
- Chcesz powiedzieć, że…
- Że Edward jest tylko moim przyjacielem, który podrzucił mi pomysł, jak zmusić cię w końcu do działania.
Xellosa normalnie zatkało.
- Czyli wychodzi na to, że jesteś małym, podstępnym smokiem. - Powiedział po chwili, a jego wyraz twarzy powoli wracał do normy.
- Żebyś wiedział. - Stwierdziła, a figlarny uśmiech nie znikał z jej twarzy. - Nigdy mnie nie doceniałeś, a wierz mi, jeśli potrzeba potrafię być równie przebiegła ja ty. Poza tym obserwowanie jak coraz bardziej zżera cię zazdrość był naprawdę zabawne. Edward miał sporo racji mówiąc, że czekanie aż wreszcie sam wszystko zrozumiesz jest bezcelowe. Stąd zaproponował, żeby uderzyć w twoją ambicję. Przecież to widać na pierwszy rzut oka, że uważasz się za kogoś znacznie lepszego niż on, dlatego musiało być dla ciebie ciosem, że wybrałam zwykłego śmiertelnika. Zazdrość absolutnie nie jest pozytywnym uczuciem, stąd znacznie łatwiej zdołała się przebić do twojego zatwardziałego umysłu.
- Nie jestem zatwardział i wbrew pozorom potrafię przyznać się do porażki.
- Doprawdy?
- To, że tu jestem właśnie o tym świadczy.
Filia nagle spoważniała.
- Pozostaje jedynie pytanie, jakie wyciągniesz z tego wnioski.
Tym razem to Mazoku uśmiechnął się przebiegle.
- No, cóż... wnioski nasuwają się same.
Mówiąc to z powrotem podszedł bliżej i nachyliwszy się wyszeptał jej do ucha.
- Zastanawiam się tylko, czy jutro powinienem Edwarda zabić czy mu podziękować.
Smoczyca spojrzała na niego z rozbawienie i zamiast odpowiadać po prostu go pocałowała.
Niestety potem brutalnie wyrzucili autorkę z pokoju, dlatego nie mogła opisać tego co działo się dalej. No, ale w końcu macie wyobraźnię, więc sobie wyobraźcie.
- Co powiemy reszcie?
- Nic, niech gryzą się w domysłach.
- Jesteś okropny.
- Wiem.
Następnego dnia rano, gdy Edward wyszedł z pokoju zobaczył, że na korytarzu, oparty o ścianę, stoi Xellos i najwyraźniej czeka na niego. Ponieważ egzorcysta nie był pewien czego się spodziewać, przez chwilę stał w milczeniu, ale potem uśmiechnął się i podszedł bliżej.
- Nadal nie wiem - zaczął bez wstępu Mazoku - czy powinienem ci przyłożyć, czy poklepać cię przyjacielsko po ramieniu.
- Wolałbym uniknąć zarówno jednego, jak i drugiego.
- Tak też sądziłem. - Teraz i Xellos się uśmiechnął, choć nieco bardziej przebiegle. - Podjąłeś spore ryzyko, wiedząc że sam nie będziesz mieć z tego żadnych korzyści. Typowo ludzkie zachowanie.
- Typowo demonie rozumowanie. Może nie zyskałem żadnej korzyści, ale przynajmniej mam satysfakcję.
- Skoro tak twierdzisz. - Mazoku wzruszył ramionami. - Tak czy inaczej wykazałeś się sporą odwagą albo głupotą w zależności jak na to spojrzeć.
- Ryzyko było kalkulowane.
- Tak samo jak w czasie walki z Demonami, kiedy zdecydowałeś się użyć Miecza Kłamstwa? Wiedziałeś, że w okolicy znajdziesz świątynię, która zniweluje działanie klątwy, prawda?
Z twarzy Edwarda w jednej chwili znikł uśmiech i mag poważnie spojrzał na Mazoku.
- Wtedy nie było czasu na kalkulacje. - Odparł i ruszył w stronę schodów.
- Jeszcze jedno. - Zatrzymał go Xellos. - Jak wytłumaczysz to, że w promieniu wielu kilometrów od pola bitwy nie ma żadnej świątyni białej magii?
Egzorcysta zatrzymał się i przez chwilę milczał. Potem spojrzał na Demona uśmiechając się podstępnie i parodiując jego zachowanie odparł.
- To tajemnica.
Cała drużyna, wraz z nieodłączną i nader irytującą Lezą, siedziała w gospodzie i spożywała posiłek. Choć określenie spożywała jest niezbyt trafne w przypadku Liny i Gourrego. Ci dwoje jak zwykle pochłaniali nieziemskie ilości jedzenia w zawrotnym czasie. Pozostali w milczeniu przyglądali się temu zjawisku. Zwłaszcza Filia była bardzo milcząca i tylko rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę egzorcysty, który od razu zrozumiał co ma na myśli i jedynie uśmiechnął się przyjaźnie. Chwilę później dołączył do nich Xellos i jakby nigdy nic usiadł na miejscu koło smoczycy, a ta udała, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Przyjaciele spojrzeli po sobie zdziwieni, ale nikt nie odważył się tego skomentować. No, prawie nikt.
- Czyżbyście mieli zawieszenie broni? - Spytała Leza, kończąc właśnie tabliczkę czekolady.
- Można tak powiedzieć. - Odparła cicho smoczyca, czując że zaczyna robić się czerwona.
- Wczoraj wieczorem doszliśmy do porozumienia i dogłębnie przeanalizowaliśmy różnice między nami, które leżą u podstaw tego konfliktu. - Stwierdził Mazoku znad filiżanki herbaty.
- Dogłębnie? - Dziewczynka z rozbawieniem popatrzyła na Demona. - Wyobrażam sobie.
Wszyscy spojrzeli na Lezę zaskoczeni i już nie tylko Filia była czerwona, Lina, Amelia i Zel również. (Gourry i tak niczego nie rozumiał, a Edwarda najwyraźniej to nie ruszało).
Pewnie konsternacja trwała by dłużej, gdyby nagle koło ich stolika nie pojawił się jakiś chłopiec.
- Przepraszam panią. - Pociągnął Linę za pelerynę.
Czarodziejka spojrzała na dziecko i uśmiechnęła się przyjaźnie.
- O co chodzi?
- Ktoś zapłacił mi, żebym to pani oddał. - Po tych słowach chłopiec położył na stole list i nim zdążyli o cokolwiek zapytać, wybiegł z gospody.
Sz. P. Lina Inverse.
Moje imię z pewnością nie jest dla Ciebie obce, gdyż wiem od moich zwiadowców, że od kilku dni poszukujesz mnie. Pragnę ułatwić Ci zadanie i wyznaczyć miejsce, gdzie odbędzie się spotkanie, gdyż i ja chcę się z Wami rozmówić. Tak więc, proponują byście dziś w południe pojawili się przy niewielkim jeziorze zwanym Mud, leżącym na północ od Rodik. Tam będę na Was czekał.
Z wyrazami szacunku
Talid ibn Selidur
Lina dwukrotnie przeczytała wiadomość i zaczęła rozważać wszystkie możliwości. To mógł być list od Talida, ale równie dobrze od Gordyka lub tajemniczego napastnika, który nasyła na nich demony. W każdym z tych przypadków, bez względu na nadawcę, trzeba było założyć, że ktoś może zastawić na nich pułapkę. Jednocześnie jedynym sposobem by się o tym przekonać, było stawienie się na umówionym miejscu i sprawdzenie kto tam na nich czeka. Podjęcie decyzji nastąpiło błyskawicznie, wszyscy zgodnie stwierdzili, że trzeba odwiedzić jezioro Mud.
Zaraz po śniadaniu ruszyli na skrzydłach Filii w stronę północnego Rodik. Podróż nie trwała długo i niemal idealnie w południe udało im się odnaleźć wspominane jezioro. Chwilę krążyli nad miejscem spotkania, by upewnić się, że niegdzie nie ukrywają się jacyś napastnicy, ale wszystko wskazywało na to, iż jedynym człowiekiem w okolicy jest mężczyzna siedzący na kamieniu wystającym z brzegu jeziora. Gdy znaleźli się już na ziemi ten wstał i podszedł do nich. Miał jakieś czterdzieści lat, ubrany w podróżny strój, z bronią przy pasie i podniszczoną peleryną wyglądał jakby niegdzie nie zagrzał na dłużej miejsca. Był nieco zarośnięty, a jego twarz mocno ogorzała od słońca i wiatru. Tylko oczy zdradzały, że nie jest zwykłym wędrowcem, gdyż można w nich było dostrzec wiedzę dziesiątek lat spędzonych w podróży i niezliczonych odwiedzonych krain.
- Więc ty jesteś Talid. - Bardziej stwierdziła niż spytała Lina.
Mężczyzna skinął głową.
- Tak i jestem również jednym z siedmiu fragmentów Shabranigdo.- Jego głos był zachrypły i dziwnie nieprzyjemny. - A to zapewne Miecz Kłamstwa, o którym tyle słyszałem.
Mówiąc to wskazał ręką na broń przypiętą do pasa czarodziejki.
- Zgadza się. Jak pewnie już wiesz poszukujemy drugiej takiej broni do kompletu.
- Legendarny Miecz Prawdy, Zguba Niedowiarków, zdolna zgładzać całe armie. - Na twarzy Talida pojawił się nieprzyjemny uśmiech. - Niestety nie mam go.
Co poniektórzy członkowie drużyny wyglądali na zawiedzionych.
- Skoro go nie posiadasz, to mogłeś o tym napisać w liście, zaoszczędziłbyś nam fatygi. - Rzucił z przekąsem Xellos.
Mężczyzna zlustrował wzrokiem Demona.
- Słyszałem, że wraz z Liną Inverse podróżuje Mazoku i Ryozoku, nieprawdopodobne w dzisiejszych czasach. Ale widzę, że to nie wszyscy nadzwyczajni członkowie twojej drużyny.
Talid przeniósł spojrzenie kolejno na Zela, Edwarda i Lezę.
- Nie przyszliśmy tu po to, by prowadzić kronikę towarzyską. - Zirytował się Zelgadis.
- Racja. Miałem swój cel w sprowadzeniu was tutaj. Otóż nie chcę was martwić, ale wszyscy zostaliście wystrychnięci na dudka, a zrobiła to osoba, która jest w posiadaniu Miecza Prawdy. Problem w tym, że ja nie dopuszczę, by ona zdobyła obie bronie, co prędzej czy później nastąpi, jeśli Zguba Wierzących pozostanie w waszych rękach. Mówiąc prościej, zamierzam wam odebrać ten miecz.
Słysząc to Lina skrzywiła się z niesmakiem.
- Dlaczego od dłuższego czasu wiedziałam, że to powiesz?
- Widocznie zadziałała kobieca intuicja. - Dodał Xellos, a na jego twarzy pojawił się perfidny uśmiech.
Talid roześmiał się złowrogo widząc bojowe nastawienie drużyny.
- Naprawdę sądzicie, że zdołacie mnie pokonać. - Mówił drwiącym głosem. - Może nie przebudził się we mnie jeszcze Lord Shabranigdo, ale mimo to potrafię korzystać z jego olbrzymiej potęgi.
- Już raz pokonaliśmy przebudzony fragment Shabranigdo. - Krzyknął Zel.
- Pokonaliście? Dobre sobie. Ona to zrobiła! - Wskazał na Linę. - I to dzięki zaklęciu, którego nie ośmieli się ponownie użyć. Zaskoczeni? Wiem o was znacznie więcej, a ta wiedza pozwoli mi was zniszczyć.
W tej samej chwili z ciała Talida wydobyła się potężna fala energii, która uderzyła w przyjaciół. Zel, Lina i Edward zdołali postawić barierę, Filia teleportowała się koło Lezy i przeniosła ją w bezpieczne miejsce, a Xellos gdzieś prysnął. Niestety Amelia i Gourry nie zdążyli zareagować i straszliwa siła uderzyła prosto w nich. Księżniczka wpadła między drzewa, a szermierz prosto do jeziora.
- Edward, wyłów Gourrego inaczej się utopi! - Krzyknęła Lina.
- Nic z tego. - Warknął Talid i jeszcze silniej zaatakował.
Tym razem postawiona bariera nie wytrzymała i cała trójka podzieliła los swoich przyjaciół. Zel i Edward zatrzymali się dopiero gdzieś w lesie, a Lina wylądowała na jednej ze skał porozrzucanych po całej polanie. Czarodziejka poczuła smak krwi w ustach.
W tym samym momencie w Talida uderzyła potężna kula ognia, a potem niedaleko pojawił się Xellos trzymający za rękę na wpół żywego Gourrego. Mazoku niezbyt delikatnie położył szermierza na ziemię i ruszył w kierunku przeciwnika.
- Dla ciebie mam coś specjalnego. - Powiedział Talid, po czym wykonał jakieś dziwne gesty rękoma.
Niespodziewanie z ziemi wystrzeliły długie, świetliste kolce. Pierwsze najpierw zagrodziły drogę Xellosowi, a potem następne przebiły go na wylot. Mazoku poczuł, że nie jest w stanie się poruszyć, nie był ranny, ale całkowicie sparaliżowany.
- To powinno cię zatrzymać na jakiś czas.
Xellos nie był w stanie nawet odpowiedzieć.
Z twarzy Talida nie znikał sadystyczny uśmiech kiedy zbliżał się do rannej Liny. Ta choć wypowiedziała już czar uzdrawiający, wiedziała, że nie zdoła wykurować się na czas. Sekundy płynęły, gdy nagle.
- Dezintegracja chaosu!
Potężne zaklęcie w wykonaniu Filii uderzyło w przeciwnika. Ten jednak bez trudu je odparł i roześmiał się kpiąco.
- Głupi smoku! Zapomniałaś, że ja wciąż jestem człowiekiem, biała magia mnie nie skrzywdzi!
Gwałtowny atak Talida, zwalił Filię z nóg, tak, że z trudem zdołała zachować przytomność.
- Lina, uważaj. - Wyszeptała widząc, że mężczyzna stracił nią zainteresowanie i ruszył z powrotem w stronę czarodziejki.
Smoczyca próbowała się podnieść, ale czuła, jak ręce i nogi całkowicie odmawiają jej posłuszeństwa. Była bezradna.
- To już koniec. - Stwierdził Talid stając przed Liną, a w jego ręku skumulowała się czarna energia. - Liczyłem, że stawicie większy opór.
- Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. - Warknęła czarodziejka, starając się zyskać na czasie, by czar zdołał uzdrowić jej ciało.
- Doprawdy? Wybacz, ale śpieszy mi się.
- Ona jest moja! - Znajomy, złowrogi głos przeszył powietrze, a dosłownie moment później za plecami podróżnika pojawił się Gordyk.
Talid nie zdążył nawet zareagować, gdy ręka Gordyka przebiła się przez jego ciało dokładnie na wysokości serca. Jego oczy w jednej chwili zrobiły się puste i matowe jak u trupa.
- Sam powiedziałeś, że wciąż jesteś jeszcze człowiekiem. Magią nigdy nie pokonałbym drzemiącego w tobie Mrocznego Władcy, ale mogę fizycznie zabić twoje ciało. Miłego odrodzenia w przyszłości.
Usta Talida wykrzywiły się jakby chciał coś powiedzieć, ale nie padło już żadne słowo. Chwilę później leżał martwy na ziemi.
Gordyk jeszcze przez moment patrzył na swoje dzieło, a potem przeniósł spojrzenie w stronę czarodziejki. Wtedy jednak okazało się, że nie ma jej przy kamieniu. Zaczął gwałtownie rozglądać się dookoła, aż w końcu dostrzegł Linę, która trzymana przez Xellosa wisiała kilka metrów nad ziemią.
- Jestem ci niezmiernie wdzięczna za pomoc. - Powiedziała uśmiechając się złośliwie.
Humor powracał jej proporcjonalnie do odzyskiwanego zdrowia.
- Cała przyjemność po mojej stronie. - Odparł przez zęby Gordyk. - Ale wierz mi nie zrobiłem tego z sympatii do ciebie. Po prostu sto razy wolę zmierzyć się z całą waszą zgrają, niż stanąć do równej walki z Talidem.
- Nic dziwnego, w końcu on jest pełnowartościowym fragmentem Mrocznego Lorda, a ty już nieco wybrakowanym. - Dorzucił bezczelnie Xellos.
Dłonie Gordyka zaczęły drżeć z gniewu.
- Zmażę ci ten przebrzydły uśmieszek z twarzy. - Warknął.
- Zawsze do usług.
Mazoku i Lina wylądowali na ziemi.
- Filia nic ci nie jest? - Rzuciła czarodziejka nie spuszczając wzroku z Gordyka.
- Jeszcze żyję.
Smoczyca z trudem zdołała stanąć na nogi.
- W takim razie zajmij się Gourrym, chyba nie jest z nim najlepiej.
Filia skinęła głową i teleportowała się obok szermierza.
- Czyli zostało nas tylko troję. To ułatwi mi sprawę. - Uśmiechnął się Gordyk.
W tej samej chwili w jego rękach pojawiły się dwie czerwone kule energii, które poleciały w stronę Mazoku i czarodziejki. Ci natychmiast uskoczyli w bok. Fireball i potężna wiązka mrocznej energii były odpowiedzią na atak Gordyka, ten jednak jednym ruchem ręki zdołał je odeprzeć i moment później pojawił się koło Liny. Czarodziejka z ledwością uniknęła ciosu, a przywołana błyskawica zmusiła mężczyznę do przejścia w defensywę. Wtedy to tuż za nim pojawił się Xellos, ale nie zdołał rozbić, postawionej natychmiast bariery. Kolejny cios i Mazoku musiał uciekać na astral, by nie odnieść obrażeń.
- Święty wietrze, który przenikasz ziemię, napełnij wszystko świeżym oddechem! Van Rail!
Wiązki lodu zaczęły oplatać Gordyka, unieruchamiając najpierw jego nogi, a potem wyższe partie ciała.
- Zel! Amelia! Teraz! - Wrzasnęła Lina.
Nie wiadomo skąd nagle na polu bitwy pojawiła się księżniczka i jej chimerowaty towarzysz. Podwójny La Tilt nie miał problemu z trafieniem w nieruchomy cel, po czym oślepiający blask zalał całą polanę.
Gordyk zdołał odeprzeć atak i złamać lodową barierę, ale teraz poważnie osłabiony osunął się na kolana. Gdy uniósł głowę zobaczył nad sobą Linę i Zela, którzy mierzyli w niego mieczami.
- Wiem, że żadne z zaklęć poza Giga Slavem czy Mieczem Pani Koszmarów nie zdoła cię zgładzić, bo jest w tobie pierwiastek Shabranigdo. - Zaczęła Lina z tryumfem wypisanym na twarzy. - Ale tak samo jak Talid, ty też jesteś człowiekiem i można cię zabić fizycznie, ale w przeciwieństwie do niego, ty się więcej nie odrodzisz, bo jesteś już tylko pustym naczyniem, mam rację?
Niespodziewanie na twarzy Gordyka odmalował się szyderczy uśmiech.
- Poniekąd masz trochę racji, wiedźmo, ale i tak żadne z was nie zdoła mnie zabić.
- Jesteś bardzo pewny siebie, szczególnie, że właśnie przed nami klęczysz. - Rzucił Zel.
- Nic nie rozumiesz, chimero. Nie jesteście dość okrutni, żeby mnie zgładzić.
Mówiąc to mężczyzna chwycił za klingę miecza Zelgadisa. Zrobił to tak silnie, że stróżka krwi popłynęła wzdłuż jego ręki. Gordyk zaczął się donośnie śmiać.
Upiorny śmiech mężczyzny roznosił się po polanie przez kilka sekund, a potem gwałtownie ucichł. Gordyk zwinął się, jakby z bólu, a dłońmi chwycił trawę, która rosła przed nim. Niespodziewanie jego szkarłatne szaty zaczęły zmieniać kolor na niebieski, a dokładnie na błękitny. Ciemne dotąd włosy rozjaśniły się, aż w końcu były niemal białe, sylwetka zmniejszyła się, a rysy twarzy złagodniały. Po chwili nie było już Gordyka, przed nimi, na ziemi siedział…
- EDWARD?!?!?!
Koniec części dziesiątej.
c.d.n.
Jestem bardzo zadowolona z tej części, myślę również, że nieco się już wyjaśniło. Ciekawa jestem czy jest ktoś, kto wcześniej nie domyślił się, iż Edward i Gordyk to ta sama osoba. Byłabym bardzo wdzięczna za powiedzenie, czy kogokolwiek zaskoczyło zakończenie tego odcinka, bo mnie samej bardzo trudno to ocenić.
Miko-chan
Motto na dziś: Przypadki chodzą po ludziach i po nieludziach także.
29.12.2006r.
