Rozdział 10

– Nie musisz być takim palantem, wiesz o tym, nie? – upewnił się Harry, wyrywając rękę.

Rozejrzał się uważnie. Przenieśli się do starszej części Londynu, bardzo podobnej do tej z Grimmauld Place. Domy były wąskie i wysokie, zbudowane głównie z cegły i starego kamienia.

– Według ciebie zawsze nim jestem.

– Skąd wiesz? Pierwszy raz spędzamy razem czas, nie rzucając się na siebie z klątwami po kilku minutach.

Malfoy przewrócił oczami.

– Gdzie jesteśmy? – Harry warknął, zirytowany, że wrócili do starego modelu wymieniania się obelgami. Czy zawsze tak będzie?

– Dom Kingsleya.

– Kingsleya? Wiesz, gdzie on mieszka? – Harry był zdumiony. On sam tego nie wiedział. Jakim cudem Malfoy posiadł takie informacje?

– Jeśli mam być szczery, Potter, myślałem, że jesteś zapraszany na cotygodniowe, niedzielne obiadki. No wiesz, główna postać plakatów dla dobra dzieci, prawości i polityki Ministerstwa.

– Zamknij się, Malfoy – warknął Harry, dając upust frustracji. Podszedł do bramki z kutego żelaza i zirytował się, gdy zamiast złowieszczo zaskrzypieć, bezgłośnie się odsunęła. Sztywnym krokiem skierował się po betonowej ścieżce w stronę domu.

Drzwi otworzyła im żona Kingsleya i natychmiast zaczęła rozpływać się nad Harrym, zachowując się jak żywy dowód słów Malfoya. Potter nie chciał nawet spojrzeć na blondyna, nie mając ochoty patrzeć na uśmieszek zdobiący jego idealne wargi.

Pani Shacklebolt pośpiesznie przyprowadziła męża, który stanął w drzwiach, wyglądając naprawdę imponująco i niewzruszenie.

– Czy mogę wiedzieć, co wasza dwójka robi tu razem? – zapytał. – Myślę, że wszelkie zażalenia mogą poczekać na godziny urzędowania, czyż nie tak?

– Nie przyszliśmy się tu skarżyć, po prostu kolędujemy z okazji świąt Bożego Narodzenia – nieprzekonywująco zapewnił Harry.

Kingsley nic nie powiedział.

– Śpiewanie – prowokował Malfoy. – Dźwięki dobiegające z przepony, przez krtań, wydobywające się dzięki wargom i językowi z prawdziwą pasją, rozumiesz? Muzyka.

– Zamknij się, Malfoy – powiedział Kingsley.

Harry z roztargnieniem zastanawiał się, ile razy dziennie blondyn słyszy te słowa. Dużo, tego był pewien.