Episode 10 - "Future Castiel" - "Future Castiel"
On znow to widzial. Znow mial przed oczami to straszne, obce miejsce, jakim stal sie swiat w roku 2014. Tak bardzo nie chcial tu juz nigdy wracac, tak bardzo wierzyl, ze udalo mu sie zmienic rzeczywistosc i to, co pokazal mu Zachariasz, nigdy sie nie wydarzy.
Bo przeciez zatrzymal Lucyfera, bo przeciez nie istnialo juz to zagrozenie, ktore tak dlugo wisialo nad nim i nad jego bratem, przeciez juz poniesli za to ogromna cene - dlaczego wiec musi dzis wracac do tego piekla?
Bo tak mozna to bylo okreslic. Czymze jest swiat rzadzony przez potwora w ciele wlasnego brata, opanowany przez wirus zamieniajacy ludzi w podobne potwory, tylko z nieco mniejsza moca?
Zaraz, zaraz. W ciele wlasnego brata? Ale przeciez Sam stoi tuz obok. O co tu wlasciwie chodzi?
Gabriel jakby czytal jego mysli, bo odezwal sie prawie od razu:
- Tak, wiem, zastanawiasz sie pewnie, co sie stanie, kiedy Sam natknie sie na Sama? Bo do tego dojdzie z pewnoscia. Tak samo ty natkniesz sie na samego siebie, jak wtedy, kiedy byles tu pierwszy raz. Spotkasz tez innych ludzi, w tym kogos bardzo waznego, kogos, kto pomoze nam w tym bagnie.A raczej to my musimy pomoc jemu...
- Przestan mowic zagadkami! Mow lepiej zaraz, po co w ogole tu jestesmy? - zirytowal sie starszy Winchester.
- OK, OK, nie goraczkuj sie tak, mnie tez sie nie spieszy, zeby sie tam dostac. Pamietasz Camp Chitaqua? Troche sie tam namieszalo i musimy zaprowadzic porzadek. Jesli posprzatamy tutaj, byc moze potem, z pewnym malym wysilkiem oczywiscie, porzadek zrobi sie rowniez w terazniejszosci.
- Namieszalo? Ten caly oboz byl powalony! Bylem w nim psychopata, ktory torturowal ludzi, Bobby'ego nie bylo, bo dal sie zabic, a Castiel byl jakims zapijaczonym narkomanem zakochanym w orgiach.
Gabriel westchnal ciezko.
- Za grosz zrozumienia dla kogos, kto stracil wszelka nadzieje, co? Zaczynam myslec, ze nie nadajesz sie do tej misji. Ale niestety, mam tylko ciebie. I rowniez zla wiadomosc. To jemu musisz przyniesc ratunek.
- Jemu? - lowcy przeszly ciarki po plecach. - Blagam, tylko nie to. Nie mow, ze...
- Wlasnie tak...- potwierdzil smutno archaniol. - Castiel z przyszlosci nas potrzebuje.
Dom. To przeciez byl jego dom. Wiec dlaczego czul sie tutaj tak zle? Potrafil przeciez odganiac wszystkie smutki tym...czyms trzymanym w rece. Tak, czyms, bo nawet nie pamietal, co wlasciwie pil. I dlaczego w ogole tu byl. Ostatnim, co tluklo sie w jego obolalej glowie bylo oslepiajace swiatlo, ktore zakonczylo ta stracencza misje. Nie udalo im sie pokonac samego Diabla, jak niektorzy go okreslali, samego Lucyfera. Jakim wiec cudem znow znajduje sie tutaj, w Campie, czemu wszystko wyglada tak, jak przed przybyciem Deana Winchestera...ale tego przeszlego?
Castiel podniosl sie ciezko z poslania. Jak to go nazwal przybysz z dawnych lat, z czasow, kiedy aniol mial jeszcze moc? A, juz wiedzial, juz pamietal. Lowca nazywal go Future Castielem. Dobra, moze i tak byc. Chociaz dla niego nie bylo juz przyszlosci.
A moze byla? Skoro po smierci znow zjawil sie tutaj? Byc moze otrzymal druga szanse? Tylko kto mu ja dal? Bog? Bog odszedl...Na zawsze.
Dosyc tych mysli, zreszta i tak niczego nowego nie wymysli. Nie w tym stanie. Nie, kiedy tak bardzo chcialo mu sie wymiotowac.
Lazienka smierdziala tak samo, jak wczoraj. Nic dziwnego, skoro zapomnial ja wyczyscic. Zapomnial, dobre sobie. A o czym on w ogole pamietal? O tym, gdzie stoi kolejna butelka? Wciaz obiecywal sobie, ze sie tym zajmie, przypominal samemu sobie, ze niezbyt milo jest rowniez sypiac w pokoju pelnym brudu, ale za moment przestawalo go to w ogole obchodzic. Bo i po co, skoro swiat powoli umieral?
Kiedy bylo juz po wszystkim, kiedy mogl obmyc usta i spuscic wode, kiedy krecenie w glowie nieco ustalo, rzucil spojrzenie na samego siebie w lustrze i az zatrzasl sie z obrzydzenia. W sumie byl to dobry znak, jeszcze mial na tyle poczucia czystosci, ze na widok dosyc gestej brody zrobilo mu sie ponownie niedobrze. Kolejny dowod na to, jak przestal dbac o siebie. Kolejny dowod na to, jak nisko upadl. I nie chodzilo tu o sam zarost, tylko o to, o czym on swiadczyl. Nawet oczy Castiela, nawet te niebieskie spojrzenie bylo zmetnialo i jakies takie...obce, jakby aniol spogladal na zupelnie inna osobe. Na kogos zamroczonego alkoholem i innymi uzywkami. A przeciez patrzyl na wlasne oblicze...
Singer nie mogl juz zniesc dluzej tego durnego usmieszku i przez moment mial ochote zrezygnowac z odzyskania duszy i pokazac Crowley'owi, co o nim mysli. Wycofal sie jednak w ostatniej chwili. A jesli jakims cudem ten idiota ma racje i faktycznie powinien wezwac przyjaciol?
- Ok, zrobie to, ale najpierw upewnie sie, ze nie uciekniesz, jak tylko sie odwroce. Spojrz w gore, demonku.
- Twoja idiotyczna pulapke widzialem juz wczesniej - przyznal Crowley. - Wiem, ze nie moge ruszyc sie z tego lozka. Dzwon po Winchesterow, bo mam dziwne wrazenie, ze ich juz tu nie zastaniesz...
Starszy lowca rzucil tylko podejrzliwe spojrzenie na niespodziewanego goscia, ale poslusznie udal sie do telefonu.
Bylo tak, jak przewidzial Crowley - zaden z numerow, ani Deana, ani Sama, nie odpowiadal. Dopiero teraz Bobby zaczal sie martwic.
- A nie mowilem? - dobiegl go z daleka glos demona. - Byc moze juz sa...poza zasiegiem - zasmial sie z wlasnego zartu.
Future Castiel poczul, ze musi wyjsc z dusznego pomieszczenia, musi spojrzec na to, co dalo mu schronienie, musi zobaczyc na wlasne oczy, ze Camp jeszcze istnieje, ze nie rozpadl sie podczas jego zamroczenia, ze nie zniknal wyrzucony w powietrze reka Lucyfera, ze to wszystko mu sie nie sni, ze naprawde jest tutaj, ze od tygodnia caly swiat wyglada tak samo, jak go zapamietal, kiedy umieral.
Kiedy opuscil to nedzne miejsce, jakim stal sie jego dom, okazalo sie, ze mial racje - caly Camp stal na swoim miejscu, jakby naprawde jakas sila przeniosla Future Castiela w czasie i rzucila znow w wir zycia na kilka dni przed pamietnymi wydarzeniami. Coz, bylo mu szkoda jedynie, ze nie odzyskal choc troche ze swojej godnosci...
A to co? Od kiedy zaczyna mu przeszkadzac to, czym sie stal? Od kiedy go to obchodzi? Czy to wyjscie poza prog mieszkania odmienilo go na tyle, ze gdzies w glebi serca zaczal odczuwac cos na ksztalt wstydu? W koncu byl przeciez kiedys przewodnikiem, sprawca tego zamieszania, to on kiedys przybyl na Ziemie po to, by przekazac misje, by stalo sie to, co nakazal mu Bog, a potem to wlasnie on zaczal miec watpliwosci, sprzymierzyl sie z ludzmi, okazal odwage. Czyz nie powinien byc przewodnikiem w tych ciezkich czasach, zamiast lezec na podlodze nieprzytomny po kolejnej imprezie z samym soba?
Bo prawda byla taka, ze z czasem goscie przestali przychodzic, nawet ich meczylo codzienne upijanie sie do takiego stanu, ze swiadomosc odchodzila na kilka godzin, bo nawet kobiety przestaly sie interesowac jego zaproszeniami. Pozostala jedynie samotnosc i beznadzieja. I to wlasnie teraz, kiedy powinien calkiem sie w niej zatracic, nagle w jego sercu odzywa sie...co? Pragnienie powrotu starych czasow, kiedy jeszcze mial nadzieje na cokolwiek?
I pewnie ta nadzieja calkiem by w nim zgasla, gdyby dowiedzial sie, ze tych, ktorzy pojawili sie w tym okropnym otoczeniu, ktorzy przybyli z przeszlosci specjalnie dla niego, wlasnie otoczylo stado - bo inaczej nie da sie tego okreslic - stado zarazonych wirusem. I byc moze ten maly ognik, jaki zablysnal mu przez moment w oczach, zgasnalby szybko z powrotem...
