8
Witam i jak zwykle dziękuję za komentarze. Postanowiłem dzisiaj wstawić wam rozdział, a następny pojawi się jakoś w przeciągu trzech dni. Pojawi się też troszkę akcji, romansu, zagadek i innych pierdół. Co do Milo to sami zobaczycie kim jest i jaką ma tutaj rolę do odegrania.
Zapraszam na:
ROZDZIAŁ 8 Głową ściany...
Czas leciał, dni mijały. Zanim się obejrzał, wrzesień skończył się i zaczął październik. Teraz i ten miesiąc miał się ku końcowi. Harry zwiedzał szkołę poznając sekretne przejścia i tajemne pomieszczenia. Najbardziej podobało mu się tajemne wyjście do Hogsmeade, z którego razem z Ronem czasami korzystali. Teraz trochę częściej niż wcześniej, bo zbliżało się święto duchów, tak bardzo oczekiwane przez Harry'ego. Zastanawiał się czy to święto wygląda tutaj inaczej niż te mugolskie, ale dekoracje dyń, świec i mrocznych korytarzy rozwiało jego wątpliwości. To, to samo święto. Tego był pewny.
Wstał ciężko z łóżka i rozejrzał się. Było wcześnie, trochę przed szóstą. Czyli jak zwykle. Nawet, gdy chciał pospać dłużej to nie mógł. Jego zegar biologiczny był ustawiony na, miej więcej tą godzinę, bo Dursley'owie często budzili go by im ,,pomógł". Czyli zrobił wszystko za nich. Jednak mimo wczesnych Hogwarckich pobudek był zadowolony. Jego koszmary minęły, co było dobre. Dobre dla niego oczywiście. Mimo, że nadal się nie wysypiał i wstawał styrany, jakby przez całą noc biegał, to nie miał już seansów z torturami. Zmęczenie w takim razie schodziło na dalszy plan. Nic nie znaczyło.
Dumbeldore uważał, że Voldemort już wie o ich połączeniu i dlatego wizje ustały. Jednak zaczęło to działać w drugą stronę. Harry sam mógł wtargnąć do umysłu Czarnego Pana. Robił to rzadko i tylko wtedy, gdy blizna go piekła. Wiedział, że wtedy jest wzburzony i łatwiej jest mu się dostać. Zwykle było to niemożliwe.
Jednak dostanie się do umysłu czarnego pana i ujrzenie wspomnień jeszcze z czasów Hogwarckich było łatwiejsze niż wejście w umysł Severusa Snape'a. Może, dlatego, że Voldemort uważał, że nikt nie jest potężniejszy niż on sam? To bez różnicy. Harry poznawał swojego wroga. Jednak poznawał tego Toma, z czasów, gdy nauczał się w tej szkole.
Na samą myśl miał ciarki na plecach. Tom był niesamowity. Przebiegły, inteligentny, ambitny bardziej niż ktokolwiek inny. W jego oczach widniała ukryta za maską uprzejmości wrogość. Tom był geniuszem. Prawdziwym i już wtedy przerażającym. Bardziej przerażającym niż obecnie. Tamten Tom był inteligentny i każdy ruch miał przemyślany. Wszystko, co robił było dla niego niczym rozstawianie pionków na szachownicy, by w ostatecznej konfrontacji bezlitośnie zgnieść przeciwnika. Jednak w tamtych wspomnieniach wydawało się czegoś brakować.
Voldemort był inny. Rzucał pionkami jakby nic nie znaczyły, a całą grę miał gdzieś. Nie interesowało go nic, poza czubkiem własnego nosa, którego z resztą nie miał. Liczyła się tylko władza i potęga.
Harry przerwał rozmyślenia i wstał. Dzisiaj zapowiadał się dobry dzień. W końcu, co mogło pójść nie tak? To były najlepsze dwa miesiące jego życia. Znalazł trójkę dobrych przyjaciół. Chociaż Ron i Hermiona nie byli przekonani, co do tej trzeciej przyjaźni. Harry sam nie wiedział jak nazwać tą relację. Czuł, jakby znał już wcześniej Draco Malfoya, ale jednak nie, nie mógł nazwać tego przyjaźnią. Najwyżej znajomością. Więc znalazł dwójkę przyjaciół i jednego dobrego znajomego.
Jednak jego znajomość z Draco była bardzo ograniczona. Zwykle do lekcji OPCM i tego, co było po niej. Pewnego razu Draco wyznał Harry'emu, że Snape powiedział mu o lekcjach leglimencji i obaj ją ćwiczyli. Harry z pomocą Draco starał się odnaleźć to, czego się bał i to, co nie pozwalało mu zajrzeć w głąb siebie, ale im bardziej uparcie to robił tym miał wrażenie, że jest dalej od celu niż wcześniej.
Dziś był dzień wolny od zajęć. Świetnie!
Harry wziął zimny prysznic na rozbudzenie, ubrał się w szkolne szaty i wyszedł zakładając po drodze soczewki. Ostatnio chodził w okularach, ale soczewki były trochę lepsze. Okulary musiał poprawiać, czasami ściągać. Były zwyczajnie nieporęczne. Myślał, że o tej porze wszyscy są jeszcze w łóżkach, ale jedna właścicielka rudej czupryny leżała rozłożona na kanapie w pokoju wspólnym. Rozpalony ogień w kominku ją ogrzewał.
— Cześć — powiedział nieco głośniej, niż zwykle, by zwrócić na siebie jej uwagę. Ginny szybko poderwała się do pozycji siedzącej i przeczesała ręką włosy, które były w nieładzie.
— Cześć Harry — odpowiedziała niepewnie, patrząc jak schodzi. — Już wstałeś?
— Yhym... — burknął i usiadł na fotelu obok. Miał zamiar wyjść, ale coś go tutaj przyciągnęło. Wbił wzrok w czerwony ogień, a Ginny w niego. Widział to kątem oka, ale starał się to ignorować. Może chce go o coś zapytać? Przeniósł więc wzrok z kominka na nią i ich oczy się spotkały.
Wielka komnata, pełna pomników węży i dziwny dziennik. Tom Marvolo Riddle. Bazyliszek. Strach.
Harry czasami przeklinał się za tą zdolność leglimencji. Czasami widział to, czego nigdy nie chciał zobaczyć i odczuwał uczucia i emocje leglimentowanego. Teraz właśnie tak się stało. Poczuł smutek, żal i cierpienie. O coś się obwiniała. Co prawda słyszał opowieści o bazyliszku i komnacie tajemnic, ale nie podejrzewał, że to właśnie ona otworzyła komnatę. Już wiedział, dlaczego Ron mówił, że nie wiedział. Czy teraz o tym myślała? I dlatego dokucza jej bezsenność?
— Masz piękne oczy — powiedziała nagle, a on się spiął. Umknął jej wzroku i ponownie wbił spojrzenie w kominek. Nie wiedział jak na to zareagować. — Zielone — dodała jeszcze.
— Nie są zielone — odparł szybko, a ona zaskoczona uniosła brwi. — Są szmaragdowe — wyjaśnił cichym i trochę zmęczonym głosem.
Zawsze tak uważał. Zieleń była zwykłym kolorem. Widział wielu ludzi z zielonymi oczyma, ale żadne nie były podobne do jego własnych. Wniosek nasuwał się tylko jeden. To szmaragdy. Szmaragdy otrzymane od matki.
— Ty za to, masz piękne włosy. Niczym ogień — Ginny zarumieniła się i teraz to ona umknęła jego wzroku. Burknęła coś, co chyba oznaczało ,,Dziękuję" i wstała. Bez słowa, z szerokim uśmiechem, szybkim krokiem weszła schodami na górę i ruszyła w kierunku dormitorium dziewczyn.
Tak jak wcześniej planował wyszedł z wieży i skierował się na szóste piętro. Był tam bardzo dziwny pokój. Wydawało się, że powinien być malutką klasą jak, na przykład; Transmutacji lub numerologii, a w rzeczywistości był wielkim pomieszczeniem zdolnym pomieścić pół Gryffindoru. Harry był tam tylko dwa razy, bo zbytnio nie ciągnęło go by zwiedzać pokój. Nie było tam nic ciekawego prócz ksiąg. Wszystkie księgi, jakie się tam znajdowały, były starymi egzemplarzami książek byłych uczniów. Były tu wszystkie książki, używane od bardzo dawna. Wszystkie egzemplarze do OPCMu i innych przedmiotów. W niektórych mógł znaleźć ciekawe zaklęcia, ale większość była zakazana przez ministerstwo.
Na przykład Sovaro. Zaklęcie podobne, do Diffindo i zaklęcia tuczącego. Sovaro było zakazane przez ministerstwo od początku XIX wieku, bo powodowało liczne urazy magiczne, których nie można było uleczyć. Tak naprawdę to zaklęcie było nie do przewidzenia, jeśli chodziło o jego działanie. Raz mogło połamać komuś rękę, a raz ją odciąć. Czarami mogło zmiażdżyć, a czasami tylko powodować nieustanne pieczenie. Naprawdę niebezpieczne. Prawdziwa loteria. Jednak nie uznano go za czarnomagiczne.
Takie właśnie zaklęcie znalazł w książce OPCMu, którą zabrał z tej klasy. Wszedł i czując się jak w bibliotece, przeszedł między trzema stołami, pełnymi ksiąg. Łatwiej by było gdyby były tu regały, ale nikt chyba o tym nie pomyślał, a gdy ksiąg było już dużo to nikomu się nie chciało wstawiać nowych mebli. Tak pewnie było.
Odłożył księgę na szósty stół podpisany: ROK SZÓSTY LATA 1920–1955 Były to też lata, w których Tom Marvolo Riddle uczęszczał do Hogwartu. A ta książka była książką, z której i on się prawdopodobnie uczył. Harry zaczął się zastanawiać, kiedy Tom zaczął się przekształcać w Lorda Voldemorta. Jednak były to bezsensowne myśli. Nic już nie można zrobić.
Zaczął przeglądać książki w poszukiwaniu jakiejś ciekawej. Tym razem odłoży zaklęcia na dalszy plan i weźmie coś z teorią a nie praktyką. W końcu musi się uczyć do Sumów i przyszłych Owutemów. A to nie mało. Jednak miał przewagę. Leglimencja bardzo pomagała.
,,Teoria Obrony" — Ten tytuł przykuł jego uwagę i otworzył książkę. Bingo! Teoria. Zaklęcia ofensywne, tarcze i inne. Książka złoto! Z roku 1944.
Mimo, że znalazł to, czego szukał, postanowił nie wychodzić. Gdzie miałby iść? Jest wczesny ranek, a tutaj jest cicho i spokojnie, nikt mu nie przeszkodzi, bo kto normalny wchodzi przez drzwi ukryte za gargulcem, który odstrasza już samym spojrzeniem? Gdyby nie głupia gra z Ronem, to by nigdy nie znalazł tego pomieszczenia. Zaklęciem Depulso odepchnął gargulca, który uskoczył i wbiegł przez przymknięte drzwi. Później słyszał tylko trzask, spowodowany przez zaskoczenie gargulca i zamykanie drzwi. Wtedy prawie spanikował, ale widząc to, co odkrył to uczucie zmieniło się w fascynację. Odkrył ukrytą bibliotekę!
Po przeczytaniu kilku pierwszych stron uznał, że nie pomylił się, co do książki i spakował ją do torby. Genialna książka, szkoda, że nie było autora. Ktoś chyba specjalnie wyrwał pierwsze kartki, ale miał jeszcze tytuł.
Usiadł bardziej na stół, by oprzeć się o ścianę i poczuł jak róg jakiejś książki wrednie wbija mu się w udo. Próbował poprawić swoje położenie, ale nic z tego. Wstał więc i chwycił dziennik w zielonej oprawie. Przyjrzał mu się dokładnie. Nie była to żadna książka do wróżbiarstwa, eliksirów czy astronomii, tylko zwykły dziennik.
Otworzył go.
,,Własność Milo"
,,Nie mów Dyrektorowi"
Te dwa zdania widniały na pierwszej kartce. Harry zastanowił się, co oznaczają te słowa i dlaczego zapisał je na samym początku i to tłustym drukiem. Otworzył na następną stronę i wstrzymał oddech widząc pierwsze słowa. — TO NIEMOŻLIWE! — krzyknął w myślach. Zdębiał.
,,Witaj Harry. Nazywam się Milo i jeśli to czytasz, to znaczy, że nareszcie przybyłeś do Hogwartu i czytasz mój dziennik. No, ale powinieneś się już tego domyślić. Rzeknę ci od razu, że to nie jest normalny dziennik, tylko magiczny. Jak wszystko w tej szkole. Trzymaj go blisko siebie. Będę twoim pisemnym przyjacielem. Nie pytaj dlaczego, zwyczajnie mam kaprys. A może to było nam przeznaczone? NIE MAM POJĘCIA! Ja posiadam identyczny dziennik i jeśli kiedyś będziesz chciał się ze mną skontaktować – gdzieś w tej sali jest specjalne pióro – napisz!"
,,I Pamiętaj!"
,,Nie mów Dyrektorowi"
I nic więcej. Reszta kartek była pusta. Czy ten Milo naprawdę przewidział, że Harry odnajdzie dziennik? I dlaczego zabronił mówić dyrektorowi? Cóż, pomyśli nad tym innym razem. Teraz wyciągnął z torby własne pióro i otworzył na następnej kartce.
,,Kim jesteś?" — napisał, ale nie pojawiła się żadna odpowiedź. Co gorsza atrament zaczął spływać po kartce i kapać na stół. Po chwili kartka znowu była czysta. Zaczarowany dziennik. Harry zaklął w myślach. Czeka go poszukiwanie tego głupiego pióra, o którym pisał Milo. Teraz był tak ciekawy, że aż w nim wrzało.
— Accio magiczne pióro! — krzyknął, ale nic się nie stało. Oczywiście nie oczekiwał niczego innego. Po dziesięciu, czy dwudziestu minutach poszukiwań zrezygnowany wyszedł z ,,biblioteki" zabierając ze sobą dziennik Milo. Zaskoczony zauważył, że po korytarzach już kręcą się uczniowie. Spojrzał na zegarek. 8:12 Cóż... Najwyższy czas, żeby uczniowie zaczynali się budzić. Ruszył korytarzem.
— Potter! — usłyszał za sobą i uśmiechnął się słysząc ten dobrze znany mu arogancki ton. Blondyn o zgrabnie zaczesanych w tył włosach wyrównał z nim krok.
— Zastanawia mnie ile czasu minie, zanim zaczniesz mówić mi po imieniu, Draco — powiedział i skinął mu głową w geście przywitania. Malfoy wzruszył ramionami.
— Nie wiem Potter. Może to nigdy się nie stanie. — Harry nie odpowiedział. Dał Ślizgonowi mówić. — Mam do Ciebie prośbę.
Od razu do konkretów, co? — zapytał w myślach i zaśmiał się. Widocznie Draco ma coś niecierpiącego zwłoki. Zawsze owijał w bawełnę tak bardzo jak tylko mógł. Jak wtedy, gdy chciał, by pomógł mu dostać się do działu zakazanego.
— Nie dołączę do śmierciożerców. — powiedział z wrednym uśmieszkiem. Draco na początku ich znajomości zaproponował to dla żartów, ale Harry męczył go tym do tej pory. Malfoya niezmiernie to irytowało i zawsze się denerwował, ale umiejętnie to ukrywał. Sześć lat w towarzystwie węży zrobiło swoje. W końcu nie mógł pokazać na forum wszystkich swoich emocji i uczuć, więc je ukrywał. Musiał. Gryfoni tego nie robili. Nigdy.
— Nie proszę cię o to. I nie poruszaj więcej tego tematu, jeśli możesz. — Draco był bardzo wyczulony na temat śmierciożerców, od kiedy jego ojciec został zesłany do Azkabanu, za służbę u Czarnego Pana, blondyn stracił szacunek w oczach innych Ślizgonów. Nie szanowali go jak kiedyś i co gorsza dla Dracona – nie bali się go. Zwłaszcza Grabbe i Goyle, jego byli goryle, którzy teraz udają, że zaczęli myśleć i przyczepili się Blaise'a Zabini'ego.
— Jasne, co to za prośba? — zapytał z udawaną ciekawością, a Draco przybrał zadowolony uśmieszek.
— To prośba i również szansa dla Ciebie. — Gdy Draco mówił ,,szansa" to było coś, co naruszało regulamin. Przez te dwa miesiące nauczył się toku myślenia chłopaka. Zwłaszcza, że czasami miał wgląd do jego myśli. Ciekawe, jaka to ,,szansa".
— Szansa dla mnie, mówisz? A może ja nie chcę dostać żadnej szansy?
— Daruj sobie Potter. Obaj wiemy, że wykorzystasz każdą szansę, by zdobyć jakiekolwiek informację — odpowiedział, a Harry uniósł szybko jedną brew. Informacje?
— Skąd ten pomysł?
— Dział zakazany, Potter — przypomniał mu. — Myślałem, że taki prawdziwy Gryfon jak ty, nie zainteresuje się książkami o czarnej magii. Wiesz, Gryfoni to raczej dobre pieski. — Harry skrzywił się słysząc porównanie lwów do piesków. — Wolicie działać niż analizować.
— Analizować? — zapytał dociekliwie, a Malfoy warknął w udawanej irytacji.
— Nie udawaj debila. Nie będę ci tego tłumaczył.
— A ty nie udawaj, że wszystko o mnie wiesz, Draco. — odgryzł się.
— Prawda. Ty sam wiesz o sobie tyle, co nic. — Teraz Harry zatrzymał się a jego ręka powędrowała do kieszeni z różdżką. Draco widząc jego reakcje sięgnął po swoją, ale żaden z nich jej nie wyciągnął. Tylko wpatrywali się w siebie w oczekiwaniu.
— Może masz rację — powiedział nagle Harry, a młody Ślizgon spojrzał na niego zdziwiony. Harry zwykle nie przyznawał mu racji.
— Powiedziałbym raczej, że to ty nie masz racji, ale zostańmy przy poprzednim stwierdzeniu. — Harry potaknął i ruszyli korytarzem w milczeniu, obserwowani przez uczniów z innych domów. Nie często przecież widywało się lwa i węża idących ramię w ramię.
— No dobra. Mogę cię wysłuchać — powiedział w końcu. — Jednak, jeśli wyskoczysz mi z prośbą żebym zabił za Ciebie Dumbeldorea to możesz sobie odpuścić. — dodał szybko a Draco spojrzał na niego zdziwiony.
— Skąd ci to wpadło do głowy? — zapytał niewinnie. — Czarny pan nie ufa już tak mojej rodzinie — dodał tak cicho, by tylko Harry mógł usłyszeć. Rozmowa o śmierciożercach i Voldemorcie zrobiła się dla nich naturalna. Nie jest to tabu, jakie utrzymuje reszta szkoły.
— Nie wiem — odparł trochę niezdecydowanie. Po Malfoy'u mógł spodziewać się wszystkiego.
— Dobra, zapomnijmy o tym. Chcę Cię o coś prosić. To dla mnie bardzo ważne.
— Cóż. Opowiedz mi o tym. Możesz od razu opowiedzieć o mojej życiowej szansie. — Draco zaprowadził ich do pustej klasy i otworzył ją zaklęciem, bo drzwi były zamknięte. Usiedli na ławkach.
— Potter, nie prosiłbym Cię o to, gdybym wiedział, że powiesz ,,Nie" — zaczął, a Harry westchnął ciężko. Teraz miał ochotę odmówić tylko po to, by wkurzyć Draco. — Chcę żebyś zleglimentował Blaise'a.
Stop! — krzyknął w myślach Harry. Jak to zleglimentować? Przecież Draco dobrze wie jak gówniany jest w tej dziedzinie. Dlaczego prosi go o coś takiego?
— Nic nie mów — rzucił, gdy Harry już otwierał usta. — Wiem, że to nie jest zwykła prośba, jestem tego świadomy. Jednak niesie to korzyści dla nas obu. — Harry chciał coś powiedzieć, ale słuchał. — Po pierwsze, twoje plusy. Śmierciożercy. Ja muszę wiedzieć, czy Blaise jest śmierciożercą, a tobie da to sporą przewagę nad swoimi wrogami. Wiesz, skoro Blaise jest śmierciożercą, to z pewnością ma jakąś misję do wykonania.
— Misję, która miała być twoją misją — zauważył Harry. Przecież to Draco mógłby być teraz sługą Czarnego Pana.
— To bez znaczenia. Ja chcę wiedzieć, a ty możesz się dowiedzieć. Z twoimi umiejętnościami...
— Draco, teraz to ty posłuchaj — przerwał mu ostro. — Nie będę leglimentował innych tylko dlatego, bo ty mnie o to prosisz. Jeśli Blaise jest śmierciożercą, to możesz z łatwością ujawnić jego znak. Jeśli ma do wykonania jakąś misję, możesz go obserwować i sam wywnioskować, co zamierza zrobić. Równie dobrze możesz uaktywnić swoje kontakty ze śmierciożercami. A tak w ogóle to dlaczego chcesz szpiegować swoich?! — ostatnio powiedział nieco głośniej. Po porostu się zdenerwował. Draco za dużo sobie pozwala.
— Skąd ci przyszło do głowy, że jestem po ich stronie? — Harry zmrużył oczy i zaczął wpatrywać się w blondyna. — Od kiedy mój ojciec został złapany już nie są moimi sprzymierzeńcami. Tłumaczyłem ci to.
Prawda. Draco ostatnio nie bratał się ze śmierciożercami. Raczej starał się trzymać dystans.
— A tobie? Co to da? Chyba nie zamierzasz nawrócić się na jasna stronę, co?
— I być pupilkiem Dumbeldore'a, jak ty? Dzięki, ale nie. Wolałbym już umrzeć w jakimś rowie.
— W takim razie, co to ci da? Chcesz go powstrzymać czy... — Prawda! Draco nie chce powstrzymać Blaise'a, on chce wykonać jego zadanie.
— Dobrze myślisz. — rzucił widząc, że Złoty Chłopiec już się domyślił. — Z twoją pomocą mi się uda.
— Skąd pomysł, że otrzymasz moją pomoc? Wiesz, że właśnie dałeś mi kolejny powód bym powiedział ,,Nie"? — Draco zaśmiał się.
— Niezły jesteś. Słuchaj i tak wisisz mi przysługę. — Harry zdziwił się słysząc to oświadczenie. Uniósł jedną brew i spojrzał przeszywająco w oczy ślizgona, na co jego kąciki ust poszybowały ku górze.
— Niby, za co?
— Za to, że pomagam ci na obronie i w nauce leglimencji. No, co się tak gapisz? Myślisz, że nie wyczuję jak wkradasz się do mojej głowy za każdym razem, gdy brakuje ci ciekawych zaklęć? Robiłeś to już podczas pierwszej lekcji. Poza tym ciesz się, że pozwalam ci ze mną ćwiczyć.
— Oh dziękuję, o wielki! Jesteś moim zbawieniem i mentorem zarazem — zakpił.
— Ależ niema za co. Jednak mogę przestać nim być jeśli mi nie pomożesz — odpowiedział równie nieprzyjemnym tonem.
— A proszę bardzo. Chcesz czy nie, potrafię już o wiele więcej niż podczas naszej pierwszej lekcji. — Draco rzucił mu wredne spojrzenie.
— Ale nadal nie dorównujesz do naszego poziomu. Może i jesteś potężny magicznie, ale brakuje ci tego czegoś.
— Przekonamy się?! — warknął i następnej sekundzie, celowali do siebie z różdżek. Harry'emu klątwa sama cisnęła się na usta, ale powstrzymał w ostatnim momencie.
— W drugiej klasie mieliśmy klub pojedynków — zaczął ślizgon. — Wyzywam Cię na pojedynek.
— Zgoda — odpowiedział szybko. — Jakieś zasady?
— Bez niewybaczalnych. Nie chciałbym cię zabić i stracić szansy na powrót. Nie używamy też tarcz. Same uniki. W końcu na lekcjach też rzadko używamy tarcz.
Harry kiwnął głową na znak zgody i obaj machnęli różdżkami odpychając ławki by zrobić im miejsce.
— Zaklęcia ofensywne bez ograniczeń? — zapytał, myśląc o tym jednym, konkretnym. Jednak nie był zdecydowany, by go użyć.
— Bez — potwierdził i stanęli tak blisko siebie, że Harry mógł poczuć na sobie jego oddech. Byli prawie równego wzrostu, ale ślizgon i tak go minimalnie przewyższał. Unieśli różdżki i wycofali się po dziesięć kroków. Następnie ostrożny ukłon i odliczanie.
Harry'emu przemknęło kilka myśli, jakich zaklęć mógłby użyć, ale postanowił ograniczyć się do tych zwykłych. W głowie miał już scenariusz pojedynku. Teraz chciał, żeby poszło tak gładko jak zaplanował.
— Raz.. Dwa... Trzy! — na ,,trzy" obaj krzyknęli:
— Drętwota!
— Expeliarmus! — krzyknął w tym samym momencie Harry, ale jego zaklęcie chybiło. Sam jednak musiał uskoczyć przed ogłuszaczem. Zaraz leciał w niego kolejny. Powstrzymał chęć rzucenia tarczy.
— Accio! — ryknął w stronę jeden ławki, która natychmiast poszybowała w jego stronę. Zaklęcie rozbiło się o nią. — Expeliarmus! — krzyknął ponownie zaklęcie rozbrajające, starając się dobrze wycelować, ale, mimo że trafił różdżka Malfoya nie drgnęła. Szybki unik przed fioletowym promieniem i wystrzelenie własnego - niebieskiego.
— Petryficus Totalum! — usłyszał i zaklęcie minęło go o włos, ale jednak poczuł jak traci władzę w lewej ręce, a ta jakby zamarza. Nagle jakieś zaklęcie boleśnie uderzyło w jego brzuch i czuł jak wylatuje w powietrze, by wylądować na biurku. Zwinął się czując jakby niewidzialne noże wbijały mu się brzuch i rwały boleśnie. Splunął i zaklął. Czując, że Draco ma zamiar wysłać w jego stronę następne zaklęcie zeskoczył i schował się za ławką. Kłucie nie ustawało nawet na chwilę, tylko nasilało się z każdym ruchem. Zaklęcie czarnomagiczne?
— No dawaj Potter! Czy nie mówiłeś, że potrafisz więcej niż na początku roku?! — prowokował go, a Harry wychylił się akurat w momencie, gdy czerwony promień rozbił się na biurku, a malutkie drzazgi uderzyły w jego twarz. Nie sprawdził czy krwawi, nie miał na to czasu. Przestał o tym myśleć. Może go boleć, może krwawić i może wyć w agonii, ale już nigdy nie przegra! Te czasy się skończyły, gdy trafił do tej szkoły!
Wychylił się.
— Confringo! — ryknął, a ściana za Draco pękła. Ślizgon z przerażonym wzrokiem uchylił się i wycelował.
— Conten Corpus*! — zobaczył pomarańczowy promień i z przerażeniem rozumiał, że tego zaklęcia nie uniknie. Było zbyt szybkie. Coś zawładnęło jego ciałem. Każdy mięsień napiął się do granic możliwości, a ciało wygięło się w łuk jak sprężyna. Wszystko zaczęło go boleć. Padł na ziemię czując jak mięśnie boleśnie pieką, ale zdołał wycelować ostatni raz.
— Sovaro! — widział szary błysk, a następnie Malfoya lądującego na podłodze. Działanie zaklęcia zostało przerwane. Doznał błogiego uczucia wolności. Coś pętającego jego mięśnie zniknęło bez śladu, a on był wolny. Wstał szybko i widząc ślizgona na podłodze podbiegł do niego.
— Cholera! — krzyknął.
Nie powinien rzucać tego zaklęcia. Przecież sam dokładnie nie znał jego działania! Nie wiedział co może się wydarzyć. O wiele zbyt mało czasu poświęcił na testowanie go i analizowanie, w jakim stopniu potrafi być destrukcyjne! Co teraz?!
— Draco! — wrzasnął. Uklęknął automatycznie i spojrzał spanikowany na nieprzytomnego blondyna. Nie wiedział jakie zaklęcie może mieć w tej chwili działanie. Przecież było nieprzewidywalne! Ale na ciele chłopaka nie było żadnej rany, ani śladu po niej. — Draco! Żyjesz?! — zapytał czując narastającą panikę, gdy ten nie odpowiedział. Ujrzał powolny ruch ust chłopaka, a kątem oka różdżkę wycelowaną w niego. Nie zdąży.
— Drętwota — powiedział bardzo cicho, a słaby, czerwony promień ugodził Gryfona w pierś. Padł na ziemię wypuszczając różdżkę i czując odrętwienie rąk i nóg. Zaklął w myślach. Malfoy'owi nic nie jest! Jak mógł się na to nabrać! Idiota!
— Uznajmy to za remis — usłyszał po chwili i spróbował się ruszyć, ale odrętwienie mu nie pozwoliło. Gdyby mógł, to z pewnością przywaliłby mu takiego kopa, że żadne zaklęcie by temu nie dorównało! — Finite. — Odrętwienie zniknęło, razem z większością zdenerwowania.
Obaj usiedli zmęczeni, a Harry nieco obolały i wściekły. Brzuch nadal go rwał, ale nie był to już efekt zaklęcia tylko jego następstwo. Podejrzewał, że będzie go rwało jeszcze jakiś czas. Trudno, jakoś to przetrwa. Bywało przecież gorzej, nie? - zapytał się myślach i uśmiechnął głupio.
— Zmusiłeś mnie do użycia portego. Wiesz, co, jak co, ale to zaklęcie nie było całkiem niebezpieczne — powiedział mu i strzelił kręgami szyjnymi przechylając głowę.
— Dlaczego niby? — zapytał Harry, nadal trzymając się za brzuch.
— Nie rżnij głupa, Potter. Nie tylko ty znasz czarną magię — warknął.
— Oho! Powiedz jeszcze, że oszukiwałem! A jakim zaklęciem mnie potraktowałeś, że tak mnie rwie? — zapytał wskazując na brzuch. Już nie wspomniał o tym, co tak bardzo napięło jego ciało. Poza tym to zaklęcie znalazł w książkach z klas szóstych, a nie w dziale zakazanym. Draco zaśmiał się cicho.
— No dobra, może nie było to całkiem uczciwe, ale nie było też całkiem czarnomagiczne.
— Sovaro też nie jest czarnomagiczne — rzucił szybko Harry.
— Wszystkie zaklęcia zablokowane przez Ministerstwo są czarnomagiczne, Potter. Gdyby nie miały nic wspólnego z czarną magią to nadal byłyby w użyciu. A to którym dostałeś... Nie martw się, ból przejdzie za kilka minut.
— Dzięki za pocieszenie.
— Ta... Mamy remis — dodał powoli.
— Gratuluję dedukcji. Sam do tego doszedłeś? — zapytał lekko podenerwowany.
— Cóż skoro mamy remis, to znaczy tylko jedno — ciągnął. — Że ty pomożesz mi, a ja tobie. — Harry zaśmiał się. — No co? Ja Cię proszę byś zleglimentował dla mnie Blaise'a, a ty w zamian możesz prosić o cokolwiek.
— Jesteś tego pewny? To ,,cokolwiek", bardzo mi się podoba — Malfoy wzdrygnął się słysząc jego ton.
— Mniej więcej — rzekł niepewnie, a Harry uśmiechnął się i wyciągnął ku niemu dłoń. Draco szybko ją chwycił i uścisnął mocno. — No! To teraz do skrzydła szpitalnego.
— Po co? — zapytał zdezorientowany Harry.
— Twoja twarz — przypomniał, a uśmiech Harry'ego spełzł z ust, zastąpiony przez zaskoczenie. Dotknął twarzy opuszkami palców i poczuł jak te zaczynają się lepić. Krew.
W skrzydle szpitalnym pani Pomfrey dostawała szału, gdy Harry cały czas starał się umknąć od odpowiedzi na pytanie co mu się stało. Draco stał tuż obok przyglądając się jej poczynaniom, a Harry siedział w bezruchu pozwalając jej wyleczyć jego rany. Ta machała krótko różdżką wyrywając malutkie drzazgi. Za każdym razem bolało.
— Nie będzie blizn? Chyba nikt nie chciałby żeby twarz Złotego Chłopca została tak brzydko oszpecona — zadrwił Malfoy, a pielęgniarka spojrzała na niego z wyrzutem.
— Nie będzie blizn, panie Malfoy — powiedziała niezbyt przyjaźnie, a on z uśmiechem wstał, rzucił krótkie ,,Narka" i poszedł w kierunku wyjścia. Harry zastanawiał się dlaczego poszedł z nim aż tutaj. Jakby chciał się upewnić, że dojdzie na miejsce i nie padnie po drodze z braku przytomności. Pewnie przez to zaklęcie… Na szczęście ból brzucha już minął. Zostawił po sobie tylko nieprzyjemne uczucie mdłości.
— To co się stało, panie Potter?
— Wpadłem na drzwi — skłamał i syknął, gdy kolejna drzazga została wyrwana z jego policzka.
— I uderzył pan tak mocno, że powbijał pan sobie prawie dwadzieścia drzazg? O! I ostatnia! — dodała z tryumfem a on chciał wstać, ale silny uścisk na jego ramieniu go powstrzymał.
— Masz, chyba, że lubisz blizny na twarzy. — Harry wziął od pielęgniarki przeźroczysty eliksir i wypił go do dna. Miał ohydny smak, jakby pił sok pomarańczowy po umyciu zębów. Jeszcze chwilę wyjaśniał, jak to przez nieuwagę wpadł na bardzo niestabilne drzwi i się poranił, a później poszedł na śniadanie. Miał nadzieję, że do tego czasu małe linki, na jego twarzy, znikną.
* Conten Corpus — Conten od łacińskiego contentionum — co oznacza napiąć, a Corpus — ciało. (nie wiem czy to poprawnie, chyba używałem wtedy translatora xd)
