- Gellert? Co ty tu robisz? – wykrzyknął Albus, gdy już otrząsnął się z pierwszego szoku.
- No wiesz – zaczął blondyn, opuszczając nogi na podłogę i wstając, by zbliżyć się do nich leniwym krokiem. – Musiałem odwiedzić mojego starego przyjaciela. – Uśmiechnął się zmysłowo, spoglądając na Minerwę i Tonks. – A cóż to za piękne kobiety ci towarzyszą?
- Albusie – wtrąciła się Minerwa. – Czy mi się wydaje, czy to jest…
- Gellert Grindelwald, do usług – przedstawił się szybko mężczyzna, chwytając delikatnie jej dłoń, by złożyć na niej subtelny pocałunek. Policzki Minerwy zarumieniły się lekko.
- Minerwa McGonagall – odparła z lekką dozą dystansu i jakby nieśmiałości. Severus przyjrzał się jej z ciekawością. Chociaż znał ją od ładnych paru lat, jeszcze nigdy nie miał okazji widzieć jej z rumieńcem.
- A pani? – zapytał uprzejmie Gellert, kierując swoje spojrzenie na aurorkę.
- Tonks – odparła wesoło, podając mu rękę. Uniósł pytająco brew, więc z niechęcią dodała – Nimfadora Tonks.
- Miło mi panią poznać – powiedział znaczącym tonem, a gdy pochylił się, by ucałować również jej dłoń, mrugnął do niej zawadiacko, na co zarumieniła się mocniej niż Minerwa.
- Gellercie, czy ja mógłbym się dowiedzieć, skąd się tu wziąłeś? – spytał Albus, gdy uwaga blondyna powróciła do niego.
Czarnoksiężnik udał, że się głęboko zastanawia nad odpowiedzią, po czym uśmiechnął się rozbrajająco.
- Teleportowałem się, a potem zrobiłem sobie spacerek przez błonia.
Albus westchnął ciężko.
- To może zapytam inaczej. Dlaczego, do diaska, jesteś tutaj, a nie w Nurmengardzie?
- A wiesz, znudziło mi się tam – odparł spokojnie i odwrócił się, by powrócić do stołu. Minerwa z Tonks zauważyły, że jego spodnie faktycznie idealnie opinały pośladki.
Albus zrezygnowany zasłonił twarz dłonią. Severus tymczasem, korzystając z braku uwagi kierowanej na jego osobę, udał się do stołu, by w zupełnym spokoju zjeść posiłek. Gellert na powrót rozparł się w fotelu dyrektora, lecz tym razem jego nogi nie znalazły się na stole. Sięgnął za to po srebrną miseczkę i spoglądając na Tonks, wyjął z niej jedną czereśnię, przez chwilę bawił się nią palcami, po czym ponętnym ruchem włożył ją sobie do ust. Chwilę później zmysłowo oblizał wargi. Tonks wyraźnie nie wiedziała, gdzie ma podziać wzrok. Cała czerwona usiadła obok Severusa, zachowując od Gellerta dystans dwóch miejsc. Krzesło znajdujące się między czarnoksiężnikiem, a Mistrzem Eliksirów, zajęła po chwili wahania Minerwa. Albus w końcu westchnął i nie widząc innego wyjścia, usiadł po drugiej stronie swojego „starego przyjaciela".
Severusowi niespodziewanie przyszła do głowy pewna absurdalna myśl. Zaczynała go powoli irytować ta uwodzicielska atmosfera, ale postanowił ją w pewien sposób wykorzystać. Starając się, by nikt nie zauważył, sięgnął do kieszeni, a jego palce zacisnęły się na różdżce. Wypowiedział w myślach proste zaklęcie i odczekał chwilę. Pochylając się, by kurtyna włosów zasłoniła jego twarz, uśmiechnął się wyjątkowo złośliwie, gdy Tonks nagle zesztywniała, a z jej ust wyrwał się dziwny dźwięk, niepokojąco podobny do cichego jęknięcia.
Nie potrafiła powiedzieć jak to się stało, ani co się w ogóle stało, ale w chwili, gdy sięgała po wazę z zupą, poczuła nagle… coś. Coś przypominającego dziwne, niepokojące i cholernie przyjemne wibracje w dolnej części brzucha. Miała wielką nadzieję, że nikt nie dosłyszał cichego jęku, który wyrwał jej się, zanim zdążyła go zatrzymać. Starając się kontrolować oddech, tracący regularne tempo, spojrzała na Gellerta, ale ten pochłonięty był szeptaniem czegoś do ucha Minerwy, której rumieniec po każdym słowie pogłębiał się. Zamknęła oczy, modląc się do Merlina, by to dziwne coś ustało. Nie chciała przeżywać takich rozkoszy na oczach ludzi, którzy jeszcze niedawno byli jej nauczycielami. Ledwie zdążyła ugryźć się w język, zanim wyrwał jej się kolejny jęk. Nie próbowała opuścić Wielkiej Sali, jako że nie była pewna, czy będzie w stanie dojść do drzwi, a nie chciała zwracać na siebie uwagi. Zadziwiającym było, że do tej pory nie czuła na sobie spojrzeń wszystkich obecnych.
Nagle, niespodziewanie wszystko ustało. Odetchnęła z ulgą i rozluźniła się.
- Czyżby ci nie smakowało? – zapytał spokojnie Severus. Miał niezwykły ubaw, obserwując, jak Tonks stara się udawać, że zupełnie nic się nie dzieje.
- Co? – spytała niezbyt przytomnie.
- Pytałem, czy nie smakuje ci obiad. Skrzatom będzie przykro – powtórzył, spoglądając znacząco na jej pusty talerz.
- Nie, nie, smakuje mi, tylko… Zaraz. Od kiedy przejmujesz się skrzatami? – zapytała podejrzliwie.
- Nie przejmuję się nimi. Martwię się o moje posiłki. Kiedy ktoś jest niezadowolony z pracy Hogwarckich skrzatów, starają się ukarać same siebie, przez co kolejne posiłki mają opóźnienie – odparł spokojnie, bawiąc się widelcem.
- No tak, jak mogłam przypuszczać, że się o kogokolwiek martwisz.
- Proszę cię, nie próbuj udawać, że znasz mnie lepiej, niż ja sam. To już powoli robi się nużące.
Już miała zapytać, co właściwie ma na myśli, gdy do Wielkiej Sali wkroczyła ostatnia osoba, jakiej by się tutaj spodziewała. Ze zdziwieniem wpatrywała się w urodziwą kobietę podążającą wyraźnie w jej kierunku.
- Mama? Co ty tu robisz?
- Dora, uprzedzam cię – zaczęła Andromeda, wygrażając jej palcem. Wszyscy obecni spojrzeli na nią zaskoczeni, ale przezornie woleli się nie odzywać. Nie warto ryzykować ściągnięcia na siebie gniewu Andromedy Tonks ze sławetnego rodu Black, nawet jeśli została z owego rodu wydziedziczona. – Jeszcze raz ten kudłaty stwór przylezie do mnie z podkulonym ogonem, a stracę cierpliwość i poszczuje go strzelbą ojca!
- Żebyś jeszcze jakąś cierpliwość miała – mruknął Severus pod nosem. Andromeda momentalnie zgromiła go spojrzeniem.
- A ty, Sev, siedź łaskawie cicho i nie wtrącaj się w rozmowę matki z córką – warknęła.
Severus uniósł wzrok znad talerza, by spojrzeć na nią kpiąco.
- Bo co?
Jego krótkie pytanie zadziałało na Andromedę niczym czerwona płachta na byka. Błyskawicznie dobyła różdżki, która, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, znalazła się przy gardle Mistrza Eliksirów.
- Bo jeszcze będziesz miał okazję dowiedzieć się, dlaczego za czasów szkolnych nikt nie chciał ze mną zadzierać – poinformowała go uprzejmie.
- Dobrze wiedzieć. A teraz z łaski swojej, zabierz to coś, co nazywasz swoją różdżką, żebym mógł dokończyć obiad – odparł spokojnie, nie przejmując się zupełnie jej groźbą.
- Obiad, powiadasz, chcesz dokończyć? Dobrze, nie będę ci w tym przeszkadzać. Nawet pozwolę sobie ci pomóc.
Andromeda uśmiechnęła się do niego słodko. Severus od razu zauważył, że kroi się coś niepokojącego. Tak nagła zmiana nastroju u pani Tonks mogła być niebezpieczna dla otoczenia. Zmarszczył lekko brwi, gdy cofnęła różdżkę i ją schowała. Uważnie obserwował jej ruchy, ale tego, co zrobiła i tak by się nie spodziewał. Andromeda bowiem niespodziewanie złapała jego talerz i jednym ruchem rozsmarowała jego zawartość na twarzy Severusa.
- Smacznego – wycedziła i odwróciła się z powrotem do Tonks. – To na czym ja skończyłam, zanim ten wrzód na tyłku się wtrącił?
- Eee… no mówiłaś coś o Remusie – odparła aurorka, spoglądając na Severusa, który próbował zetrzeć z siebie gulasz.
- A tak. Wyobrażasz sobie, że ten zapchlony natręt przyszedł prosić nas o twoją rękę?
- Że co zrobił? – wrzasnęła Tonks z niedowierzaniem.
- To, co słyszysz. Dlatego mówię, że jak jeszcze raz go zobaczę, to szczeniaka wypatroszę i tyle z niego będzie! Ach, miałam ci jeszcze powiedzieć, że tata pozdrawia i pyta, czy przyjdziesz do nas w niedzielę na obiad – dodała już zupełnie spokojnym tonem.
- Pewnie, że przyjdę. Mam nadzieję, że tata będzie gotował? – Andromeda wyraźnie się nachmurzyła, ale przytaknęła. – A w ogóle to skąd wiedziałaś, że tu jestem?
Pani Tonks westchnęła z rezygnacją.
- Z karteczki, którą zostawiłaś na stole.
- A racja, zostawiłam ją Remusowi w razie, gdyby wrócił szybciej ode mnie – odparła z roztargnieniem.
Kątem oka dostrzegła nagle coś, co wcześniej jej umknęło. Spojrzała w bok. Krzesło obok niej było zadziwiająco puste. Rozejrzała się szybko i zamarła, dostrzegając Mistrza Eliksirów za plecami Andromedy. Najwyraźniej przemknął się tam, gdy były pochłonięte rozmową.
- Em… mamo…
- Co?
Chciała jej pokazać, żeby się odwróciła, ale Severus był szybszy. Jednym ruchem różdżki rozbroił ją, po czym nie zważając na jej głośny krzyk protestu, złapał ją wpół, przerzucił sobie przez ramię i z tym wyjątkowo wierzgającym i wrzeszczącym balastem skierował się ku wyjściu. Gdy zniknęli za drzwiami, Tonks spojrzała zaniepokojona na Minerwę.
- Co on chce jej zrobić?
- Nie mam pojęcia, ale to może być całkiem ciekawe – odparła wicedyrektorka z wyraźnym rozbawieniem w głosie.
Kierując się niezawodną intuicją, Minerwa wstała i niespiesznie podeszła do okna. Spojrzała na błonia i uśmiechnęła się szeroko.
- Tak, jak myślałam – mruknęła do siebie.
Krzyki, a właściwie groźby Andromedy niosły się przez całe błonia, płosząc ptaki zamieszkujące skrajne drzewa Zakazanego Lasu. Najczęściej powtarzały się słowa: „W tej chwili mnie puść, albo…!" bądź „Ty skończony dupku, jak tylko dorwę swoją różdżkę…!" Severus uparcie starał się nie słuchać jej wrzasków, ale poważnie zaczął się obawiać, że jego słuch może się znacznie pogorszyć po spotkaniach z obiema Tonks. Jak nie jedna wrzeszczała mu prosto w ucho, to znów druga darła się, jak stare prześcieradło. Westchnął w duchu, notując sobie w myślach, by przy najbliższej okazji zainwestować w porządne zatyczki do uszy.
Zatrzymał się w końcu na brzegu jeziora i jakby nigdy nic, wrzucił Andromedę do wody w najgłębszym miejscu przy brzegu. Zdążyła jeszcze wyrzucić z siebie „Co ty, do cho…!", po czym nastąpił głośny plus i zapadła błoga cisza. Severus odetchnął głębiej, napawając się brakiem głośnych dźwięków.
- Zrób coś dobrego dla świata i się utop – dodał jeszcze ze stoickim spokojem.
Andromeda wynurzyła się po chwili, cała przemoczona i wyraźną żądzą mordu w oczach. Uśmiechnął się do niej kpiąco, odwrócił się na pięcie i odszedł. Dosłownie chwilę później niespodziewanie zarył nosem w trawę, gdy wściekła pani Tonks rzuciła się na niego, pragnąc popełnić morderstwo.
- Jesteś cholernym skurczybykiem, Sev! – wrzasnęła, podduszając go.
- A ty jesteś skończoną idiotką, jak twoja córka! – warknął, starając się zrzucić ją z siebie.
Andromeda nagle zamarła. Severus, nie wiedzieć czemu, poczuł rosnący niepokój. Z trudem uniósł się na łokciu, by na nią spojrzeć. Po chwili zrozumiał, że to błąd.
- Nie będziesz obrażał mojej córki w mojej obecności! – krzyknęła ze złością, zamachnęła się i z całej siły przyłożyła mu pięścią w nos.
Severus skrzywił się, czując pulsujący ból i ciepłą ciecz, spływającą mu po twarzy. W życiu by się nie spodziewał, że będzie miała tyle siły, by skutecznie przestawić mu nos.
- Masz twardy nochal – mruknęła Andromeda z niezadowoleniem, masując sobie rękę.
- I bardzo dobrze, może ci się odechce więcej tego robić – warknął ze złością.
Poczekał, aż kobieta z niego zeszła, po czym usiadł i sięgnął do kieszeni po różdżkę. Próbował na wyczucie naprawić uszkodzenie, ale nie było to takie proste zadanie. Po dłuższej chwili Andromeda prychnęła ironicznie i wyrwała mu różdżkę z ręki.
- Tak to się robi, kretynie – dogryzła mu, naprawiając mu nos jednym prostym zaklęciem.
Severus zmarszczył brwi. Niespiesznie wstał i szybkim ruchem chciał odebrać jej swoją różdżkę, ale przewidziała to i błyskawicznie się odsunęła.
- O nie, tak się nie bawimy. Jak chcesz ją odzyskać, to robimy wymianę. Moja różdżka za twoją. Inaczej jej nie dostaniesz.
- Wiesz, że i tak mógłbym ci ją zabrać?
- Wiem, ale nie będziesz się posuwał do podstępnych, ślizgońskich metod na oczach mojej córki, bo w razie czego nie zastosujesz tego później na niej, prawda? – zapytała przymilnym głosem, uśmiechając się do niego szeroko.
W myślach przyznał jej rację, a jednocześnie zaczął się zastanawiać, skąd mogła wiedzieć, że wypróbowałby te metody akurat na Nimfadorze.
- To jak będzie? – Severus westchnął i z rezygnacją wyciągnął z kieszeni jej różdżkę. – No, w końcu zaczynasz się zachowywać rozsądnie. To teraz mi ją daj – dodała, wyciągając rękę i jednocześnie podając mu jego różdżkę.
Z wielką niechęcią dokonali wymiany różdżek. Severus schował swoją do kieszeni, podczas gdy Andromeda przystąpiła do suszenia swojej długiej sukni i włosów. Nie poświęcając jej już większej uwagi, odwrócił się na pięcie, by wrócić do zamku, kiedy zatrzymał go czyjś bardzo, ale to bardzo irytujący głos. Głos, którego nie miał ochoty słyszeć aż do następnego konwentu.
- Severusso! Miło cię widzieć, amico!
- Alessio, jeszcze raz zdeformujesz moje imię, a przysięgam ci, że wybiorę się do Niemiec… - warknął ze złością, nawet się nie oglądając na zbliżającego się nierównym krokiem włoskiego Mistrza Eliksirów, którego wyraźnie zmroziło na te słowa.
