Tak, tak, Harry jest tym, kim myślicie :) A powody? Zaraz się dowiecie. Przynajmiej częściowo. Tym razem aktualizacja w piątek, choć nie sądzę. by ktoś narzekał, że za wcześnie :P Miłego czytania.

ROZDZIAŁ 10

*flashback*

Severus Snape z uwagą wpatrywał się w Gryfona – tego samego Harry'ego Pottera, który wiecznie przyprawiał go o napady wściekłości. To fakt, ale Severus tracił cierpliwość nie tylko przez niego samego, ale przede wszystkim z powodu tego, że chłopak przypominał mu Jamesa.

— Czego chcesz, Potter? — zapytał groźnym głosem, rzucając chłopakowi twarde spojrzenie, mając nadzieję, że dzięki temu Gryfon zawaha się i pożałuje, że do niego przyszedł.

W jego mniemaniu nikt nie powinien wytrzymać tego spojrzenia i wciąż tutaj stać, jak właśnie robił to Potter, patrzący na niego z obojętnym wyrazem twarzy. Snape'owi wydało się nienormalne to, że na chłopaku nie zrobił wrażenia ton, jakim go uraczył. Dobrze więc, może i prawda to, co powiedział Dumbledore, że Harry dorósł i już dłużej nie był tym głupim, impulsywnym dzieciakiem. Takim, jakim był wcześniej, kiedy ten jego instynkt bohatera wmawiał mu, że on sam jest najlepszym sposobem na ocalenie świata. Teraz zachowywał się normalnie i zasługiwał przynajmniej na to, by zwrócić na niego uwagę.

Harry doszedł do wniosku, że nie będzie miał zbyt wielu okazji, by porozmawiać ze Snape'em poważnie, nie dochodząc jednocześnie do wniosku, że powinien dać sobie z tym spiskiem spokój, dlatego też zdecydował się pospieszyć.

— Voldemort już panu nie ufa. Potrzebuje pan czegoś, dzięki czemu wróciłby pan do jego łask — powiedział. W jego oczach lśnił blask, który wydawał się o wiele bardziej surowy niż zwykle. Niewinność zniknęła, by mogło pojawić się zdecydowanie.

— I ty mi to zapewnisz, Potter?

— Dlaczego nie? Dobrze wiem, że to, czego najbardziej pragnie Voldemort, to moja klęska. Czemu więc nie dać mu czegoś jeszcze lepszego… Mógłby pan podać mu mnie na złotej tacy. Nie jako trupa, ale jako potencjalnego szpiega — powiedział Harry z powagą. Snape zaczął się zastanawiać, czy Gryfon nie robi z niego kretyna.

— Potter, jakoś nie chce mi się wierzyć, że jesteś w stanie zapomnieć o tamtym mordzie… a może jednak jesteś?

Pytanie rozśmieszyło Harry'ego.

— A kto powiedział, że pójdę z własnej woli? — powiedział, kręcąc przecząco głową.

Tym razem to Snape się roześmiał.

— Jeśli jego Imperius na ciebie nie zadziałał, to sądzisz, że mój by zadziałał? Jesteś zbytnim idealistą, Potter. Poza tym marnujesz mój czas, więc radzę ci lepiej…

— Imperius rzeczywiście mógłby nie zadziałać, profesorze, ale istnieje eliksir, który opanowuje ludzkie umysły, i jestem pewien, że pan potrafi go uwarzyć.

— Nie mam zamiaru przygotowywać dla ciebie tego eliksiru — zaprzeczył. — Dyrektor wyrzuciłby mnie za drzwi za samą propozycję.

— Dyrektor nie musi się dowiedzieć — zaoponował Harry. — Jestem gotów podjąć ryzyko. Wojna wcale nie posuwa się naprzód, a cały świat sądzi, że ochranianie mnie jest idealnym rozwiązaniem. Jeśli nie chce pan przygotować tego eliksiru, niech pan tego nie robi, postaramy się, by Voldemort uwierzył, że jestem po jego stronie… może mnie nawet naznaczyć.

— A jeśli kazałby ci kogoś zabić?

— Zrobiłbym to, jeśli tylko nie byłby to członek żadnej rodziny, którą znam. Zawsze można powiedzieć, że ktoś mógłby mnie rozpoznać, a przecież lepiej utrzymać wszystko w sekrecie. — Snape stwierdził, że rozumowanie Pottera jest niezwykle przewrotne, a kiedy powiedział chłopakowi, że akceptacja mordowania niewinnych ludzi tylko po to, by spróbować zniszczyć Voldemorta, wskazywała na brak skrupułów, ten odparł: — Profesorze Snape, mamy wojnę. Jeśli nikt nie umrze, to gdzie jest sens tego wszystkiego?

— Robisz to, by zemścić się za śmierć rodziców i chrzestnego?

— Nie tylko — zaśmiał się Harry. — Bellatriks Lestrange to jedna sprawa, ale, profesorze, ona nie jest celem tego planu. Zajmę się nią w najbardziej dogodnym dla mnie momencie. Na razie chcę tylko zdobyć zaufanie Voldemorta — wyjaśnił spokojnie.

Jego plan był bardzo dobrze nakreślony i wydawało się oczywiste, że jeśli Voldemort naprawdę uwierzyłby w to, że Harry jest kontrolowany, wszystko poszłoby wspaniale. Porażka Czarnego Pana byłaby dla niego o wiele bardziej satysfakcjonująca niż dla kogokolwiek innego, gdyby chłopak pokonał Voldemorta od wewnątrz, sprawiając, że czarownik uwierzyłby w to, że Gryfon jest jednym z jego najwierniejszych. Nikt nie będzie podejrzewał cudownego Harry'ego Pottera, bohatera przeznaczonego, by unicestwił tego, który zniszczył pokój świata, w którym żyli, tego, który wprawiał cały świat w przerażenie.

— A jak zamierzasz wyjaśnić swoje nieobecności, kiedy będziesz musiał odpowiedzieć na wezwanie?

— Chyba już o tym wspominałem, profesorze? To będzie pana zadanie.

Wyraz niedowierzania na twarzy Snape'a sprawił, że Harry wybuchnął śmiechem, co jeszcze bardziej rozzłościło nauczyciela. Mężczyzna stwierdził, że Potter tylko marnuje jego czas. Zgodził się na wysłuchanie planu Gryfona, który zresztą wcale nie był taki zły, ale wplątanie w to jego samego nieco komplikowało sytuację.

— Dobrze, Potter, co miałbym zorganizować? — zapytał jednak.

— To proste. Zmieniacz czasu.

ooOooOoo

Czerwone oczy Voldemorta uważnie wpatrywały się w Pottera. Mężczyzna był zachwycony tym, że jego odwieczny problem stoi teraz przed nim, z głową pochyloną na znak poddania i błędnymi oczami, jakby nie kontrolował własnych myśli… zupełnie skonfundowany. Wyciągnął rękę i pogładził policzek Gryfona, który powstrzymał dreszcz wywołany chłodem jakby martwej skóry Voldemorta.

— Doskonale, Severusie. Domyślam się, że robisz to, by uniknąć kary za swoje ostatnie nieefektywne działania — zasyczał. Snape, podobnie jak Harry, pochylił głowę przed swoim panem. — Dobrze, Harry będzie bardzo przydatny, szczególnie że żaden z moich sług nie zna języka węży. A ty, Harry, znasz, prawda? — zapytał Voldemort życzliwym tonem, patrząc w zielone oczy swojego rywala, który teraz, dzięki eliksirowi Snape'a, stał się jednym z jego własnych sług.

Wciąż nie ufał w pełni hogwarckiemu nauczycielowi ani temu jego, choć bardzo użytecznemu, prezentowi. Mimo to Harry Potter będzie doskonałą bronią, i to taką, o której posiadanie nikt go nie będzie podejrzewał.

— Tak, panie — odpowiedział chłopak powoli, z wysiłkiem przełykając każdy inny komentarz, który mógłby znaleźć się na jego ustach. Prawdę powiedziawszy, bardzo dobrze kontrolował swoje emocje. Gdyby Voldemort zorientował się, że Harry i Snape igrają z nim, obaj natychmiast by zginęli.

— Dobrze, Harry, dam ci kilka z moich węży. Za ich pomocą będziesz mógł przekazywać mi wszystkie informacje. Zrozumiałeś?

— Oczywiście, panie.

— Doskonale. Snape, Harry… nadszedł czas, byś naprawdę stał się jednym z moich śmierciożerców…

Gdy już otrzymał znak i znalazł się pośrodku kręgu śmierciożerców, w którym stał również Lucjusz Malfoy, Voldemort przemówił:

— Zgromadziłem was tutaj z pewnego bardzo ważnego powodu. Nasz krąg przyjął nowego towarzysza. — Wszyscy spojrzeli na postać w czarnej szacie z kapturem i maską zasłaniającą twarz, która klęczała na jedno kolano u stóp Voldemorta. — Przede wszystkim muszę powiedzieć, że jest on kimś bardzo specjalnym i będzie wykonywał dla mnie niezwykle istotne misje. Dlatego też jego tożsamość pozostanie tajemnicą, dopóki nie zdecyduję inaczej. — Wszyscy skinęli głowami. — Doskonale.

ooOooOoo

— Czas na twoją pierwszą misję, Harry. Jestem zmuszony przyznać rację Severusowi i nie mogę wysłać cię z jednym z naszych przyjaciół, bo mógłby on przełamać bariery mentalne, jakie Severus na ciebie nałożył, nieprawdaż? Nie mam zamiaru ryzykować tak bardzo. — Młodzieniec skinął głową, spuszczając wzrok i uśmiechając się dziwnie, jakby złowieszczo. Voldemortowi bardzo spodobał się ten widok. — Wiem, że wciąż nie potrafisz wielu rzeczy, Harry, ale na pewno będziesz w stanie rzucić Avadę Kedavrę. W związku z tym, moim życzeniem jest, byś poszedł teraz do szpitala Świętego Munga i pozbył się kogoś. — Harry przytaknął. — Znajduje się tam jeden z aurorów, których wcześniej nieco poturbowaliśmy za pomocą Imperiusów i Cruciatusów. Pragnę, byś go zlikwidował, bo jeśli wyzdrowieje, może zacząć mówić.

— Rozumiem, mój panie.

ooOOooOOoo

Krzyknął z bólu, podnosząc się do pozycji siedzącej. Jego czoło perliło się od zimnego potu, a rozbiegany wzrok błądził po pomieszczeniu. Był zmęczony, oszołomiony i chory przez to wszystko. Zabijał niewinnych ludzi, ale nie żałował, bo to musiało się stać. Jedynym, co go martwiło, był fakt, że skoro był obserwowany, nie mógł wykonać jeszcze żadnego ruchu w kręgu. Ale mógł przynajmniej coś powstrzymać, dając aurorom znaki w taki sposób, by Voldemort nie domyślił się, że to jego sprawka. Dwa miesiące za nim. Pięć morderstw i wiele bólu, ale dla dobra ludzkości musiał udawać.

— Dobrze się czujesz? — Zmartwiony głos Rona dotarł do niego przytłumiony przez kotary łóżka. Chwilę później Harry zobaczył, jak jego przyjaciel odsłania zasłonę, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, skoro nie odpowiedział na jego pytanie. — Harry?

— Wszystko w porządku, Ron, to tylko zły sen — wytłumaczył, patrząc na zaskoczoną i przestraszoną twarz rudzielca. Pewnie pomyślał, że to była kolejna z jego wizji.

— Czy to jeden z tych snów?

Harry zaprzeczył. To było coś gorszego. Wspomnienie śmierci kobiety, którą zobaczył w kryjówce Voldemorta, kiedy on sam wracał do Hogwartu. Nie miał na sobie maski, jedynie czarną szatę śmierciożercy, jego twarz była widoczna. Ona ją zobaczyła i zapytała, co tutaj robi, ubrany w taki sposób. Nie odpowiedział. Zabił ją, by nie zagroziła jego misji. Nikt nie może zagrozić tej misji.

*end of flashback*

ooOooOoo

Draco zaczerpnął tyle powietrza, ile zdołał, by się uspokoić. Jego ręce drżały, ale nie pozwolił, by którykolwiek ze śmierciożerców to zauważył. Żałował, że jego ojciec był zbyt zajęty w Ministerstwie, by móc chociażby dodać swojemu synowi otuchy. Glizdogon wpatrywał się w niego, zafascynowany urodą chłopaka. Inny byli zbyt zajęci swoimi sprawami, by zwrócić uwagę na to, że Draco Malfoy przybył piętnaście minut przed swoim planowanym spotkaniem z Czarnym Panem.

— Czarny Pan czeka na ciebie w środku — odezwał się Glizdogon. Jego małe, czarne, błyszczące oczka wydały się Draco odpychające.

Chłopak nie odpowiedział, spojrzał tylko kątem oka na mężczyznę i skierował się w stronę drzwi, które ten mu wskazał. Gdy zamknął je za sobą, zobaczył kogoś stojącego u boku Voldemorta, kogo twarz zakrywała maska. Nie cofnął się, gdy zauważył, że oboje na niego czekają.

— Mam nadzieję, że nie kazałem ci czekać, panie — powiedział zaniepokojony.

— Nie martw się, Draco — odparł Voldemort syczącym głosem. — Zbliż się. Chciałbym, abyś poznał dzisiaj pewien mały sekret, który dzielimy tylko ja, Severus i nasz przyjaciel… a teraz także i ty, oczywiście. — Ukryty za maską Harry obserwował chłopaka. Miał nadzieję się, że jego reakcja nie zdradzi planu, który uknuli za plecami wszystkich. Draco skinął głową. Nie miał pojęcia, co powiedzieć, a nie chciał wyrwać się z czymś niewłaściwym. — Doskonale — odparł Voldemort na przedłużające się milczenie chłopaka. — Już czas, Harry. Pokażesz Draco, kim jesteś?

W momencie, w którym usłyszał to imię, Draco otworzył usta z zaskoczenia i wpatrzył się w stojącego przed sobą śmierciożercę. Kiedy ten zdjął maskę, Draco zobaczył tego samego Harry'ego Pottera, z którym obmyślił plan walki przeciwko Voldemortowi.

Co się, do wszystkich diabłów, działo, skoro właśnie patrzył na Gryfona stojącego ramię w ramię z Voldemortem? Dowie się tego później, kiedy zostanie z Potterem sam na sam. Wtedy chłopak będzie musiał mu wszystko wyjaśnić, z najdrobniejszymi szczegółami… Teraz natomiast Draco patrzył, jak Voldemort i Harry napawali się wyrazem szoku, który pojawił się na jego twarzy, jakby obaj kpili sobie z jego niedowierzania.