Naprawdę wielkie dzięki Orszuli i Gayaruthiel za zabetowanie tego rozdziału!
Rozdział X
To była ruina. Brudna, zatęchła buda, którą w całości trzymały jedynie wygasające zaklęcia. Stała tuż nad morzem, tak blisko, że w sztormowe dni woda przelewała się za próg. Podłoga przesiąkła smrodem ryb, które kiedyś tu patroszono, a drewniane ściany skrzypiały, gdy wzmagał się wiatr. Wszystkie szyby dawno wytłuczono. Przez puste okienne ramy wlewała się do izby słona, zimna noc.
Chata była idealna.
Voldemort aportował się pośrodku jedynego pomieszczenia, od razu rzucając skuteczne i nieprzyjemne zaklęcie. Dosięgłoby każdego, kto był na tyle głupi, aby spróbować się na niego zaczaić. Złote linie zatańczyły w powietrzu, by po chwili rozpaść się na tysiące iskier, z których każda paliła niczym użądlenie szerszenia. Czarny Pan stał nieruchomo, a one gasły na jego skórze, nie robiąc mu krzywdy. Ponieważ nikt nie zawył z bólu, uznał, że jest w izbie sam i oszczędnym gestem cofnął czar. Następnie rzucił Lumos i rozejrzał się z niesmakiem.
W jednym kącie stała prycza zbita z desek, które dawno już przegniły. W drugim kłębiło się parę starych sieci. Prócz tego mężczyzna zauważył też piecyk, zwykłą kozę, kompletnie zardzewiałą. Część podłogi zalana była wodą.
Mężczyzna powiedział „Nox" i różdżka przestała świecić. Następnie wyczarował fotel, ciężki, skórzany mebel z wysokim oparciem. Usiadł w nim i rzucił parę zaklęć ochronnych, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby.
Czekał w ciemności, przysłuchując się falom, uderzającym o pobliski brzeg. Był… zmęczony.
Odkąd powrócił, nie odważył się zasnąć ani razu. Kiedy tylko mógł, pobudzał się magią i eliksirami. Czasami, gdy jego organizm był zbyt wyczerpany, drzemał w fotelu: krótko, niespokojnie, zawsze na granicy jawy. Spędzało mu sen z powiek przeczucie, że ktoś spróbuje go zabić, jeśli choć na chwilę straci przytomność, odsłoni się, stanie bezbronnym. Może któryś z jego ludzi.
Jego ludzie? Nawet w myślach te słowa brzmiały gorzko. Większość hołoty, która przeżyła jego upadek, zdradziłaby go przy pierwszej okazji. U zbyt wielu żarliwą lojalność zastąpił zwykły, wręcz zwierzęcy strach. Lęk zaś był podłym i kapryśnym sojusznikiem. Lord wykorzystywał go z braku rozsądnej alternatywy... choć musiał przyznać, że widok ludzi płaszczących się przed nim od zawsze sprawiał mu przyjemność. Nawet jeśli wiedział, że te same osoby rzuciłyby się mu do gardła, gdyby stracił moc.
Jednostajny szum morza sprawił, że mimowolnie zaczął się odprężać. Pozwolił myślom błądzić.
Żałował, że Crouch ostatecznie okazał się takim głupcem. Gdyby nie próbował zabić wtedy Pottera… Cóż, Czarnemu Panu przydałby się teraz ktoś żywy i myślący, w czyją wierność nie wątpiłby każdego dnia.
Zamiast tego przyszło mu pracować z takimi ludźmi jak Malfoy, Snape, Rainbow…
Na Emily właśnie czekał.
Kobieta spóźniła się. Weszła oknem, zręcznie przeskakując przez zbutwiały parapet. W ustach trzymała małą latarkę, której światło prześlizgnęło się po oparciu fotela i twarzy Voldemorta. Ten zmrużył oczy. Rainbow ukłoniła się energicznie i bez słowa rzuciła czar, który wypełnił izbę bladym, zielonkawym światłem.
Śmierciożerczą maskę, porysowaną od ciągłego używania, miała zsuniętą na czoło. Pod pachą trzymała klatkę z czarną kurą, która tłukła się o metalową siatkę, najwyraźniej śmiertelnie przerażona. Kobieta musiała wcześniej uciszyć ptaka zaklęciem. Przez ramię przewieszoną miała dżinsową torbę.
– Podejrzewam, że masz to, o co prosiłem – powiedział Czarny Pan i zabrzmiało to jak groźba.
Rainbow wypluła latarkę, która upadła ze stukiem i odtoczyła się pod drzwi.
– Wedle rozkazu – odpowiedziała wesoło.
Postawiła klatkę na podłodze i z kieszeni rozpiętego płaszcza wyciągnęła notes. Całkiem zwykły, jeden z tych, które można kupić w każdej księgarni na Pokątnej. Do jego okładki przylepił się papierek po Marsie.
– Zeszlamiłaś się do szczętu – zauważył mężczyzna ze wstrętem.
– Wedle rozkazu – powtórzyła, na chwilę poważniejąc. Oderwała papierek i podała mu notatnik.
Nie skomentował jej słów. Dawno temu miał plan, który bez jego nadzoru rozwinął się w nieodpowiedni sposób. Teraz mógł albo Rainbow zabić, albo wykorzystać, ignorując jej upodobania. Z dnia na dzień pierwsza opcja stawała się coraz bardziej kusząca.
Rainbow zdawała się zupełnie nieświadoma tego, że balansuje na krawędzi. Uśmiechała się lekko, ręce trzymając w kieszeniach. Oczy jej błyszczały.
Mężczyzna wyobraził sobie ją leżącą na podłodze, wrzeszczącą z bólu lub skomlącą o litość. Prawie widział, jak oczy uciekają jej w głąb czaszki, a paznokcie pękają, gdy próbuje rozdrapać deski. Może przegryzłaby sobie język i zadławiła się krwią… Voldemort uśmiechnął się do własnych myśli.
– Przygotuj wszystko – powiedział.
Stuknął różdżką w notes, dezaktywując ciążącą na nim klątwę, po czym go otworzył.
Kartki były pożółkłe i częściowo zniszczone. Niektóre zostały zachlapane kawą, inne ubrudzone krwią. Zapełniały je nazwiska, daty, formuły zaklęć oraz luźne, nie powiązane z niczym hasła. Większość z nich została opisana lakonicznie, czasem zaledwie kilkoma słowami. Część notatek była jednak niezwykle szczegółowa. W środku znalazły się też zdjęcia, czarodziejskie lub nie, rysunki, plany budynków, mapy, włosy paru ludzi, listy. Przejrzał wszystko pobieżnie.
Zaczął prowadzić notes w siódmej klasie, gdy przygotowywał się do owutemów. Na jednej z pierwszych stron znajdowała się lista lektur, które zamierzał przeczytać w czasie przerwy zimowej.
Był wtedy tak… młody.
Cóż, powinien był zniszczyć ten przedmiot dawno temu. Większość informacji i tak przestała mieć jakąkolwiek wartość.
Rainbow tymczasem ostrożnie położyła torbę na pryczy i zrzuciła płaszcz. Gdy upadł, kopnęła go w kąt, na sieci. Następnie podwinęła rękawy koszuli, odsłaniając pokryte tatuażami ręce. Usiadła na podłodze, ściągnęła ubłocone glany i prawie suche, kolorowe skarpetki. Po chwili namysłu zdjęła też spodnie. Na kolanie miała bliznę wyglądającą jak symbol nieskończoności.
Wstała i zajęła się obydwoma oknami, reperując je pobieżnie. Oczyściła podłogę z wody i brudu. Następnie zmierzyła krokami izbę, mamrocząc coś do siebie.
– Robiłaś to już kiedyś? – spytał Czarny Pan, gdy włożyła różdżkę za ucho.
– Dawno temu – stwierdziła bez skrępowania – ale wtedy go modyfikowałam. Ten to standard.
– Modyfikowałaś? – zainteresował się.
– Aha. Trudne to nie było.
Takiej odpowiedzi się spodziewał.
Niektórzy ludzie żyli z wymyślania i sprzedawania czarów. Praca ta wymagała bardzo dobrej znajomości teorii, doskonałego opanowania języka, z którym się pracowało, sporej intuicji i niebywałej cierpliwości. Było to, w dużym uproszczeniu, mozolne przestawianie samogłosek i wielogodzinne machanie różdżką.
Zdarzały się oczywiście osoby mniej lub bardziej utalentowane, jak we wszystkim. Większość jednak przyznawała, że i tak efekt końcowy zależy od zwykłego szczęścia i bardzo rzadko przypomina to, co pragnęli osiągnąć.
Emily nie miała o tym pojęcia.
Voldemort w dzieciństwie interesował się ludźmi, których umysł działał w odmienny sposób. Lubił czytać o geniuszach i zamiast bajek sięgał po ich biografie. W wieku ośmiu lat poznał pojęcie „sawant" i wtedy zaczęły fascynować go choroby psychiczne. Szukał – nie całkiem świadomie – potwierdzenia, że istnieją na świecie ludzie tacy jak on. Inni. Gdy jako jedenastolatek dowiedział się, że jest czarodziejem, poczuł zarówno ulgę i gniew. Nie chciał być jednym spośród wielu…
Później praktycznie zapomniał o tym, całą uwagę poświęcając czarnej magii, wojnie, Śmierciożercom, polityce. Nigdy nie przypuszczał, że wiedza z dzieciństwa przyda mu się w magicznym świecie.
Kiedy jednak poznał Rainbow, szybko zrozumiał, z kim ma do czynienia. Emily po prostu wiedziała, jak ma brzmieć zaklęcie: bez zastanowienia, bez jakiegokolwiek wahania. Widziała błędy w zapisanych inkantacjach, choć nawet nie musiała ich czytać. Podejrzewał, że potrafiła to, ponieważ była kompletnie szalona.
– A jak tam James? – spytała, klękając.
Białą kredą zaczęła rysować okrąg, nieco koślawy, ale najwyraźniej nie miało to znaczenia.
– Odesłałem go do Hogwartu – powiedział, uważnie obserwując jej reakcję. Była znikoma.
Wyciągnęła z torby siedem świec i rozstawiła je na zewnątrz kręgu. Czerwoną, pomarańczową, żółtą, zieloną, niebieską, fioletową i ostatnią o barwie, której Czarny Pan nie umiał nazwać. Staranie przytwierdziła je do podłogi zaklęciem Przylepca, nim znowu się odezwała.
– Aha. W ogóle ci się nie przyda? – Wyciągnęła z torby plastikowy woreczek z nadmorskim piaskiem i opakowanie soli.
– Jest kaleką – powiedział cicho, zaciskając palce na różdżce. Z trudem przypomniał sobie, że nie powinien jej rozpraszać w tej chwili.
– Myślałam, że go uzdrowisz. – Jeden kosmyk włosów wsunął się jej do ust. Żuła go bezmyślnie, wysypując środek okręgu piaskiem. – Jesteś całkiem dobry w te klocki, prawda? – dodała po chwili.
Pomyślał, że po rytuale zajmie się nią. Bardzo, bardzo starannie.
– Nie mogę pracować ze wspomnieniami, których nie posiada – wytłumaczył, patrząc jak pisze na piasku, wykorzystując różdżkę jak zwykły patyk. Przykucnęła przy tym na piętach.
– Wiesz, ratowałam wtedy, co się dało – zauważyła, na chwilę przerywając pracę. Odgarnęła do tyłu włosy. – I tak całkiem nieźle mi poszło.
Wtedy trafił go szlag. Machnął różdżką w krótkim, ostrym geście. Na twarzy kobiety wykwitła czerwona pręga, ciągnąca się od prawego ucha, przez policzek i wargę, do podbródka. Emily usiadła zaskoczona i powoli uniosła dłoń, dotykając rany opuszkami palców.
– Uderzyłeś mnie – powiedziała zdumiona. Palce ubrudziła własną krwią.
Czarny Pan na chwilę zamknął oczy, uspokajając się. Później, obiecał sobie.
– Tak, Rainbow. Nie przejmuj się tym – powiedział, starając się brzmieć możliwie łagodnie.
Wzruszyła ramionami. Jeszcze przez moment przyglądała mu się z zainteresowaniem, jakby był ciekawym, egzotycznym zwierzęciem. Później oczyściła rękę i uleczyła ranę, a wgłębienia w piasku zasypała solą.
– Tak wygląda nasz krąg – powiedziała, wstając. W jej głosie brzmiała jeszcze uraza, która powoli ustępowała miejsca ekscytacji. – Wymyślił go mój przodek, podobno razem ze Slytherinem. Zawsze myślałam, że to bzdura.
– Jaki to ma związek…? – Spojrzał na nią z irytacją.
– Będę potrzebować tłumaczenia na wężomowę – powiedziała, nasuwając maskę na twarz. – Poza tym radziłabym ci zdjąć płaszcz. Będzie ciepło… panie.
Był pewny, że pod maską uśmiechnęła się złośliwie. Zawsze to robiła, gdy zwracała się do niego z szacunkiem, choćby znikomym.
Później, przypomniał sobie. Na przyjemności jeszcze przyjdzie czas.
Wstał i na ścianie wypalił prosty wizerunek węża. Następnie spojrzał na nią z wyczekiwaniem.
– Powtarzaj za mną. Aha, gdy będziesz kończył zdanie, musisz dotknąć knota. Świeca wtedy zapłonie. Mój ojciec aktywował krąg po angielsku, ale myślę, że uzyskamy lepszy wynik z tłumaczeniem – powiedziała, rozglądając się z roztargnieniem.
Następnie kobieta odsunęła się od kręgu i wyciągnęła z klatki kurę. Ptak zmartwiał z przerażenia, gdy wzięła go na ręce.
– Zaczynamy? – zapytała, czule głaszcząc zwierzę. – Naprawdę radziłabym się rozebrać.
Rainbow zachowywała się jak okrutne, rozpieszczone i niewątpliwie genialne dziecko. Prawdopodobnie dlatego, że – w pewnym szczególnym sensie – wciąż nim była. Dopóki Voldemort o tym pamiętał, potrafił, rozmawiając z nią, zachować spokój.
Mężczyzna spojrzał na rysunek węża i zasyczał:
– Jessstem gotowy.
Chociaż czasem podejrzewał, że Emily po prostu udaje.
xxx
James był rozkojarzony, zmęczony i przygnębiony. Schodząc po schodach, myślał o jutrzejszym dniu. Wiedział, że czeka go awantura i, cholera, bał się jej trochę. Gdyby eliksirów uczył jakikolwiek inny nauczyciel, chłopak w ogóle by się nie przejmował. Nigdy nie darzył belfrów szczególnym respektem. Tyle, że tę lekcję prowadził Snape.
Rainbow przystanął, drapiąc się świecącą różdżką po karku. Próbował przekonać samego siebie, że panikuje bez sensu. Profesor przecież musiał przynajmniej udawać, że przestrzega regulaminu, a James wiedział, że w Hogwarcie kary fizyczne są zakazane. Snape nie mógł więc go… skatować. Nie aż tak, aby nazajutrz chłopak nie dał rady pójść na zajęcia. Odpadały również wszelkie zaklęcia, które pozostawiały ślady. To ograniczało listę klątw…
… na przykład do Crucio.
Rainbow rozejrzał się, przygryzając wargę. Dotarł na pierwsze piętro i ucieszył się, że przynajmniej rozpoznaje otoczenie. W nocy Hogwart był ponurym miejscem. Chłopak czuł chłód ciągnący od wiekowych murów i słyszał te wszystkie ciche, drażniące wyobraźnię dźwięki, które za dnia ginęły w zwyczajnym hałasie. Chociaż dobrze wiedział, że to tylko odgłosy wiatru, szczurów lub czegoś równie banalnego, i tak poczuł się nieswojo.
Boisz się ciemności? Żałosne, pomyślał.
W tym momencie mógł pójść do McGonagall i poprosić, aby go odprowadziła. To byłoby jednak naprawdę upokarzające. Poza tym nauczycielka prawdopodobnie szykowała się już do snu. Gdyby zapukał do drzwi, mógłby wyrwać ją z łóżka, albo, co gorsza, spod prysznica. Przerażająca myśl.
Potrząsnął głową, aby pozbyć się wizji profesorki owiniętej ręcznikiem w szkocką kratę.
Postanowił, że po prostu przejdzie się korytarzem i sprawdzi, czy nie przegapił innej klatki schodowej. Co prawda wydawało mu się to nieprawdopodobne, ale nie miał lepszego pomysłu.
Wsadził lewą dłoń do kieszeni i przygarbił się, a różdżkę opuścił, więc oświetlała głównie kamienną posadzkę.
Tak, pomyślał ze wstrętem, dobijaj się. To ci na pewno jutro pomoże.
Szedł powoli, co jakiś czas tylko unosząc głowę. Był pewien, że i tak zauważy schody.
Przez chwilę nawet zastawiał się, czy powinien spróbować wytłumaczyć wszystko Snape'owi, ale odrzucił ten pomysł. Nie miał ochoty zwierzać się ze swoich słabości komukolwiek, a temu bydlakowi w szczególności. Zresztą, albo mężczyzna mu nie uwierzy, albo wykorzysta tę informację, żeby jeszcze bardziej mu dokopać – inna możliwość nawet nie przyszła Jamesowi do głowy.
Właściwie chłopak najchętniej zwiałby teraz ze szkoły. Powstrzymywała go jedynie świadomość, że ze swojej ucieczki musiałby tłumaczyć się nie tylko matce, ale również Czarnemu Panu.
Jęczysz jak dziewczyna, zganił się w myślach.
Podświadomie zarejestrował dźwięk, który nie pasował do reszty. Jakby ktoś głośniej odetchnął. Chłopak odruchowo odsunął się o krok, równocześnie obracając głowę. Ruch ten był nieświadomy, ponieważ wciąż myślał o czymś innym. Przede wszystkim zaś – zbyt wolny.
– Accio różdżka – usłyszał i zacisnął palce, ale przedmiot i tak mu się wyślizgnął. Nawet nie próbował go złapać.
Rzucił się w bok, we wnękę za pomnikiem, byle tylko zejść z oczu atakującemu. Zamierzał wyciągnąć zapasową różdżkę, którą miał ukrytą w futerale na łydce i rozprawić się z wrogiem możliwe szybko i cicho. To był całkiem dobry plan i przez bardzo krótką chwilę James wierzył, że się uda.
Przypomniał sobie jednak, że ma pecha – dokładnie wtedy, gdy wpadł na czatującego we wnęce chłopaka.
Potknął się o jego nogi i plecami uderzył w załom muru. Odebrało mu dech. W tej samej chwili chłopak odepchnął go mocno, a James próbując zachować równowagę, chwycił się jego szaty. Razem upadli na podłogę. Rainbow uderzył głową o posadzkę i nagły ból zamroczył go na chwilę. Mimo tego poczuł, że chłopak stoczył się z niego. Spróbował więc się podnieść, choć miał wrażenie, że przy każdym ruchu jego czaszka pęka.
– Trzymaj go – usłyszał. Miał wrażenie, że głos dochodzi z bardzo daleka.
Ktoś złapał go za szatę i zaczął podnosić, dysząc przy tym ciężko. James zauważył półprzytomnie, że chłopak cuchnie potem i prawie przez to zwymiotował.
– Chodźmy tam – powiedział nerwowo jeden z napastników.
Kiedy zaczęto go wlec, Rainbow spróbował się wyrwać. Kopnął do tyłu z całej siły. Usłyszał przekleństwo, a napastnik rozluźnił chwyt. Prócz tego niewiele jednak zyskał. Drugi chłopak rąbnął go w twarz na tyle mocno, aby James na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością.
Ocknął się, kiedy rzucili go na posadzkę. Odruchowo skulił się, osłaniając brzuch i głowę. Podłoga, na której leżał, była z jakiegoś powodu mokra i przez moment bał się, że to jego krew. Cieczy jednak było za dużo.
Jeden z chłopaków rzucił Lumos. James zacisnął powieki. Miał wrażenie, że ktoś wsadził mu do głowy dwie ostre szpile.
– Co ty na to, kundlu? – spytał napastnik i Rainbow zmusił się, aby na nich spojrzeć.
Mógł się domyślić, że to będą goryle Malfoya. Posłał im nawet całusa, kiedy wchodził do gabinetu McGonagall. Kretyn, kretyn, dlaczego zawsze musi kusić los?
– Nawet nie próbuj krzyczeć – dodał drugi.
James nie zamierzał, nie był głupi. To pomieszczenie pewnie i tak było wyciszone, a stojący nad nim chłopak tylko czekał na jakikolwiek pretekst, aby kopnąć go w nerki.
Byli w jakiejś łazience. Rainbow zauważył kabiny i umywalki. To w jakiś sposób tłumaczyło, dlaczego podłoga była zalana…
– Jakiś cichy jesteś, gnojku. – Zwalisty chłopak patrzył na niego ze skupieniem, co wyglądało naprawdę dziwacznie. Jakby wyjątkowo tępa małpa próbowała ogarnąć instrukcję obsługi piekarnika.
James nie rozumiał, na co oni czekają. W końcu bardziej bezbronny już nie będzie. Spróbował dyskretnie sięgnąć po różdżkę, ale przypatrywali się mu zbyt uważnie. Jeden w dodatku w niego celował.
– Niczego nie powiesz? – zapytał ten po lewej. Wydawał się zagubiony, jakby nie bardzo wiedział, co ma teraz robić.
James pomyślał, że po prostu próbują sobie przypomnieć jakiekolwiek zaklęcie, które mogliby teraz na niego rzucić. Niedobrze.
Javiera powiedziała kiedyś, że w magii przerażające są tylko trzy rzeczy: przekręcone klątwy, niedokończone eliksiry i szaleni ludzie. Rainbow się z tym nie zgadzał, ponieważ zbyt dobrze znał się na czarnoksięstwie. Nie znaczyło to jednak, że nie obawiał się źle wypowiedzianych czarów.
Koledzy Malfoya wyglądali na ludzi, którzy potrafią pomylić się nawet przy Drętwocie. Rainbow wolałby, aby go po prostu pobili. Fizyczne obrażenia łatwo się leczyło.
– Zastanawiałem się, czemu nie ma z wami tego dupka – powiedział ze sztuczną wesołością w głosie. – Malfoy stchórzył? Co za ciota.
Łatwo dali się sprowokować. James chciał jeszcze dodać, że nie kopie się leżącego, ale zabrakło mu czasu.
Szybko przestał rozróżniać poszczególne uderzenia.
A w jego głowie przebudziło się to, co powinno zostać ukatrupione dawno temu. Na granicy świadomości czuł oddech, lodowaty, cuchnący gnijącą wodą. Był jak obietnica ukojenia i prawie zapomniał, że się go bał…
– Biją się! Biją się! – Usłyszał dziewczęcy i, z jakiegoś powodu, bardzo rozradowany głos.
– Spływaj, grubasko – warknął Ślizgon.
James prawdopodobnie stracił przytomność, bo gdy znowu otworzył oczy, zorientował się, że koledzy Malfoya go zostawili. W łazience było na tyle jasno, że dostrzegł swoją różdżkę, leżącą nieopodal. Przestraszył się, że jest już ranek, ale szybko uświadomił sobie, że dzienne światło byłoby inne.
– Och, obudziłeś się – powiedział ktoś i James szybko podniósł głowę. Natychmiast tego pożałował, bo pociemniało mu przed oczami.
Na umywalce siedziała martwa dziewczyna. Na pewno martwa. Była półprzeźroczysta i świeciła lekko, a James wiedział, że żywi ludzie tego nie robią. Na nosie miała okulary z grubymi, okrągłymi szkłami. Rainbow zawiesił na nich wzrok, próbując pozbierać myśli.
– Myślałam, że umrzesz. – Dziewczyna uśmiechnęła się uroczo. – Wcale by mi to nie przeszkadzało.
– Nie? – spytał głupio.
– Pozwoliłabym ci zostać w łazience. Tu jest całkiem fajnie i można straszyć, kogo się chce. Na pewno nie umierasz? – zapytała. Błagalny ton jej głosu natychmiast zmotywował Jamesa do wzięcia się w garść. Prawie oczekiwał, że dziewczyna zaraz powie: mogę pomóc.
– Nie, wszystko w porządku – zapewnił szybko i jęknął z bólu, doskonale zaprzeczając własnym słowom. Nawet oddychanie sprawiało mu ból.
Nieźle go załatwili, to musiał im przyznać…
– Jestem Marta – powiedziała dziewczyna, machając nogami w powietrzu. – Zwiali, jak tylko się pojawiłam.
– Dzięki. James – wymamrotał.
Dał radę usiąść, opierając się plecami o drzwi kabiny. Miał wrażenie, że jego głowę rozłupano na pół, a w dodatku prawie nic nie widział na lewe oko. Wymacał różdżkę i zamknął drzwi. Następnie rzucił na nie czar, który czarodziejowi nie znającemu się na rosyjskiej magii trochę utrudniłby ich otworzenie. Wtedy poczuł się w miarę bezpiecznie.
– Wiem, jak to jest, kiedy się nad tobą pastwią – stwierdziła Marta, a oczy zalśniły jej niebezpiecznie. – Mnie nawet zabili.
– Współczuję – zapewnił.
Rzucił na siebie zaklęcie sondujące, powoli wodząc różdżką wzdłuż ciała. Miał pęknięte żebro, zresztą mógł się domyślić. Poza tym obili mu wnętrzności i w łeb też dostał porządnie. Prócz tego głównie stłuczenia, więc nie tak źle. Tylko facjatę przemodelowali mu ze znawstwem… splunął krwią.
Miał nadzieję, że nie przegapił niczego istotnego. Ten czar niestety nie był doskonały. Między innymi często informował o starych obrażeniach, zrośniętych kościach, bliznach po klątwach. W tym gąszczu wiadomości można było się pogubić.
– …siedziałam akurat w toalecie i płakałam, bo ta okropna Oliwia Hornby znowu się ze mnie naśmiewała. Często to robiła, ona i ta jej koleżanka, która wyglądała jak świnia. No więc akurat płakałam, kiedy usłyszałam bardzo dziwny dźwięk… – James dopiero po chwili uświadomił sobie, że Marta opowiada mu o sobie. Dziewczynie najwyraźniej jednak nie przeszkadzało, że nie słucha.
– Aha – powiedział na wszelki wypadek. Nie był pewien, co może zrobić urażony duch i w tej chwili nie chciał poszerzać swojej wiedzy.
Wsadził rękę do kieszeni szaty, ale nie znalazł tam papierosów. Zostały w kurtce, którą wpakował do kufra. Ta drobnostka przybiła go ostatecznie.
Im dłużej myślał o tym, co go spotkało, tym większy wstyd czuł. Dał się pobić jakimś dwóm kretynom, w dodatku na oczach dziewczyny. Pewnie do jutra będzie o tym wiedzieć cała szkoła.
Uzdrowił się na tyle, aby móc wstać. Przez chwilę wydawało mu się, że nie da rady, ale przytrzymał się klamki i jakimś cudem nie upadł. Serce biło mu tak, jakby właśnie ukończył maraton, a pot sprawił, że koszula przykleiła się do skóry. Marta na chwilę przerwała swoją opowieść, patrząc na niego z namysłem.
– Moja propozycja jest cały czas aktualna – zauważyła.
– Przemyślę ją – obiecał, powoli podchodząc do umywalki. Oparł się o nią, dłonie zaciskając mocno na wilgotnej, śliskiej krawędzi.
Lustro wiszące na ścianie pokryte było szronem. Chłopak przejechał po tafli palcami, a pod paznokciami został mu śnieg. Nie miał siły się jednak nad tym zastanawiać.
– Więc, jak już mówiłam, to był bazyliszek – kontynuowała dziewczyna. – Niestety nie zobaczyłam go wyraźnie, bo nie miałam okularów. Rozumiesz, musiałam je ściągnąć, kiedy płakałam…
– Straszne – powiedział bezmyślnie.
Różdżką ogrzał zwierciadło, a następnie rękawem starł z niego wodę. Teraz wpatrywał się w swoje odbicie ze znużeniem.
Jedno oko miał zapuchnięte, a górną wargę rozkwaszoną. Nos też nie wyglądał najlepiej. Chłopak językiem przesunął po zębach i zauważył, że jeden się chwieje. Wspaniale.
Odkręcił wodę i ostrożnie przemył twarz, zmywając z niej krew. Dzięki temu odkrył szramę nad brwią. Co oni mieli na tych butach, ćwieki?
– … och, wyglądała okropnie. Miała sierść na całej twarzy, rękach, wszędzie. W dodatku wyrósł jej ogon…
Nie było jednak tak źle. James sztukę pierwszej pomocy opanował perfekcji. Poza tym nie musiał zbyt przejmować się siniakami. Zaklęcie maskujące i tak zakryje je w ciągu paru godzin. Przytknął koniec różdżki do nosa, żeby go naprostować, kiedy uświadomił sobie, co przed chwilą usłyszał.
– Co zrobili Harry, Ron i Hermiona? – spytał osłupiały.
Marta rozpromieniła się.
xxx
– Co wyście zrobili?
Malfoy w jednej chwili całkowicie się obudził. Usiadł, odruchowo podciągając kołdrę pod brodę. Vincent stał przy jego łóżku. W dłoni trzymał zapaloną różdżkę.
W bladym świetle ślizgońskie dormitorium wyglądało upiornie.
Było to podłużne pomieszczenie. Pod jedną ze ścian w szeregu stały łóżka z zielonymi, ciężkimi baldachimami. Kolumny mebli wyrzeźbiono tak, aby wydawały się oplecione bluszczem. Draco w pierwszej klasie odkrył, że jeśli naciśnie pewien liść, z zagłówka łóżka wysunie się niewielka szuflada. Gdy zrobił to pierwszy raz, całkowicie przypadkowo, znalazł w niej mysi szkielet. Przez tydzień nie mógł zasnąć, co niezwykle bawiło Zabiniego. Malfoy trzymał w skrytce tylko budzik, ponieważ wszyscy chłopcy z jego roku o niej wiedzieli.
Pomiędzy łóżkami stały szafki nocne, których zawartość była nietykalna. Dotknięcie czegokolwiek, co leżało na albo w nich, było zbrodnią porównywalną z grzebaniem w czyimś kufrze. Malfoy obłożył swoją szafkę paroma klątwami i był prawie pewien, że jego koledzy zrobili to samo. Pod tym względem im ufał. Jednak na wszelki wypadek na wierzchu kładł tylko książki, tworząc z nich chwiejny, krzywy stos. Większość dotyczyła quidditcha.
Wystrój pomieszczenia miał jednak naprawdę niewielkie znaczenie. Nawet gdyby Ślizgoni ukradli fotele Puchonów i obwiesili ściany gryfońskimi dywanami, i tak nocą byłoby tu ponuro. W pokoju królowało bowiem okno.
Zamiast ściany uczniowie mieli wzmacnianą czarami szybę, która odgradzała ich od jeziora. Czasami Wielka Kałamarnica podpływała tak blisko, że Malfoy mógł spojrzeć prosto w olbrzymie, czarne oko.
Vincent oparł się o kolumnę łóżka.
– Stłukliśmy go – powiedział poważnie. – Sam mówiłeś, że trzeba coś z nim zrobić.
– Ale nie to, na Salazara. – Ponieważ Zabini drgnął nerwowo na łóżku obok, Malfoy jedną ręką zaciągnął kotarę. Następnie kontynuował ściszonym głosem: – On widział, że to wy? To znaczy rozpoznał was?
– Tak – odpowiedział Gregory ze swojego łóżka. Przed chwilą przebrał się w piżamę i właśnie składał ubrania. Miał przy tym tak nieobecny wyraz twarzy, że Draco drgnął, słysząc jego głos. Myślał, że Goyle nie przysłuchuje się rozmowie.
– W końcu o to chodziło, co nie? – Vincent wzruszył ramionami. – Żeby się od ciebie odczepił?
Malfoy zbladł. Nie wiedział, co ma im odpowiedzieć. Jasne, wieczorem mówił, że chętnie by się z Rainbowem rozprawił. Nie przyszło mu jednak do głowy, że potraktują to jak jakąś prośbę. Na Morganę, oni przecież nigdy nie łapali aluzji.
– Dobrze zrobiliśmy? – zapytał Crabbe, wyraźnie oczekując pochwały.
– Nie, nie „dobrze", wcale nie „dobrze", w ogóle nie „dobrze". To jest syn Snape'a. Wiecie, jakie będziemy mieć problemy? Mogą was wywalić – powiedział, na chwilę tracąc opanowanie. Przypomniał sobie jednak, że nie są w dormitorium sami i to pozwoliło mu ochłonąć. – Gdzie go w ogóle zostawiliście?
– W łazience, tej nawiedzonej. – Do Vincenta najwyraźniej zaczęło coś docierać, bo przestał się uśmiechać. – Zresztą woźny pewnie go już znalazł. Ten duch narobił hałasu.
– W jakim był stanie? Rainbow? – dopytywał się Draco.
– Takim normalnym. Trochę krwawił… – Crabbe robił się coraz bardziej nerwowy. – No i różdżkę mu oddaliśmy – dodał, jakby się bronił przed niepostawionym zarzutem.
Malfoy, który zaczął się podnosić, opadł ponownie na łóżko. Co innego pójść i zobaczyć, czy wszystko w porządku z bezbronnym chłopakiem, a co innego pakować się w łapy kogoś uzbrojonego.
Na pewno nic mu nie jest, pomyślał. W końcu co mu mogli zrobić? Może stracił pamięć albo coś w tym stylu. To przecież nie jest takie rzadkie… Akurat.
– On mnie zabije – podsumował własne myśli. Głos miał przy tym grobowy.
– Nie przejmuj się – spróbował go pocieszyć Gregory. Właśnie wycierał buty o serwetkę, którą ściągnął z nocnej szafki. – To zwykły maminsynek.
Draco wzdrygnął się, wracając myślą do momentu, gdy James chwycił go w pociągu. Miał wtedy wrażenie, że został zamknięty w bardzo małym pomieszczeniu z potężnym i naprawdę wygłodniałym zwierzęciem. Prawie czuł cuchnący oddech i chłód bijący od jego wilgotnego cielska. Na samo wspomnienie chłopak się wzdrygnął.
Nie mógł jednak powiedzieć o tym kolegom. Uznaliby go za wariata.
