Część dziesiąta
- Może jej stan nie jest infekcją samą w sobie? Tylko odpowiedzią na infekcję?
- Coś jak gorączka reumatyczna? – spytał Miller po trzech sekundach trawienia propozycji koleżanki.
- Dokładnie. Tylko bez tego „coś jak".
Miller pomyślał kolejne trzy sekundy.
- Wiesz, że to nie ma sensu, prawda? – spytał ze sceptycyzmem wypisanym na twarzy.
- Wiem?
- Gorączka reumatyczna rozwija się u dzieci po zakażeniu paciorkowcami. Pacjentka nie jest już dzieckiem i raczej nie ma mowy o anginie w jej wypadku. Poza tym, słowo „reumatyczny" kojarzy się z dolegliwościami w stawach, a to jeden z nielicznych objawów, których pacjentka NIE prezentuje.
Carol, stojąca pod tablicą, oparła dłonie na biodrach i uniosła brwi. Miller postanowił bronić swoich racji – według niego jego koleżanka takowych nie miała.
- Jak dla mnie to ci się z reumatoidalnym zapaleniem stawów pokiełbasiło – stwierdził. – Bardziej się trzyma kupy, choć też nie do końca.
Carol nic nie odpowiedziała, nie zmieniła też pozy. Jonathan poczuł się w obowiązku mówić dalej.
- RZS może mieć podłoże autoimmunologiczne, też rozwija się po infekcjach. Problem w tym, że pacjentka układ odpornościowy ma od kilku dni, a jej problemy zaczęły się właśnie od jego braku. Przyjmijmy, że to z powodu brania sterydów, powód nieważny. RZS leczy się między innymi sterydami. Coś się nie trzyma kupy? – spytał tonem, jakby podpowiadał. – Zatem trochę ciężko potraktować prednizonem coś, co wygląda na rozbuchaną po sterydach infekcję.
- Masz lepszy pomysł?
- Gorączki reumatycznej nie można nazwać pomysłem – prychnął Jonathan, którego pewność siebie rosła proporcjonalnie do odległości dzielącej go od House'a. – Musisz wykazać się czymś innym.
Carol przewróciła oczami i dołączyła do kolegi, siedzącego przy stole.
- Co właściwie wynikło z punkcji lędźwiowej? – spytała.
- Atypowe zapalenie opon mózgowych – przeczytał z karty Jonathan.
- Super. Atypia to to, co nam teraz jest najbardziej potrzebne – westchnęła Carol, opierając głowę na dłoni.
Zmęczony i zamyślony Wilson zszedł na parking podziemny. Nie widział nic dookoła siebie, więc podskoczył, kiedy gdzieś blisko odezwał się znajomy, męski głos, przesycony złośliwością.
- To się nazywa zostanie na pozycji i bronienie honoru. Jeden pozew i podwijasz ogon.
House siedział na masce drogiego, srebrnego sedana marki Audi, zaparkowanego naprzeciwko Volvo Wilsona i obracał laskę w palcach lewej ręki. Jimmy początkowo nie odpowiedział na bolesną zaczepkę, patrzył tylko na wirujący mu przez oczami kawałek drewna. Dla niego było to nieco hipnotyzujące i nadal fascynujące, jak House sprawnie i zupełnie od niechcenia wyczyniał te swoje sztuczki. Żonglerka piłeczkami, zabawa jo-jo, obracanie laski między palcami – były to częste dla niego wspomagacze procesów myślowych. Diagnosta palce miał bardzo sprawne i umiał to wykorzystać, też na polu zawodowym, nie tylko do zabawy. Tylko nie potrafił przyłożyć komuś w twarz.
Wilson z dużym trudem zmusił się do oprzytomnienia.
- Byłeś kiedyś w mojej sytuacji? Zostałeś oskarżony o błąd w sztuce? – spytał, starając się skupić na twarzy starszego mężczyzny za cieniem wciąż obracanego kawałka czarnego drewna.
- Nie – odparł House, gwałtownie przerywając zabawę laską.
Dla Wilsona to oświadczenie było zaskakujące. Znając styl pracy diagnosty, nietrudno byłoby mu przypisać nieostrożność i działanie na szkodę pacjentów. Z drugiej strony broniła go specyfika jego roli w szpitalu i niewątpliwie duża zdolność przekonywania.
- Przynajmniej nigdy nie dotarłem na salę sądową – dodał House.
- Widzisz, ja jednak jestem mniej przyzwyczajony do obrony swoich ideałów – odparł Wilson, dzwoniąc kluczykami od samochodu.
- Jasne, wszyscy w szpitalu cię kochają i w życiu nie pozwoliliby zrobić tobie krzywdy – prychnął House, ciągle siedząc na masce limuzyny. – Dzięki tobie pacjenci do śmierci cicho liczą na cud. Najwyraźniej znalazłeś się w bardzo podobnej sytuacji – mówił złośliwie i bezlitośnie, doskonale wyczytując narastającą rozpacz i zmęczenie młodszego kolegi. To nic, że siedział tu, bo miał mu pomóc. Pomoc to jedno, znęcanie się nad bezradnymi to drugie. Nie był w stanie przepuścić takiej okazji, zwłaszcza, że późniejsze pojawienie się na przesłuchaniu z dowodami niewinności onkologa byłoby znacznie bardziej zaskakujące.
Zależało mu też na wypłoszeniu stąd Wilsona, zanim na parking zejdzie Richards w drodze do Princeton General.
- Czego chcesz? – Młodszy lekarz w końcu stracił cierpliwość. – Co tu w ogóle robisz?
- Czekam na kogoś – odparł House ze wzruszeniem ramion.
- Na mnie, żeby mnie powkurzać przed jutrzejszym przesłuchaniem?
- Czemu nie? – House uśmiechnął się złośliwie. – To bardzo w moim stylu, prawda? Skoro nie mam nic innego do roboty.
- Idź do diabła – warknął Wilson, wsiadając do swojego samochodu, odprowadzany uśmiechem House'a.
Odjechał w momencie, kiedy rozległ się szczęk zamykanych stalowych drzwi na parking i wśród betonu dał się usłyszeć głos profesora Richardsa, idącego do samochodu w towarzystwie swojej dwuosobowej asysty.
- Wyszukaj mi publikacje onkologów z tego szpitala – mówił profesor. – Szkoda, że nie było ich ordynatora. Słyszałem, że to dobry lekarz.
- Kim pan jest i co pan tu robi? – wykrzyknęła czarnoskóra kobieta z notatnikiem na widok wysokiego inwalidy na ich drodze. House rozpoznał głos pani Blatt.
- Pańska sekretarka zasługuje na medal. Broni pana przed konsultacjami niczym lwica. – Uśmiechnął się House do Richardsa, wciąż siedząc na masce samochodu. Ich samochodu. Profesor nic nie odpowiedział, oddał tylko uśmiech, przyglądając mu się.
- Charles, wezwij ochronę – poleciła ostro sekretarka, zwracając się do asystenta płci męskiej. – Ten człowiek, profesorze, jak się domyślam, wczoraj przez kilka godzin wydzwaniał do mnie, nie dając mi spokoju – wyjaśniła oskarżycielsko.
- Nieładnie straszyć kalekę ochroną jego własnego szpitala. – Skrzywił się House. – Kalek się nie bije. W tym wypadku nie tylko dlatego, że nie wypada.
- W tym wypadku kaleka może boleśnie oddać – odparł wesoło Richards.
- Kim pan jest? – spytał asystent, który, choć trzymał telefon w dłoni, nie wybrał jeszcze numeru.
- Doktor Gregory House – zaczął dumnie diagnosta, zjeżdżając z maski samochodu i lądując wdzięcznie na wszystkich trzech (w tym drewnianej) nogach. – Specjalista nefrologii i chorób zakaźnych, z uprawnieniami chirurga i patologa, ordynator Oddziału Medycyny Diagnostycznej w tej przepięknej świątyni pod wezwaniem Hipokratesa. – Ukłonił się z wdziękiem. – Chciałbym pożyczyć profesora na kilka minut.
Asystent o imieniu Charles, wciąż trzymając w dłoni telefon, spojrzał na profesora, który czujnymi, piwnymi oczami analizował swojego byłego studenta.
- A o co chodzi? – spytał w końcu.
- O lek, który był przedmiotem pańskich badań kilka lat temu – odparł House, czując się nieswojo pod milczącą oceną dawnego mistrza.
Richards wziął głęboki wdech, wypuścił powietrze nosem.
- Sue – zwrócił się do sekretarki. – Przekaż w General, że przyjadę później – polecił.
- Jak później?
- Jeszcze nie wiem. Dam znać w drodze.
Sue spojrzała wrogo na wysokiego mężczyznę, który właśnie wygrał cichą potyczkę o czas profesora. House uśmiechnął się do niej jadowitym grymasem zaciśniętych warg. Asysta Richardsa wsiadła do samochodu, House zszedł im z drogi.
Po kilkunastu sekundach zostali na parkingu we dwóch.
- Wiedziałem, że skądś znam tego nochala. – Uśmiechnął się Richards.
- Czuję się urażony. Wszystkie laski lecą na moje oczy i wzrost, a profesor mnie poznał po nosie – odparł House, udając nadąsanie.
Zapadła kilkusekundowa cisza, podczas której sześćdziesięciolatek o piwnych oczach ponownie przyglądał się czterdziestodwulatkowi ze stalowym spojrzeniem. Ostatnio rozmawiali dziewiętnaście lat temu. Było o czym myśleć.
- Konsultacje nie są za darmo – rzekł w końcu Richards.
- Wiem – odparł zwyczajnie diagnosta. Wiedział. Ludzie płacili tysiące, by się dobić do profesora. A House już wykombinował, jak wyciągnąć zwrot ewentualnych kosztów z budżetu szpitala.
- Mam ochotę na wczesny lunch. Stawiasz – polecił Richards, kierując się do wyjścia z parkingu.
House nie tego się spodziewał. Idąc za onkologiem nagle poczuł, że chyba znacznie łatwiej byłoby po prostu zapłacić, zamiast narażać się na jakąś ciekawą, alternatywną cenę, podyktowaną przez profesora.
Będzie tego żałował.
c.d.n. po otrzymaniu przynajmniej jednej opinii/recenzji/reviewsa/whatever.
