Bardzo przepraszam, że tak długo to trwało. Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że jestem teraz w trakcie pisania pracy, dodatkowo niedługo czeka mnie sesja, a także przeprowadzka. Będę robiła, co w mojej mocy, ale nie wykluczam możliwości, że kolejny rozdział pojawi się dopiero w lipcu, po mojej obronie. Po prostu jestem tak zapracowana, że nie wiem nawet, za co najpierw się brać. Liczę na Wasze zrozumienie :)

Komentarze naprawdę dają mi ogromną motywację i gdyby nie one to pewnie w ogóle nie mogłabym zabrać się za pisanie. Bardzo dziękuję za wszystkie opinie, jesteście świetni :)

Zapraszam do przeczytania kolejnego rozdziału, który, mam nadzieję, przypadnie Wam do gustu.


Rozdział IX


"The world is full of great pain and great joy, my friend. The first keeps you on the path of growth, the latter makes the journey tolerable."*

Robert Anthony Salvatore


- Gotowy? – zapytał Syriusz, na co Harvey jedynie uniósł brew. – Dobra, dobra. Pamiętaj: Dziurawy Kocioł.

Chwilę później Harvey potknął się, niezbyt zgrabnie wychodząc z kominka, a jego oczom ukazało się wnętrze małego, zatłoczonego pubu. Remus stał już obok kominka z uśmiechem, który najwyraźniej miał dodać Harveyowi odwagi.

Nie pomogło. Wzrok każdego z obecnych był skierowany prosto na niego i nagle Harvey poczuł się, jakby znów był w amerykańskim ministerstwie, gdzie ludzie podchodzili do niego tylko po to, by przyjrzeć mu się z ciekawością. To sprawiało, że miał ciarki na całym ciele. Chwilę później całe pomieszczenie wybuchło szeptami.

Poczuł za sobą czyjąś obecność, a następnie uspokajającą dłoń Syriusza na ramieniu. Obrócił się i uśmiechnął pokrzepiająco do swojego ojca chrzestnego. Nie zwracaj na nich uwagi, to sobie odpuszczą – pomyślał, postanawiając obrać właśnie taką taktykę.

- Syriusz! – zawołał niski, pomarszczony i bezzębny mężczyzna za barem. – Dobrze cię znowu widzieć. Panie Potter – tym razem barman zwrócił się bezpośrednio do Harveya. – To zaszczyt pana poznać.

Harvey był aktualnie zbyt zirytowany wwiercającymi się w niego spojrzeniami, by móc szczerze odpowiedzieć tym samym, ale dobre maniery wzięły górę i uścisnął dłoń mężczyzny, zmuszając się nawet do niewielkiego uśmiechu. Najwyraźniej jednak nie był to dobry pomysł, ponieważ reszta obecnych uznała to za znak, że mogą zrobić to samo. Całe pomieszczenie wypełniło się dźwiękami odsuwanych krzeseł i nagle Harvey został porwany przez tłum i zmuszony do uściśnięcia większej ilości dłoni niż mógł zliczyć. Z każdej strony słyszał nazwiska przedstawiających mu się ludzi i kilkakrotnie powtórzył swoje własne, choć nikt na to nie zwrócił uwagi. Ludzie klepali go po plecach i dziękowali, a kilka osób nawet próbowało dotknąć jego czoła i legendarnej blizny. To już było dla niego zdecydowanie zbyt wiele i pewnym ruchem odepchnął ich wyciągnięte dłonie, posyłając im przy tym najbardziej jadowite spojrzenia, na jakie było go stać.

Było tego zdecydowanie zbyt wiele, a Harvey nie przywykł do takiej ilości dotyku i powoli zaczynało brakować mu powietrza. Nie wiedział, czy było to spowodowane rzeczywistą duchotą, czy raczej klaustrofobią. Zaczął rozglądać się w poszukiwaniu drogi ucieczki, kiedy wreszcie na pomoc przybył Syriusz.

- No już, ludzie, dajcie mu odetchnąć! – zawołał donośnym głosem, rozpychając się wśród tłumu. - Harry przybył tutaj, żeby zrobić zakupy, a nie żeby zostać uduszonym! Zobaczyliście go, a teraz wracajcie do swoich spraw!

Jego nalegania niewiele pomogły, ale w końcu udało mu się dostać do swojego chrześniaka, złapać go pewnie za nadgarstek i poprowadzić w stronę tylnych drzwi. Kiedy przeciskali się przez tłum oczy Harveya były mocno zaciśnięte i starał się głęboko oddychać. Miał mglistą świadomość podążającego za nimi Remusa. W końcu uderzyło go w twarz świeże powietrze i odetchnął z ulgą.

- Rany, czy to zawsze będzie tak wyglądać? – wydyszał, wpatrując się z przerażeniem w zamknięte już za nimi drzwi. Spodziewał się sławy, ale nie czegoś takiego. Syriusz wzruszył ramionami, mrugając do niego.

- Pierwszy raz jest najgorszy. W końcu przywykną do twojej obecności.

Harveya niezbyt to pocieszało. Jeśli za każdym razem, gdy pojawię się publicznie, mam przechodzić przez coś takiego, to dziękuję bardzo, wolę zabarykadować się w domu – pomyślał.

- Tak czy inaczej musimy tam wrócić. Stąd nie ma wyjścia – zauważył, w końcu dostrzegając, że znajdują się na małym podwórku za pubem. Nie było tu niczego za wyjątkiem kosza na śmieci i kawałka czerwonego muru.

Syriusz uśmiechnął się do niego z wyższością, po czym podszedł do muru i wyciągnął różdżkę, uderzając jej końcem w przypadkowe, jak się Harveyowi wydawało, cegły. Chłopiec uniósł brew, a po chwili dołączyła do niej kolejna, kiedy cegły zaczęły poruszać się, ukazując przejście w murze.

- Witaj na ulicy Pokątnej.

Harvey uśmiechnął się, przechodząc przez otwór i rozglądając się po szyldach magicznych sklepów. No, to zdecydowanie bardziej mu się podobało.


Harvey musiał przyznać, że ulica Pokątna robiła wrażenie. Klimat był tu zupełnie inny niż na amerykańskim SoHo, równie magiczny, ale nieco bardziej… staromodny. Harvey nie mógł oderwać wzroku od kolorowych witryn sklepowych. Łatwo było mu wmieszać się w tłum czarodziejów, udało mu się więc pozbyć śledzących każdy jego ruch spojrzeń. Trzymał się blisko Syriusza i Remusa, wreszcie ciesząc się wolnością. Po spędzeniu kilku dni w murach amerykańskiego ministerstwa, a następnie paru kolejnych w domu Syriusza naprawdę potrzebował wyjścia na zewnątrz, do ludzi.

- To co, najpierw do Gringotta? – zapytał Syriusz, oglądając się przez ramię. – Pewnie chciałbyś wypłacić kasę.

- Jeśli mam co wypłacać, to jak najbardziej – odparł Harvey niepewnym tonem. Nie zdawał sobie sprawy, że ma jakieś pieniądze w brytyjskim czarodziejskim banku.

- Naprawdę myślisz, że twoi starzy nic ci nie zostawili? – zapytał Syriusz, szczerząc zęby. – Oczywiście ja płacę za zakupy do szkoły, w końcu mam być twoim opiekunem. Ty możesz wypłacić pieniądze na swoje własne wydatki.

- Daj spokój, mogę sam za siebie zapłacić… - zaprotestował Harvey, ale Syriusz nie pozwolił mu dokończyć.

- Ani mi się waż! Uwierz mi, nie zbiednieję na tym. – Black mrugnął do niego porozumiewawczo. Harvey westchnął, kiwając głową. Zbliżali się do masywnego, białego budynku.

- Wiesz, mam nieco swoich oszczędności… tyle, że na koncie. I w dolarach. – Zastanawiał się już wcześniej, jak sobie poradzi z tym problemem. Będzie mu potrzebna mugolska waluta, a czułby się głupio, nosząc pieniądze w kieszeni. No cóż, zamieni galeony na funty u Gringotta, a jeśli uda mu się znaleźć w mugolskim Londynie filię swojego banku, wtedy wpłaci pieniądze na konto.

- W ogóle się tym nie przejmuj, młody – stwierdził Syriusz, otwierając przed nim drzwi do banku Gringotta. Pierwszym, co Harvey zobaczył, były gobliny. Przynajmniej to łączy nasze światy – pomyślał złośliwie. – Nieważne gdzie, gobliny zawsze rządzą finansami.

- Dzień dobry! – zawołał wesoło Syriusz, a siedzący za ladą i zaczytany w jakimś piśmie goblin skrzywił się, posyłając mu wrogie spojrzenie. Harvey przewrócił oczami. – Chcielibyśmy wypłacić pieniądze ze skrytki Harry'ego Pottera.

Goblin nie odpowiedział, a jedynie skinął głową i wyciągnął dłoń w oczekującym geście. Harvey domyślił się, że chodziło mu o klucz. Miał swoje konta zarówno w mugolskim, jak i w czarodziejskim banku, zatem dobrze znał procedury.

Syriusz wyciągnął mały, złoty kluczyk z kieszeni, podając go goblinowi. Po chwili spojrzał niepewnie na Harveya.

- Ee… chcesz go zatrzymać, czy ja powinienem…?

Jego głos brzmiał zdecydowanie niezręcznie. Harvey zachichotał i udał, że się zastanawia.

- No nie wiem… Zamierzasz mnie okraść?

- Oczywiście, że nie! – obruszył się Syriusz, po czym zaczerwienił się, kiedy Harvey wybuchnął śmiechem. – Dobra, dobra. Zrozumiałem.

Wycieczka do podziemi Gringotta była długa, lecz interesująca. Harvey nie miał lęku wysokości, więc bez obaw wpatrywał się w przepaść pod małym wagonikiem, w którym właśnie się znajdowali, jednocześnie zastanawiając się, czy pogłoski o smokach pilnujących skrytek u Gringotta mają w sobie choć źdźbło prawdy.

Widok stosów złota, które zastał w swojej własnej skrytce był dla niego dość szokujący. To skłoniło go do zastanowienia się, w jaki sposób jego biologiczni rodzice w tak młodym wieku zdążyli zarobić tak wielką sumę pieniędzy. Nic nie było mu wiadomo o tym, żeby James pochodził z aż tak bogatej rodziny, a wiedział, że rodzice Lily byli mugolami i raczej nie milionerami. Zanotował sobie w głowie, by poruszyć kiedyś ten temat z Syriuszem.

- Przepraszam pana – zagadnął uprzejmie goblina, który im towarzyszył. Najwyraźniej goblin docenił jego grzeczny ton, ponieważ nawet się na niego nie skrzywił. – Czy będę mógł część wypłaconych pieniędzy od razu wymienić na mugolską walutę?

Jeśli goblin uważał tę prośbę za niecodzienną, to w żaden sposób tego nie okazał, a jedynie skinął głową.

Kiedy opuszczali bank Harvey zdał sobie sprawę, że ma przy sobie aktualnie prawdopodobnie więcej pieniędzy niż miał w całym swoim życiu. Gia i Brian mogli z całą pewnością uważać się za klasę wyższą wśród amerykańskich czarodziejów i nigdy niczego im nie brakowało, ale Harvey nie wychowywał się, leżąc na pieniądzach. Zawsze miał wszystko to, czego potrzebował, ale nie więcej. Teraz, z portfelem pełnym stufuntowych banknotów i torbą wypchaną złotymi galeonami, czuł się trochę surrealistycznie. Uznał jednak, że skoro odziedziczył fortunę i został dosłownie zmuszony, żeby tu przyjechać, to może równie dobrze nieco zaszaleć. To, co wypłacił, i tak było zaledwie maleńką częścią całej zawartości jego skrytki. Jak powiedział Syriusz, nie zbiednieje przez to.

Zakupy były przyjemne. Wciąż wiele osób gapiło się na niego, a kilka podeszło, by uścisnąć jego dłoń, ale żadna z tych sytuacji nie była tak ekstremalna jak ta w Dziurawym Kotle. Zakupili po kolei wszystko, co znajdowało się na liście rzeczy wymaganych w Hogwarcie na piątym roku, łącznie z szatami i książkami. Harvey kupił też podręczniki do Starożytnych Runów i Numerologii, wiedząc już, że właśnie te przedmioty wybierze jako dodatkowe. Jako że pod koniec czwartego roku zaliczył te przedmioty w Salem, nie musiał już zdawać żadnych dodatkowych egzaminów. W międzyczasie Syriusz i Remus wyjaśniali mu cały czas, co jak działa w Hogwarcie i co do czego będzie mu potrzebne.

Ominął sklep zoologiczny uznając, że na razie nie potrzebuje własnej sowy – ptak Syriusza i sowy szkolne będą mu w zupełności wystarczyły. Zresztą miał już zwierzątko – Bree. Harvey skrzywił się na wspomnienie reakcji Syriusza i Remusa z poprzedniego wieczora, gdy po raz pierwszy zobaczyli jego małą przyjaciółkę, i dyskusji, jaka się z tego wywiązała.


- Harry, czy skończyłeś już… - Syriusz zamarł w drzwiach, wpatrując się w szoku w swojego chrześniaka, a idący za nim Remus wpadł na niego. Harvey siedział przy biurku, pisząc list i nieświadomie poruszając palcami lewej ręki, pomiędzy którymi pełzał maleńki, zielono-niebieski gad. Chłopiec uniósł pytający wzrok na dwóch mężczyzn.

- Harry… to jest wąż – oświadczył niepewnie Syriusz, mrugając ze zdumieniem. Harvey uniósł brwi.

- Tak… zdaję sobie z tego sprawę – odparł powoli Harvey, nie mając pojęcia, co tak poruszyło jego ojca chrzestnego. Po chwili wstał i podszedł do dwóch mężczyzn. – Poznajcie moją przyjaciółkę, Bree.

Kiedy Harvey zbliżył się do nich z gadem wciąż owiniętym wokół dłoni, Syriusz cofnął się gwałtownie. Harveyowi przeszło przez myśl, że być może mężczyzna ma jakąś fobię i panicznie boi się węży. Cóż, to by nie było zbyt dobre, ponieważ Harvey zdecydowanie nie miał zamiaru pozbywać się Bree.

- Masz… masz węża – oświadczył znów Syriusz wciąż brzmiąc na oszołomionego, co powoli zaczynało irytować Harveya. To było cholernie oczywiste.

- Czy to problem? – zapytał w zamian.

- Nie… chyba nie – odparł powoli Black, jakby sam nie wierząc w to, co mówi. – Po prostu… dlaczego akurat wąż?

- Wydaje mi się to dość logiczne biorąc pod uwagę, że jestem wężousty – wyjaśnił Harvey, wzruszając ramionami.

- Co?! – zawołał z niedowierzaniem Syriusz. Remus wyglądał na podobnie zdumionego. – Jak to wężousty?!

- No… tak się nazywa czarodziejów, którzy potrafią rozmawiać z wężami… - zaczął tłumacząc Harvey, ale Black mu przerwał.

- Wiem, co to znaczy! Ale jak to możliwe?

- Ee… - Harvey zawahał się. Nie znał odpowiedzi na to pytanie. – Właściwie sam nie wiem. Po prostu potrafię to robić i już.

- O nie, nie! – zaprotestował Syriusz, nagle wyglądając na zezłoszczonego. To była kolej Harveya, żeby wytrzeszczyć oczy. Jeszcze nigdy nie spotkał się z tak gwałtowną reakcją na tak niewinną umiejętność. – To paskudna zdolność, Harry! Zresztą to niemożliwe, tylko potomkowie Slytherina potrafią rozmawiać z wężami!

- Ee… więc może jestem potomkiem Slytherina? – zasugerował niewinnie. Najwyraźniej nie była to najlepsza rzecz, jaką mógł powiedzieć, ponieważ Syriusz nagle zaczął wyglądać, jakby zaraz miał wybuchnąć. Dodał szybko: - Poza tym nie tylko potomkowie Slytherina to potrafią. Czytałem co nieco na ten temat i oficjalnie uważa się, że wężomowa pierwotnie pochodzi z Indii i wywodzi się od Nagów, którzy byli pół-wężami. Prawdopodobnie Salazar Slytherin również się od nich wywodził i stąd wzięła się jego umiejętność. Kiedyś myślałem o tym trochę i doszedłem do wniosku, że właściwie niewiele wiem na temat swoich przodków, więc nie jest wykluczone, że odziedziczyłem tę zdolność po którymś z nich. A zresztą nie ma nawet żadnego dowodu, że ta umiejętność jest dziedziczna. Spójrzmy choćby na samą magię, magia nie jest dziedziczna, a przynajmniej nie tylko i wyłącznie, no bo jak wytłumaczysz istnienie mugolaków?

Syriusz wpatrywał się w niego z przerażeniem.

- Co…? Ale… zresztą, to nieważne! – W końcu przeanalizował to, co Harvey powiedział. – Chodzi po prostu o to, że wszyscy wężouści byli złymi czarodziejami, nie tylko Slytherin, Voldemort też potrafi rozmawiać z wężami!

Harvey uniósł brwi, nie widząc żadnej logiki w tym, co powiedział jego ojciec chrzestny.

- No nawet jeśli, to chyba nie czyni samej umiejętności złą? Daj spokój, to tylko rozmawianie ze zwierzętami. Mnóstwo czarodziejów rozmawiało ze zwierzętami i jakoś nikt nie uważał ich za złych. Dlaczego węże miałyby być wyjątkiem?

- Bo węże są symbolem zła!

Remus zmarszczył brwi, jakby nie do końca się zgadzał z dość fundamentalną opinią swojego przyjaciela. Harvey poczuł ulgę, że chociaż jeden z nich jest normalny.

- Według kogo? Chrześcijaństwa? Wąż jest o wiele starszym symbolem niż chrześcijaństwo i choć może również symbolizować upadek moralny i materializm, to jednocześnie jest symbolem pierwotnych sił kosmicznych, wieczności, nieśmiertelności, odrodzenia, życia, uzdrawiania, a przez to też medycyny. - Harvey zawahał się przez moment. – Również płodności, pokusy i seksu, ponieważ jest symbolem fallicznym. – Wzruszył ramionami. – Tak czy inaczej obrzydzenie do węża i uważanie go za symbol grzechu przyszło dopiero z chrześcijaństwem.

Syriusz wpatrywał się w niego przez chwilę z otwartymi ustami. Remus wyglądał, jakby był pod wrażeniem. W końcu Black otrząsnął się.

- Dobra… dobra, pewnie masz rację – poddał się. – Nie znam się na tyle na… symbolice, żeby z tobą dyskutować. Po prostu… po prostu wąż źle mi się kojarzy.

Harvey uśmiechnął się z ulgą.

- Przykro mi, ale będziesz musiał się z tym pogodzić. Bree jest doskonałym towarzyszem, trzeba się po prostu do niej przyzwyczaić.

Syriusz nie wyglądał na przekonanego, ale Remus po chwili wahania podszedł do Harveya i z zaciekawieniem przyjrzał się wężowi. Harvey uśmiechnął się.

- Bree, to jest Remus. A ten wariat obok niego to Syriusz, mój ojciec chrzestny – wysyczał cicho. – Bądź dla nich miła.

Nie uszło uwadze Harveya, że Black wzdrygnął się na dźwięk mowy węży. Harvey westchnął w duchu.

- Jeśli oni będą mili dla mnie – odparła wężyca, owijając się czule wokół jego palca wskazującego. Harvey zachichotał.

- Postaram się nad nimi panować.

Na nieśmiałą prośbę Remusa zbliżył do niego dłoń, żeby mężczyzna mógł dotknąć gada. Lupin wyglądał na niepewnego i wzdrygnął się lekko, nieprzyzwyczajony do dotyku łusek, ale po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech. Syriusz obserwował scenę z wyraźnie niezadowolonym wyrazem twarzy.


Właściwie teraz, kiedy Harvey przypomniał sobie poprzedni wieczór, coś, czego wcześniej nie skojarzył, zwróciło jego uwagę.

Wszyscy wężouści byli złymi czarodziejami, nie tylko Slytherin, Voldemort też potrafi rozmawiać z wężami!"

Potrafi, jako w czasie teraźniejszym? Cóż, wyglądało na to, że Syriusz również nie wierzył do końca w to, że Voldemort zginął… Albo nawet wiedział o czymś, o czym Harvey nie wiedział. Postanowił, że skonfrontuje ze swoim ojcem chrzestnym jego słowa jak tylko wrócą do domu. Jeśli coś się działo, Harvey chciał przynajmniej być tego świadomy i wiedzieć, w co się wpakował.

Uwagę Harveya od jego podejrzeń odwróciła apteka, gdzie zakupił potrzebne mu na piątym roku składniki do eliksirów, a także kilka dodatkowych, tak dla siebie. Syriusz wyglądał na zdumionego, kiedy Harvey podzielił się z nim i z Remusem swoją pasją do tego przedmiotu, Lupin zaś z jakiegoś powodu uznał to za niezwykle zabawne. Z jego komentarza Harvey wywnioskował, że obecny nauczyciel eliksirów w Hogwarcie może nie być tym faktem zachwycony, jednak zupełnie nie rozumiał, dlaczego miałoby tak być.

Ominęli sklep z różdżkami Ollivandera, ponieważ Harvey był całkowicie zadowolony ze swojej własnej różdżki. Została wyprodukowana przez najlepszego w całych Stanach i jednego z najlepszych na świecie różdżkarzy, Jeffersona. Była zrobiona z cisu, miała trochę ponad trzynaście cali i posiadała włókno z serca smoka. Harvey był do niej bardzo przywiązany, chociaż tak naprawdę potrzebował jej tylko do trudniejszych zaklęć i transmutacji. Niewielu czarodziejów posiadało potencjał do używania magii bezróżdżkowej, a w dodatku jeśli zdolność ta nie została rozwinięta w dzieciństwie, później zwykle zanikała i dorosły czarodziej nie był już w stanie do niej wrócić. Dlatego właśnie amerykański Departament Edukacji Magicznej wariował na tym punkcie i pilnował, by dzieci rozwijały w sobie tego rodzaju talenty.

Kiedy zrobili wszystkie konieczne zakupy do szkoły i nie tylko, Harvey zaciągnął swoich dwóch towarzyszy z powrotem do Dziurawego Kotła (tym razem udało im się przemknąć nieco bardziej niezauważonymi, choć nie obyło się bez paru uścisków dłoni), a następnie na mugolską stronę. Znaleźli się na Charing Cross Road, gdzie Harvey nie mógł powstrzymać się przed zajrzeniem do paru księgarni i wydaniem niewielkiej części wypłaconych przez siebie tego dnia pieniędzy. Sam był zaskoczony, jak bardzo ulżyło mu, gdy znów znalazł się w normalnym, mugolskim świecie, gdzie nikt nie gapił się na niego i nie próbował go zaczepiać. Czując się cudownie anonimowym spokojnie robił zakupy, podśmiewając się nieco z wyraźnie niepewnego Syriusza, który zerkał podejrzliwie i krzywił się na samochody, mamrocząc pod nosem. Zaciągnął jego i Remusa na Oxford Street do kilku sklepów z odzieżą, z których wyszli obładowani torbami. Po chwilowym postoju w małym zaułku, by zmniejszyć zakupy i pochować je do kieszeni, Harvey poprowadził ich dalej, samemu dokładnie nie wiedząc, gdzie idzie.

W końcu po kilkunastu minutach marszu i tłumaczenia swoim towarzyszom, w jaki sposób działają i czemu służą poszczególne mugolskie rzeczy, takie jak na przykład parkometry, Harvey dostrzegł swój cel – małą kawiarnię połączoną z kawiarenką internetową – i pociągnął za sobą niechętnego Syriusza. Remus ze śmiechem podążył za nimi. Harvey, czując się dość pewnie, wszedł do środka i skierował się prosto do siedzącej za monitorem dziewczyny.

- Dzień dobry – przywitał się przyjaźnie. - Chcielibyśmy skorzystać z internetu.

Dziewczyna oderwała wzrok od komputera, odwzajemniając uśmiech, choć spoglądając nieco podejrzliwie na Syriusza, który wskazywał palcem na komputer i szeptał coś gorączkowo. Harvey z trudem powstrzymał śmiech.

- Nie ma sprawy, może być ten w rogu? – zapytała, na co Harvey kiwnął głową. – Jak długo?

- Pół godziny?

Palce dziewczyny przeleciały po klawiaturze komputera, po czym podała mu małą, plastikową kartę.

- A czy… mógłbym podładować sobie tutaj telefon? – zapytał z nadzieją. Jeśli dziewczyna była zaskoczona jego prośbą, to w żaden sposób tego nie okazała i bez słowa przytaknęła. Harvey podał jej komórkę i ładowarkę.

- Chcecie kawy? – zapytał, odwracając się do swoich dwóch towarzyszy. Syriusz bez słowa pokręcił głową i Harvey uznał, że miał przesyt mugolstwa jak na jeden dzień i ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, była mugolska kawa. Remus z uśmiechem przytaknął. Biorąc ze sobą dwie filiżanki espresso Harvey skierował się do komputera.

- To nie zajmie długo – uspokoił Syriusza i wszedł na swoją pocztę elektroniczną, która, jak można było się spodziewać, była przeładowana. Remus obserwował jego działania z fascynacją, zupełnie nie będąc w stanie nadążyć, gdy Harvey przeskakiwał z jednej strony na drugą.

Odpowiedział na kilka ważniejszych maili, głównie informując, że może w najbliższym czasie nie mieć dostępu do internetu ani telefonu, i żeby w razie czego wysyłać mu sowy. Większość pozostałych wiadomości, między innymi te od swoich mugolskich znajomych, jedynie przeleciał wzrokiem i zignorował. Następnie wszedł na jeden z czarodziejskich serwisów internetowych, wpisując specjalne hasło. Tutaj dyskutowali najwięksi czarodziejscy fani mugolskich nowinek technicznych, wymyślając przeróżne sposoby na doskonalenie ich za pomocą magii. Miał nadzieję, że będą mieli dla niego odpowiedzi na pytania, czy może naładować telefon będąc pozbawionym elektryczności i czy jest możliwość zmuszenia urządzeń elektrycznych do współpracy na terenie całkowicie magicznym.

Pół godziny nieco się przedłużyło i zarówno Remus, jak i Syriusz zaczęli wyglądać na znudzonych, kompletnie nic nie rozumiejąc z tego, co Harvey robił i na czym wydawał się tak skupiony. Wreszcie Harvey wyczyścił historię przeglądarki, dopił kawę i, ku uldze Syriusza, skierowali się z powrotem w stronę siedzącej za ladą dziewczyny.

- Przepraszam, czy mógłbym panią o coś zapytać? – zagadnął Harvey po zapłaceniu i odebraniu telefonu. Dziewczyna spojrzała na niego wyczekująco. – Zna się pani na komputerach, prawda? – W odpowiedzi otrzymał potakujące kiwnięcie głową. – Chciałbym kupić laptopa, ale zupełnie nie znam się na tego typu rzeczach… gdyby mogła mi pani coś doradzić, jakie modele są najlepsze i gdzie powinienem się udać…?

- Laptopa? – powtórzyła z zaskoczeniem dziewczyna. Przez chwilę wydawała się głęboko zastanawiać, po czym zaczęła opowiadać mu o poszczególnych modelach oraz ich wadach i zaletach. Harvey kompletnie nie zrozumiał połowy z tego, o czym mówiła, ale grzecznie kiwał głową. Między wierszami wyczytał, że bardzo pasjonowała się tematem, ale przenośny komputer był dla niej wydatkiem, na który nie mogła sobie pozwolić.

- Zgubiłem się po pierwszych trzech zdaniach, ale i tak dzięki. Myślę, że po prostu wybiorę coś na podstawie koloru – przyznał, szczerząc zęby. Dziewczyna roześmiała się. – Jesteś informatykiem? – zapytał konwersacyjnym tonem.

- Właściwie tylko studentką – odparła. – I nie informatyki, tylko biofizyki.

- Brzmi groźnie – skwitował Harvey, uśmiechając się. – Gdzie studiujesz?

- Na Cambridge. Dorabiam tutaj w wakacje. – Spojrzała na niego z zainteresowaniem. – A ty?

- Och, ja… jestem jeszcze w szkole średniej – wyjaśnił po sekundzie wahania. Dziewczyna zmarszczyła brwi.

- Serio? Nie pomyślałabym.

- Ale planuję iść na prawo – dodał Harvey, tylko dla podtrzymania rozmowy.

- Ambitnie – podsumowała. – Dobra, więc…

- Tak… dzięki jeszcze raz za pomoc.

Dziewczyna sięgnęła pod biurko, wyciągając ulotkę informującą o usługach, jakie oferowała kawiarnia. Nabazgrała coś z tyłu.

- Jakbyś potrzebował jeszcze jakiejś informatycznej porady, daj znać – oświadczyła wesoło, podając mu karteczkę. Harvey uśmiechnął się szeroko, widząc jej adres mailowy.

- Na pewno skorzystam. Jeszcze się ode mnie nie uwolnisz… Robin – zażartował, na co dziewczyna parsknęła śmiechem.

- Nie masz pewności, że to moje imię – zastrzegła.

- No tak… w internecie wszyscy kłamią – oświadczył z udawanym żalem.

- Odwdzięczysz się swoim imieniem? – zapytała. Harvey udał, że się zastanawia.

- No nie wiem… chyba będziesz musiała poczekać na maila ode mnie. Zresztą ustaliliśmy już, że Robin to nie twoje prawdziwe imię.

Dziewczyna parsknęła śmiechem, przewracając oczami.

- No tak, to moje alter ego.

Harvey roześmiał się.

- Harvey – odparł po chwili.

Uśmiechnęła się. Harvey wykorzystał moment, żeby bliżej jej się przyjrzeć. Miała falowane, kasztanowe włosy do połowy pleców i zielono-brązowe oczy, a na nosie delikatne, prostokątne okulary. Mogła zostać uznana za całkiem ładną, nieco w typie przesadnej intelektualistki.

- Nie jesteś Anglikiem, prawda?

Harvey uniósł brwi.

- Jestem Anglikiem z pochodzenia, ale mieszkam w Stanach. Jestem tutaj przez jakiś czas ze względu na sprawy rodzinne – odparł prawie szczerze. – Skąd wiesz?

- Masz inny akcent – wyjaśniła. Harvey usłyszał za sobą chrząknięcie i obrócił się przez ramię. Remus chichotał, Syriusz wyglądał, jakby nie mógł się zdecydować, czy być rozbawionym, czy zirytowanym.

- Wybacz, moja obstawa się niecierpliwi – wyszczerzył zęby. – Miło było cię poznać, Robin. – Uniósł wciąż trzymaną w dłoni ulotkę. – I do usłyszenia.

- Jasne. Trzymaj się.

Harvey odwrócił się będąc już w drzwiach, ale dziewczyna ponownie skupiła się na czymś, co znajdowało się na ekranie jej monitora.

Studentki podające mi swoje adresy mailowe? Zaczynam lubić Wielką Brytanię… - pomyślał Harvey, uśmiechając się do siebie.

- Niezła była – zauważył złośliwie Syriusz, kiedy znajdowali się już na zewnątrz. Harvey spojrzał krzywo na ledwo powstrzymującego się od chichotu mężczyznę.

- Och, zamknij się.

Wraz z Syriuszem i Remusem ruszył z powrotem w stronę Charing Cross Road, zatrzymując się po drodze tylko w jednym miejscu, by dokonać zakupu komputera. Następnie nadszedł czas na udanie się z powrotem do domu. Syriusz wyglądał na zadowolonego, że opuszcza mugolski świat, Harvey z kolei czuł mdłości na myśl o ponownym wejściu do Dziurawego Kotła. Żegnamy anonimowość, witamy sławę Chłopca, Który Przeżył – westchnął.


* tłum. „Świat jest pełen wielkich cierpień i wielkich radości, mój przyjacielu. To pierwsze utrzyma Cię na właściwej drodze, to drugie sprawi, że podróż będzie znośna."