Posiadanie jest przereklamowane.


10. Zatrzasnęłam za sobą samochód i wzięłam głęboki wdech. Ustawiłam się w kolejce do wejścia i grzecznie czekałam na swoją kolej. Przyznaję, że byłam nerwowa jak diabli.

Przy drzwiach stała Pam, która wyraźnie ożywiła się na mój widok.

- Sookie! - powiedziała. - Nie jestem pewna, czy to bardzo dobrze, czy bardzo niedobrze, że tu jesteś. Tak czy inaczej, ten wieczór właśnie zaczął zapowiadać się interesująco.

- Co masz na myśli? - odparłam wyciągając portfel.

Nigdy dotąd nie płaciłam za wstęp do Fangtazji, bo zawsze byłam w towarzystwie wampira. Pam machnęła tylko ręką na moje pieniądze.

- Jesteś gościem. Zarządzenie Erica.

Nie chciałam robić sobie złudnej nadziei, ale brzmiało to obiecująco. W każdym razie, musiało to być lepszym znakiem, niż gdyby zabronił mnie wpuszczać, prawda?

- Eric wie, że tu jestem? - zapytałam zaskoczona.

- Biorąc pod uwagę, że może wyczuć twoją obecność, stawiam na to, że tak, – uroki picia krwi wampirów – ale nie to miałam na myśli. Polecenie jest ogólne.

Sposób, w jaki potrząsnęła głową i ton jej głosu (na wpół karcący-na wpół pobłażliwy ze szczyptą rozbawienia) powiedziały mi, że nie pochwala tej decyzji biznesowej Erica. A ja się ucieszyłam, że ją widzę. Żałosne, prawda?

- Wyglądasz wybornie – pochwaliła mimochodem, a dobór słów sprawił, że poczułam się jak lampka wina.

Cóż, w pewnym sensie...

- Dzięki. I nawzajem. Jak zwykle wyglądasz świetnie.

Mówiłam prawdę. Pam była prześliczna i nawet jeśli jej robocze ubrania były o wiele bardziej dramatyczne i odmienne od stylu, który preferowała na co dzień, nadal wyglądała znakomicie.

Pam skinęła po prostu zadowolona głową. Nie miała zamiaru udawać skromności.

- Postaraj się go nie zdenerwować – rzuciła jeszcze w moją stronę. - Ostatnio był zupełnie nie do życia. A ja założyłam dziś ulubione buty – dodała enigmatycznie.

Fan-tas-tycz-nie. Dokładnie to chciałam usłyszeć.

Wolałam się nie zastanawiać, co mogło sprawić, że marny humor Erica wywoływał u Pam obawę o jej buty.

Kolejka za moimi plecami zaczęła szemrać niezadowolona, że zabieram tyle czasu i uwagi, więc przesunęłam się szybko w stronę wejścia machając Pam na do widzenia.

Przeczesałam spojrzeniem salę, ale szybko zobaczyłam, że Erica nie ma ani na jego tronie, ani w loży, którą czasem zajmował. Musiał być gdzieś na zapleczu, najprawdopodobniej w swoim biurze. Wolałam mu nie przeszkadzać, jeśli mogłam tego uniknąć (bez względu na to czym był zajęty), więc podeszłam do baru z zamiarem zamówienia czegoś do picia i poczekania chwilę w nadziei, że Eric niedługo się pojawi. Gdyby mój plan nie zadziałał i Eric nie wyszedłby na salę, zanim skończę swój napój, oczywiście poszłabym do niego zapukać, ale tym sposobem przynajmniej zyskiwałam szansę, by móc tego uniknąć.

Kogo próbowałam oszukać. Po prostu wolałam porozmawiać z Erikiem w otwartej przestrzeni baru niż znaleźć się z nim sam na sam w czterech ścianach. Tak nakazywał rozsądek. Nie wiedziałam, czy był na mnie nadal zły.

Nie miało to absolutnie nic wspólnego z moimi snami.

- Czy mogę mieć zaszczyt podać pani drinka i poznać pani imię? - zapytał mnie nowy barman wyrywając mnie z zamyślenia.

Uśmiechnęłam się do niego. Był wampirem i wyglądał jak pirat. Naprawdę – miał wielki nos, hiszpański wąsik i bródkę, loki, jedwabną koszulę, podbite buty i nawet przepaskę na oku. Brakowało mu tylko pistoletu i papugi na ramieniu.

Eric i Pam zawsze starali się zatrudnić na to stanowisko kogoś malowniczego, żeby przyciągnąć turystów i tym razem z pewnością im się to udało. Z jakiegoś powodu posada ta była podobnie pechowa jak posada kucharza w Merlotte's. Rotacja na obu etatach była nienaturalnie duża. Tyle tylko, że poprzedni barmani, których znałam z Fangtazji skończyli martwi – definitywnie martwi. W przypadku naszych kucharzy nie było to regułą – zaledwie jedną z możliwości.

Pomyślałam mimochodem, że Sweetie Del Artes, która pracowała od niedawna w Merlotte's, wydawała się mieć potencjał – bezkonfliktowa, pracowita i całkiem nieźle gotowała. Wyraziłam w myślach życzenie, żeby zarówno ona, jak stojący przede mną wampir mieli więcej szczęścia, niż ich poprzednicy.

- Jestem Sookie Stackhause – powiedziałam zajmując stołek przy barze. - Poproszę piwo imbirowe, bezalkoholowe.

Widziałam, że uniósł brwi w przesadnym zdziwieniu, ale miałam zamiar prowadzić, więc nie mogłam pić alkoholu.

- Do usług, piękna panienko – wyraźnie miał zacięcie teatralne. - Miło mi poznać – Charles Twining.

Podał mi szklankę wraz z firmową serwetką i skłonił się fantazyjnie. Nie mogłam powstrzymać się od chichotu. Nie miałam wątpliwości co do tego, że jest draniem i oszustem pierwszej klasy, ale przynajmniej był przy tym czarujący.

Kobieta siedząca na krześle obok przyjrzała mi się ponuro zastanawiając się, co też takiego mogłam zrobić, że przyciągnęłam tak łatwo uwagę wampira. Sama próbowała osiągnąć to samo bezskutecznie od pół godziny. Miała nadzieję, że znajomość z nieumarłymi pozwoli jej wybrnąć z kłopotów finansowych, w jakie wpadła. Gdyby mnie o to zapytała, powiedziałabym jej, że to fatalny pomysł, ale nie była to moja sprawa, więc milczałam.

Zapłaciłam i dałam napiwek. Siedziałam przez chwilę przypatrując się pracy Charlesa, podczas gdy czekałam na Erica. Z tego, co zauważyłam, pirat był dobrym barmanem.

- Panno Stackhause, jeśli wolno mi zauważyć, wygląda dziś pani przecudnie – zagadnął po jakimś czasie.

- Bardzo dziękuję, panie Twining – odparłam uśmiechając się szczerze.

Przynajmniej byłam ładna. Wiedziałam, że mój typ urody (blondynka, niebieskie oczy, duży biust) jest popularny. Wampiry wydawała się dodatkowo przyciągać ta odrobina inności, którą w sobie miałam, a którą potrafili wyczuć tylko przedstawiciele nadnaturalnego świata.

Naburmuszona kobieta obok mnie chciała wtrącić buntowniczo coś niezbyt pochlebnego na mój temat, ale zatkało ją, kiedy do baru zbliżyła się kolejna osoba. Poczułam czyjś uścisk na moim łokciu.

- To wszystko, Charles – powiedział zimny, znajomy głos za moimi plecami.

Odwróciłam się i zobaczyłam Erica. Mierzył Charlesa ciężkim spojrzeniem. Jego twarz była szczelnie pozamykana i nie zdradzała w najmniejszym stopniu jego emocji. Nie byłam pewna, czy chłód, którym promieniował, był wymierzony we mnie czy w barmana, ale nie był to najlepszy początek.

- Moja Sookie – powiedział w końcu przenosząc uwagę na mnie.

Nie poprawiłam go, bo nie był to dobry moment na czepianie się szczegółów. Poczekam z tym, aż się dowiem, czy nadal jest na mnie wściekły.

Odzywał się do mnie. To już coś.

- Cześć, Eric – odparłam o wiele mniej pewniej, niż chciałam.

- Zdaje się, że przyszłaś tu, żeby się ze mną porozmawiać?

Skinęłam głową. Poprowadził mnie w stronę bocznej loży utrzymując stanowczy, choć nie bolesny chwyt na moim ramieniu. Dopiero kiedy usiedliśmy uderzyła we mnie fala myśli klientów Fangtazji i zdałam sobie sprawę, że Pam nie żartowała, kiedy narzekała na nastrój Erica. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że stężenie podziwu i pożądania ze strony miłośników kłów, które zwykle gwałtownie nasilało się, kiedy Eric pojawiał się na sali, maskowała spora doza ostrożności. Wyjaśnienie tego zjawiska było dość proste – Eric nie widział powodu, aby kryć się ze swoim złym humorem i dawał temu wyraz. Nie byłam pewna, co dokładnie zrobił, ale jakikolwiek numer wywinął, sprawił on, że nawet jego wierni fani woleli przez jakiś czas trzymać się na bezpieczny dystans kilku metrów. Ha, ha, proszę, jaka byłam odważna.

Przypatrywał mi się bacznie. Nie byłam w stanie niczego wyczytać z jego twarzy.

- Co mogę dla ciebie zrobić?

Ręka, którą trzymał poprzednio moje ramię, osunęła się niżej i ujęła luźno moją dłoń leżącą na stole. Jego spojrzenie opadło na moje długie, czerwone paznokcie. Polakierowałam je na żurawinowo, pod kolor nowego płaszcza i zdałam sobie sprawę, że Eric natychmiast domyśli się, do czego dopasowałam ich barwę.

Cholera, nie powinnam była brać ze sobą płaszcza. A może to właśnie dobrze? Byłam zmęczona całym tym zgadywaniem. Zaciekawiło mnie, czy Ericowi podobają się moje paznokcie (dopiero niedawno zaczęłam je malować) i natychmiast zganiłam sama siebie za tę płochą myśl.

Przeciągnął kciukiem po koniuszkach moich palców.

- Jestem tu w interesach – powiedziałam od razu, żeby wszystko było jasne. - Sam ma do ciebie prośbę.

Eric uniósł brew.

- I przysłał cię, zamiast pofatygować się samemu? Jest aż tak sprytny, czy aż tak głupi?

Powstrzymałam przezornie chęć przewrócenia oczami.

- Żadne z dwojga. Jest postrzelony.

Druga brew Erica dołączyła do pierwszej.

- Dosłownie – wyjaśniłam szybko. - Wczoraj w nocy ktoś postrzelił go w nogę.

Uwaga Erica była na mnie tak skoncentrowała, że odczuwałam ją jak fizyczny ciężar.

- Co się stało? - zapytał.

Opisałam mu okoliczności, w jakich doszło do incydentu.

- Byłaś tam, kiedy to się wydarzyło – stwierdził z mroczną nutą w głosie. - Jak blisko stałaś?

Jego twarz była nieprzenikniona, jak wyrzeźbiona w kamieniu. Nie mogłam rozszyfrować jego spojrzenia.

- Dość blisko – odparłam i poczułam, jak przeszedł mnie dreszcz na wspomnienie tej nocy.

Staliśmy z Samem całkiem sami, bo Arlene i Sweetie już wyszły. Sam zamykał, a ja podeszłam do niego, bo przypomniałam sobie, że zapas true blood jest na wykończeniu i chciałam mu o tym powiedzieć. Nagle usłyszałam strzał i wszędzie było pełno krwi. Sam leżał na ziemi zwinięty z bólu, a ja nie wiedziałam, czy próbować go stamtąd zabrać, szukać wzrokiem strzelca, czy dzwonić po karetkę. W końcu zrobiłam to ostatnie.

Siedziałam w szpitalu do szóstej rano. Byłam zmęczona i niedospana.

- Udało się ustalić, kto to zrobił? - głos Erica wyrwał mnie z nieprzyjemnego wspomnienia.

- Nie. Ale to nie jest pierwszy incydent tego typu w okolicy w ostatnim czasie.

Dłoń Erica zacisnęła się odrobinę mocniej na końcach moich palców.

- Ile?

- Trzy.

- Coś je łączy?

- Ofiarami są zmiennokształtni. Calvin Norris – pamiętasz go – jest w szpitalu. Heater Kinman, młoda dziewczyna, nie żyje. Była lisołakiem. No i Sam.

Nie wiedzieć czemu wydawał się zadowolony z tej informacji.

- W takim razie nic nie powinno ci grozić – powiedział i nagle zrozumiałam, jakimi torami biegną jego myśli.

Zmarszczyłam brwi i chciałam zaprotestować, że to nie znaczy, że wszystko jest w porządku, ale powstrzymałam się od głośnego komentarza. Musiałam pamiętać, z kim rozmawiam. Erica nie obchodził los przypadkowych zmiennokształtnych.

- Tak. Mam nadzieję – powiedziałam zamiast tego, bo nie mogłam zaprzeczyć, że myśl o tym, że nie jestem na liście potencjalnych celów seryjnego zabójcy była pokrzepiająca, nawet jeśli nie likwidowało to problemu samego zabójcy.

- Czy twój brat się przemienił? - zapytał niespodzianie.

- Owszem.

- Będzie pierwszym podejrzanym w Hotshot – oznajmił jakby nigdy nic.

Lodowaty dreszcz spłynął mi po kręgosłupie.

- Jason nie jest aż tak głupi – powiedziałam automatycznie, chociaż Eric o to nie zapytał.

Wzruszył ramionami.

- Stado będzie szukać winnych. Ktoś, kto to zrobił, musi wiedzieć o istnieniu zmiennokształtnych i potrafić ich rozpoznać. To znaczy, że sam nie jest człowiekiem. Świeżo przemienieni często nienawidzą tego, czym się stali.

Zrozumiałam, że Jason jest idealnym kozłem ofiarnym. Miałam nadzieję, że mój brat ma alibi. Zanotowałam w pamięci, że muszę go ostrzec.

- Jak brzmi prośba? - zapytał, a ja w końcu przypomniałam sobie, że jestem tu w konkretnym celu.

- Sam jest na jakiś czas uziemiony. Biorąc pod uwagę, jak bardzo niespokojnie było ostatnio w barze, będziemy potrzebować pomocy. Sam chciałby cię prosić o wypożyczenie któregoś z twoich barmanów, póki nie wydobrzeje.

Na szczęście rana po postrzale nie była poważna i Sam był w stosunkowo dobrym stanie, ale mógł chodzić tylko o kuli i nie nadawał się na ochroniarza – a tę rolę nie raz przejmował, kiedy w barze dochodziło do bójek, co niestety niedawnymi czasy zdarzało się często.

Eric rozważał przez chwilę, jakiej udzielić odpowiedzi, przez cały czas patrząc na mnie.

- Sam wykazał się jednak sprytem, wysyłając cię – powiedział w końcu. - Pożyczę mu kogoś.

Poczułam, jak spływa na mnie ulga. Spuściłam wzrok. Kiedy znów go podniosłam, zobaczyłam, że Eric rozgląda się po barze wyszukując spojrzeniem obecne na sali wampiry. Najwyraźniej zastanawiał się, kogo wysłać.

- Dobrze byłoby, żeby był to ktoś, kto nie ma kłopotów z panowaniem nad sobą – zasugerowałam delikatnie.

Wzrok Erica zatrzymał się na sekundę dłużej na Charlesie, ale kiedy po chwili Eric odwrócił się z powrotem do mnie, wymienił inne imię:

- Pam.


Mam jeszcze w czeluściach twardego dysku drugą historię o Sookie i Ericu. Ale wrzucę ją tu tylko jeśli przekonacie mnie, że ktoś czeka na to, co tu wklejam i będzie ją czytać.