W piątek rano Minerwa krzątała się po dormitorium z zadziwiającą energią, co było zaskakujące, zważywszy na fakt, że nie spała pół nocy. Choć starała się wyprzeć to z umysłu, by potem nie przeżyć gorzkiego rozczarowania, myśli o byciu animagiem ciągle zaprzątały jej myśli.

- Minerwo, wszystko w porządku? – Deborah, Gryfonka z tego samego roku, przyglądała się jej z uniesionymi brwiami. Minerwa z wysiłkiem narzuciła swoją poważną maskę i odpowiedziała:

- Oczywiście, czuję, że to będzie wspaniały dzień.

Na szczęście Deborah nie zadawała więcej pytań. Wzruszyła ramionami i opuściła dormitorium, udając się na śniadanie. Oprócz Poppy, rówieśnicy Minerwy niechętnie się z nią zaprzyjaźniali. Owszem, przychodzili często po pomoc w lekcjach, notatki czy wyjaśnienia, kibicowali jej podczas meczów quidditcha, zawsze zachowywali się wzorowo. Jednakże Minerwa wyraźnie widziała, że trzymają się na dystans. Część robiła to ze względu na jej pochodzenie, na jej przynależność do czarodziejskiej elity. Kilka razy Minerwa przyłapała ich na parodiowaniu jej sposobu poruszania się czy manier. Dziewczynka była świadoma, że jej zawsze wyprostowana sylwetka, uniesiona wysoko głowa i przeszywające spojrzenie odpychają rówieśników, ale jednocześnie właśnie takim dojrzałym sposobem zachowania ujmowała sobie inną grupę – dorosłych.

Poza pochodzeniem kluczowa była też inna kwestia – jej moc i inteligencja. Gryfoni mieli ją za perfekcjonistkę, która zawsze była krok przed nimi, która znała odpowiedź na każde pytanie, która niejednokrotnie zadziwiała wiedzą nawet takich nauczycieli jak profesor Merrythought. Uczniowie podświadomie wyczuwali też ogromną różnicę między własnym potencjałem magicznym a potencjałem Minerwy. Każde jej zaklęcie było kilkukrotnie potężniejsze niż ich, a gdy się irytowała, z jej palców strzelały ostrzegawcze iskry. Ci, którzy mieli okazję widzieć ją podczas wybuchu słynnego już szkockiego temperamentu, obiecywali sobie, że nigdy więcej jej już nie sprowokują.

Dzisiaj Poppy zapewne spała w swoim domu w Manchesterze, dokąd udała się na świąteczną przerwę. Dlatego Minerwa samotnie zeszła na śniadanie i usiadła przy pustym stole Gryfonów, próbując zagłuszyć żal myślą, że przynajmniej będzie miała więcej jedzenia dla siebie i święty spokój. Były to czcze myśli, bo wśród niewielu uczniów, którzy zeszli dziś na śniadanie był Tom Riddle.

Minerwa wciąż pamiętała jak chłopiec uratował jej życie w drugiej klasie, ale obecnie nie utrzymywała z nim kontaktów, poza utrzymywaniem przyjaznych pozorów uprzejmości. Jednakże zawsze czuła na sobie jego spojrzenie na swoich plecach – badające, rozkładające jej postać na czynniki, czujne. Wielokrotnie miała wrażenie że drugoroczny Ślizgon ją śledzi, ale ilekroć się odwracała, nie dostrzegała charakterystycznych lśniących włosów, czarnych jak jej własne.

By zająć myśli czymś innym, a nie Tomem i transmutacją, Minerwa sięgnęła po porzucony na stole Gryfonów egzemplarz Proroka Codziennego. Z przerażeniem przeczytała nagłówek na pierwszej stronie:

,,Atak na ambasadę brytyjskiej społeczności czarodziejów we Francji"

Minerwa szybko przeczytała artykuł i pozwoliła sobie na westchnienie ulgi. Wczoraj jej rodzice byli gospodarzami corocznego świątecznego przyjęcia w brytyjskiej ambasadzie. Zaprosili samą śmietankę francuskiej społeczności czarodziejów. Był tam francuski minister magii, szefowie podległych mu departamentów, ambasadorowie innych społeczności, czarodzieje zasłużeni dla nauki, kultury i quidditcha. Theresa McGonagall również tam była, razem z szefami francuskiego Instytutu. To miało być przyjęcie jakich wiele, orkiestra, choinka, wino – a jednak wydarzył się incydent, który miał pokazać światu, że Francja nadal jest niestabilnym magicznie krajem, którego rząd nie ma poparcia wśród obywateli, w którym ambasadorowie innych społeczności nie mogą czuć się bezpiecznie.

Grupa zamaskowanych magów zaatakowała ambasadę, posługując się paskudnymi urokami, najgorszymi klątwami i czarną magią. Było ich zaledwie dziesięciu, ale zdołali przedrzeć się przez krąg zaklęć ochronnych otaczających ambasadę. Jednakże kimkolwiek byli napastnicy, najwyraźniej nie docenili Brytyjczyków. Ojciec Minerwy znał każdy kąt budynku ambasady – w obliczu zagrożenia natychmiast zaczął wydawać rozkazy, przygotowując obecnych tam magów do obrony. Jego autorytet pozwolił mu na opanowanie paniki. Gdy napastnicy włamali się przez główne drzwi, oblężeni magowie już na nich czekali w gotowości. W obliczu ściany zdeterminowanych obrońców, na czele z legendarnymi McGonagallami, atakujący zdołali jedynie wyczarować parę słabych uroków, po czym stchórzyli i uciekli, aportując się za bramą ambasady. Nikt nie słyszał ich głosów, nikt nie widział ich twarzy. Francuzi uznali, że byli to wywrotowcy, przeciwnicy bliskiego sojuszu z Anglią. Minerwa jedynie syknęła na te mgliste wyjaśnienie – ojciec wielokrotnie opisywał, że Francja to kraj bez efektywnych władz, z szczątkowym departamentem aurorów, bez więzienia z prawdziwego zdarzenia – na niektóre przestępstwa wręcz przymykano oczy. Minerwa pomyślała, że pewnie i ta sprawa zostanie zamieciona pod dywan – w końcu nikt nie ucierpiał, a jedynie zdecydowana dezaprobata ze strony brytyjskiego ministerstwa zmusiłaby francuskie władze do działania. W obliczu ciężko wypracowanego sojuszu Anglia zapewne zrezygnuje z zdecydowanych działań.

Minerwa usłyszała szelest nad głową. To była sowa od rodziców – w jej szponach Minerwa ujrzała dobrze znaną kopertę papeterii dyplomatycznej z woskową pieczęcią McGonagallów. Dziewczynka szybkim gestem chwyciła list, rozerwała kopertę i przebiegła wzrokiem po tekście, napisanym piękną kaligrafią ojca.

Robert McGonagall uspokajał córkę, donosząc, że wszyscy wyszli z ataku bez najmniejszego zadrapania. Dzielił się bardziej szczegółowym opisem krótkiej walki i własnymi przemyśleniami na temat napastników. Minerwa czytała z wypiekami na twarzy, choć wiedziała, że obserwuje ją pół grona pedagogicznego. Do tradycyjnej uprzejmości czarodziejów należało unikanie rozmów o polityce, jednakże nie oznaczało to bynajmniej, że można było sobie pozwolić na niedoinformowanie w tej dziedzinie. Każdy szanujący się mag powinien doskonale orientować się w meandrach polityki brytyjskiego ministerstwa magii, a Robert McGonagall, znajdujący się blisko jej centrum, od najmłodszych lat edukował Minerwę w tym kierunku. Chociaż nie pozwalano jej schodzić na przyjęcia odbywające się na parterze domu, ze względu na brak kontroli nad własnymi mocami, Minerwa mogła podglądać znakomitych gości przez małe okienko prowadzące z kuchni do salonu.

Po przeczytaniu listu dziewczynka wstała i pobiegła z powrotem do wieży Gryffindoru, by napisać odpowiedź i dołączyć ją do świątecznych paczek, które miała przesłać rodzicom. Podśpiewywała wesoło, przywiązując podarunek dla ojca do nogi dorodnej sowy szkolnej. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, być może w następnym liście napisze mu o swojej przemianie w animaga!

Przez pół dnia Minerwa latała na miotle w obficie padającym śniegu. Niesprzyjające warunki jej nie przeszkadzały, brakowało jej jedynie towarzystwa smoków. Przez większą część wakacji trenowała lot na miotle, a smoki towarzyszyły jej w tej rozrywce, robiąc wokół niej powietrzne akrobacje lub ucząc młode trudniejszych uników. Teraz, choć była całkiem przemoczona, bardziej bolał ją fakt, że była również zupełnie samotna.

Jednak niekoniecznie. – przemknęło jej przez myśl, gdy zobaczyła samotną figurkę idącą nad brzegiem jeziora. Ciekawość wzięła w górę i Minerwa wylądowała kilkanaście metrów przed przedzierającym się przez zaspę chłopcem. W myślach przeklęła swoją ciekawość, gdy zobaczyła ostre spojrzenie ciemnych oczu. Miała przed sobą Toma Riddle.

- Dokąd idziesz, Tom? – zapytała, siląc się na ciepły i przyjazny ton.

- Dumbledore kazał mi przekazać Oggowi, żeby przyniósł więcej choinek. Najwyraźniej pięćdziesiąt mu nie wystarcza. – odpowiedział chłodno chłopak. Minerwie nie umknęło jego skrzywienie na dźwięk własnego imienia oraz niechęć, z jaką wymawiał nazwisko zastępcy dyrektora.

- Ja mogę polecieć do jego chatki. Mam miotłę, będzie szybciej, poza tym nie ma potrzeby byś przemókł jeszcze bardziej.

Chłopiec szeroko otworzył oczy ze zdumieniem. Minerwa zachichotała w duchu – Gryfońskie lwiątko oferujące pomoc gwieździe Slytherinu – Riddle nie mógł się tego spodziewać.

- Naprawdę nie będzie to dla ciebie problemem, panienko? – jego słowa zawisły przez chwilę w powietrzu. On nie przyjmie litości. – uświadomiła sobie Minerwa. A potem zauważyła aksamitny zielony szalik na jego szyi – ten sam, który podarowała mu jej babka.

- Nie. To ile tych choinek brakuje Dumbledore'owi? – zapytała Minerwa, odzierając swój głos z uprzejmości. Oblicze Toma rozjaśniło się lekko, potwierdzając jej teorię.

- Pięć pełnowymiarowych do Wielkiej Sali. I sześć małych do profesorskich gabinetów.

- Dobrze. – Minerwa przerzuciła nogę przez miotłę. Odwróciła się, gdy znów usłyszała jego głos:

- Dziękuję. – na twarzy chłopca malował się tajemniczy półuśmiech. Minerwa, która nie spodziewała się wdzięczności ze strony Ślizgona, skinęła głową i wystartowała. Ostatecznie nie powinna się dziwić – w święta chyba nawet Ślizgoni wydawali się milsi.

Wieczorem Minerwa, pełna przejęcia i tłumionej niecierpliwości, zapukała do gabinetu profesora Dumbledore. Odpowiedział jej wesoły głos:

- Wejdź Minerwo.

Nauczyciel stał przy oknie, bezwiednie gładząc swoją długą, kasztanową brodę. Na widok Minerwy się rozpromienił w uśmiechu.

- Podobno byłaś przedwczoraj bardzo rozkojarzona. Profesor Merrythought powiedziała, że po raz pierwszy gdy zadała pytanie do klasy, twoja ręka nie była uniesiona.

- Cały czas myślałam tylko o tym, czy nasze założenie się sprawdzi. – Minerwa szybko przelewitowała krzesło na środek pokoju i odłożyła różdżkę na biurko.

- Minerwa, pamiętaj, że jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, nie możesz wpadać w panikę. – profesor uspokajająco uścisnął jej dłoń, patrząc z powagą w oczy. Minerwa kiwnęła głową i zajęła miejsce na krześle.

Zamknęła oczy i zaczęła powoli uspokajać swój oddech i bicie serca. Jej organizm stopniowo się wyciszał, ludzkie procesy zachodzące w jej ciele jakby zwolniły. Następnie Minerwa przeszła do wyciszania swojego umysłu. Było to o wiele trudniejsze zadanie, wymagało więcej czasu i wysiłku. Minerwa musiała zamknąć za szczelnymi murami oklumencji swoje oczekiwania, zniecierpliwienie, frustrację, pragnienia, lęki – wszystko, co mogłoby ją rozproszyć. Kiedyś wierzyła, że człowiek nie może tak po prostu przestać myśleć. Cotygodniowe ćwiczenia z profesorem Dumbledore udowodniły, że się myliła, teraz musiała wykorzystać umiejętność, którą nabyła.

Gdy odcięła wrażenia płynące z ciała i umysłu, została jeszcze jedna rzecz do zrobienia. Musiała pozwolić by jej magia przeprowadziła przemianę. Musiała ją uwolnić z barier narzucanych przez umysł i ciało, musiała ją ukształtować w odpowiedni sposób. Zwyczajna egzystencja wymagała otwartego na bodźce ciała i umysłu, i kontrolowania magii. Przemiana animagiczna odwrotnie – burzyła bariery krępujące magię, wiązała ciało i umysł.

Minerwa powoli wyczuwała swoją energię. Czuła krążącą ją w całym ciele. Zaczerpnęła jej i skierowała do umysłu. I znów, znów. Z determinacją zmuszała moc by wąskimi strumieniami płynęła do umysłu. Gdy cała jej magia zgromadziła się w umyśle, Minerwa powoli zaczęła opuszczać bariery. Jedna za drugą opadały, a magia wydostawała się na zewnątrz – już nie w obręb ciała, ale poza. Nie uciekała jednak tak jak wtedy, gdy weszła profesor Merrythought. Nie było jej tak dużo. Gdyby Minerwa mogła pozwolić na uformowanie myśli, ucieszyłaby się, bo potwierdzało to jej teorię, że do przemiany nie można mieć zbyt wiele mocy. Zamiast uderzać w barierę wytworzoną przez nauczyciela, moc zbierała się wokół ciała Minerwy – wokół jej ludzkiej formy.

Minerwa pozwoliła by jej moc wypłynęła poza ciało, a potem wysłała jeden potężny impuls. Przemiana się zaczęła. Pierwszym wrażeniem był ból. Promieniujący z każdego mięśnia, z każdej kości. Minerwa jednak spodziewała się tego. Przyzwoliła by ją ogarniał. Jednocześnie czuła, że przemiana dobiega końca. Energia na powrót wlewała się w jej ciało, bariery powstrzymujące umysł upadały, granice jej ciała na powrót wydawały się namacalne. Gdy to wszystko się uspokoiło, Minerwa otworzyła oczy.

Najpierw uderzył ją zapach. Słodki, czekoladowy, z delikatną nutą cytryny. Gabinet profesora Dumbledore zawsze tak pachniał, ale teraz Minerwa czuła to z o wiele większą siłą. Drugą rzeczą była wysokość. Siedząc na krześle widziała wszystko co było za biurkiem, a teraz jakby ono górowało nad nią. A potem usłyszała głośny śmiech profesora:

- Minerwo! Udało ci się!

Zobaczyła ogromną sylwetkę profesora, który pochylił się nad nią z jakimś przedmiotem. To było ładne lusterko. Minerwa wydała z siebie dziwny dźwięk na widok swojego odbicia.

BYŁA KOTEM.

W lusterku widziała szaroburą, pręgowaną kotkę, o intensywnie zielonych oczach. Minerwa próbowała coś powiedzieć, ale z jej gardła wydobyło się jedynie miauknięcie. Uniosła dłoń – nie, łapę – i zobaczyła ostre, małe pazurki. Próbowała się wyprostować, ale udało jej się jedynie unieść tylną część ciała. Przez chwilę balansowała na krześle, machając ogonem (tak ogonem!) by odzyskać równowagę, ale po chwili się poddała i usiadła.

- Spróbuj się zmienić z powrotem, moja droga. Pierwsza przemiana nie powinna być zbyt długa. Będziesz miała jeszcze sporo czasu by przyzwyczaić się do tej formy. – profesor patrzył na nią z troską w błękitnych oczach.

Minerwa kiwnęła kocią głową. Widzenie jak kot, czucie jak kot, bycie kotem – to było bardzo dużo jak na jeden raz. Zamknęła oczy. Według ksiąg każda następna przemiana miała być łatwiejsza. Teraz odcięcie się od ciała i umysłu było trudniejsze – koty najwyraźniej miały mniejszą zdolność koncentracji niż ludzie. Gdy wreszcie zamknęła wszystkie czynniki rozpraszające, sięgnęła po magię. I znów było trudniej. Koty nie były stworzone do używania magii jak ludzie, nie były nawet uważane za magiczne stworzenia. Ich magia była głęboko ukryta, minęło więc parę minut, zanim Minerwa zdołała ją wydobyć i wypuścić poza ciało. Także impuls powrotny musiał być silniejszy, ale równie precyzyjnie wyważony. Minerwa nie zdążyła odpowiednio skorygować proporcji, przemiana powrotna była więc o wiele gwałtowniejsza. Ból był silniejszy, choć krótszy.

Gdy Minerwa otworzyła oczy, leżała na szczątkach krzesła. Minęło parę sekund gdy jej wzrok odzyskał ostrość. Teraz widziała wyraźnie błękitne oczy i rysujące się w nich zmartwienie.

- Minerwa?

Dziewczyna sięgnęła ręką do głowy i syknęła z bólu promieniującego z poruszonych mięśni. Jej włosy były w całkowitym nieładzie, opadając w kołtunach na twarz. Jej szaty całkowicie wygniecione i pachnące … kotem.

- Wszystko mnie boli, profesorze, ale nie sądzę bym miała jakieś obrażenia wewnętrzne. – Minerwa próbowała się uśmiechnąć, ale nawet to sprawiło jej ból, więc tylko się skrzywiła.

- Przelewituję cię na sofę, dobrze? – nie czekając na jej odpowiedź Dumbledore machnął różdżką i Minerwa uniosła się w powietrzu, a potem przeleciała przez gabinet i wleciała do salonu profesora, gdzie delikatnie spoczęła na kanapie w bogatym, szkarłatnym kolorze.

- Mam tu gdzieś jeszcze eliksir przeciwbólowy, zaraz ci podam. – profesor zniknął za drzwiami by wrócić z małą fiolką. Minerwa wypiła ją całą, z wdzięcznością odnotowując, że nacisk na mięśnie nieco zelżał.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Albus Dumbledore usiadł w fotelu, z uśmiechem obserwując leżącą przed nim Minerwę. Nigdy nie czuł takiej dumy, takiego poczucia spełnienia. Teraz w pełni rozumiał, dlaczego warto było zostać nauczycielem.

Był świadkiem kolejnego dowodu na to, że siedzące przed nim dziecko jest wyjątkowe. Właśnie została najmłodszą czarownicą w historii, której udało się przeprowadzić przemianę animagiczną. Co więcej, jej pierwsza próba przebiegła bez żadnych komplikacji.

- Minerwo, nie mógłbym być z ciebie bardziej dumny. Przed chwilą przeszłaś do historii. Mając zaledwie trzynaście lat dołączyłaś do grona najwybitniejszych czarodziejów na świecie. – gdyby dumna i radość przybierały namacalną formę jak energia, Albus wysyłałby ich ogromne ilości przez promieniowanie.

- Kot. – odpowiedziała jedynie dziewczynka, wpatrując się w przestrzeń ponad jego ramieniem. Uśmiech Albusa nieco zbladł. Czemu Minerwa nie była szczęśliwa?

- Koty to wspaniałe stworzenia Minerwo. Nie podoba ci się ta forma? Ostatecznie forma animagiczna ma najlepiej oddawać charakter czarodzieja. – zaczął niezdarnie Albus, ale przestał mówić, widząc jej rozczarowany wyraz twarzy.

- Profesorze, przez chwilę naprawdę wierzyłam, że to będzie smok. Coś potężnego w każdym razie. Stworzenie silne, pełne magii, o ogromnym potencjale dla naszej społeczności. A koty… to wspaniałe stworzenia, zawsze je uwielbiałam, ale jaki jest z nich pożytek? Wątpię bym mogła wykorzystać tę formę w walce, w codziennym życiu. Gdyby to był lew, to co innego. Ale kot? Czy naprawdę właśnie to zwierzę najlepiej wyraża mój charakter? – jej głos był drżący, nieco piskliwy.

- Minerwo, nie możesz panować nad swoją formą. Musisz pogodzić się z tym, że twoja magia wie lepiej, jakkolwiek absurdalnie to brzmi. To pewnie moja wina, przez ostatnie dwa lata nieustannie powtarzam ci jaka jesteś wyjątkowa i oczywiście jest to prawda, ale to wcale nie wiąże się z żadnymi oczekiwaniami wobec ciebie. To jest jak bycie innym – musisz to zaakceptować i ostatecznie pokochać. A dla mnie i tak pozostajesz najwspanialszym kotem jakiego widziałem. – Albus starał się wlać w te słowa całe ciepło i otuchę. Minerwa skupiła na nim spojrzenie swoich oczu.

- Naprawdę pan tak uważa, profesorze?

- Oczywiście. Teraz lepiej opisz po kolei całą przemianę, bo zaraz rozpłynę się z dumy. – Albus mrugnął do niej, a na jej twarzy wreszcie pojawił się uśmiech.

Rozmawiali jeszcze godzinę, omawiając każdy, najmniejszy szczegół jej przemiany. Albus nie potrafił wyjść z podziwu dla Minerwy. Miała trzynaście lat, a potrafiła w przystępny sposób przedstawić jedną z najbardziej złożonych transmutacji, używając w dodatku fachowej terminologii. Napisałaby świetną książkę o animagach. – pomyślał Albus, słuchając jej relacji. Cieszył się jej sukcesem, jakby był jego własnym, więc co chwila musiał sobie przypominać, że to ona wpadła na pomysł z oczyszczeniem, że nie wolno mu przeceniać swojej roli. Jednocześnie pozostawał świadomy, że to dopiero początek tej drogi, pierwszy, ale najważniejszy krok do czegoś wielkiego. Minerwa musiała opanować przemianę do perfekcji, podobnie jak funkcjonowanie w kociej postaci, by móc zostać zarejestrowaną.

- Jak długo mi to zajmie i czy mogę już komuś powiedzieć o tym projekcie? – Minerwa ułożyła się wygodniej na kanapie. W zupełnie koci sposób. – pomyślał Albus z rozbawieniem.

- Myślę, że za kilka miesięcy będę mógł złożyć wniosek o testy sprawdzające twoje umiejętności. I na tym etapie możesz powiedzieć o swojej przemianie rodzicom i babce, ale wolałbym byś wstrzymała się z chwaleniem koleżankom do czasu wniosku o rejestrację. Będzie nam łatwiej prowadzić rozmowy z ministerstwem, gdy twoje zdolności będą dla nich zaskoczeniem.

- Oczywiście, profesorze. Czy teraz nasze lekcje będą trwały dłużej? Będę potrzebowała więcej czasu na ćwiczenie nowej formy.

Albus skinął głową, po czym spojrzał na zegarek – jej pytanie przypomniało mu o opływającym czasie.

- Na brodę Merlina, jest po dziewiątej! Jutro święta, a powinnaś się wyspać po takim wysiłku. Czujesz się lepiej, czy przelewitować cię do wieży Gryffindoru? – Albus zerwał się z fotela.

- Dam radę sama iść. – Minerwa spróbowała wstać, ale z sykiem opadła z powrotem na sofę. Albus ruszył w jej stronę, ale spróbowała jeszcze raz i tym razem stanęła na nogach, choć z wyraźnym grymasem bólu na twarzy. Albus pokręcił głową i podał jej ramię. Ujęła je lekko, jakby nie chcąc obarczać go swoim ciężarem. Razem poszli w stronę wieży Gryffindoru.

Gdyby Albus nie był pochłonięty cichą rozmową z Minerwą, pewnie zauważyłby postać Galatei Merrythought obserwującą ich zza półprzymkniętych drzwi swojej klasy. Gdyby pomyślał wcześniej, nie pozwoliłby by Minerwa opuściła jego gabinet w wygniecionej szacie, potarganych włosach, ledwo stawiająca kroki. Ale jego umysł nadal zaprzątała myśl o Minerwie jako najmłodszym animagu w historii, nie zwracał więc uwagi na te istotne szczegóły.

Gdy Albus pomógł Minerwie przejść przez portret Grubej Damy, w pokoju wspólnym Gryfonów było już ciemno, a ogień powoli dogasał w kominku. Czarodziej z uśmiechem oddał młodej czarownicy jej różdżkę i powiedział:

- Wesołych świąt, Minerwo.

Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko i odpowiedziała:

- Dzisiejsza przemiana była jednak najwspanialszym prezentem jaki dostałam profesorze. Nawet jeśli to tylko kot, to przecież nie znamy jeszcze wszystkich możliwości tej formy. Może moja magia wyposaży ją w coś wyjątkowego? W każdym razie, bardzo dziękuję, nie udałoby mi się to bez pańskiej pomocy.

- Przeceniasz moją rolę, moja droga. Idź spać, musisz być bardzo zmęczona.

- Dobranoc, profesorze. – po tych słowach Minerwa podjęła mozolną wspinaczkę po schodach prowadzących do jej dormitorium. Albus odprowadził ją wzrokiem – uśmiech nie schodził z jego twarzy.