Rozdział 9 — Uczucia
"Couldn't save you from the start. Loved you so it hurts my soul. Can you forgive me for trying again? Your silence makes me hold my breath." — Within Temptation (Forgiven)
Ginny. Martwa Ginny. Dziewczyna, którą teraz nosimy jedynie we wspomnieniach. To Ginny była powodem samobójstwa pani Weasley. A przynajmniej tak pisała w liście pożegnalnym. Twierdziła, że jest zmęczona wojną, że nie zniesie więcej oglądania śmierci bliskich, że za bardzo tęskni za zmarłą córką. Nie wierzyła w nasze zwycięstwo i ja również powoli przestaje w nie wierzyć. Dumbledore musiał to zauważyć, bo przeprowadził ze mną rozmowę na temat wartości w życiu, tego co naprawdę ważne. Kiedy wrócimy do szkoły, mam mieć z nim prywatne lekcje. Powiedział, że to najwyższy czas, bym nauczył się bronić. Do tego będę miał dodatkowe lekcje z Lupinem i McGonagall. Właściwie to chyba się cieszę – w końcu będę potrafił obronić siebie i moich przyjaciół. A gdy przyjdzie czas, będę mógł pomścić rodziców i Syriusza. Ostatnio zaszła we mnie jakaś zmiana – sam nie jestem do końca pewien jaka. Zawziąłem się, żeby doprowadzić całą tę farsę do końca. Nie wiem, czy mi się to uda, ale na pewno spróbuję. I albo zwyciężę, albo zginę walcząc o zwycięstwo.
Święta, które miały być przyjemnym oderwaniem się od szarej rzeczywistości, okazały się katastrofą i kolejnym pogrzebem, na który tym razem nie poszedłem. Widok cmentarza, trumny – myślę, że będę miał ich dość do końca życia. W końcu wracamy do szkoły i zaczyna się prawdziwe szaleństwo, które przyprawia mnie o koszmarny ból głowy. Wszyscy myślą o zbliżającym się meczu, liczą się jedynie oceny i wyniki pojedynków, które stale wybuchają między nami, Gryfonami, a Ślizgonami. Ja sam nie mam już siły w tym uczestniczyć, choć oczywiście, jeśli nadarzy się taka okazja, z rozkoszą posyłam jakąś klątwę w stronę Malfoya. Ale ostatnio nie mogę sobie na to pozwolić. Szósty rok ma masę nauki i bez moich dodatkowych lekcji, więc nie potrzebuję na dokładkę szlabanów, ze Snape'em na przykład. Brr...
Myślę... Myślę, że czasem po prostu trzeba odpuścić. Czasem napotykamy na swej drodze mur nie do obalenia i wtedy po prostu trzeba się wycofać. To tak łatwo powiedzieć, prawda? Chciałbym umieć odpuścić, lecz nie umiem poradzić nic na fakt, że Syriusz w jakieś formie, wciąż jest obecny w moich życiu. Nie mogę pozbyć się tych wszystkich snów, w których Syriusz przychodzi do mnie zza zasłony, mówi coś, po czym znów odchodzi. I kiedy odchodzi, to za każdym razem boli równie mocno.
Staję przed lustrem, spoglądam w uderzająco zielone oczy chudego chłopca i nagle zdaję sobie sprawę, że nie mam pojęcia kim jestem. Całe moje ciało – oprócz, o ironio, przedramion – pokrywają krwawiące zadrapania. Niektóre są niemal nie widoczne, z innych krew nie chce przestać płynąć. Może i zwariowałem, ale ranienie samego siebie przynosiło mi jakąś dziką radość.
To smutne, że nie potrafię doceniać tego, co dał mi los. Bo dał mi więcej, niż daje innym. Po rodzicach odziedziczyłem ogromny talent i moc – wiem, nie jestem skromny. Mam najwspanialszych przyjaciół, jakich mogę sobie wymarzyć. Mam pieniądze i sławę – dwie rzeczy, w dążeniu, do których ludzie bywają boleśnie bezwzględni. Lecz mimo tych rzeczy, wciąż pragnę więcej, wciąż czegoś mi brakuje. Gdzie jesteś, kiedy cię potrzebuję, Syriuszu?
Czy jestem dobrym przyjacielem? Nie, raczej nie. Przynajmniej ja siebie w ten sposób nie postrzegam. Mój przyjaciel umiera, widzę to i nie reaguję w żaden sposób. Widzę jego puste spojrzenia, widzę zakrwawione nadgarstki, widzę umierającą w nim wolę walki. Wszystko – całą prawdę o Ronie – można dostrzec w jego niebieskich oczach, które ostatnio straciły swoją zadziorną iskrę. Czy Ron umrze? Nie chcę tego. Nie chcę, żeby mój przyjaciel umarł. Więc, dlaczego nie potrafię mu pomóc? Co powinienem zrobić?
Sytuacje lubią się powtarzać. Znów siedzę w nieczynnej łazience, za towarzysza mając jedynie Martę. Właściwie z biegiem czasu, zaczęło mi się robić żal ducha nieszczęśliwej dziewczyny. Ale jeśli nie potrafiłem pomóc własnemu przyjacielowi, to jak miałbym pomóc zupełnie obcej mi dziewczynie, która zmarła ponad pięćdziesiąt lat temu?
Kolejny raz ląduję na tyłku, czując, że całe ciało piecze mnie nieznośnie. Remus jest dla mnie po prostu za dobry i nie mam najmniejszej szansy by go pokonać. Skoro nie mogę wygrać pojedynku z Remusem, jak mam stawić czoła Voldemortowi?
- Nie zamartwiaj się, Harry, jesteś coraz lepszy – mówi mężczyzna, uśmiechając się przyjaźnie. Patrzę mu w oczy i to wystarczy, by wiedzieć, że uśmiech jest wymuszony.
- Nasz pojedynek nie będzie trwał nawet pięciu minut – syczę. – Zabije mnie, nim zdążę mrugnąć okiem. On zna rodzaje magi, których nie udałoby się panu odeprzeć, więc co dopiero mi. Przy Voldemorcie wyglądam jak pięcioletni dzieciak.
Później słychać jedynie trzask drzwi i odgłos moich kroków, które odbijają się echem w pustym korytarzu. Kiedy stałem się tak bezduszny? Hermiona ma rację. Jestem potworem, lecz w tym wszystkim najbardziej boli fakt, że nie zawsze nim byłem. Lecz podświadomie wiem, że droga do tamtego Harry'ego, którym byłem, została mi bezpowrotnie odcięta. Szkoda, że byłem na tyle słaby, by na to pozwolić.
Ciotka Petunia lubiła mawiać, że jeśli coś ma się zdarzyć, to nie ma na to rady. I to jest chyba jedyna sprawa, w jakiej zgadzam się z siostrą mojej matki.
Stoję na szczycie wieży astronomicznej, rozważając wszystkie za i przeciw.
Jakie decyzje doprowadziły mnie do tego miejsca?
Jakie wybory sprawiły, że teraz tu stoję?
Jakie błędy mnie tu przywiodły?
Jakie grzechy są winne mojemu losowi?
Czym przewiniłem?
Czy za odrobinę szczęścia trzeba płacić tak ogromnym cierpieniem? Och świecie, nie jesteś sprawiedliwy. Nigdy nie byłeś, prawda?
Sam już nie jestem pewien co boli bardziej; moje życie, czy świadomość, że swoim odejściem zraniłbym tak wiele osób. Więc schodzę z barierki i kieruję się w kierunku wieży Gryffindoru.
Brawo, życie, znów wygrałeś.
Stoimy blisko siebie. Ona mówi na temat jakiegoś zadania domowego, ja kompletnie jej nie słucham. Odgarnia za ucho zbłąkany kosmyk włosów. Wtedy ogarnia mnie ochota, by sprawdzić jak smakują jej usta. Zasłania nas regał i nie boję się, że nasze zdjęcie jutrzejszego dnia znajdzie się we wszystkich gazetach. Po prostu przyciskam ją do ściany i całuję brutalnie. Nie dbam o delikatność – zbyt wiele widziałem, by jeszcze przejmować się nią – lecz jej zdaje się to nie przeszkadzać. Jej niewprawne usta mówią mi, że to musi być jej pierwszy pocałunek. Krótko przycięte paznokcie drapią mój kark i nagle jestem niezwykle zaskoczony, że dziewczyna po prostu tego nie przerwała i nie dała mi w twarz.
W końcu odrywamy się od siebie. Jej usta są delikatnie opuchnięte, a włosy rozczochrane bardziej niż zwykle. W jej oczach widnieje niezwykły błysk. Co podkusiło mnie, żeby pocałować przyjaciółkę?
- Czy to coś między nami zmienia? – pyta Hermiona, jakby czytając mi w myślach.
- Nie, nie sądzę – mówię cicho i odchodzę.
Ostatnio zdecydowanie zbyt wiele jest we mnie uczuć i skłaniają mnie one do robienia coraz to głupszych rzeczy. Jednak, czy ten pocałunek był błędem?
* Fragment Psalmu 23
