Obudził mnie cios w policzek.
Mocny na tyle, by odrzuciło moją głowę w bok, a w kącikach oczu pojawiły się łzy. Ktoś cmoknął głośno, a ten dźwięk w ogóle mi się nie podobał. Ani trochę.
- Wydawało mi się, iż ostatnim razem powiedziałem, że cię lubię, Stiles.
Przełknąłem ciężko, słysząc znajomy głos. Dopiero wtedy odważyłem się otworzyć oczy, ale mimo wszystko nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem nawet co. Mój mózg zajęty był wchłanianiem każdej informacji dotyczącej miejsca, w którym się znajdowałem.
Nie była to sypialnia Deucaliona ani żadne inne miejsce w jego apartamencie. Cholera, to nie było nawet mieszkanie. Bardziej wyglądało jak... piwnica? Nie byłem pewien. Nie byłem niczego pewien. Głowa bolała mnie okropnie, a ból promieniujący z policzka nie otrzeźwiał, jak się spodziewałem. Był zbyt mocny. Sprawiał, że wszystko wirowało jak szalone.
W pomieszczeniu nie było całkowicie ciemno. Pod sufitem zawieszona była pojedyncza żarówka, która migała co jakiś czas. W momentach, gdy świeciła nieco mocniej, mój umysł rejestrował rdzę na ścianach. Rdza na ścianach? Tak to wyglądało.
Zrobiło mi się niedobrze, kiedy skojarzyłem, dlaczego ściany pełne były plam w kolorze rdzy.
Krew.
Nienawidziłem krwi chyba nawet tak bardzo, jak igieł.
- Powoli zmieniam zdanie, Stiles.
Usłyszałem znowu. Podniosłem głowę, żeby ujrzeć stojącego przede mną mężczyznę. Znajdował się w odległości może dwóch metrów, opierając się na swojej białej lasce. Po jego lewej stronie stał jeden z bliźniaków. Lokalizację drugiego odkryłem, kiedy pociągnął mnie mocno za włosy, odchylając głowę w tył. Cholera, a Isaac mówił, żeby je obciąć. Trzeba było go posłuchać.
Kolejne łzy bólu napłynęły do moich oczu. I nie tylko bólu. Również bezsilności. I strachu. Chciałem coś powiedzieć, spytać, dlaczego to robi, ale nie mogłem. Zakleili mi usta srebrną taśmą. Tą samą przywiązali mnie do metalowego krzesła, które stało na środku pomieszczenia i było przymocowane do podłogi na stałe.
Zaciskałem mocno oczy, wciąż z odchyloną w tył głową. W końcu poczułem na szyi czyjś oddech i musiałem przełknąć ciężko wymiociny, które podeszły mi do gardła. Ręka na włosach zacisnęła się jeszcze mocniej, aż wydałem z siebie zniekształcony przez taśmę jęk.
- Jestem naprawdę bardzo niezadowolony, że próbowałeś mnie wrobić w śmierć swoich przyjaciół.
Natychmiast otworzyłem oczy, które aż błyszczały od gniewu. Wrobić?, pytały.
Coś na twarzy Deucaliona drgnęło, a później mogłem podziwiać najbardziej przerażający uśmiech świata. Łzy popłynęły w dół po moich policzkach i byłem rad, że Falcone nie może tego zobaczyć.
- Cóż, skoro wszyscy tutaj doskonale wiemy, że nie opuścisz tej piwnicy żywy, mogę podzielić się z tobą tajemnicą lub dwiema. A potem ty podzielisz się jakąś ze mną. Jeśli nie... Zawsze możemy użyć karty przetargowej. W końcu zależy ci na przyjaciołach, czyż nie?
Dowiedziałem się, że podobnych morderstw było więcej niż kilka. Nawet więcej niż kilkanaście.
Zaczęło się niewinnie, od "dobrej zabawy". Deucalion podobno znany był wśród swoich pracowników jako przerażający gość i wszyscy wiedzieli, że szaleństwem jest choćby myśl o zdradzie czy wyrolowaniu go, bo w takich przypadkach stawał się bezwzględny. Ale dbał o swój interes, więc najlepsi mieli dosłownie wszystko, czego dusza zapragnie. Narkotyki, pieniądze, seks.
Każdy z nich, każdy z tych najlepszych ludzi Deucaliona, był zepsuty do szpiku kości. Zepsuty na tyle, by zgodzić się na propozycję dołączenia, gdy tylko wspominano o bardziej ekstremalnej zabawie. Wymagało to kilku niczego nieświadomych prostytutek – nie z burdelu, lecz - prosto z ulicy, i dobrych prochów. Zabawa zaczynała się normalnie, zwykły seks - ostry i szybki - nic, do czego kobiety i mężczyźni z ulic nie byli przyzwyczajeni. Po grupowej orgii zatrzymywano jedną osobę na dłużej, dorzucając dodatkowe pieniądze do puli wynagrodzenia.
W pewnym sensie nie dziwiło mnie, że się zgadzali. Żyjąc na ulicy, zrobi się wszystko, żeby przetrwać.
Tyle że wtedy ludzie Deucaliona zamieniali się w bestie. Bicie, poniżanie, gwałty, i tak w kółko. Na końcu, kiedy już znudzili się swoją "zabawką", serwowali jej złoty strzał, co zapewne przyjmowane było z ulgą. Pamiętałem dokładnie, jak ja czułem się po wymuszeniu na mnie seksu, jak chciałem ze sobą skończyć, jak długo nie mogłem się pozbierać. Nawet nie próbowałem sobie wyobrażać, jak czuła się ta jedna osoba, będąc osaczoną przez kilku ludzi jednocześnie.
- Jak wspomniałem - kontynuował Deucalion - początkowo była to tylko zabawa. Ale później doszliśmy do wniosku, że to także dobry sposób na pozbywanie się z ulicy przeszkadzających nam osób.
W ten sposób wyeliminowali policjantkę, która pod przykrywką trafiła na imprezę do Falcone'a. Liczyła na to, że ujdzie z życiem, ale oni byli sprytniejsi. Przejrzeli ją natychmiast.
- Właśnie w ten sposób postanowiliśmy również wyeliminować pozostałości po rodzinie Hale.
Wtedy zgłupiałem.
- Znałem Talię Hale, kiedy żyła. Miała czelność rzucić się na głęboką wodę i jako prawnik, cholernie dobry, muszę tu zaznaczyć i mimo mojej... awersji do tej kobiety - tutaj chylę przed nią głowę, próbowała nas zdemaskować. Nie przewidziała jednak, że nastoletni chłopcy myślą tylko o jednym. Więc podstawiliśmy Kate Argent, która wraz ze swoim ojcem współpracuje z nami od dawna, a ta szybko trafiła do małego serduszka Dereka. Zakładam, że resztę tej historii już znasz.
Byłem… wściekły. Nie, gorzej niż wściekły. Zaczynałem widzieć na czerwono i to nie tylko dlatego, że krew ciekła mi z przeciętego łuku brwiowego prosto do oka. Bolało mnie wszystko - twarz, brzuch, żebra, ale byłem pewien, że gdyby tylko mnie rozwiązali, byłbym w stanie zrobić temu człowiekowi krzywdę.
- Na całe nasze nieszczęście przeżyły trzy osoby, kiedy zakładaliśmy, że żywy pozostanie jedynie Derek. Laurą zajęliśmy się na tyle szybko po pożarze, żeby nikt nie był w stanie niczego ze sobą połączyć. Poza tym znacznie ułatwiła nam zadanie. Można powiedzieć, że sama rzuciła się w paszczę lwu, zostając dziwką. Potem znaleźliśmy tę drugą… Corę? Muszę przyznać, że całkiem mi zaimponowała. Była pierwszą osobą, której udało się od nas uciec. Nie na długo, oczywiście. Ale tę część również zapewne znasz.
- Długo czekaliśmy na okazję, żeby dorwać się i do Dereka. Moi chłopcy już od dawna mieli na niego oko. Nawet nie podejrzewałem, że coś między wami jest, a potem Ethan i Aiden przywieźli Ericę i Boyda, uroczy ludzie, Stiles, powinieneś być dumny, że miałeś takich przyjaciół, i powiedzieli mi, że mój Stiles ma się ku mojemu nemezis. Pomysł z pozbyciem się tej dwójki wpadł mi do głowy nagle. Skoro Derek z wami mieszkał, i nie dziw się, że o tym wiem - obserwowaliśmy go już od dawna, to znaczy, że coś było na rzeczy. „Może nawet się przyjaźnią?", pomyślałem. Więc. Kolejna drzazga w sercu Hale'a nie mogła zaszkodzić w osiągnięciu celu.
Deucalion planował zabić Dereka w równie niewinny sposób co pozostałych, na krótko przed jego śmiercią wyznając mu całą prawdę, żeby ten w końcu dostał odpowiedź na dręczące go całe życie pytanie „Dlaczego?".
- Ale potem Flass mówi mi, że ktoś doniósł na policję. I że cała grupka ludzi złożyła zeznania. Zgadnij, kto był wśród nich?
Krzyknąłem, kiedy Ethan, lub Aiden?, kolejny raz przypalił mnie papierosem. Bliźniak wypalał na moim udzie jakiś znak, podobny do triskelionu Dereka, ale bardziej kanciasty.
- Ty, Stiles.
Znowu cmoknięcie.
- Więc trochę się pobawimy, ściągniemy tutaj ostatniego z Hale'ów, zabijemy cię na jego oczach, a później wykończymy także jego. To jest mój wielki plan.
Ręce drugiego brata odnalazły drogę do swoich spodni. Słyszałem, jak rozpina rozporek. Robił to ostentacyjnie, na tyle głośno, żeby zrobiło mi się niedobrze. Już od kilku dni (a może godzin? Trudno było tutaj kontrolować czas, nie było żadnego okna) nie miałem zaklejonych ust.
- A teraz otwórz te swoje ładne usteczka. Naprawdę szkoda byłoby zmarnować takie dzieło Matki Natury.
Po jakimś czasie się zgubiłem.
Nie wiedziałem już, co jest snem, a co rzeczywistością. Wspomnienia mieszały mi się z tym, co działo się z moim ciałem teraz i w zasadzie nie byłem już pewien, jak wyglądało moje życie wcześniej. Czasami, kiedy udawało mi się zasnąć, a zdarzało się to naprawdę bardzo rzadko, śniłem o jakimś mężczyźnie. Byliśmy na cmentarzu, a on mówił, że się we mnie zakochał. Mówił to swojej siostrze, która już od dawna leżała sześć stóp pod ziemią. Potem widziałem go pochylonego nade mną, całującego moją szyję, szepczącego uspokajające słowa.
Chciałbym, żeby ten mężczyzna był prawdziwy. Chciałbym, żeby był obok mnie, kiedy budziłem się z potwornym bólem w okolicy serca, czując jak moje ciało rozpada się na kawałki… żeby ochronił mnie przed Ethanem i Aidenem, Ennisem i Kali, Mattem i Deucalionem.
Ale nikt się nie pojawił.
Falcone wspomniał kilka razy o jakimś Dereku, pytał mnie o niego, o jego słabości i lęki. Ale ja nie wiedziałem, kim jest Derek Hale. Nie pamiętałem nikogo o takim imieniu. Nie miałem pojęcia, kim byli Erica i Boyd, o których wciąż wspominali pracownicy Deucaliona, mówiąc, że krzyczeli w agonii, zanim w końcu pozwolono im umrzeć.
Deucalion był coraz bardziej poirytowany nieobecnością Dereka. Nie mówił, dlaczego dokładnie wciąż go tutaj nie ma, ale widziałem wyraźnie, że go to denerwuje.
Ja przyłapywałem się na tym, że oddychałem z ulgą za każdym razem, kiedy otwierałem oczy, a krzesło przymocowane do podłogi naprzeciwko mnie wciąż pozostawało puste.
W końcu przestałem myśleć. Krzyczeć. Płakać. Błagać. Prosić. Pytać.
Przestałem funkcjonować. Jadłem, bo wmuszano we mnie te dziwne papki, które nazywali obiadem. Piłem, bo poili mnie, na siłę otwierając mi usta i wlewając w nie wodę. Załatwiałem potrzeby fizjologiczne tylko dlatego, że raz dziennie wpychano mnie do łazienki. Tam też ochlapywano moje ciało wodą, żebym „przynajmniej nie śmierdział", a potem wciskano mnie w to niewygodne krzesło, przywiązywano do niego i zostawiano na chwilę, żeby później wszystko zaczęło się od początku. Rozmowa z Deucalionem, zabawa mną, od czasu do czasu bicie i rzucanie moim ciałem po kątach.
Nie jestem pewien, ale chyba złamali mi w pewnym momencie żebro.
Wnioskując po wizycie lekarza, prawdopodobnie miałem rację. Mężczyzna nie zajął się niczym innym poza żebrem, chociaż na widok mojej twarzy i siniaków na całym ciele (byłem całkowicie nagi), na jego ciemnej twarzy pojawiło się coś dziwnego. Może nawet współczucie.
- Co z nim, Deaton?
- Złamane żebro. Zalecałbym…
- Nikogo nie obchodzi, co byś zalecał. Zrób, co musisz i wynocha.
Kiedy wychodził, chyba usłyszałem ciche „Przykro mi, dzieciaku".
Tego dnia nie miałem nawet siły, by utrzymać otwarte powieki. Głowa zwisała mi w dół, z ust wypływała ślina wymieszana z krwią. Prawie zasnąłem. Jeszcze tylko trochę. Czułem, że jestem blisko. Moje ciało powoli zalewał ten niesamowity spokój. Oddech zwolnił. Serce zwolniło.
Już prawie byłem w domu.
Kiedy się obudziłem, byłem pewien, że nie żyję.
Byłem o tym niemal w stu procentach przekonany. Czyjś bardzo odległy głos, próbował coś do mnie mówić. Słyszałem, jak ciągle powtarzał czyjeś imię, trzymając w dłoniach moją twarz.
- Mamo?
Spytałem cicho, czując się, jakbym ważył co najmniej tonę.
- Stiles? Stiles, musisz mnie teraz uważnie posłuchać.
- Boli, mamo. Wszystko mnie boli.
- Wiem, rozumiem, ale, Stiles, proszę. Zrób to dla mamy, dobrze? Musisz mi pomóc, żebym mógł cię stąd wynieść. I musimy to zrobić szybko. Proszę, Stiles.
Nie mogłem nawet skinąć głową. Jakikolwiek ruch wymagał ode mnie nadludzkiego wysiłku i chociaż nie było to proste - spróbowałem się podnieść. Potrzebowałem trochę czasu i dużo pomocy, żeby w ogóle stanąć na nogi, a kiedy już to osiągnąłem – prawie upadłem na twarz. Gdyby nie czyjeś silne ramiona, leżałbym już na kamiennej podłodze jak długi.
- Bardzo dobrze, Stiles. A teraz wezmę cię na ręce, dobrze? Może trochę boleć, ale musisz być silny. Musisz wytrzymać. A potem damy ci coś przeciwbólowego i przestanie boleć.
- Obiecujesz?
- Obiecuję, Stiles. Wszystko będzie dobrze. Zaraz wszystko będzie dobrze.
Nie miałem pojęcia, co działo się później. Zemdlałem z bólu niedługo po tym, jak ktoś podniósł mnie z podłogi. Wcześniej zdołałem usłyszeć jakieś krzyki, kilka strzałów, parę uspokajających słów mojego wybawcy.
Wszystko zlało się w jedno. Przez chwilę byłem na tyle świadomy, żeby usłyszeć syrenę karetki, którą chyba jechałem. A może po prostu przejeżdżała obok mnie? Hm.
Budziłem się kilka razy, za każdym - coraz głupszy.
Za pierwszym nie byłem w stanie ogarnąć rozumem, że ten koszmar wreszcie się skończył. Krzyczałem długo, czując obcy dotyk na swoim ciele. Ktoś wstrzyknął mi leki uspokajające. Na sam widok igły prawie odleciałem, w dodatku prosiłem, błagałem, żeby nie podawali mi narkotyków. Nie znowu. Po nich zawsze było mi niedobrze, a głowa prawie eksplodowała od bólu.
Za drugim, cholernie chciało mi się pić. Po opróżnieniu pięciu plastikowych kubeczków z wodą, znowu zasnąłem, nie zwracając uwagi na otoczenie. Wciąż byłem pewien, że Deucalion przetrzymuje mnie w tej obskurnej piwnicy.
Za trzecim razem siedziałem długo, gapiąc się na mężczyznę, który wcześniej ciągle mi się śnił. Patrzyłem na niego z lekko rozchylonymi ustami, zafascynowany i nieco przestraszony. Jak to możliwe, że spotkałem osobę z moich snów? A może to kolejny sen? Brunet pytał, jak się czuję, trzymał moją dłoń, głaskał ją delikatnie kciukiem, a ja nie mogłem oderwać oczu od jego przepięknej twarzy. „Jesteś aniołem?", spytałem w końcu. Facet spojrzał na mnie, a jego twarz przedstawiała totalne zdziwienie. Nie odpowiedział, więc zmarszczyłem lekko brwi. „Jesteś taki piękny", mruknąłem pod nosem, dotykając delikatnie jego twarzy. Bałem się, że ucieknie. Nie zrobił tego. Pocałował opuszek palca, którym dotykałem jego ust, a ja zarumieniłem się lekko na ten gest. „Mama kazała ci mnie pilnować? Zawsze lubiła, kiedy ktoś miał na mnie oko". Mężczyzna ponownie nie odpowiedział. „Jesteś moim aniołem stróżem", wyszeptałem, robiąc sobie z jego ręki poduszkę. „Moim", powtórzyłem cicho, a potem zasnąłem.
W końcu poznałem jedną osobę wśród ludzi, którzy znajdowali się w pomieszczeniu razem ze mną. „Lydia?", spytałem cicho, a dziewczyna wysunęła się naprzód, przed wszystkich. Chwyciła moją dłoń i przysiadła na krawędzi łóżka. „Kim są ci ludzie? Gdzie jestem? Dlaczego tutaj jestem? Co się stało?", nie mogłem przestać pytać. „Spokojnie, Stiles. Jesteś w szpitalu. To twoi przyjaciele, Stiles. Wszyscy bardzo się o ciebie martwimy". Zmarszczyłem nos na wspomnienie o przyjaciołach. „Gdzie jest Erica?", spytałem, zezując podejrzliwie pomiędzy jedną osobą a drugą. Wszyscy wstrzymali oddech. „Erica poszła porozmawiać z lekarzem, kochanie. Powinieneś się przespać. Jak się obudzisz, Erica będzie tutaj razem ze mną". „Tylko wasza dwójka?", spytałem ostrożnie, nie chcąc widzieć obcych twarzy. „Tak, kotku. Tylko my dwie". Skinąłem głową na zgodę i posłusznie położyłem głowę na poduszce. Palce Martin uśpiły mnie, przeczesując wolno moje włosy.
Potem obudziłem się z krzykiem. Nie mogłem oddychać. Natychmiast ktoś znalazł się obok mnie. Wystarczyła tylko chwila, bym rozpoznał tę osobę. „Derek", wychrypiałem. „Jestem tutaj, Stiles. Jestem". „Derek, ty… ty…", nie mogłem wykrztusić z siebie tego jednego słowa. Po prostu wyciągnąłem ręce w stronę Hale'a i jakimś cudem, nie zwracając uwagi na ból, wciągnąłem go na łóżko. Wtuliłem się mocno w jego klatkę piersiową. Derek głaskał uspokajająco moje plecy, całując mnie co rusz w skroń. W końcu zasnąłem, wycieńczony kilkugodzinnym płaczem.
Po jakimś czasie odzyskałem umysł.
Obudziłem się i wszystko od początku było… normalne. Głowa bolała mnie tylko odrobinę. Słyszałem miarowe pikanie, co upewniło mnie w przekonaniu, że nadal znajduję się w szpitalu. Miałem na sobie własne spodnie od piżamy z motywem Batmana, ale żadnej koszulki. Większość brzucha i tak zasłonięta była bandażem.
- Stiles?
Podniosłem głowę, żeby ujrzeć Dereka. Siedział na krzesełku obok łóżka, trzymając moją dłoń w mocnym uścisku. Udało mi się splątać nasze palce, a Hale uśmiechnął się delikatnie. Odwzajemniłem gest.
- Jak długo dochodziłem do siebie?
- Dzisiaj minął tydzień.
Skinąłem lekko.
- Co się dokładnie stało?
Mężczyzna zamilknął na dłuższą chwilę, kreśląc na moim nadgarstku jakieś wzorki. Dotykał blizn po cięciach - nigdy nie miał z nimi żadnego problemu. Tym razem dostrzegłem jednak, jak marszczy brwi. Podejrzewałem, że miało to związek z tym, co zamierzał powiedzieć.
- Wyszedłeś z mieszkania, żeby pojechać do kostnicy, bo sierżant Flass – Derek skrzywił się mocno, wypowiadając to nazwisko – zadzwonił, że ktoś z nas musi podpisać dokumenty związane z odbiorem ciał Erici i Boyda. Wiem, bo napisałeś to na karteczce, którą przylepiłeś na lodówce.
Kiwnąłem głową, żeby kontynuował.
- Ale już nie wróciłeś. Dzwoniliśmy, pisaliśmy, poszliśmy nawet do tej kostnicy, ale wszyscy twierdzili, że w ciągu ostatnich dwóch dni nikogo u nich nie było. Wtedy stało się jasne, że coś musiało się stać. Poszedłem więc do porucznika Finstocka, a on powiedział mi, że z nie miał kontaktu z Flassem od poprzedniego dnia. Próbował się do niego dodzwonić, ale jego komórka była poza zasięgiem.
Ścisnąłem palce mężczyzny, przysuwając się bliżej krawędzi łóżka.
- Szukaliśmy cię miesiąc, Stiles. Gdyby nie pomoc jednego ze współpracowników Deucaliona, prawdopodobnie odnalezienie ciebie zajęłoby nam kolejne tyle. Nie mieliśmy dowodów, żeby obarczyć winą Falcone'a, jedynie podejrzenia. Prokurator nie chciał wydać policji nakazów, by mogli przeszukać każdy budynek należący do Deucaliona.
- Ktoś z ludzi Falcone'a wam pomógł?
Spytałem, niedowierzając. Derek skinął głową.
- Doktor Deaton, był lekarzem Deucaliona i jego świty. Kojarzysz go?
Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć. Deaton… Kojarzyłem to nazwisko. Podczas pobytu w piwnicy mojego byłego klienta, miałem styczność z dwoma lekarzami (a może było ich więcej? Wszystko wciąż się zamazywało) i to dość często. Po tym co robili mi ludzie Deucaliona… Zwłaszcza Ethan i Aiden dawali mi nieźle w kość.
- Chyba go pamiętam. Zawsze był dla mnie miły i dawał mi leki przeciwbólowe, kiedy bliźniacy nie patrzyli mu na ręce.
Na twarzy Dereka dostrzegłem ból. Ból i żal.
- Hej, chyba nie obwiniasz się…
- Wiem.
Przerwał mi.
- Wiem już, czemu zginęły Laura i Cora. Wiem, czemu Kate podpaliła mój dom rodzinny. Matt Deahler wyśpiewał wszystko na policji, kiedy usłyszał zarzuty i wyrok, jaki go czeka, jeśli nie będzie współpracował. Wiem o Kate i jej powiązaniach z Deucalionem. Wiem, czemu Deucalion postanowił nas wykończyć. To JEST moja wina.
Pokręciłem w niedowierzaniu głową.
- Nie, Stiles, wiem swoje. Gdyby nie ja… Gdybym nie powiedział ci o Laurze, o Corze, nic by się nie stało. Nie zeznawałbyś na policji przeciwko Falcone'owi, nie narażałbyś się jemu i jego świcie.
- Naprawdę myślisz, że nie złożyłbym przeciwko niemu zeznań, nawet gdybym nie znał historii twojej rodziny? Erica i Boyd byli moimi najlepszymi przyjaciółmi, Derek. Zrobiłem to dla nich. Oczywiście po drodze mogłem uzyskać coś dla ciebie, ale to głównie o nich mi chodziło, kiedy szedłem na komisariat. Oni wtedy liczyli się najbardziej. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że to wszystko moja wina, sam przecież postanowiłem nadepnąć na odcisk Deucalionowi. Ale to nie jest moja wina. A już na pewno nie twoja, rozumiesz? Ani twojej mamy, która była najdzielniejszą kobietą świata, skoro odważyła się sprzeciwić temu padalcowi. To wina Falcone'a i jego tchórzostwa. Przestraszył się waszej mamy i postanowił wykorzystać przeciwko wam jedyną rzecz, jaką zna – przemoc. Nie możesz…
Ale Derek w ogóle mnie nie słuchał. To znaczy, jasne, docierało do niego każde słowo, ale w żadne NIE WIERZYŁ. Nie chciał uwierzyć. Był uparty. Cholernie uparty. Zacisnąłem usta w wąską kreskę.
- To będzie długa rozprawa.
Hale przerwał ciszę.
- Policja zatrzymała Kate i jej ojca, Deucaliona, bliźniaków, Matta, Ennisa i Kali oraz mnóstwo innych osób zamieszanych w morderstwa i podpalenie. Udało im się nawet ściągnąć z ulicy większość dealerów. Ta sprawa będzie się za nami ciągnąć nawet kilka lat, jeśli adwokat Deucaliona rzeczywiście jest tak dobry, jak twierdzą prokurator i sędzia.
Nie powiedziałem nic, skupiając się na twarzy mężczyzny. Nie patrzył na mnie, kiedy wstawał.
- Przyniosę ci coś do picia. I jedzenie. Na pewno jesteś głodny.
Nie odezwałem się ani słowem, ale obok mojego łóżka stała butelka z wodą, a obiad miał być za niedługo podawany. Jeśli, oczywiście, zegar nad wejściem działał poprawnie.
Kiedy Derek wrócił do sali, w środku roiło się od ludzi. Kwiaty, prezenty, kartki. Śmiechy, łzy i rozmowy. Hale nie podszedł do łóżka. Stał cały czas pod ścianą i tylko przyglądał się, jak kolejne osoby przytulały mnie i całowały w policzek.
W ciągu kolejnych dwóch tygodni moja twarz wróciła do normalnego stanu, zdjęto mi bandaże, nawet odzyskałem siły na tyle, by chodzić tylko przy pomocy jednej kuli. Rozpoczęła się też rozprawa. Na pierwszą część zawieziono mnie na wózku inwalidzkim. Na drugą poszedłem już sam, chociaż musiałem podpierać się na Dereku, bardziej polegając na nim niż na własnych nogach.
Na trzecią zamierzałem wejść o własnych siłach.
To właśnie na niej miały zostać postawione zarzuty wobec Deucaliona Falcone'a. Na wcześniejszych zajęto się pomniejszymi przestępcami. Dopiero po Deucalionie sąd chciał zająć się Argentami.
Zeznawałem za każdym razem, kiedy znajdowałem się na sali rozpraw. Wszystko powoli stawało się bardziej wyraźne. Wszystko powoli wracało do normy.
Prawie.
Derek był zawsze na sali, gdy opowiadałem swoją wersję wydarzeń. Im więcej szczegółów podawałem, im więcej rzeczy sobie przypominałem, tym bardziej się ode mnie oddalał. Wciąż był obok, to jasne - pomagał mi, kiedy potrzebowałem pomocy, spał ze mną w jednym łóżku, gdy wróciłem w końcu do mieszkania, ale nie… To nie było to samo. Nie rozmawiał ze mną. Cholera, nie rozmawiał z nikim, nawet z Isaaciem. Nie patrzył na mnie. Nie dotykał, kiedy nie było to potrzebne. Coś się działo, a ja nie miałem pojęcia co.
Wszystko skończyło się o wiele szybciej, niż sądziliśmy.
Sędzia Surillo była sprawiedliwą kobietą i nie miała żadnych wątpliwości co do winy każdego z oskarżonych. Wymierzyła im najwyższe kary pozbawienia wolności, na jakie pozwalało jej prawo i okoliczności łagodzące. Te ostatnie tyczyły się wyłącznie Matta Deahlera i Gerarda Argenta, bowiem obaj zdecydowali się zeznawać przeciwko Deucalionowi.
Krótko po zakończeniu rozprawy, w progu naszego mieszkania pojawił się notariusz ojca. Rozmawialiśmy w salonie na osobności, bez udziału żadnych świadków. W testamencie ojciec zapisał mi dom, wszystkie oszczędności i niebieskiego Jeepa, którym jeździła kiedyś mama. Okazało się, że pieniędzy było całkiem sporo. Nic z tego nie poszło na rachunki za leczenie ojca, ponieważ zdążyłem spłacić je, zanim potrzebna była interwencja prawnika. Zanim mężczyzna opuścił mieszkanie, otrzymałem kluczyki od samochodu i domu, oraz życzenia („Powodzenia, synu") i szczery uśmiech, za co byłem niezmiernie wdzięczny. Nie widziałem takich już od dawna, ponieważ wszyscy moi przyjaciele postanowili obchodzić się ze mną jak z jajkiem, a Derek… Cóż.
Derek odsunął się ode mnie, a kiedy zaproponowałem mu, żeby zamieszkał ze mną w moim rodzinnym domu, odmówił.
Wtedy miałem okazję ujrzeć jego smutny uśmiech.
A serce pękło mi na dwie części.
