Ryk silników samolotowych powoli rozpłynął się w jednostajnym hałasie wznoszącej się maszyny, dając tym samym znak, że pasażerowie mogli przestać nerwowo zaciskać dłonie na wymaltretowanych poręczach. Viktor podłożył sobie pod kark poduszkę podróżną, po czym rozparł się w nieco twardym fotelu klasy ekonomicznej. Choć starał się zrelaksować, dość wąska przestrzeń między rzędami stanowiła nie lada logistyczne wyzwanie dla jego długich, rosyjskich nóg. Zarzucić ich na oparcie przecież nie mógł, przyzwoitość nie pozwalała mu poprosić o przesadzenie, a doraźna amputacja mimo wszystko nie wchodziła w grę (a poza tym ilość krwi mogłaby nieco wystraszyć współpasażerów... nieco). Ostatecznie Nikiforov zgiął nogi i umieścił je niemal równolegle do poprzedzającego fotela, a nos przycisnął do szyby niewielkiego, zasnutego szronem okienka. Niech już będzie ta joga dla zaawansowanych...

Może nie był to szczyt jego komfortowych marzeń, ale przez ostatni rok tak się do takiego standardu podróży przyzwyczaił, że przez nawyk wybrał tańszą opcję lotu do Japonii. Wszystko przez to, że Yuuriego nie stać było na droższe bilety, a ten jego japoński honor nie pozwalał mu przystać na to, żeby trener za nich płacił. Potem Viktor odkrył, że w gruncie rzeczy większy fotel i wystawny posiłek nie są mu aż tak potrzebne do życia, jeśli w zamian mógł się wtulić w znajome, ciepłe ramię. Ukochane.

Nikiforov odetchnął cicho, obserwując, jak Półwysep Koreański powoli znikał w oddali, zastąpiony przez pozornie bezkresny błękit Morza Japońskiego. Choć mężczyzna do tej pory nie zastanawiał się nad tym zbyt często, ciasne siedzenie przypomniało mu, jak bardzo od czasu poznania Yuuriego jego życie wywróciło się do góry nogami. W sumie nie, nie wywróciło się. Ono zawirowało do góry nogami, zawieszone na rurze dzięki sile pięknych, wyrzeźbionych ud. Szeroki uśmiech na chwilę zagościł na twarzy Viktora, a po chwili znów przygasł i zniknął zupełnie. W zmianach nie chodziło jednak tylko o tak trywialne rzeczy jak polubienie kawy czy zasypianie w samolocie na podobieństwo dwóch wtulonych w siebie puszczyków. Jak się z rozmowy z Yurio dowiedział, Yuuri miał wpływ na otoczenie bardziej, niż mu się zdawało. Bardziej niż się komukolwiek zdawało. Jego brak oznaczał... wszystko.

JJ dzięki zniknięciu Katsukiego zyskał upragnionego rywala w postaci Viktora. Król stracił jednak cenną lekcję pokory i możliwość zacieśnienia więzi z innymi zawodnikami.

Otabek zyskał na Czterech Kontynentach srebro, ale w to miejsce stracił pierwszego i jedynego przyjaciela. Rosyjskiego przyjaciela.

Phichit zyskał na wyłączność uwagę Celestino. Jednocześnie stracił bliskiego kompana oraz szansę na reprezentowanie Tajlandii w zawodach Grand Prix.

Chris zyskał kolejne dwa srebrne krążki do kolekcji, ale pozorna wygrana przelała czarę goryczy, powodując, że stracił on motywację do prześcignięcia Viktora i w efekcie zadecydował o zakończeniu kariery.

Yurio zyskał to, o co tak bardzo oryginalnie zabiegał - uwagę podziwianego kolegi oraz program dowolny jego choreografii. Nie wiedział, że w zamian stracił zwycięstwo, inspirację i znajomych.

Viktor otrzymał złoto Grand Prix. Nic nie zyskał. Wszystko stracił.

Jednostajny widok za oknem skłonił Rosjanina, aby na chwilę przymknąć oczy. Tak, aż tyle rzeczy uległo zmianie przez brak jednego człowieka. Dla tylu ludzi historia zgotowała całkowicie odmienny los. Ale jakby finalistów było mało, o uszy Nikiforova obiły się także pogłoski dotyczące innych znajomych łyżwiarzy.

Rodzeństwo Crispino pokłóciło się dokumentalnie, bo Sara zaczęła flirtować z jakimś bliżej nieznanym Azjatą, którego poznała NHK Trophy. Trzy tygodnie później Michele zajął bolesne dla jego dumy szóste miejsce w Finale Grand Prix, przez co włoska bomba frustracji w końcu wybuchła. Efekt domina sprawił, że zmieniła się też sytuacja Nekoli - choć Czech starał się pracować jako rozjemca bliźniaków, w efekcie popsuł sobie stosunki z obydwojgiem.

Tymczasem Georgij po zerwaniu z Anyą nie poczuł na Rostelecomie piękna miłości Viktora i Yuuriego, przez co zaprzepaścił szansę na związanie się z jasnowłosą Iriną. Nieszczęśliwy Popovichw trakcie swoich występów regularnie ronił łzy jak grochy, przeklinając i próbując nakłonić ukochaną do powrotu. Na próżno.

W dodatku Minami... Cóż, w tym przypadku ciężko było powiedzieć, co się stało z małym Kenjirou, ale podobnie jak uwielbiany senpai chłopak po prostu zniknął z rankingów Japońskiej Federacji Łyżwiarstwa. Najwyraźniej brak wzoru do naśladowania sprawił, że w pewnym momencie nastolatek zarzucił ścieżkę sportowej kariery, żeby pójść inną drogą. Viktor słyszał kiedyś, że rodzice małego Japończyka z Fukuoki byli lekarzami. A co jeśli dał się nakłonić na studia medyczne?

No dobrze. Mógł zrozumieć, czemu Minami nie miał ambicji, by poświęcić się łyżwiarstwu, jeśli podziwiany przez niego idol nigdy nie zaistniał na konkursowej arenie. Tylko w takim razie dlaczego z Yuurim było identycznie? Przecież Viktor cały czas jeździł. Nigdzie nie zniknął, nie zrobił przerwy, ani na chwilę nie zrezygnował. Dlaczego aż tak? Dlaczego po prostu rozpłynął się w powietrzu?

Rosjanin nauczony przykładem matrioszki domyślił się, że nawet jeśli winą za zmiany można było obarczyć okrutnie zinterpretowane życzenie o trenowaniu, to zgodnie z zasadą "każda akcja wywołuje reakcję" wszystko zepsuło się przez mistrzostwa w Sofii. I oczywiście Viktor zakładał, że coś się zepsuje. Wiedział, że coś może pójść nie tak w kwestii kreacji wizerunku Erosa, jeśli Yuuri nie miałby równie miłych wspomnień związanych z jego czarno-srebrnym strojem. Ale nie sądził nawet w najczarniejszych koszmarach, że podobna rzecz mogła mieć wpływ na absolutnie całą karierę Japończyka! Poza tym strój wcale nie zniknął jak pewna lalka. Gorzej - Viktor wciąż miał go w swojej szafie, gdzie leżał ukryty gdzieś na dnie hałd innych strojów skumulowanych przez dziesiątki zawodów. No tak, w sumie w czyjej garderobie miałby spoczywać kostium, skoro nigdy się z Yuurim nie spotkali...

...ale chyba bardziej niż "nie spotkali" pasował tu zwrot "nie poznali się".

Chociaż Viktor pierwszy świadomy raz poznał Yuuriego na bankiecie w Soczi, nie znaczyło to wcale, że Yuuri poznał Viktora tego samego wieczora. O nie, ta znajomość sięgała znacznie, znacznie dalej. Przecież Katsuki zawsze otwarcie mówił o tym, że przez całe życie podziwiał rosyjskiego mistrza, uważał go za idola i próbował doścignąć mimo wielu porażek. Całe życie. Całe życie... To bardzo długo. Tak cudownie i tak cholernie długo. Viktor poczuł mieszaninę euforii, roztkliwienia i zazdrości, która rozgrzała jego zmarznięte policzki. Yuuri poświęcił mu całe swoje życie, przeszłe i przyszłe. Adorował go już od tak wielu lat, podczas gdy Viktor, nawet gdyby się starał, nie był w stanie doścignąć Yuuriego liczbą poświęconych mu dni. To niesprawiedliwe. Katsuki zawsze był tyle kroków przed nim. A teraz także tyle kilometrów od niego. Oby.

W takim razie czy istniał jakiś specjalny moment, dalszy niż bankiet w Soczi, dalszy niż cokolwiek, co przychodziło mu na myśl, który sprawił, że ich losy zaczęły się ze sobą splatać? Kiedy Yuuri poczuł, że styl ekspresji Viktora jest mu szczególnie bliski i zaczął go naśladować, konsekwentnie dążąc do zaistnienia jako szósty najlepszy łyżwiarz na świecie? Bo przecież musiała pojawić się jakaś okoliczność, dzięki której w głowie Katsukiego zakiełkowała myśl, że chce na poważnie zająć się właśnie tym sportem. Tak, wszystkie ślady wskazywały na to, że tym momentem musiała być Sofia. Tylko w takim razie czy Yuuri zainspirował się jakimś innym łyżwiarzem, który wówczas występował, czy może, ale tylko może, skupił swoją uwagę właśnie na Viktorze? Tak bardzo chciał o to zapytać, kiedy już wrócą do normalności...

Ciążenie zaczęło rosnąć, a dziwne uczucie unoszenia żołądka rozbudziło Rosjanina na dobre. Lądowali. Wreszcie w Japonii.

Lot z Seulu do Fukuoki trwał jedynie godzinę, a że Nikiforov potrafił zasnąć jak dziecko niemal w każdym miejscu i w każdych warunkach (o ile jego życia nie wywracało się do gó... nieważne), podróż minęła ekspresowo szybko. Teraz należało jeszcze tylko poczekać, aż samolot zatrzyma się przy terminalu i będzie mógł pójść po Makkachina. Viktor poruszył nogami i cicho zakwilił. Ta, pójść. Mało brakowało, a jego ściśnięte jak sardynki w żołnierskiej konserwie kończyny mogły na stałe utknąć w samolocie linii Korean Air. To by dopiero była reklama! Proszę spojrzeć - oto legendarne, utytułowane nogi pięciokrotnego mistrza świata w łyżwiarstwie figurowym. Niech się państwo przyjrzą temu mięśniowi czterogłowego uda! A te pośladki - toż to sama perfekcja! Proszę pamiętać, że pan Viktor Nikiforov pozostawił nam to wszystko w dowód wdzięczności dla komfortu klasy ekonomicznej, którą mimo swego statusu uwielbiał podróżować. Zapraszamy do zakupów!

Rozbawiony Rosjanin powoli roztarł ścierpnięte nogi, a gdy samolot osiadł przy rękawie prowadzącym na halę przylotów, mężczyzna zebrał rzeczy i poszedł po przewożonego w luku bagażowym pupila. Gdy tylko pan i pies ponownie się spotkali, Viktor ruszył razem z nim długim przeszklonym korytarzem aż do poczekalni ze znajomymi pomarańczowymi kanapami. To właśnie tutaj dwukrotnie nastąpiło czułe powitanie stęsknionej po bolesnej rozłące pary. Trzeci raz nie nastąpił. Nie miał prawa nastąpić. W końcu...

- Zdajesz sobie sprawę, że jeśli to, co pierdzielisz, to prawda, to on może cię zwyczajnie nie znać? - zauważył Plisetsky, stojąc jak kat nad pospiesznie pakującym walizkę Viktorem.

Starszy Rosjanin zamarł z odnalezionym kostiumem Erosa w rękach. Szlag. Nie przemyślał tego. Pośpiech był złym doradcą, a jeszcze gorszym strategiem.

- Przypomni sobie. W końcu się kochamy - zbył go Viktor i wpakował strój do bagażu, ale gorzkie słowa ostudziły to nieco szaleńczy zapał pędzącego na skrzydłach miłości mężczyzny.

Chyba właśnie dlatego opowiedział o wszystkim Yurio, chociaż ryzykował uznanie za totalnego wariata. Raz, że Plisetsky jako jedyny stał mu się przez ten rok na tyle bliski, że poznał o nastolatku wystarczająco dużo informacji, by skutecznie przeciągnąć go na swoją stronę. Po drugie Viktor uznał młodego za cennego sprzymierzeńca w kwestii krycia przed Yakovem. A po trzecie trzeźwa ocena kogoś niezaangażowanego emocjonalnie w sprawę mogła uchronić go przed kolejnym fatalnym w skutkach zaskoczeniem. Dokładnie tak jak teraz.

- Nie, patafianie, to tak nie działa - obruszył się Yurio, kierując pięść z wyciągniętym palcem wskazującym w stronę kucającego mężczyzny. - Im bardziej masz nadzieję, że będzie okej, tym mniej będzie okej. To elementarne... ty Watsonie jak z koziej dupy trąba.

Viktor przestał składać skarpetki i obrzucił nastolatka badawczym spojrzeniem.

- Więc co powinienem według ciebie zrobić?

- Nie wiem - burknął nastolatek, a kiedy dojrzał delikatny, kpiący uśmiech na twarzy kolegi, rozzłościł się jeszcze bardziej. - Po prostu miej to na uwadze, dobra? Bo jak ci znowu psychika siądzie, to w tej całej Japonii nie będzie miał cię kto zebrać szpadlem z chodnika. A ja po ciebie, cholera, nie przylecę!

"Przyleciałby" pomyślał Nikiforov, słysząc komunikat o nadchodzącym przystanku w Hasetsu. Kiedy tylko pociąg się zatrzymał, wraz z Makkachinem u boku wysiadł na stację i pewnym krokiem ruszył w kierunku bramek prowadzących do pasażu Eki Machi. Wielka walizka turkotała tuż za mężczyzną, zwracając uwagę tych przechodniów, których jakimś cudem nie przyciągnął nietypowy wygląd obcokrajowca. Wysoki, szczupły mężczyzna o szarych włosach i w rozchełstanym płaszczu bez choćby chwili wahania wybierał alejki prowadzące do wyjścia z dworca, a potem dalej, przez wijące się ulice miasta. Sprawiał wrażenie, jakby doskonale znał Hasetsu, a trasę przez dworzec pokonywał regularnie. Ale jak? Przecież w tej mieścinie nowinka o podobnym intrygującym przyjezdnym nie przeszłaby bez echa... Zresztą, kto w ogóle chciał tu zaglądać? Przecież nie działo się tu absolutnie nic wartego uwagi.

Marcowe popołudnie chyliło się już ku wieczorowi, kiedy po żwawym marszu Viktor wraz z czworonożnym kompanem stanęli przy bramie Yu-topii. Błękitny łuk ozdobiony niebieskimi transparentami głosił po japońsku, że oto zbłąkany gość znalazł się przed onsenem. Ostatnim w mieście, jak wspomniano na stronie w zakładce turystycznej Hasetsu, choć trudno było stwierdzić, czy fraza brzmiała bardziej jak zachęta, czy jak rozpaczliwa prośba.

- Wreszcie jesteśmy, Makkachin - powiedział łyżwiarz do swojego pupila i pochylił się, by podrapać go za uszami. - Zaraz zobaczysz swojego japońskiego pańcia, który kocha pudle bardziej niż swojego głupiego narzeczonego. Słowo honoru.

Viktor wyprostował się, po czym mocniej chwycił rączkę walizki i powoli ruszył przez gładki podjazd aż do drzwi wejściowych. Posapujący pies podążył śladami Nikiforova, merdając ogonem na prawo i lewo na widok zachęcającej, szerokiej przestrzeni do zabaw. Gdy znaleźli się przy wejściu, mężczyzna odetchnął, czując chyba większą tremę niż przed jakimkolwiek realnym występem, a potem ostrożnie przesunął tradycyjne drzwi na bok. Dobra. No to wio.

- Dzień dobry! - zawołał Viktor po japońsku, przestępując próg. Niewiele brakowało, żeby zawołał swojskie "wróciłem!", ale w jakimś przebłysku zdrowego rozsądku ugryzł się w język. - Przepraszam za najście!

Kiedy tylko Makkachin znalazł się wewnątrz i grzecznie przysiadł tuż obok kontuaru, Viktor zamknął drzwi, po czym rozejrzał się po zajeździe. Yu-topia wydawała się dziwnie cicha i opustoszała, chociaż Rosjanin doskonale pamiętał, jak ostatnimi czasy bywało tu tłoczno. Szczególnie gdy wpadł tu po narodowych, rozsławiony sukcesem Yuuriego onsen niemal codziennie pękał w szwach od gości oraz żądnych autografów fanów. Przypomniał sobie pomrukiwania Mari, że to właśnie przyjazd Nikiforova rozpoczął tę prawdziwą burzę w szklance wody, a turyści niemal wchodzili do nich oknami, byleby tylko zanurzyć nogi w tej samej sadzawce, w której namaczał się tyłek rosyjskiego mistrza... Normalnie koniec świata! Japonka kończyła wywód przeciągłym westchnieniem, a łyżwiarz śmiał się wtedy do rozpuku. Viktor wciąż tkwił w głębokim przekonaniu, że to nic innego jak domowa atmosfera panująca w Yu-topii stanowiła największą reklamę tego miejsca.

Mężczyzna przestąpił z nogi na nogę, dość mocno zmęczony po długiej podróży. Nikt nie wyszedł mu na spotkanie i strapiony Nikiforov już miał zamiar zajrzeć do jadalni, gdzie powinna krzątać się podająca obiad mama Yuuriego lub chociaż Mari, gdy drzwi za ladą wreszcie się przesunęły. Zza nich wychynęła pomarszczona, okolona lekko siwymi włosami twarz pana Toshiyi, który spieszył przed kontuar, aby powitać oczekującego klienta.

- Dzień dobry, dzień dobry! W czym mogę pomóc...? - zawołał dobrodusznie Japończyk i sekundę później zamilkł z rozchylonymi ustami, widząc w podupadającym onsenie obcokrajowca.

I to nie byle jakiego obcokrajowca, ale takiego, który z typowym akcentem Kiusiu zawołał na wstępie "konnichiwa". Najwyraźniej pan Katsuki zwątpił w to, że to gaijin wypowiedział japońskie słowa i nawet obrzucił badawczym spojrzeniem Makkachina, myśląc o jakiejś cudownej interwencji lokalnych bóstw, ale szybko wrócił do wpatrywania się w wysokiego, jasnowłosego mężczyznę.

"Nie poznaje mnie" skonstatował z pewnym smutkiem Rosjanin. Przecież Yurio uprzedzał, że to nie będzie aż tak proste... ale to wcale nie znaczyło, że Viktor nie miał opracowanego Bardzo Dobrego Planu na zaś. Mężczyzna szybko otrząsnął się z szoku."No dobra. A teraz pokaż, chłopie, na co przydały się te lekcje japońskiego z Yuurim. Scena jest twoja."

- Dzień dobry! Jestem Viktor Nikiforov. - Podręcznikowe przywitanie wyszło z ust uśmiechniętego łyżwiarza tak gładko, jakby był on rodowitym mieszkańcem Hasetsu z dziada pradziada, a jego przodek służył pod panowaniem klanu Ryūzōji. - Przyjechałem zobaczyć się z Yuurim.

Jeśli do tej pory pan Katsuki zaniemówił, to teraz milczał dwa razy intensywniej. Wyglądał przy tym na tak mocno zaskoczonego, że Viktor zaczął się zastanawiać, czy może przez przypadek źle coś wymówił albo zaakcentował. Lata nauki pokazały Rosjaninowi, że w praktycznie każdym języku świata jedna literka potrafiła tak diametralnie odwrócić sens zdania, że ze zwykłego "kocham" mogło niespodziewanie wyjść "konam". W tym momencie podobnie brawurowa gafa raczej nie była mu potrzebna do szczęścia.

- Tosshi, czy coś się stało? Przecież miałeś nam zaraz przynieść... Och! - Gdy wydawało się, że mierzący się wzrokiem mężczyźni prędzej nauczą się telepatii niż nawiążą znów werbalny kontakt, z jadalni wychynęła nowa osoba. Niska, dość pulchna kobieta o najłagodniejszym usposobieniu, jakie Viktor kiedykolwiek poznał. Mama Yuuriego. - Eto... Konnichiwa! Good morning!

Pani Hiroko w tempie prawdziwie ekspresowym przeszła do porządku dziennego z faktem, że w progu ich onsenu stoi stuprocentowo zagraniczny gość i próbowała na swój sposób znaleźć wspólny język. Viktor uśmiechnął się życzliwie do kobiety. Taka sama jak zawsze, wesoła i dobra wobec wszystkich. Niezmienna mimo wszechogarniającego szaleństwa. Oaza spokoju. Łyżwiarz odetchnął głęboko, czując napływający od środka zajazdu zapach świeżo zrobionego katsudonu. Wreszcie poczuł, że znalazł się we właściwym miejscu. Że wrócił do domu.

- Pani Katsuki, proszę... powiedzieć... Yuuriemu... - Zdolności językowe Viktora pod wpływem wzruszenia nagle zaczęły go zawodzić. - Ja. Ja chcę... Onsen.

- Onsen? - powtórzyła pani Katsuki i odwzajemniła uśmiech, ciesząc się, że gość umiał porozumieć się po japońsku. - Chce się pan wykąpać? Oczywiście, serdecznie zapraszamy... Ooo, jaki piękny pies! Jest pański? Co za cudowne, puchate stworzenie! Niestety, nie możemy go wpuścić do onsenu, ale jeśli to nie przeszkadza, to może pobawić się w ogrodzie przed budynkiem.

- To... nie do końca... tak... ale nie... - wydukał Nikiforov, po czym wygiął usta w małą podkówkę, niezdolny do powiedzenia czegokolwiek więcej.

Już w rodzimym języku nie umiał dobrze wytłumaczyć Yurio, jak się sprawy przedstawiały, a teraz dodatkowo te znajome, brązowe oczy sprawiały, że japońskie słówka uciekały niczym motyle na widok próbującej je pochwycić ręki. Szczerze żałował, że nie może po prostu wpaść w ramiona kobiety i wyżalić jej się, jaki ten świat był brzydki i podły, że zabrano mu Yuuriego i że on tak bardzo, bardzo cierpiał przez te kilka dni.

Zanim jednak sprawy pokomplikowały się na dobre, a Rosjanin zdążył zrobić jakiś nieprzemyślany ruch, za matką z jadalni wyszła córka. Kobieta z częściowo ufarbowanymi na blond włosami przelotnie otaksowała obcokrajowca wzrokiem i podeszła do zgromadzonych dość nonszalanckim, ale szybkim krokiem.

- Może ja pomogę? - zagadnęła po angielsku Mari, na co Nikiforov od razu rozbłysł niczym żarówka.

- Och, Mari. Bogu niech będą dzięki za obowiązkową edukację języków - westchnął bardziej do siebie niż do niej. Japonka uniosła brwi w najszczerszym zdumieniu i wlepiła oczy w Viktora, jakby ten nie był rosyjskim turystą, ale od razu rosyjskim mamutem. - Jeśli tylko zobaczysz Yuuriego, powiedz mu, że...

...że co? Że pewien czarujący, goły Rosjanin właśnie zażywa kąpieli w onsenie i chce się spotkać ze swoim narzeczonym? Ech, Vitya, Vitya... Bujać to my, a nie nas. To nie przejdzie.

- Yuuri? - Kiedy Viktor wciąż walczył z kontynuacją wypowiedzi, Mari ostrożnie skinęła głową. - Jeszcze nie wrócił, ale powinien być dosłownie lada moment. Jeśli ma pan jakąś sprawę do niego...

"Dobra. Kiedy wróci, powiedzą mu. A skoro powiedzą, to sam przyjdzie" skonstatował Viktor i gwałtownie pokręcił głową.

- Nie, nie, już nieważne. Przepraszam za moją niezrozumiałą wypowiedź. Jestem po szalenie długiej podróży i jedyne, o czym marzę, to skorzystać z onsenu. Po prostu... Yuuri mi go polecał. To mój... internetowy... przyjaciel. - Kłamstwo paliło w język niczym najpodlejsza gorzałka, ale Rosjanin przyozdobił go czarującym uśmiechem. Dokładnie w ten sposób. Ząbki suszymy, a jadaczkę zamykamy.

- Przyjaciel, taaak? - Japonka powiedziała to takim pełnym wątpliwości tonem jakby chciała przekazać, że "Yuuri już dawno zapomniał, jak brzmi to słowo". Najwyraźniej jednak trochę się uspokoiła, kiedy znalazła uzasadnienie zażyłości, na jakie pozwalał sobie nieznajomy gość. - Hm, że też wpadł na coś takiego... Oczywiście, zapraszam. Bagaż proszę zostawić tutaj, zajmiemy się wszystkim. Po kąpieli dostanie pan czyste ubrania. Potem przygotujemy dla pana kolację.

Viktor dał się poprowadzić do wejścia do męskiej przebieralni, gdzie został poinstruowany przez Mari, jak ma się zachowywać, co wolno, czego nie wolno, gdzie zostawić rzeczy, dlaczego robienie fotek na Instagrama jest zakazane, dlaczego na Facebooka tym bardziej, i tak dalej, i tak dalej. W końcu kobieta uśmiechnęła się nieznacznie, jakby przypomniała sobie, że w sumie to tak jakby tu pracuje, a mężczyzna jest klientem, więc życzyła mu udanej kąpieli. Potem skinęła głową i podążyła z powrotem do kuchni.

Oczywiście Viktor doskonale wiedział, jakie zasady panowały w onsenie, choć ku frustracji Yuuriego nie zawsze się do nich stosował. Tym razem jednak postanowił nie kusić licha, dlatego zachowywał się odpowiedzialnie, pozostawiając komórkę wraz z ubraniami w przydzielonej szafce. Potem Rosjanin opłukał się w prawie pustej łaźni i przeszedł do właściwej części gorących źródeł, pilnowanych przez olbrzymi pomnik przyozdobionego kapeluszem jenota. Łyżwiarz otaksował wzrokiem przestrzeń, uświadamiając sobie, że był sam. Mruknął z aprobatą, a potem przeszedł tuż nad brzeg sadzawki. Chłodne marcowe powietrze nie sprawiało mu jakiegoś strasznego dyskomfortu, ale gdy zmęczony Viktor wreszcie zanurzył stopy w ciepłej wodzie, nie mógł powstrzymać jęku zadowolenia.

Już po chwili Nikiforov rozsiadł się wygodnie na kamiennym dnie i zamknął oczy, pozwalając spiętym mięśniom rozkoszować się zasłużonym relaksem. Poczuł się tak, jakby ciążące mu na duszy problemy roztopiły się i na tę chociaż ulotną chwilę wyparowały wraz z mgłą unoszącą się nad onsenem. Jakby wszystko miało zaraz wrócić na swoje miejsce...

Cokolwiek w Petersburgu powiedział mu Yurio, Viktor szczerze wierzył, że Yuuri przypomni sobie o tym, co ich łączyło. Rosjanin widział przecież wiele filmów z motywem amnezji i zawsze pojawiał się w nich wątek, w którym osoba z utraconymi wspomnieniami odzyskiwała je na skutek ponownego uderzenia się w głowę albo kiedy doświadczała silnych emocji, najlepiej związanych z przełomowym momentem w jej życiu. W przypadku Yuuriego Viktor nie zamierzał korzystać z pierwotnych metod anestezjologicznych z rodzaju młotków bądź kijów bejsbolowych. Nikt nie mówił jednak, że nie miał jakiegoś asa w rękawie. Albo dwóch. Czy tam pięćdziesięciu. W końcu ten spędzony wspólnie rok był jednym wielkim ciągiem zaskoczeń i szalonych skoków uczuć, dlatego w najgorszym razie Viktor zamierzał zafundować Yuuriemu prawdziwie odświeżający rollercoaster wspomnień, który przebudziłby uśpioną pamięć.

A do najważniejszych momentów ich znajomości zdecydowanie należało pamiętne spotkanie w Yu-topii. Sam Viktor oczywiście o wiele milej wspominał ich pierwszy kontakt na bankiecie w Soczi, ale został już uświadomiony, że Yuuri tego nie pamiętał. Tak... ogólnie nie pamiętał. W każdej linii czasu.

Dlatego łyżwiarz czekał tu, w znajomych gorących źródłach, zajmując najlepsze miejsce z widokiem na wejście do onsenu. Poza nim w sąsiadującej z sadzawką łaźni myło się jeszcze dwóch mężczyzn. Perfect. Poza śniegiem warunki zostały odtworzone niemal tak idealnie, że Viktor poczuł się, jakby faktycznie wrócił do tamtego kwietniowego dnia. A jeśli na niego tak to działało, to nie wątpił, że zadziała również na najważniejszą osobę.

I tak Viktor czekał na wkroczenie miłości swego życia.

Woda z jednostajnym pluskiem spływała ze znajdującej się na środku onsenu fontanny, a późnozimowy wiatr delikatnie kołysał rosnącymi nad brzegiem krzewami. Para unosiła się i znikała w chłodnych przestworzach, a gwar miasta z ledwością docierał do cichego zakątka Yu-topii. Nad Hasetsu powoli zapadał zmrok i już wkrótce na niebie zaczęły mrugać pierwsze gwiazdy północnego nieba.

Viktor czekał.

Cały świat zdawał się podążać tym samym torem - słońce zachodziło na zachodzie, świt nadchodził ze wschodu, a ludzie zakochiwali się i rozstawali wedle niezrozumiałych porywów serc. W Petersburgu łyżwiarze w najlepsze trenowali przed Mistrzostwa Świata, podczas gdy Yakov denerwował się, wychodził z siebie i stawał obok, zły na każde niespełnione polecenie. Wszyscy dawali z siebie wszystko. Wszystko działo się wszędzie. Pływy mórz gładziły piaszczyste brzegi, śnieg otulał podbiegunowe przestrzenie, światła roziskrzonych miast widać było hen, daleko, aż na stacjach kosmicznych... Łososie wpojonym przez Matkę Naturę instynktem wędrowały w górę strumieni, quokki buszowały pośród australijskich wertepów, a nieznane gatunki żuków-gnojarzy wymierały gdzieś w nieodkrytych zakątkach puszczy amazońskiej.

Viktor... czekał...

Dziura ozonowa powiększała się z każdą mijającą minutą kruchej, ziemskiej egzystencji. Niezliczona ilość sygnałów elektromagnetycznych biegła i wracała z osadzonych na orbitach satelitów. Słońce rozbłyskiwało przy każdej poważniejszej erupcji wodoru, a oddalone o wiele, wiele setek lat świetlnych supernowe wybuchały. Asteroidy przemierzały długi, nieznany kosmos, lecąc, tam, gdzie tylko one dotrzeć mogły. Sonda New Horizons wciąż nieubłaganie dążyła do spotkania z pasem Kuipera.

...a Viktor po trzydziestu minutach wytrwałego czekania doznał nieprzyjemnego wrażenia, że jeśli zaraz nie wstanie, to zostanie pierwszym Rosjaninem na świecie, który został z własnej, nieprzymuszonej woli ugotowany na miękko.

Mężczyzna uniósł nogę i spojrzał na totalnie pomarszczoną skórę na gojących się stopach. Werdykt okazał się jasny - to była wystarczająca ilość kąpieli na cały tydzień jego życia. Viktor dziwił się nawet, że nikt nie przyszedł tutaj po gaijina, żeby nie sprawdzić, czy przypadkiem się nie utopił.

No właśnie. Nie przyszedł.

Jednym łyżwiarskim susem Viktor poderwał się na równe nogi i brodząc po kolana w wodzie pospiesznie dotarł do brzegu. Nawet nie zawracał sobie głowy zabraniem porzuconego na kamieniu ręcznika, tylko z prędkością godną radzieckiej torpedy ruszył przez łaźnię i ignorując jednego myjącego się staruszka, wypadł do przebieralni. Tam również nie pokusił się o choćby zgarnięcie slipów - minął szafki i wyskoczył przez zasłonę do przedsionka zajazdu. Jakimś cudem nie napotkał po drodze żywej duszy, więc niezatrzymywany przez żadne okrzyki "olaboga, nudysta!" popędził do prywatnej części domostwa Katsukich. Znał je tak dobrze jak własne mieszkanie, dlatego bez namysłu wybrał obrał właściwą trasę. Viktor przetruchtał przez całą długość korytarza łączącego budynki, minął wszystkie pomieszczenia na parterze, po czym pobiegł po schodach na piętro, dyndając i powiewając przy okazji wszystkim tym, co dyndać i powiewać tylko mogło.

Naprawdę, we wszystkich innych sytuacjach świata uszanowałby prywatność. Ale nie dziś. Nie teraz, kiedy cały jego misterny plan ugotował się w parujących źródłach rodzinnego onsenu rodu Katsukich. Nie tym razem, kiedy jego miłość została doprowadzona na skraj wytrzymałości, a potem zepchnięta niby ofiara z kładki na pirackim okręcie. Przebiegł kolejny korytarz, docierając na sam jego koniec, i jak prawdziwa burza w sportowym ciele otworzył na oścież znajdujące się na mecie drzwi. Rosjanin zrobił krok do środka i stanął w dramatycznej pozie na samym środku pomieszczenia, zupełnie ignorując fakt, że przybiegł z kąpieli nagi. Wszystko inne było nieważne - honor, zmęczenie, subtelne plany. Chciał... nie. On żądał od Yuuriego wyjaśnień!

Kiedy solidne, drewniane drzwi niespodziewanie otworzyły się na oścież, siedzący przy biurku mężczyzna podskoczył i obrócił się na krześle, przybierając groźną minę, by opierniczyć siostrę za nieuszanowanie prywatności. Spokój jego królestwa został zaburzony, a to oznaczało tylko jedno. Atak agresji.

I kiedy obaj mężczyźni już-już otwierali usta z zamiarem wygarnięcia drugiej stronie, co ona sobie wyobrażała, że ludzie mieli swoje potrzeby, że naprawdę się zawiódł takim zachowaniem, że to jakaś totalna ignorancja i brak szacunku... Zamarli.

Chwila uniesienia minęła, a do Viktora nagle dotarło to, kogo miał przed sobą. Że ta osoba w rozciągniętej, burej koszulce, niebieskich okularach, o lekko pyzatej twarzy oraz przeuroczym rumieńcu na policzkach... o, i na uszach już też... to nikt inny jak Yuuri. Jego Yuuri. Rozchylone, miękkie, cudowne usta, które pragnął całować całymi godzinami. Ciemnobrązowe, jakby bursztynowe oczy, spoglądające z uwielbieniem, gdy co rano budzili się w swoich objęciach. Rozczochrane, czarne jak węgiel włosy, tak miłe, że wprost nie mógł przestać ich głaskać, kiedy leżeli wyciągnięci na kanapie. Yuuri. Yuuri tu był. Yuuri wrócił.

Yuuri istniał.

- Yuuri - szepnął Viktor z uwielbieniem. Pieszczotliwie przeciągnął melodyjne "U", jak to robił tylko on. Wreszcie mógł to powiedzieć. Wreszcie osoba, którą kochał ponad życie, mogła to usłyszeć. - Yuuri. Yuuri. Mój...

Katsuki wstał sprzed biurka i chwiejnym krokiem podszedł do Nikiforova. Przystanął na ledwie wyciągnięcie ręki, wpatrując się w Rosjanina z niedowierzaniem. Milczał. Czy mu się zdawało, czy w brązowych oczach dostrzegł błysk rozpoznania, który chwilę potem został zastąpiony przez wyraz kompletnego zdezorientowania, a może wręcz zaprzeczenia. Nie wierzył? Nie chciał uwierzyć? Bał się uwierzyć? Czy może wierzył, ale nie umiał się do tego przyznać?

- Vik... tor... - wydukał Katsuki. - Dlaczego...

"Dlaczego tutaj jesteś?"

"Dlaczego leciałeś po mnie taki kawał?"

"Dlaczego ze mnie nie zrezygnowałeś?"

"Dlaczego tak mocno mnie kochasz?"

- Dlaczego... pan jest nagi? - zapytał Yuuri i przełknął ślinę. a sprowadzony na ziemię Viktor uniósł brwi w najszczerszym zdumieniu. No dobra, nie takiego romantycznego wstępu się spodziewał. - O Boże, nie, nie, to mi się śni, to zbyt absurdalne. Za dużo katsudonu zjadłem wczoraj na kolację. Viktor Nikiforov, ten sławny łyżwiarz figurowy... W moim pokoju?

Słowa Yuuriego podziałały jak prawdziwy zimny kubeł wody... która szybko wyparowała na gorącej rosyjskiej głowie. Ta mieszanka nadziei, szoku, ulgi, zawodu oraz niepohamowanej miłości, którą poczuł w jednej chwili, stanowiła istny koktajl Mołotowa, który na tę chwilę rozwalił wszelkie wątpliwości, jakie pożerały Viktora od kilku dni. Owszem, Yuuri go nie pamiętał. Owszem, wydawał się jakiś nieco inny, mniej pewny siebie, mówił jakoś mniej płynnie po angielsku, był kilka kilo pulchniejszy, a cienie pod oczami zdradzały oznaki jakiegoś zmęczenia bądź stresu. Stał się bliższy tej niepozornej, płochliwej klusce, z którą zaczynał pracę rok temu, ale przecież to niezaprzeczalnie... niezaprzeczalnie był...

Zaraz, zaraz. Niepozorna i płochliwa? Do jasnej cholery...

"O nie. To też się zresetowało." uświadomił sobie Viktor. "I co ja mam z tym fantem począć? Jak przywrócić mu pamięć? Nie naciskać czy postawić kawę na ławę? Udawać, że go nie znam czy klękać i oświadczać się, póki nie uciekł?" Rosjanin położył palec wskazujący na ustach, zmarszczył brwi i zamknął oczy, popadając w zadumę. Hm, jak tu wyprowadzić Yuuriego z błędu, że to wcale mu się nie śniło... A może... Może najlepsza w takim przypadku była spontaniczna bramka numer trzy?

Rosjanin w jednej chwili odsunął dłoń sprzed twarzy i ukazał cały majestat swojego uśmiechu w kształcie serca. A co tam. Niech się dzieje, co chce.

- Skoro to miałby być sen, to wolisz, żebym cię uszczypnął czy może od razu pocałował? - rzucił radośnie i mrugnął.

Ostry rumieniec natychmiast wystąpił na twarz Yuuriego, a on sam zapobiegawczo odskoczył aż pod samo biurko. Chyba doszedł do wniosku, że w żadnym, nawet najbardziej bezwstydnym śnie podobna sława nie wyszłaby z tak odważną propozycją.

- Nie, nie, nie, żadne całowanie, to nie tak...! - Katsuki zaczął pospiesznie mamrotać, patrząc z przestrachem na uśmiechniętego Rosjanina. - Nie, ja... w ogóle... co... Co pan tutaj robi? Dlaczego jest pan w Hasetsu? W Yu-topii? U mnie w pokoju? - rzucał coraz bardziej rozpaczliwe pytania.

"Dobrze, że na tym skończył wyliczankę" pomyślał Viktor, rzucając okiem na łóżko. "A szkoda, bo po takiej podróży marzę o tym, żeby się do niego przytulić i nie wypuszczać przez kolejne dwa dni."

- Jak to co? - powiedział za to na głos i dumnie wyprężył pierś. - Przybyłem!

- Przy-Przybył pan? - powtórzył za nim Japończyk, z każdym słowem rozumiejąc coraz mniej. - Jak to? Po co? O co chodzi?

- O co? No przecież, że o ciebie! - ofukał go Nikiforov. Katsuki jak zwykle nie umiał współpracować. Ciągle unikał sedna tematu, czy celowo, gdy się z nim droczył, czy przypadkowo, co było jeszcze gorsze. Teraz jednak poziom niezrozumienia był prawdziwie kosmiczny. - Yuuri, o mało co tyłek przez ciebie nie odpadł! Serio, prawie mi skóra zeszła, tak się pomarszczyłem! Gdzieś ty się podziewał, kiedy cię potrzebowałem?!

- Prze... Przeze mnie?! - Niesprawiedliwie oskarżony Yuuri nieco się zaperzył, częściowo odzyskując wolę walki. - Gdzie niby miałem być?

- W onsenie! W on-se-nie! Jak poprzednim razem! Miałeś wypaść ślizgiem z łaźni i zdziwić się na mój widok, a ja wtedy powinienem oznajmić ci, że zostanę twoim trenerem! - W trakcie wypowiadania ostatnich słów Viktor obrócił się bokiem i wystawił rękę przed siebie w zachęcającym geście. Na chwilę zamarł w tej pozie, a potem znów wrócił do stania w lekkim rozkroku i ściągnął usta niczym obrażone dziecko. - Przecież ja to sobie wszystko tak dobrze rozplanowałem!

- Jakim trenerem? Czyim? Moim? - Maszyna losująca pytania w wydaniu Yuuriego zdawała się nie mieć końca. - Żaden trener nie jest mi do szczęścia potrzebny!

- A właśnie, że jest! Masz ogromny talent, zacięcie, masz umiejętności, masz wytrzymałość! Nikt inny nie zasługuje na medal bardziej niż ty! - wyliczał Viktor bez cienia zawahania, na co Katsuki robił coraz większe oczy.

- Nie, ja nie mam umiejętności! Nie mam nic z tych rzeczy! I w ogóle to nie mam do niczego odpowiedniego ciała jak...! Jak... - zaczął się jąkać, po czym zamilkł, nie mogąc się zdecydować, czy pozwolić szczęce bezwładnie zwisać, czy nie. Wreszcie do mózgu Japończyka dotarło, z kim właściwie się kłócił i dlaczego był taki pewien, że nie miał wystarczająco szczupłej sylwetki do jakiegokolwiek sportu.

Viktor podążył za spojrzeniem Yuuriego i zerknął w dół, wprost na swoje nagie biodra z niemniej nagimi przyległościami. Ahaaa... No coś mu się tak właśnie zdawało, że zrobiło mu się zbyt przewiewnie.

- Żesz. Falstarcik - mruknął Rosjanin, a potem uniósł głowę i wzruszył ramionami. - No trudno. W końcu prędzej czy później i tak byśmy się zobaczyli.

Próby wyobrażenia sobie, jakim niby cudem Yuuri miałby się znaleźć rozebrany w tej samej przestrzeni co jeden z najbardziej znanych sportowców świata spowodowały u niego natychmiastowe uruchomienie procedury alarmowej w mózgu.

- ...i w ogóle proszę się ubrać! - dokończył urwaną wypowiedź, podczas gdy jego uszy płonęły czerwienią.

Viktor jeszcze raz spojrzał pod nogi. Zaczął mieć niepokojące podejrzenia, że tak wczesne zapoznawanie się z panem Miniforovem nie należało do ścisłej czołówki marzeń Yuuriego. W sumie to nawet tego nie planował, ale nawet jeśli chciałby się wycofać z tej pełnej prezentacji możliwości, to był w tym wszystkim jeden problem.

- Nie mam nic przeciwko ubraniu się, ale nie za bardzo mam w co - zauważył wesoło Rosjanin i zaraz dorzucił: - Ale jeśli chcesz, to mogę zaraz przejść się do łaźni i wziąć stamtąd...

- NIE! - krzyknął Yuuri, przypadając do robiącego w tył zwrot mężczyzny. Nagi łyżwiarz posłusznie się zatrzymał i spojrzał z zaciekawieniem na ponownie jąkającego się Katsukiego. - Nie, nie, nie, nie! Tylko niech pan stąd nie wychodzi!

- Mów mi Viktor.

- Proszę nie wychodzić... Nie... Nie wychodź... - Yuuri starał się połączyć wszystkie polecenia i prośby w spójną całość, ale nie należało to do najprostszych zadań. - Nie możesz... Tak jak teraz... Nie wolno...

- Dlaczego? Przecież to publiczna łaźnia. - Viktor zmarszczył brwi. - No i jedną przebieżkę już zaliczyłem. To chyba nie taki problem wrócić?

- Przebie...? - szepnął Japończyk, a jego policzki zrobiły się jakby bladozielone, oscylując między chorobą morską a trupim kolorytem. - O Boże...

Yuuri ukrył twarz w dłoniach i oparł się tyłem o biurko w wyrazie milczącej bezsilności. Viktorowi nagle zrobiło się go szkoda. Starał się zaskoczyć ukochanego i wywołać u niego tak silne uczucia, aby jego pamięć się odblokowała, ale chyba nie chciał robić tego kosztem wstydu wobec całej Yu-topii. Łyżwiarz bezradnie rozejrzał się po pokoju, szukając natchnienia, aż wreszcie zrobił dwa kroki w tył i przycupnął na łóżku.

- Już. Spokojnie. Jeśli nie chcesz, to nigdzie nie wyjdę - powiedział Viktor i odchrząknął. Jego emocje też już ostygły. - Wiesz... Nie chciałem. To wszystko przez to, że jestem totalnym lebiegą w zawieraniu nowych znajomości.

Milczenie utrzymywało się przez jakiś czas, aż wreszcie od strony Yuuriego dało się słyszeć jakby ledwie słyszalne parsknięcie.

- To widać - przyznał, ostrożnie zerkając spomiędzy palców.

- Oj nie, nie widać. Żebyś wiedział, jak potraktowałem kiedyś takiego jednego łyżwiarza, w którym zakochałem się potem na zabój... - powiedział Viktor, starając się obłaskawić Yuuriego, po czym uśmiechnął się do swoich wspomnień. - Absolutny pogrom. Dwanaście na dziesięć w skali pożogi. Jakbym był na jego miejscu, tobym kopnął mnie w tyłek i nigdy więcej się nie odezwał.

- Nie no... Chyba byłoby szkoda... kopać. - Zaciekawiony Yuuri odważył się na kolejny ruch i tym razem zupełnie odsłonił twarz, by móc spojrzeć na przyjaźnie szczerzącego się Nikiforova. - Więc to teraz to nie był szczyt twoich możliwości? I nikt cię nigdy nie pozwał za to do sądu?

- Sam się dziwię. Ale wiesz, co jest najlepsze? Że ten facet zamiast położyć na mnie krechę na całe życie, następnego dnia wyzwał mnie na taneczny pojedynek, a rok później mi się oświadczył - zakończył ze śmiechem Viktor, a Katsuki westchnął cicho. Chyba stwierdził, że to, że do jego pokoju wtargnął goły Rosjanin, wcale nie było takim najgorszym początkiem znajomości. - W każdym razie... Yuuri? Skoro nie mogę wyjść w ten sposób, to czy pożyczysz mi na chwilę jakieś ubrania? Proszę.

Japończyk skinął głową i ruszył do szafy, starając się zignorować wysportowanego, epatującego nagością cudzoziemca, który okupował jego łóżko. Na chwilę Yuuri zniknął za drzwiami mebla, nurkując w czeluściach szafek, po czym wychynął z naręczem buroszarej masy na rękach.

Aha, czyli gust nadal miał porażająco zły. Dlaczego akurat to się nie mogło zmienić...

- Właściwie co też pa... Co cię podkusiło, żeby biegać na golasa? - zagaił Yuuri, kiedy już sprawdził ciuchy i wręczył Viktorowi odpowiednio duży, rozciągnięty T-shirt oraz przykrótkie, ale za to miękkie dresowe spodnie. - Czy tak zachowują się wszyscy celebryci?

- Nie licząc Chrisa... Nie, to tylko ja. I tylko tutaj - przyznał łyżwiarz, wciągając spodnie na tyłek, a potem wziął do ręki koszulkę z napisem "Yu-topia". Tyle akurat potrafił rozpoznać z kanji.

Katsuki mruknął jedynie "uhm", próbując patrzeć wszędzie, tylko nie na przebierającego się mężczyznę. Viktor westchnął. Ładnie zawalił sprawę. Zamiast na powrót rozkochać w sobie Yuuriego, zrobił z siebie wariata i dewianta, na którego wstyd było spojrzeć.

Już po chwili szczelnie okryty Viktor przystanął tuż przy Yuurim. No tak, tworzyli bardzo zgrany duet. Dwóch urodzonych przystojniaków w dwóch stylizacjach rodem z pokazu mody alternatywnej. Bardzo alternatywnej. I bardzo burej. Kto by pomyślał, że nadejdzie taki dzień, kiedy zdrowy na umyśle i ciele Viktor da się namówić na założenie ciuchów Yuuriego. Z drugiej strony serce zabiło mocniej, gdy Nikiforov uświadomił sobie, jak to brzmiało. On. W ubraniach Yuuriego. Jakby zabalowali tak mocno, że nad ranem nie mogli dość do porozumienia, czyja bielizna była czyja i na kim lepiej leżała. Ile by oddał, gdyby podobna sytuacja miała miejsce wcześniej, w innym życiu. W innej bajce.

Rosjanin uśmiechnął się z roztkliwieniem, gdy pogłaskał skraj koszulki. Teraz sprawa prezentowała się znacznie mniej seksownie, a o wiele bardziej prozaicznie. Nie, nie prozaicznie. Komicznie. Normalnie tylko nieśmiertelnego krawata z bankietu tu do szczęście brakowało... Ach, no tak. Krawat pewnie też nie istniał.

Gdyby to tylko było takie proste, żeby wraz z przebraniem się w obciachowy sweter Stwórca wspaniałomyślnie zdecydował się odczarować świat, Viktor ubrałby się na prawdziwą cebulkę. Ale nie było. Niestety.

- Już - oznajmił cicho Viktor, na co Japończyk uniósł wzrok i zapatrzył się na smutne, błękitne oczy łyżwiarza. - Wrócę do szatni po swoje rzeczy i... - Rosjanin zawiesił głos, nie wiedząc, co dalej. Na szczęście z pomocą przyszedł mu Yuuri.

- Pójdę z tobą - zapewnił, odrywając spojrzenie od Viktora, po czym ruszył do drzwi. Wyjrzał na korytarz i rozejrzał się, sprawdzając, czy nikt z rodziny nie czekał na nich na zewnątrz, żeby sprawić opiernicz tysiąclecia za pewien nagi tyłek. - Nie chcę, żeby spotkały cię jakieś nieprzyjemności.

- Ale nie przeszkodziłem ci w niczym? - rzucił Viktor, spoglądając wymownie na laptop. Yuuri obejrzał się, ale szybko pomachał ręką.

- Nie, nie, to w sumie nic takiego. Myślałem nad planem zajęć - zapewnił, zapraszająco kiwając dłonią. Łyżwiarz podążył za nim. - Może poczekać.

- Dziękuję - mruknął Viktor, idąc za Katsukim na dół.

Plan zajęć? Przecież to brzmiało tak, jakby Yuuri coś trenował. Mało tego - sylwetka Japończyka, choć niedoskonała, mimo wszystko świadczyła o tym, że mężczyzna dbał o formę. Może jeździł na łyżwach, tylko nie zaliczał żadnych sukcesów? Albo zmienił dyscyplinę? Wszystko wydawało się jednak bardziej prawdopodobne niż to, że Yuuri przez dwadzieścia cztery lata życia zupełnie stracił kontakt z lodowiskiem. To była część jego osobowości. Coś nierozerwalnie z nim związanego.

- Wiesz... Tak się w sumie zastanawiałem... - Kiedy mężczyźni zmierzali łącznikiem do części z onsenem, Yuuri przerwał milczenie. Najwyraźniej on też się nad czymś poważnie zastanawiał. Obejrzał się w stronę Viktora, a potem znów umknął głową w bok. - Przybiegłeś do mojego pokoju, zacząłeś opowiadać coś o moim talencie i medalach, w ogóle mówisz mi po imieniu... No dobra, to ostatnie równie dobrze mogła ci zdradzić moja mama...

Nagle Katsuki się zatrzymał. Viktor zrobił to samo i patrzył, jak Japończyk z trudem przełyka ślinę, jakby kolejne zdanie było zbyt niewłaściwe, aby je wymawiać. A jednak po chwili Yuuri spojrzał na towarzysza niespokojnym, pełnym jakiejś odległej nadziei wzrokiem i zapytał:

- Przepraszam, ale czy spotkaliśmy się gdzieś, że traktujesz mnie tak... tak specjalnie?

To wcale nie brzmiało tak, jakby pamiętał. To brzmiało tak, jakby szukał w Nikiforovie potwierdzenia, że to nie był tylko okrutny żart, jaki mógł przyjść do głowy sławnej osobie, która szuka sobie rozrywki. Viktor spojrzał w sufit. Okrutnym żartem to była jego sytuacja. Ukochany najpierw zapomniał o bankiecie, a teraz zapomniał o wszystkim. "Tak się nie robi." pomyślał ze smutkiem Rosjanin. "Tak się po prostu nie robi."

- Tak, spotkaliśmy się - odpowiedział po chwili wahania Viktor, a potem uśmiechnął się łagodnie. - W poprzednim życiu.

Szczerze zdumiony Yuuri zamrugał kilkukrotnie, aż wreszcie z jego piersi dobiegło długie, ciężkie westchnienie. No cóż, nie uwierzył mu, ale jednocześnie lekko melancholijna wypowiedź mężczyzny chyba uspokoiła Katsukiego na tyle, że nie wyczuł żadnych złych intencji w zachowaniu obcokrajowca. Wznowili marsz.

- Czy mówił ci już ktoś, że jesteś strasznie... poetycki? - rzucił Japończyk.

"Ty, Yuuri. Właśnie w tym poprzednim życiu."

- Coś mi się obiło o uszy. - Viktor stanął w opustoszałym przedsionku Yu-topii, lecz zanim do niego wszedł, tym razem to jego naszła ochota na zadanie nurtującego pytania. - Yuuri? Wybacz, że tak cię zagaduję, ale czym się właściwie zajmujesz?

- Zaraz, chwila, moment. - Katsuki obrócił się na pięcie i zmarszczył brwi, wpatrując się w zaskoczonego Viktora. - Mówiłeś o wytrzymałości, o byciu moim trenerem, o tych wszystkich rzeczach, a nie wiesz nawet jako kto pracuję? Przecież... jestem nauczycielem wychowania fizycznego. W podstawówce.

Tuż po tych słowach dwie rzeczy zadziały się równocześnie - wraz z odpowiedzią Yuuriego drzwi wejściowe otworzyły się i do środka zajazdu wbiegł Makkachin, kierując się w stronę mężczyzn, a z policzków Nikiforova odpłynęła praktycznie cała krew. Chaos i dezorientacja zaczęły zbierać swoje żniwo tak na zewnątrz, jak i wewnątrz kruchego, rosyjskiego świata. Viktor z trudem zaakceptował fakt, że jego najwspanialszy narzeczony już nie był jego narzeczonym, choć wciąż pozostawał najwspanialszy, ale to, że Yuuri nie był już łyżwiarzem... To zbyt wiele. To było coś więcej niż zmiana. Yuuri po prostu stał się kimś innym. Właśnie dlatego wydawał się jakiś dziwnie osowiały, zamknięty w sobie i zmęczony - tak naprawdę został pozbawiony pasji, która napędzała go do działania przez tak wiele lat. Jakby coś rozdarło Yuuriego na pół i wyrzuciło tę lepszą część na śmieci.

Viktor po raz drugi stracił ukochaną osobę. Yuuri, ale nie Yuuri. Ktoś bliski, ale ktoś obcy.

...Boże, jak on go strasznie skrzywdził tym życzeniem...

- Co za śliczny pies! - zawołał naraz Yuuri, budząc Viktora z jego posępnych rozmyślań. - Czy to twój? Mógłbym go pogłaskać?

Nietypowe ożywienie w cichym do tej pory Japończyku sprawiło, że Nikiforov automatycznie skinął głową. Zresztą, Makkachin sam decydował za siebie i jeśli miał ochotę, aby ktoś go pomiział, to nie wahał się tego okazać.

Nie widząc sprzeciwu ze strony właściciela Yuuri przyklęknął i wyciągnął przed siebie ręce, by energicznie poczochrać Makkachina po całym grzbiecie. Pudel wydawał się zachwycony okazywaniem mu zainteresowania z kilku stron jednocześnie, dlatego w ramach wdzięczności przyskoczył i zaczął lizać Katsukiego po twarzy.

Nagle rozległ się czysty, przepełniony niezmąconą radością śmiech, który sprawił, że serce Viktora zabiło mocniej. W trakcie całej ich rozmowy Katsuki nie uśmiechnął się choćby raz. Choć jeden nieśmiały lub wymuszony raz. A teraz, gdy Viktor spojrzał w dół, dostrzegł, że Yuuri uśmiechał się, śmiał na całe gardło, umierał wręcz ze śmiechu, lizany przez niepokornego pudla. Niebieskie okulary niemal spadły mężczyźnie z nosa, lecz on na to nie zważał, tylko dalej drapał szczęśliwego psa po bokach. Brązowe oczy błyszczały od łez, kiedy Yuuri głaskał Makkachina za uszami, zupełnie jakby mężczyzna wiedział, że tam znajdował się najczulszy fragment czworonoga. Scena jak żywcem wyjęta z przeszłości roztoczyła się przed oczami oniemiałego Nikiforova. Jego dwa najukochańsze stworzenia na świecie znów cieszyły się swoją obecnością.

I jeśli było to możliwe, w tamtej chwili Viktor poczuł się tak, jakby zakochał się w Yuurim na nowo.

Po dobrej pół minucie wymiany czułości Katsuki zasapał się od śmiechu i wreszcie puścił z objęć Makkachina. Wstał, po czym spojrzał na Viktora przepraszająco, jakby był dzieckiem, które podczas żywiołowej zabawy przypadkiem opróżniło połowę piaskownicy.

- Wybacz, zagalopowałem się. Miałem go tylko pogłaskać, ale wprost nie mogłem się powstrzymać. Jest taki miły i puchaty... - wytłumaczył się Katsuki, ale Viktor szybko potrząsnął głową. Pragnął dalej słuchać wdzięcznego głosu uśmiechniętego Japończyka, ale wiedział, że jeśli zaraz nie wyrzuci z siebie tego, co leży mu na sercu, to chyba umrze. Z frustracji bądź z miłości.

- Nie gniewam się, zupełnie. Ja... Yuuri... Ja chcę ci coś powiedzieć – przerwał mu Viktor i nabrał tchu. Był zdesperowany, złakniony ciepła i było mu już wszystko jedno. – To, że tu przybyłem, nie jest przypadkowe. Szukałem cię. Możesz uznać mnie za wariata, ale wierzę... Nie, ja wiem, że jest z ciebie najlepszy łyżwiarz figurowy na świecie. Lepszy nawet ode mnie. Lepszy od kogokolwiek. W końcu wygrałeś... Jesteś w stanie wygrać srebrny medal Grand Prix i złoty Czterech Kontynentów. I nieważne, kim jesteś teraz, kim będziesz za dziesięć czy za sto lat. Jedyna prawda jest taka, że chcę z tobą być. Nie tylko jako trener.

Wreszcie Viktor podszedł, złapał Yuuriego za dłoń i przycisnął ją sobie do piersi. Jeśli nie teraz, to nigdy.

- Be my fiance, Yuuri!


Przypisy-chan

Wybaczcie, że trochę minęło od ostatniej aktualizacji. Wpadło parę innych fanfików po drodze, a poza tym ten rozdział był bardzo ważny i zależało mi, żeby dopieścić go najlepiej jak tylko umiem. Za cenne rady rzucane podczas czytania na żywo dziękuję DaryavonDayern - wiem, że na początku zawsze zapieram się jak jakiś uparty chomik, ale staram się wszystko sobie na spokojnie przetrawić i poukładać. Dosłownie wszystko...

Tytuł jest sam w sobie bardzo jasny, prawda? Piosenka programu krótkiego Leo oznacza jedno - Yuuri jest wciąż żywy. Viktor wreszcie odnalazł ukochanego, swoją muzę i powód do życia. Tylko jak można by się tego spodziewać, bajkowy romantyzm przegrywa walkę z rzeczywistością. Na szczęście w rolę championa stającego naprzeciw trudnościom wciela się nasza niezastąpiona rosyjska bułka. Kto jak nie on przywróci wszystko do normalności? Najlepiej tą masą czerstwych, pamiętnych z anime tekstów... A gdyby głupie rozwiązania nie zadziałały, to czas będzie sięgnąć po te mądre :P

Spełnia się prawda rzucona na początku historii, że "każda akcja wywołuje reakcję". Brak Yuuriego zaważył nie tylko na losie dwóch ważnych dla fabuły Rosjan, ale też całej gromady łyżwiarzy. Oczywiście to nie tak, że czyste, niewinne serduszko Yuuriego odmieniło wszystkich ludzi, ale po prostu miejsce, jakie po sobie pozostawił, musiało zostać jakoś zapełnione. My znając alternatywę myślimy, że teraz jest tak paskudnie jak to tylko możliwe. Ale sądzę, że nie każdy wyszedł zupełnie źle na zmianach. Niektórzy wygrali medale, które wcześniej były poza ich zasięgiem, niektórzy obrali inną, być może lepszą drogę w życiu, niektórzy zamierzają się mocniej starać. Wszystko jest kwestią perspektywy. Tutejsza jest Viktora, ale... Ale czy na serio to wszystko jest takie złe?

Onsen niestety działa nieco gorzej, bo nie ma reklamy w postaci Yuuriego. Wybaczcie, takie prawa handlu.

Nawet jeśli Viktor według mojego założenia nie jest zbyt dobry w pisanie i czytanie po japońsku, to na pewno umie mówić. Już nawet w anime można rozpoznać momenty, kiedy Viktor gadał po nihońsku (np. 3 odcinek, kiedy świruje w tym tradycyjnym wdzianku, zapraszając do odwiedzenia onsenu). I żeby było śmieszniej, na pewno odgapił akcent od ludzi w Hasetsu, więc nawet nie wie, jak dziwne jest to, że mówiąc po japońsku robi to jak swój, a nie pierwszy lepszy gaijin z kursu (za uświadomienie mnie w tej kwestii dziękuję Dar :*).

Klan Ryūzōji, o ile wiki mnie nie wyrolowało, panował w okresie Sengoku na obszarze prefektury Saga, czyli właśnie około Hasetsu/Karatsu. Taki żarcik-kosmonaucik.

Spytacie - czemu właściwie nauczyciel? Kilka drobnych szczegółów wyjaśni się w kolejnym rozdziale, ale wyjaśnię to, co już mam w głowie jako headcanon. Yuuri prawdopodobnie studiował jakiś kierunek około-AWF-owy, żeby jakoś pogodzić to z łyżwiarstwem oraz zajmować się tym, co w gruncie rzeczy robi. Czyli ruchem. Już samo pójście na balet wskazuje, że Yuuri nigdy przeciwnikiem ruchu nie był, nawet jeśli ma skłonności do tycia. Więc tak czy siak robiłby coś związanego ze sportem. A kiedy nie ma się na siebie pomysłu... Cóż, wtedy jest trochę jak w Polsce jak za czasów "świetności" i zostaje się nauczycielem.

Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam, więc na ten moment to tyle i widzimy się, daj Boże, za dwa tygodnie, w kolejnym tłuściutkim, obfitującym w uczucia i suchary Viktora rozdziale.

:*