Dragon Ball Reload X

-Krótka historia o wierności…

Wysiedli. Bulma ruszyła w kierunku jednego z budynków. Goku złapał dziewczynę za przegub prawej dłoni i poszedł za kobietą szybkim krokiem, nawet nie spoglądając na własną wnuczkę. Ona rozglądała się niepewnie wokoło. Na terenie nieznanego jej z charakteru ośrodka było pełno zieleni, słychać było uspokajający śpiew ptaków. Zupełnie obcy jej ludzie przechadzali się alejkami, bądź siedzieli na pobliskich ławkach. Budynek, do którego najwidoczniej zmierzali był długi i parterowy, nie licząc dobudowanej piętrowej części. Przed szarą budowlą znajdował się podjazd dla karetek, a nad białymi, solidnymi drzwiami widniał napis „Izba przyjęć". Weszli do środka. Goku wskazał na jedno z czterech granatowych krzeseł stojących w rzędzie pod ścianą. Usiadła bez mrugnięcia okiem, kurczowo trzymając się czarnego, skórzanego plecaka. Pozostała dwójka podeszła do zgrabnej blondynki siedzącej za kantorem w celu załatwienia początkowych formalności. Bulma i Goku zabrali się za wypełnianie dokumentów i przedstawianie poprzednich kart szpitalnych. Inna kobieta zaniosła dostarczone dokumenty do pokoju obok. Po dłuższej chwili brązowe drzwi na końcu recepcji otworzyły się i wyjrzał zza nich lekarz dyżurujący i poprosił Saiyankę do środka. Gabinet był wystrojony w szaro-białej tonacji. Mężczyzna wskazał stojące naprzeciw biurka krzesło. Sam usiadł po drugiej stronie. Ów pan był łysy, miał rudawą bródkę i nosił prostokątne, czarne okulary, Wyglądał na nie więcej, niż czterdzieści lat. „Paweł Aue" –przeczytała dziewczyna na plakietce przyczepionej do kitla. Lekarz uśmiechnął się serdecznie i zaczął:

-Jak się nazywasz, drogie dziecko?

-Junigatsu Son.

-Ile masz lat?

-Piętnaście. Urodzona 15. 12. 871 r.

Zajrzał w dokumenty.

-Tak, zgadza się…

-Uważa pan, że potraciłam wszystkie zmysły i, że nie znam własnej daty urodzenia?

-Nie, nie…to czysta formalność. Postaraj się nie stresować, dobrze?

Skinęła niepewnie głową.

-A więc, co się stało, że tutaj trafiłaś?

-Tutaj, to znaczy gdzie?

-Twoi bliscy nic ci nie powiedzieli?

-Nie mam bliskich.

-Taak...w każdym razie jesteś na izbie przyjęć Kliniki Psychiatrycznej w Nest City…

„Klinika…psychiatryczna?"

-O żesz matko Huto…

-Będzie ci tu dobrze, zaopiekujemy się tobą …

„Oh, w to nie wątpię".

-Co takiego się z tobą dzieje, że wysłano cię tutaj?

-Zabiłam swoją siostrę. Głos w mojej głowie mi kazał…

Chwila ciszy.

-Żałujesz tego…?

-Nie. Nie miałam nad sobą kontroli.

Kłamała. W każdej chwili mogła się zatrzymać.

Ale ona pragnęła śmierci swojej siostry.

Tak bardzo jej nienawidziła.

A teraz miał nastać spokój, nikt nie będzie jej przeszkadzać.

„Tylko dlaczego wszyscy są wściekli?" –myślała.

-Rozumiem…-odpowiedział po dłuższym namyśle lekarz wyrywając tym samym dziewczę z gąszczu jej myśli. –pomożemy ci poprzez terapię i odpowiednie leki, nie musisz się martwić, po prostu pobędziesz tutaj trochę czasu…

-Ile?

-Jeszcze nie wiemy. Ale tyle, ile będzie trzeba. Uwierz mi, to dla twojego dobra…

-Coś mi mówi, że jednak dla dobra innych…

-W tej placówce to pacjent jest najważniejszy –uśmiechnął się serdecznie pan Paweł.

Dziewczyna uśmiechnęła się słabo.

-Tamci ludzie, to twoi rodzice?

-To mój dziadek i jego przyjaciółka…

-Dziadek? Wygląda bardzo młodo…

-Wie pan, to przyjaciel Bulmy Brief, mógł pozwolić sobie na operacje i te sprawy… -skłamała.

-Myślałem, że ona nie żyje…

-Plotka.

-Możecie już iść, któraś z pielęgniarek wskaże wam drogę. –uśmiechnął się, wstał i otworzył drzwi.

Goku wstał, gdy zobaczył wnuczkę i zarzucił jej plecak na swoje plecy. Spojrzał na nią zrezygnowany. Wciąż nie miał odwagi popatrzeć jej w oczy. Ona nie czuła tego strachu i wbiła pusty wzrok w jego czarne oczy. Tym razem to ona czuła się zawiedziona.

„Boisz się, że i ciebie zabiję?" –miała ochotę zapytać.

Ale nie zrobiła tego. Po prostu poszła za rudawą pielęgniarką, pozostali ruszyli za nią. Odprowadziła ich do drzwi wejściowych i poinstruowała jak dojść do Bloku Dwunastego.

Szli alejami kilka minut, w końcu dotarli przed piętrowy, szary budynek z napisem „12". Obok białych drzwi znajdowała się czerwona tablica z napisem „Psychiatria i Neurologia Dziecięca". Weszli po schodach i zadzwonili do drzwi. Powitała ich niska, krótko ścięta blondynka.

Ściany w holu były brązowe. Po lewej stronie znajdowały się szare schody prowadzące na piętro, a obok schodów była kuchnia. Po prawej stronie stały dwa stare fotele, a pomiędzy nimi stolik. Obok były drzwi z napisem „Psychiatra". Na ścianach znajdowały się ogłoszenia, apele i prace wykonane przez młodocianych pacjentów. Na wprost od wejścia znajdowały się właściwe drzwi na oddział. Blondynka otworzyła je i zaprosiła ich gestem do środka.

Ściany oddziału były fioletowe. Na wprost stał stół i dwa krzesła, na których siedziała dwójka dzieci o szarych twarzach. Grały w karty. Nad stołem wisiało tekturowe serce ozdobione kwiatami z nieczytelnym napisem. Na prawo wisiał żółty telefon i stały dwa złączone stoły. Dalej był gabinet zabiegowy, jakaś szafa, na której stały kwiaty i zniszczone drzwi na taras. Prostopadle do szafy, na prawej ścianie znajdowały się dwie sale i świetlica, a na końcu znajdowało się drugie wyjście na taras. Na małej ścianie naprzeciw sal znajdowały się drzwi do stołówki.

Po lewej stronie od wejścia na oddział znajdowała się dyżurka, a za nią pozostałe sale i łazienka.

Cała trójka została poproszona do gabinetu zabiegowego, gdzie dziewczyna została zmierzona, zważona, a jej plecak został dokładnie przeszukany. Pielęgniarka uszykowała karteczkę i podała ją Saiyance.

-Podpisz to.

„Przystosowuję się do zakazu palenia panującego na oddziale."

Podpisała. I tak nie paliła.

Wspomniana wcześniej blondynka zajrzała do gabinetu i rzuciła:

-Teraz poproszę państwa na górę.

Wrócili do holu i ruszyli schodami.

Na górze ściany były żółtawe. Na wprost, przy małej ścianie stały trzy krzesła, nad nimi wisiał zegar. Na lewo znajdowały się szatnia, dyżurka i łazienka. Na prawej stronie małej ściany znajdowała się sala zwana „terapią", a naprzeciw niej była świetlica.

Na prawej stronie holu stał stół do gry w piłkarzyków, wisiał telefon. We wnęce znajdował się gabinet psychologa, a obok „sala kinowa". Trochę dalej były sale pacjentów.

Cała trójka stała zdezorientowana na środku holu, a pacjenci powychodzili ze swoich sal, żeby im się przyjrzeć.

-Do kogo oni przyszli? –zaciekawił się jeden z chłopców stojących w małej grupce.

-Nie mam pojęcia… -odpowiedziało inne dziecko.

-Nowa…-rzucił mały, biały lisek i pobiegł do jednej z sal.

Tymczasem blondynka zaprowadziła trójkę do pokoju. Wszystkie łóżka były wolne. Junigatsu wybrała miejsce z lewej strony przy oknie i zaczęła rozpakowywać w milczeniu rzeczy do małej, zniszczonej, metalowej szafki.

Stali w milczeniu naprzeciw siebie przez kilka minut.

-To…my lecimy…mamy nadzieję, że będzie ci tu dobrze… -wydusił w końcu Goku.

'Kretyn'.

„Macie, ale mnie w dupskach…" -miała ochotę warknąć.

Chciała ich podusić. Ale coś ją blokowało, nie tylko blokady ki na nadgarstkach.

Wyszli, a ona rzuciła się na łóżko i zaczęła nerwowo wymachiwać ogonem.

Lisek zajrzał niepewnie do sali. Zauważyła go para siedząca na jednym z łóżek.

-Shiru-chan, czemu zawdzięczamy twoją tak nagłą wizytę? –zainteresował się młody mężczyzna.

-Motoko –sempai, Ariel-san…mamy nową…!

-Nową? –dziewczyna przeciągnęła się na łóżku.

Miała około 175 centymetrów wzrostu, była szczupła. Jej oczy były intensywnie zielone, a włosy granatowe, do ramion. Była lisiczką o rudo-złotej sierści. Wyglądała na około osiemnaście lat.

Podeszła do liska i ukucnęła przed nim.

-Shiru, a ładna chociaż?

Chłopak wstał i wpatrzył się w okno bez klamki.

Po dłuższej chwili namysłu mały odpowiedział:

-Ładna. Chodźcie zobaczyć…Jest już sama, widziałem, jak jej starzy wychodzili…

-W takim razie trzeba się przebrać, co nie, Ari?

-Jak wolisz, mein Liebling…

-Shiru, wyjdź, będę się przebierać…

-A czemu on nie musi wyjść?

-Shiru!

-Dobra, dobra… -rzucił i wyszedł.

Dziewczyna zrzuciła z siebie ubrania, czemu chłopak przyglądał się z nieukrywaną satysfakcją.

Wyciągnęła z szafki niemożliwie krótką, czarną sukienkę z dużym dekoltem i założyła ją na siebie.

-Idziemy! –roześmiała się.

Junigatsu leżała na łóżku wściekła i zamyślona, gdy w progu stanęła nieznana jej dwójka ludzi. Zainteresował ją młody mężczyzna.

Miał kwadratową twarz, niebieskie oczy i ciemne, gęste brwi. Włosy krótkie, koloru blond. Około metra dziewięćdziesięciu wzrostu. Dość dobrze zbudowany.

-Witaj, śnieżnobiała księżniczko –rzekł, podszedł do jej łóżka i usiadł na nim. Podał jej rękę. Zauważyła czarnego orła wytatuowanego na zewnętrznej stronie prawej dłoni.

-Witaj… -odpowiedziała zmieszana.

-Ariel…-rzucił i uśmiechnął się.

-Juni…

-Ja jestem Motoko –odezwała się dziewczyna obniżonym głosem.

-A więc, mein Juni, za co tutaj trafiłaś?

-Za zamordowanie siostry… -uśmiechnęła się.

Coś dodawało jej odwagi.

Chyba jego uśmiech.

-A więc to stąd te blokady ki?

„Zna się na tym…zastanawiające…trzeba to jakoś wykorzystać…"

-A mógłbyś mi je zdjąć?

-Mmm…mógłbym ci zdjąć co innego…

Wściekła się. Uklęknęła przed nim, chwyciła go za podbródek i przysunęła do swojej twarzy tak blisko, że dzieliły ich pojedyncze centymetry.

-Pilnuj się…

Objął dłońmi jej twarz i przyssał się do jej ust. Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. Bezwiednie rozchyliła usta, i zaraz tego pożałowała, gdy poczuła pomiędzy nimi jego język. Natychmiast oderwała się od niego i opadła na łóżko. Ten otoczył ją ramionami i szepnął jej do ucha:

-Skoro tego nie chciałaś, to nad czym się tak długo zastanawiałaś?

Uśmiechnęła się wrednie.

-Nad tym, kiedy odgryźć ci język…

-Lubię złe dziewczynki-szepnął i przyczepił się do jej karku.

Zamruczała mimowolnie.

-Mmm…a ja lubię niegrzecznych mężczyzn…nie to, co mój chłopak. Jest nudny, za spokojny…

„Czy ja naprawdę to powiedziałam?"

-A jaki jest w łóżku? –zapytała Motoko bawiąca się ogonem dziewczyny.

-Uh…Nie mam porównania.

-A chcesz mieć, kotku? –zamruczał Ariel i włożył jej rękę pod bluzkę.

„Panie mój, gdzie ja trafiłam…?"

'Do raju…" –szepnęła Shi rozmasowując swymi niewidzialnymi dłońmi jej skroń.

„Raju..?"

'Tak! Nawet nie wiesz, ile przyjemności może cię tu czekać!'

„Nie powinnaś mi czasem doradzać w innych sprawach, typu 'moja-misja'?"

'Ależ doradzam! Żeby być Shi-jinką, musisz odrzucić wszystkie znane ci reguły, zapomnieć o Dekalogu, wyzbyć się moralności…Jesteś tylko ty i twoje instynkty, rozumiesz?'

„A mój chłopak?"

'Vejita? Jest nieodpowiedni dla ciebie. Słaby. Litościwy, czyli nieprzydatny. I nijaki. Pamiętasz, który to już raz, gdy coś się stało on z tobą nie rozmawiał? Może dlatego, że się ciebie wstydzi?'

„On mnie kocha."

'I to jest złe.'

„Złe?"

'Pomyśl, musisz ochronić swoją nędzną planetę, a nie przejmować się takimi drobnostkami, jakimi są uczucia. Pamiętaj, że w tej chwili żyjesz tylko po to. To twoje główne zadanie, do którego wpierw musisz się mentalnie przygotować. Oni ci w tym pomogą…'

„Mogę być morderczynią, mogę być i zdzirą „ –zaśmiała się w duchu.

-No i ? –uśmiechnął się mężczyzna.

Ona tylko zmrużyła oczy i zaśmiała się.

'To lepsze od gry w Simy' –pomyślała Shi.

-Zsuniemy łóżka, będzie wygodniej… -zarządził Ariel.

-Jasne…-rzuciła Junigatsu i zabrała się za przestawianie mebli.

Motoko siedziała na jednym z dalszych łóżek i z zaciekawieniem przyglądała się całej scenie. Gdy tamci skończyli, Ariel odezwał się do niej:

-Motoko -kun, a co z tobą?

-Załóżmy, że tym razem pójdę sobie zapalić… -uśmiechnęła się i wyszła.

-Co to znaczy „tym razem"? –zapytała Saiyanka.

-Och, Motoko –chan czasem lubi się przyłączyć…

-Przyłączyć? –przeraziła się.

-Nie przesadzaj, mein Adler, każdy ma w sobie jakieś niegroźne zboczenie… -uśmiechnął się i pogłaskał ją po twarzy.

Przestraszyła się. Dałaby sobie ogon uciąć, że gdzieś już słyszała te słowa.

Zdjął czarny podkoszulek, a jej oczom ukazała się ogromna swastyka wytatuowana na piersi.

Zablokowało ją. Nazista. Z drugiej strony, ona też była zbrodniarką…

-Katze, przestraszyłaś się? Jeszcze kiedyś wszystko sobie wyjaśnimy, to nie takie straszne, jak mówią…

-I wybrałeś tę prawoskrętną ukośną…?

-Zajmijmy się czymś przyjemniejszym, dobrze?

Minęła pierwsza, ciężka noc w ośrodku. On wyszedł już w środku nocy. Wstała i rozsunęła łóżka, po czym pościeliła je. Podeszła do szafki, wyrzuciła wszystkie ubrania i wygrzebała z leżącej na podłodze sterty szlafrok. Owinęła się nim i poszła do łazienki. Minęła po drodze salę, w której Motoko i Ariel rozmawiali o czymś ze sobą. Gdy ją spostrzegli, umilkli.

-Nie nudzi cię to, Ari?

-Ale co?

-Wiesz, zabawianie się z piętnastolatką…

-To dość zabawne…I tak nie mam nic innego do roboty.

-Pedofil. –zaśmiała się.

-Wiem. –odparł ,również śmiejąc się.

Stała pod prysznicem już od piętnastu minut. Niezwykle gorąca woda spływała po jej ciele. Pozwalała, by woda napływała jej do oczu. Chciała się ukarać za to, co robiła zeszłego dnia. Nie potrafiła jak dotąd wyzbyć się dręczących ją od kilku godzin wyrzutów sumienia.

Była sama, jakoś musiała sobie radzić. Ze wszystkim.

Czuła się opuszczona przez rodzinę, przyjaciół.

Tutaj natomiast znalazła ludzi, którzy zaakceptowali jej decyzję.

Dołączy więc do nich.

„Żyje się raz, więc jeżeli mam zdechnąć, to przynajmniej niech będzie za co" –pomyślała.

W końcu wyszła. Motoko wyjrzała z sali.

-Chodź do nas! –zawołała ją.

-Zaraz, tylko się ubiorę! –ruszyła dalej.

-Nie ma takiej potrzeby –uśmiechnęła się lisica.

-Nie, ja jednak wolę…

-Zmęczona? –dołączył roześmiany Ariel.

-Trochę…-jej twarz oblała się szkarłatnym rumieńcem.

Po dłuższej chwili kompletnie ubrana wkroczyła do pokoju Ariela. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła jej się w oczy była biało-czerwona flaga z ukośną swastyką wisząca nad jednym z łóżek. Uniosła brew.

-Podoba ci się? –zapytał uprzejmie.

Dobrze znał odpowiedź na swoje pytanie.

-Zabiłbyś mnie za moje poglądy…Siostra, którą zabiłam, miała pseudonim Blondi…

-Ale wygląda na to, że z tobą sypiam, anarchistko…

-Skąd więc ta sympatia do mojej osoby?

-Wierzę, że wszystko da się jeszcze zmienić. Nie…ja to wiem…

-Co budzi w tobie taką nadzieję?

-Nietzsche, którego czytasz…

-Co? Skąd ty o tym wiesz?!

-Och, pozwoliłem sobie przejrzeć twoją szafkę…Nie masz mi tego za złe, prawda? –uśmiechnął się przymilnie.

Wolała nie odpowiadać.

-Tak w ogóle, to ile masz lat?

-Osiemnaście. Idealnie, prawda?

-Kojarzy mi się to z „Combat 18", powinno?

-Całkiem słusznie…Nawet za to tu jestem.

-A dokładniej?

-Byłem w bojówce, zabiłem kilka niewygodnych osób…

-Kilka?

-Siedem.

-Przypadkiem siedem, czy to było celowe?

Podszedł do szafki i zerwał z niej jakąś kartkę, po czym pokazał ją dziewczynie.

Był to własnoręcznie namalowany triskelion składający się z siódemek, zamiast ludzkich nóg.

-Och…nie powinieneś być w więzieniu?

Ariel roześmiał się.

-Wmówiłem im, że Hitler do mnie przemawiał…i dlatego jestem tutaj. Wiesz, oni mają w dupskach swoją robotę i kupują wszystko na odpieprz się…

-Długo tu jesteś?

-Motoko, ile?

-Rok. –odpowiedziała dziewczyna. –to miejsce bardzo zmienia ludzi, prawda? –dodała zamyślona.

Minęły trzy miesiące. Życie mieszkańców największego domu w Zachodniej Stolicy toczyło się własnym rytmem. Goku zarządził rozpoczęcie długo oczekiwanych treningów, na co wszyscy domownicy z radością przystali. Najmniej czasu miał Vejita, który zajęty był zajmowaniem się własnym dzieckiem pod nieobecność matki. Bejita z Bulmą pomagali mu od czasu do czasu. Wszystko wydawało się być w porządku, ale tak naprawdę nikt jeszcze nie zapomniał o tamtym przykrym wydarzeniu. Chłopak wciąż pytał, czy mógłby odwiedzić dziewczynę w szpitalu, lecz Goku kategorycznie tego zabronił tłumacząc, że potrzebuje spokoju i wyciszenia się. Potomek księcia nie był przekonany co do tego pomysłu, wątpił, aby izolacja dobrze służyła Saiyance. Nie dał się oszukać. Dobrze wiedział, że Kakarotto wszystko sobie obmyślił. Nie chciał dopuścić do tego, by dziewczyna mogła posługiwać się własną ki. Najbezpieczniej było w zamknięciu. Tylko dla kogo?

Tymczasem na Nowej Vegecie Goran wyraźnie się do czegoś przygotowywał. W tle leciała muzyka z opery „Carmina Burana" Wyrzucał z szafy kolejne ubrania, a Babidi przyglądał się tej scenie z wściekłością.

-Idziemy zabijać, a nie na bal, do cholery!

-Jak ty się na niczym nie znasz, mój ty chomiku… -odparł mężczyzna przeglądając się w lustrze, przymierzając kolejne okulary.

-Ja się nie znam?!

-Zabijanie ot, tak jest nudne. Nie jestem byle ścierwem, wszystko robię w wielkim stylu. Chcę…chcę aby mnie zapamiętano. Jak ci się nie podoba, to możesz zostać. I tak się nie przydajesz…

-Żebyś wiedział, że zostanę!

-Twoja wola…

Do komnaty wbiegł jakiś żołnierz.

-Sir, mamy ich! –rzucił i ukłonił się.

-Co za cudowna wiadomość! Karubie, przyprowadź państwa…

-Tak jest, Sir! –rzekł mężczyzna, ponownie ukłonił się i wyszedł.

Saiyanie po ciężkim dniu morderczych treningów jedli kolację na dworze. Było późno, około godziny jedenastej wieczorem. Gwiazdy rozjaśniały swoim blaskiem czarny bezkres nieba. Domownicy jedli i rozmawiali, gdy z impetem w stół wbiła się czerwona róża.

Obejrzeli się za siebie i spostrzegli wyłaniającą się zza mgły postać mężczyzny. Ów mężczyzna miał na sobie długi, połyskujący czerwony płaszcz, czarne spodnie z kantem. Pod płaszczem miał czarną koszulę rozpiętą przy szyi. Na nosie miał okulary w czarnych, grubych oprawkach. Szedł tanecznym krokiem i wymachiwał wesoło krawatem. Goku od razu go rozpoznał. Był to Goran we własnej osobie.

-Wybaczcie, że to tylko róża, ale najpiękniejsze kwiaty dostaje się na pogrzebie…

Saiyan wstał od stołu i pospiesznie przybrał swą białowłosą formę. Czarnowłosy podszedł do niego i wyciągnął dłoń na powitanie. Goku ani drgnął, tylko mierzył go swymi zimnymi, niebieskimi oczyma. Goran okrążał go powoli, coraz bardziej zbliżając się do niego tak, że w końcu owinął się wokół niego niczym pradawny wąż.

-Mmm…taki twarrrdy, stanowczy, zimmmny! Oh jak lód! Aż przechodzą mnie…dreszzzzcze…To takie…ach…aż szkoda mi będzie ciebie zabijać…Z drugiej strony niezmiernie pociesza mnie myśl, że zasmakuję twojej krwi…Ale nie bój się, małpko! Masz jeszcze trzy miesiące! Zabaw się, bo tak mi przykro, kiedy jesteś smutny… -zrobił „podkówkę".

-Czym ty właściwie jesteś, co?! –syknął Goku.

-Twoim najgorszymmm koszmarem…twoim Judaszem… -szepnął mu do ucha.

-I przyszedłeś tu tylko po to, żeby mi to powiedzieć?

Nagle Goran odskoczył od niego jak oparzony.

-Och nie, mam dla ciebie prezent!

-Co?!

Goran pstryknął palcami i z nieba zleciał wielki pal, do którego była przybita para ludzi. Pal wbił się z hukiem w ziemię.

-Matko! Ojcze! –spanikowała Lait.

Kobieta zaczęła kręcić głową w niedowierzaniu i zaczęła płakać.

-Co? –rzucił Goku.

-Kakarotto –uśmiechnął się Goran –poznaj swoich rodziców…Już? To teraz się z nimi pożegnaj. Twoja matka to zimna suka, skoro nawet nie chce cię uściskać. Och, przepraszam, pomyliłem się, ona nie może, bo jest hm…trochę …przybita… -roześmiał się podle.

-Ty sukinsynie!

Goku rzucił się na niego rozwścieczony, ale drugi Saiyan tuż przed kontaktem wytworzył barierę w kształcie kuli, od której Kakarotto odbił się i poleciał niekontrolowanym lotem. Goran pomachał mu.

-Wyślij pocztówkę!

Poczekał, aż Goku z powrotem do niego podleci. Upewnił się, że wszyscy na niego spoglądają i wyciągnął nóż z kieszeni płaszcza. Jednym ze swoich ogonów złapał głowę Bardocka i odchylił ją do tyłu, odsłaniając całą jego szyję. Przejechał powoli nożem po jego krtani.

-Hm. Mało fascynujące.

Cofnął rękę i z ogromną szybkością wbił dłoń w pierś mężczyzny, chwycił za znajdujące się wewnątrz serce i zmiażdżył je. Z ust martwego Saiyana wyciekła krew.

Lait zemdlała.

Goku zacisnął pięści i zaczął przeklinać tak, że reszta aż się zniesmaczyła.

Następnie oprawca ojca Goku podszedł do jego matki i jednym ruchem ręki odciął jej głowę. Z szyi trysnęła krew.

-Och, fontanna!

Goran zlizał krew z noża i zlikwidował barierę. Podleciał do trzęsącego się z wściekłości Saiyana i opluł go mieszanką krwi i śliny.

Goku złapał go za gardło i ścisnął z całej siły. Na tamtym nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Goran wskazał palcem na jego twarz.

-Czy to krew twojej matki? Pozwól, że usunę… –uśmiechnął się.

Wyciągnął swą dłoń milimetry od lewej strony twarzy Goku i wystrzelił potężny pocisk. Saiyana odepchnęło na kilka metrów. Przez kilka sekund lewitował z odchyloną do tyłu głową, z której powoli zaczęła kapać szkarłatna ciecz. Kakarotto stopniowo przechylił głowę na jej właściwą pozycję. Pozostałym ukazał się obraz doskonałej precyzji i okrucieństwa tworu fuzyjnego. Pół twarzy niebieskookiego było spalone, a lewe oko zmasakrowane.

-Jasna dupa, on go zabije-przestraszyła się Shadow.

Kobieta również przybrała swoją najpotężniejszą postać i teleportowała się przed napastnikiem. Chciała kopnąć go z całej siły w krocze, ale ten bez najmniejszego problemu zrobił unik. To tak, jakby Porsche uciekało przed rzygającą krową.

-Shadow…"Masz ciało gibkie, oczy miodowe, miłość zawładnęła twoją twarzą. W tobie cała moc Afrodyty" i wszystkie ludzkie słabości…to takie żałosne…-westchnął.

Kobieta prychnęła i uderzyła go w twarz, strącając mu przy tym okulary. Saiyan patrzył z nieopisanym smutkiem jak przedmiot spada z dużej wysokości i zamienia się w złom przy uderzeniu o twardy grunt.

-Suka. –rzucił.

Przetrącił jej kark, po czym wykopał w górę, teleportował się do niej, uderzył ją złączonymi pięściami i kobieta po krótkim locie niemal wbiła się w ziemię. Podleciał do nieprzytomnej Saiyanki i zaczął ją okładać pięściami z całych sił, miażdżąc bezlitośnie kolejne kości.

Goku podleciał do niego i wbił mu pięść w brzuch. Włożył w ten cios całą energię.

Cofnął się w oczekiwaniu na efekty. Goran otrzepał się z nieistniejącego kurzu i rzucił uprzejmie:

-Nie poruszaj się tak szybko, bo ci jeszcze oczko wypłynie…

Rozwścieczeni Vejita z dziadkiem rozpoczęli ostrzał na wroga. Goran wyłoniwszy się z chmury pyłu spojrzał na księcia i obezwładnił go kiaiho, po czym podszedł do sparaliżowanego strachem chłopca, owinął mu swój krawat wokół szyi i rzekł:

-A tobie, mój młody człowieku radziłbym zainteresować się własnym życiem osobistym. Twoja dziewczyna to niezła latawica…powiedziałem latawica? Chciałem powiedzieć kurwa… -uśmiechnął się.

-Co?! –wykrztusił chłopak.

-Poznała tam bardzo miłego jak wy to na Ziemi mówicie? Ah, nazistę…i dzieli się z nią nie tylko ideologią…Słyszałeś o czymś takim, jak wymiana płynów?

Teleportował się do pokoju dziecięcego i podszedł do kołyski. Wziął dziewczynkę na rękę i wyjął parę kolczyków, które zaraz potem wpiął dziecku w uszy. Odłożył ją z powrotem do kołyski, a na pożegnanie rzucił:

-Śpij dobrze, kapłanko…-po czym zniknął.

Goku podbiegł do Shadow, chwycił ją na ręce i pobiegł do Bulmy. Książę podążył za nim.

Kobieta otworzyła drzwi do laboratorium. Zobaczyła męża, roztrzęsionego przyjaciela z umierającą Saiyanką na rękach.

-Szybko! Połóż ją na stole operacyjnym! Bejita! Ty opatrzysz Goku! –rzuciła i poszła przygotować odpowiedni sprzęt.

Niski Saiyan westchnął.

-No, Kakarotto, jazda z dupskiem na kozetkę…

-Przeżyje?

-Jazda!

-Ona przeżyje?!

-Nie wiem, puść mnie szmaciarzu i jazda na swoje miejsce, bo cię nie znieczulę!

Wyższy z mężczyzn westchnął i wykonał rozkaz. Książę podszedł do niego i przyjrzał się dokładnie.

-Teraz dostaniesz miejscowe, ani mi się waż spieprzać, tak jak robiłeś to ostatnio. –rzucił i poszedł przygotować zastrzyk.

-Nic mi nie jest. Idź pomóc Bulmie.

-Masz mordę jak psie gówno, a ty mówisz, że nic ci nie jest?!

Wrócił ze strzykawką. Wbił igłę. Goku o dziwo nawet nie drgnął. Jego głowa była pełna myśli. Bejita założył gumowe rękawiczki i zabrał się za sterylizację narzędzi.

-Co będziesz teraz robić?

-Usunę ci oko, a raczej to, co z niego zostało…

-Co?! Tylko nie ty! Poczekam na Bulmę…

-Jej bardzo trzęsą się ręce, gdy się stresuje…-uśmiechnął się złowieszczo.

-Ok. Dobra.

Sięgnął po narzędzie zbliżone kształtem do łyżki i zaczął wyłyżeczkowywać pozostałości po narządzie.

-Jakie to uczucie?

-Nieprzyjemne.

Oczyścił ranę i umieścił w oczodole wysterylizowaną kulę ze stali chirurgicznej i zaszył mu powieki.

-Na sztuczne oko będziesz musiał poczekać, nie mamy żadnych na składzie…

-Nie potrzebuję…idź pomóc Bulmie.

-Jeszcze z tobą nie skończyłem! –warknął.

Oczyścił wacikiem ranę przechodzącą skośnie przez oko, zaszył ją, po czym zabrał się za usuwanie spalonej skóry z twarzy. Chwilę później Goku dostał kolejny zastrzyk. Poczuł się dziwnie.

-Czo to było?

Sparaliżowałem ci pół twarzy, żebyś nie odczuwał zbytnio braku skóry. Możesz mieć problemy z mówieniem.

-Zauważyłem. –powiedział z trudem.

Bejita założył mu na twarz opatrunek. Po czym chwycił go za rękę.

-A tobie co, na romansze zie zebrło?

-Zamierzam wyhodować ci skórę, kretynie..

-Och..

-Mogę ci ją ewentualnie przeszczepić bezpośrednio z tyłka, chcesz?

-Dziękujem, postojem…

-Tak jak przypuszczałem, a teraz uważaj, bo będę kroił…

Poszedł po skalpel. Po chwili wrócił razem z narzędziem i silikonowym woreczkiem z rurką na końcu. Naciął skórę i wsunął pod jej powierzchnię woreczek. Zaszył otwór zostawiając jedynie rurkę, przez którą wstrzyknął kilka centymetrów sześciennych nieznanej Goku cieczy przypominającej zwykłą wodę.

-Po co to?

-Stopniowo będę ci to wstrzykiwać. Będziesz miał taką jakby bulwę.

Shadow leżała na łóżku w sterylnej, białej sali. Podłączono ją do najróżniejszej aparatury podtrzymującej życie. Była w stanie głębokiej comy. Goku już od kilku godzin czuwał przy jej łóżku. Miał nadzieję, że nie będzie to łoże jej śmierci. Czuł się za to wszystko odpowiedzialny, gdyby tylko nie dał się sprowokować nie doszłoby do żadnego ataku ze strony Gorana… Nie interesowało go własne oko, a dokładniej jego brak. Tu chodziło o życie, które być może da się jeszcze uratować. Życie tak bliskiej mu od jakiegoś czasu osoby.

Do pokoju weszła Bulma. Przyniosła kawę i papierosy. Nigdy nie palił, ale teraz…

-Co z nią? –spytał po dłuższej chwili.

-Poobijane narządy wewnętrzne, krwotok wewnętrzny, pokruszone żebra, miednica, przebite prawe płuco, uszkodzona lewa komora serca…wymieniać dalej?

-Nie…Wyjdzie z tego?

-Jeśli przetrwa tę noc…dopiero wtedy będziemy mogli mówić o czymkolwiek...Na razie możemy się jedynie modlić do Boga o…

-Bóg? –prychnął.

Kobieta zdziwiła się.

-Mój Bóg to wielki prześmiewca, wielki, bezczelny dzieciak merdający wesoło ogonkiem, gdy psuje kolejne zabawki…

-O którym bogu mówisz? Chyba nie o Dende…?

-Nie, nie znasz go…

-Chyba powinieneś się przespać.

-Nie zostawię jej.

-Twoja obecność w niczym jej nie pomoże, a ty jesteś w naprawdę złym stanie…Martwię się o ciebie…

-Nie zostawię jej, słyszysz?!

-Jak wolisz…-odwróciła się i skierowała do wyjścia.

-Czy…

-Tak?

-Czy ona mnie słyszy?

-Tego jeszcze dzisiejsza medycyna nie wie, Goku.

Wyszła. Kakarotto zapalił papierosa i wlepił nieobecny wzrok w nieprzytomną dziewczynę.

-Pamiętasz, kiedy mi śpiewałaś…? –zaczął niepewnie- ja…ja też mam coś dla ciebie…

"Nawet groźnym bogom

Nieraz łzawią oczy.

Bogowie wiedzą: śmierć jest nieszczęściem.

Inaczej chętnie umieraliby sami.." -pomyślał.

-„Gdzie jest to Słońce,

co tak czule ogrzewało mi twarz…?

Ta beztroska

Spojrzenie dziecka

Wciąż pamiętam…

Zapach mokrego piasku

I kwiatów

Zagubiłem się w nicości

Wierzyłem we wszystkie kłamstwa

Teraz i wiatr jest bez życia

Ale czy chcę wrócić?

Gdzie moje serce?

Gdzie ono zginęło…

Uwięzione w samotności

A przed moim umysłem

Zatrzaskuje się klatka.

Wciąż pamiętam

Teraz i kwiaty nie pachną

Krew tylko się leje

A dusza płacze

Boję się,

Że już nie wstanę

Chociaż znów się podnoszę

Wciąż pamiętam…

Śmiech.

Prawie nie umiem się śmiać

Blask.

Zostało mi tylko światełko

Jeżeli w ogóle istnieje

Nadzieję…

Pustka rozbrzmiewa

Jak dzwony

W cmentarnej kaplicy

Wiarę…

Nienawiść do siebie…mi pozostała…"

Mógłby przysiąc, że drgnęła jej powieka.

„Nagle Eros wstrząsnął moim sercem jak górski wicher, kiedy uderza w dęby" –pomyślał.

Przypomniał sobie o papierosie, kiedy gorący pył opadł mu na spodnie. Wypalił go i ukrył twarz w dłoniach.

Wróciła Bulma.

-Nie wypiłeś kawy. Co robiłeś?

-Spałem. –skłamał.

-Nie widać…idź-spać!

-Nie mogę…muszę…-wymamrotał ledwie przytomny.

-Twój organizm walczy teraz z ciałem obcym w twoim oczodole. Musisz położyć się spać. Takiego osłabionego nigdy cię nie widziałam! Nie pomożesz jej wycieńczając się, kapujesz? Jeżeli tak bardzo ci na tym zależy, to ja przy niej posiedzę…

-Ale…

-Idź spać, zanim mój mąż cię uśpi!

-Nie radziłbym…

-Chryste, ale ty jesteś uparty.

Wyciągnęła z kieszeni kapsułkę i rzuciła ją w kąt pokoju. Przed Goku pojawiło się łóżko.

-Śpisz tutaj, może być?

Wstał i z trudem doszedł do łóżka. Położył się i niemal od razu usnął.

Bulma pokręciła głową i wypiła zimną kawę.

Pamiętała, jak to ona całe dnie czuwała przy łóżku męża, gdy ten był umierający…

Siedziała w ławce gotyckiego kościoła owinięta jedynie w krwisto –czerwoną, satynową kołdrę. Poza nią i księdzem nikogo nie było. Wtedy ona wstała, zrzuciła z siebie piernat. Była naga, na jej ciele było pełno siniaków i drobnych, obficie krwawiących ran.

-To on mi to zrobił, rozumiesz?! –krzyknęła i upadła.

Z ambony podszedł do niej Goku w sutannie, uniósł ją i stwierdził:

-Jeśli chcesz rzygać, to na zewnątrz.

Nagle z jej ran zaczęły wyłazić białe larwy formujące się w napis „Eros".

Podał jej gumową kaczuszkę i puścił ,a ona upadła w czarną toń.

Tonęła w rzece krwi, utrzymywała się na powierzchni jedynie dzięki gumowej kaczce, która przemówiła:

-Nikt nam nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne!

Nagle stała na skale w czerwonej sukni. Pod nią morze i ostre skały. Rzuciła się w przepaść, krzycząc „liberum Veto!" . Goku złapał ją w locie.

-Śnił mi się Bejita. Był nagi. –oznajmił bez ogródek.

-Co? –spytała przerażona.

-Chciało mi się wymiotować. –dodał.

-Mnie też chce się wymiotować na jego widok –rzuciła z ulgą.

-Ale ja wymiotuję, kiedy się podniecam…

-W takim razie nie chciałabym z tobą sypiać –wypaliła kompletnie zablokowana intelektualnie.

-Dlaczego? Moja żona mówiła, że jestem boski…

-Twoja żona musiała być bardzo brudną kobietą…

Była na swojej rodzimej planecie. Nie wiedziała dlaczego, ale była małym dzieckiem. Siedziała na kolanach matki, która opowiadała jej stare Veelańskie legendy. Nagle kobieta zerwała z siebie bluzkę, otworzyła lewą pierś, z której wyłoniła się głowa Bejity, mówiąca:

-Ogrzej mnie. Teraz.

Przerażona wepchnęła głowę z powrotem i rzuciła się do biegu. Za nią biegł Goku, ale nie mógł nadążyć, więc wyjął swoje lewe oko i rzucił nim w jej głowę. Upadła.

-To dla ciebie! –wykrzyknął.

-Kim ty jesteś, żeby we mnie rzucać…okiem, co?! –zirytowała się.

-Bogiem prześmiewcą –roześmiał się i obrócił o 360 stopni.

Jej oczom ukazał się Goran.

Znaleźli się w Centralnej Stolicy.

-Patrz. –rzucił i uniósł rękę do góry.

Wystrzelił z niej miliony maleńkich pocisków, które rozleciały się po całym mieście. Poczuła, jak miliony drobnych ki zmalały do zera. Uniósł drugą dłoń do góry i z ziemi do nieba uniosła się krew zabitych po to, by stworzyć ogromną chmurę, z której zaczął lać deszcz krwi.

-Kocham deszcz, a ty? –rzucił wesoło.

-Nie. –odpowiedziała oschle.

-Suka.

Podszedł do niej i zgniótł ją tak, jak ona zniszczyła jego okulary.

-To za okulary? –spytała słabo.

-To była moja gumowa kaczusia!

-A wsadź ją sobie w dupę!

-Tam już zajęte –odpowiedział po dłuższej chwili namysłu.

Wtem zjawiła się Junigatsu z bazooką i krwią na dłoniach. Wystrzeliła z niej prosto w Gorana, po czym rzekła:

- W imię Dendego, nieczyste dusze nieumarłych zostaną odesłane na wieczne potępienie! Amen!

-Uratowałaś mnie…

-Teraz ty mi pomożesz! –odparła dziewczyna.

-Jasne, co mam zrobić?

-Bejita zjadł moje słoneczko. Pomóż mi.

-Jakie słoneczko?

-Takie z wodoru i helu.

-A po co ci ono?

-A po co on je zjadł?

-Mogłaś sprawdzić w tyłku Gorana –westchnęła.

-A co ono miałoby tam robić?

-Świecić. W każdym razie mówił, że zajęte…

-Ostatnio zabrakło mi kartonu mleka w lodówce, więc może ono tam jest…? –zastanowiła się dziewczyna.

-Nie, to twoja siostra je wypiła…

-Ha, wiedziałam, żeby ją zabić! Idę po nowe mleko –rzuciła i odeszła.

A ona została sama. Wtem jakieś dziecko pociągnęło ją za rękaw. Odwróciła się. Dziecko było niskie, miało krótkie, czarne włosy, jedno oko było czarne, a drugie złote. Mogło mieć około sześciu lat.

-Czy ty wiesz, co ja przez was przeżywam?! –wykrzyknął chłopiec, szarpiąc ją bezlitośnie.

-Przez kogo?

-Domyśl się! Tak mnie wkurzasz, że Ate przyjdzie i cię rozwali!

-Ate to małe dziecko, dlaczego miałaby mnie rozwalić?

-Bo mnie kocha, a ciebie wcale! –krzyknęło dziecko i odbiegło.

Obudziła się w szarym pokoju. Była cała obolała. Leżała w wielkim, zdobionym łożu. Spostrzegła, że z ramienia cieknie jej krew. Spojrzała w dół. Wokół uda miała owinięty jasno-brązowy ogon. Jej ogon był bardzo ciemny.

-Nie! –wykrzyknęła z całych sił.

Goku wpatrywał się w nią, kiedy ona nagle zbudziła się i zaczęła krzyczeć. Zerwała maskę tlenową i rozejrzała się panicznie po pokoju. Zauważyła Goku. Uspokoiła się z lekka. Z jego twarzą było coś nie tak.

-Obudziłaś się! Bulma! –wydarł się Saiyan.

-Chryste, ale miałam koszmar…Długo spałam?

-Ponad miesiąc? –nie był pewny, ile dni tam spędził.

-Coś jest nie tak z twoją twarzą…

-Nie mam oka.

-Bez niego też ci ładnie. –wypaliła.

-Dobrze jest znów mieć się przy sobie –roześmiał się po raz pierwszy od wielu dni.

-Jak idzie trening?

-Nie mam pojęcia, ćwiczą sami…

-Co to znaczy ćwiczą sami?! A ty?

-Siedziałem tutaj….

-Przy…mnie?

Skinął głową.

-Powiedz mi, jak bardzo było ze mną źle?

-Shadow…ty umierałaś na moich oczach…-westchnął.

-Ale żyję.

Uśmiechnął się.

-Tak. Żyjesz. Ale…

-Ale co?

-Musimy czekać na Bulmę. Ona ci wszystko wyjaśni…ja nie potrafię…

Chwilę później do pokoju weszła niebieskowłosa kobieta.

-Jak się czujesz? –spytała.

-A jak powinnam? –spytała niepewnie.

-Wyglądasz wspaniale, jak na kogoś po takich przeżyciach, ale jest kilka rzeczy, które muszę ci powiedzieć…

-Jestem gotowa.

-A więc…Masz potłuczone chyba wszystkie możliwe narządy wewnętrzne…czeka cię długa kroplówka. Dalej…tamtej nocy pożegnałaś się ze swoimi żebrami i miednicą…

-Co przez to rozumiesz?

-Zniszczone kompletnie. Masz sztuczną miednicę, żebra…właśnie, jedno z nich przebiło twoje płuco i ciebie na wylot. Ono też jest „wspomagane"…I najgorsze…Masz uszkodzoną lewą komorę serca, wszczepiliśmy ci urządzenie, dzięki któremu będzie ono mogło pracować samodzielnie, ale…

Goku położył dłoń na jej dłoni.

-Już nigdy nie będziesz zdolna do walki…