Oryginalny tytuł serii: The Progress of Sherlock Holmes

Autor: ivyblossom

Link do oryginalnego opowiadania w profilu.

Otrzymano zgodę na tłumaczenie.

Tłumaczenie z języka angielskiego: kottkvarn

Rozdział: Too Long

10. Zbyt długo

Narzędzie zbrodni: nóż. (Zwyczajny nóż kuchenny, wyróżniający się jedynie dwiema starannymi, pokrytymi lakierem atramentowymi literami na rączce. Ktoś dbał o ten nóż. Dzielił kuchnię z inną osobą i nie chciał pogubić swoich rzeczy (kobieta, oczywiście). Nóż kuchenny przeznaczony do robienia obiadów i sałatek, a nie do mordowania czternastoletnich chłopców w ciemnych alejkach. Ten nóż należy do kobiety, która dzieliła z kimś kuchnię. Żyła w domu dla matki z dzieckiem albo w schronisku; w schronieniu dla skrzywdzonej kobiety. Zabrała tam wszystkie swoje rzeczy. Ale to było lata temu. W jej nowym mieszkaniu lakier zszedł z inicjałów i nie położono na nich nowej warstwy. I jej syn; ma szesnaście lat i historię przestępczą. Wcześniej ktoś inny podniósł w złości ten nóż. Na drewnianej rączce widać odciśnięte półksiężyce paznokci. Mężczyzny. Jej syna? Jej męża?)

Na ekranie miga nagranie z CCTV. Dwaj chłopcy wchodzą w alejkę; jeden, czternastoletni (ofiara. Obecnie znajduje się w szpitalu w stanie krytycznym, rany cięte nożem) i drugi, szesnastoletni (zawiła historyjka o wykrzykującym groźby, wysokim mężczyźnie w kamizelce; zbyt zawiła, zbyt drobiazgowa. Kto poza mną nosi w tych czasach kamizelki?). Poza nimi nie ma nikogo na ulicy. Jeden chłopak (starszy) zaczyna uciekać. Próba, najwyraźniej. Wybiega poza ekran. Cicha ulica: potwierdzenie przypuszczeń. Zatrzymuję podgląd, wyciągam telefon i piszę do Lestrade'a.

Aresztować szesnastolatka. Motyw można znaleźć w jego wiadomościach. SH

Chrząknięcie. John. (Oczywistość. Nawet w tym geście słyszę nutę jego głosu. Niemożliwy do pomylenia.)

Odwracam się. Stoi w drzwiach, połowicznie schowany za wieszakiem na płaszcze. Wygląda na mniejszego niż zwykle. Odrobinę zażenowanego. Nieświadomie próbuje coś ukryć. Co takiego? John. (Od jak dawna tu stoisz?) Odwracam się, żeby na niego spojrzeć. Uśmiech. Nie widziałem go od trzech tygodni. Trzymał się blisko Mary. Tęskniłem za nim. W tej chwili czuję, jak bardzo. (Szokująco mocno.) Coś jest nie w porządku.

Był u fryzjera, ma nową fryzurę. (To nie to.) Do twarzy mu w niej.

- Spóźniłeś się. – Podaję mu narzędzie zbrodni, wciąż zapakowane w torebkę na dowody.

- Potrzebowałem trochę czasu, żeby tutaj dotrzeć – odpowiada z zawstydzeniem i rusza w moją stronę.

Kuleje. Bardzo kuleje, porusza się o lasce. (Ma teraz nową: drewnianą. Prezent. Och. Prezent od Mary. Musiała zakupić ją niedawno, ponieważ kulenie Johna wróciło, kiedy nie było ich w Londynie. Specjalnie ją dla niego wybrała. Sądzi, że mu się podoba. Nie cierpi jej. Jego dziadek miał taką samą. Sprawia, że czuje się jak starzec chodzący o typowo starczej lasce. Ta brzydsza, metalowa, była znacznie lepsza. Bardziej szpitalna, mniej geriatryczna. Wyglądała na tymczasową; miała pomóc w tylko przejściowym kuleniu. Ta sugeruje natomiast, że będzie musiał żyć z tą przypadłością, z kuleniem nieco upiększonym przez powyginany, pokryty na drobnomieszczańską modłę lakierem kijek. Nie. W ten sposób mu nie pomoże.)

Oczywiście, że potrzebował trochę czasu, żeby tutaj dotrzeć. To piąte piętro starego, policyjnego budynku. Bez windy. Och, Johnie.

To jest to, właśnie to jest nie w porządku. John wie, że wszystko dzieje się w jego głowie. Czy boi się, że zacznę z niego szydzić? Podśmiewywać się z niego? Że spojrzę na niego z góry, każę mu się przede mną czołgać? (Czy byłbym do tego zdolny? Może kiedyś. Nie teraz.)

Marszczę brwi. Nic nie mogę na to poradzić, martwię się. Dlaczego znów zaczął kuleć? Sądziłem, że udało mi się go z tego wyleczyć. Terapia szokowa. A jednak jego umysł zawzięcie się broni. Chce w jakiś sposób ukarać Johna. Sprawić, żeby cierpiał.

- Rozumiem.

Podchodzi do mnie, mocno kulejąc. Kuleje jak prawdopodobnie nigdy przedtem. Trzy tygodnie bez sprawy (z daleka od ryzyka, ucieczek na złamanie karku, wyciągania swojej nielegalnej broni) to za długo.

(Jednakże: podczas życia ze mną bez sprawy do rozwiązania przez pięć tygodni nie przywróciły jego kulenia. A nawet sześć tygodni ze mną i bez sprawy. Normalny tryb życia, obiady poza domem, oglądanie telewizji, robienie szpitalnych zakładek, koszmary: sześć tygodni, a kulenia brak. Teraz: trzy tygodnie z dala ode mnie i okropnie kuleje. Więc: lekarstwem nie jest zagrożenie, a możliwość zagrożenia, potencjalne zagrożenie. Kiedy wstając rano nie wie, czy dzisiaj znów nie zostanie postrzelony, czy nie będzie zmuszony do skakania z budynku na budynek, czy nie będzie musiał ukrywać się przed mordercami albo włamywać do domów po dowody. Nie chodzi tylko zagrożenie. Chodzi o mnie. Trzy tygodnie z dala ode mnie powodują kulenie.)

(Dobre samopoczucie Johna jest całkowicie zależne od mojego towarzystwa. Satysfakcjonujące. Słodko-gorzkie. Przyjemne. Czy o tym wie?) Oznajmiam mu:

- Sprawcą jest chłopak.

- Już zdążyłeś go rozpracować? – Jest zawiedziony. Puszę się; tak, już to rozpracowałem.

- CCTV – zbywam komplement ręką. Nie chcę okazywać zbytniej pewności siebie, kiedy John czuje się poniżony. – Wiemy, kto to zrobił, ale nie mamy pojęcia dlaczego. Jeszcze nie sprawdziłem jego wiadomości – wskazuję ręką na laptopa ze stolika. Opiera swoją (okropną) laskę o krzesło i siada przed monitorem. Rzuca okiem na ekran. Kiedy przegląda pliki, nieświadomym gestem pociera nogę. Nigdy nie widziałem, żeby sprawiała mu aż tyle bólu. Nie mogę tego znieść.

Rozwiązanie: nic prostszego. (Wysłać kilka wiadomości; zaaranżować spotkanie. Banalne, naprawdę.) Spędziliśmy pół nocy ścigając mężczyznę, którego wziąłem za potencjalnego mordercę (tego niedoświadczonego). Padły strzały; trafiły bardziej ścianę niż któregoś z nas. Nastąpiło aresztowanie (po tym jak John przygwoździł sprawcę do ziemi i znokautował go, oczywiście).

John ciężko dyszy, ale jego noga ma się doskonale (to dobry znak - wszystko jest w jego głowie, która po prostu potrzebuje przypomnienia). Poklepuje mnie, nagle przestraszony, że zostałem postrzelony, a on tego nie dostrzegł. Łapie mnie za szczękę i zmusza mnie, bym odwrócił głowę. Palcami bada moją szyję, moje ucho. Zabiera palec i pokazuje mi go. Krew. Trafił mnie. Nawet nie poczułem. Teraz: lekko piecze.

- Auć – mówię, dotykając szyi. Krew kapie z płatka mojego ucha.

- To było durne z twojej strony – wyrzuca z siebie John. – Gdybyś był dwa centymetry niższy, ta kula przeszyłaby twój mózg. Coś ty sobie myślał?

Myślałem o tobie. O tobie, Johnie. Oczywistość. Przestał kuleć. Dwadzieścia jeden dni oddzielenie to za długo. Jeden wybuch gniewu (przypomnienie jakim jest jego życie, jego życie ze mną, bycie obok mnie) wystarczyło.

Na jak długo?

#

Pęka mi głowa; pieczenie w gardle, suchość w ustach. Jest mi tak zimno, że mam wrażenie, jakby przewiewał przeze mnie wiatr. Chwilę później jest mi tak gorąco, że muszę ściągnąć pidżamę. Mimo, że mam ochotę, nie kaszlę, bo wywołam tym bolesny atak. Pot. Ból. John położył mi na czole wilgotną szmatkę; dziwacznie kojące. (Ponieważ on ją tam położył? Możliwe.)

- Oczywiście nie od dzisiaj czujesz się fatalnie. Powinieneś do mnie zadzwonić. – John przenosi telewizor do mojego pokoju. Nie mam pojęcia, po co.

- Wolę wysyłać wiadomości – brzmię dziwnie, obco. Mój głos wcale nie przypomina mojego głosu. Wydaję dźwięki kosmity.

- Więc powinieneś do mnie napisać. Teraz masz grypę.

- Wszystko będzie w porządku. – Tak na marginesie: nie brzmi, jakby miało być w porządku. Brzmi okropnie. W ustach wciąż czuję cierpki smak antybiotyku. Kaszlnięcie. (Auć.)

Stawia telewizor na komodzie, podłącza go do prądu. Włącza. Dźwięk jest za głośno, więc sięga po pilota (w tylnej kieszeni jego spodni). Zanim głos cichnie, John masakruje przycisk. Reguluje wszystko tak, że nie mam wyboru, muszę oglądać; migoczące światełka są denerwujące. Chcę zapytać, dlaczego przeniósł tutaj ten cholerny telewizor, lecz kiedy tylko próbuję się odezwać, znów zaczynam kaszleć. Nieprzyjemne.

Lata dookoła jak kot z pęcherzem. (Uwagi: nie kuleje. Ostatnio widziałem go cztery dni temu, a on nadal nie kuleje, ani trochę. Cztery dni w separacji są w porządku dopóki, dopóty noga Johna ma jakieś zajęcie. Moje płuca sprzeciwiają się przeciwko mnie.) Idzie do kuchni. Wraca ze szklanką pełną wody i zmusza mnie, żeby ją wypił. (Kaszlę.) Znów napełnia szklankę wodą i stawia ją na stoliku nocnym. Idzie do kuchni; wraca z trzema pomarańczami. Pakuje się do łóżka obok mnie. Bierze pilota i przełącza z kanału na kanał, aż znajduje coś, co lubi. Mości się, jego ramię dotyka mojego. (Być może przeniesienie telewizora nie było wcale takim złym pomysłem.) Obiera jedną z pomarańczy i kawałek wkłada sobie do ust. Kolejnym wskazuje na mnie.

- Jedz. – Próbuję usiąść nieco wyżej, narzekam, kaszlę. Niemal na siłę wpycha mi do ust cząstkę pomarańczy. Wybuch słodyczy. Jego kciuk muska moją wargę, przesuwa się po niej i na chwilę zatrzymuje na moim podbródku. Bierze kolejny kawałek i podtyka mi go pod nos. Otwieram usta i wyciągam język, przyjmując owoc jak lekarstwo. – Grzeczny chłopczyk.

Cztery dni są w porządku.

#

Ciało w sitowiu; wzdęte i śmierdzące. Donovan i Lestrade trzymają się na pewną odległość. Nie mam nic przeciwko. Rozkładające się ciało ludzkie wcale nie różni tak bardzo od żywego; odrobinę inny zestaw związków chemicznych wydzielający się z elastycznego pokrowca. Wciąż pełen wskazówek człowiek. Ślady na szyi (palce), ślady na nadgarstkach (palce), ślady na przedramionach (palce). Ślady palców jak wielu rąk? Pięciu różnych rodzajów. Gang. Ten mężczyzna był silny, bronił się. Walka kosztowała go kilka zębów.

Kątem oka wychwytuję ruch. Ostatnio widziałem go trochę mniej jak dwa tygodnie temu. (Byli na odwiedzinach u znajomych Mary w Berwick-niedaleko-Tweed. Wycieczka wypełniona golfem i tego typu sprawami.) John. Znowu kuleje. Podnoszę wzrok.

- Wszystko w porządku? – Pytam go. Schodzi po śliskiej krzywiźnie; nikt mu nie pomaga. Ma ze sobą laskę (tę drewnianą; biedny John. Jest koszmarna i trochę za krótka dla niego).

- W porządku – zrzędliwym tonem mruczy pod nosem. – W porządku.

- Jak tam golf?

- Nudniejszy niż potrafisz sobie wyobrazić.

- Biorąc pod uwagę jak dobrze znasz potęgę mojej wyobraźni, chyba naprawdę było niewesoło.

Na szczęście w Londynie zawsze jest coś niebezpiecznego do zrobienia. Jedenaście dni: to zbyt długa separacja i dla mnie, i dla Johna.

- Napisz wiadomość – podnosi wzrok, przez chwilę odrobinę zagubiony. Jeszcze nie zszedł z krzywizny na dół. Mimo to, zatrzymuje się i wyciąga z kieszeni telefon. Spogląda na mnie wyczekująco.

Dyktuję mu numer. To będzie długa noc.

#

Ciało znalazła gospodyni. (Rozważam: co zrobiłaby pani Hudson, gdyby znalazła w przedpokoju mój tułów oderwany od bioder i to w torbie od krykieta? Zaczęłaby krzyczeć, uciekać, płakać, wezwałaby policję czy zaczęłaby krzyczeć, potem zadzwoniłaby na policję i zaczęła płakać? W głębi serca jest bardzo praktyczną kobietą.) Słyszę Johna na schodach. Już wiem, co oznacza dochodzący mnie dźwięk: minęło dziewięć dni. Uderzenia jego laski na stopniach. Dziewięć dni to za długo. Znów zaczął kuleć. Nie tak bardzo, nie tak mocno, żeby wahał się przed każdym schodkiem i miał grymas na twarzy, kiedy siada, jednak już dostrzegalnie.

Nie odwracam się do niego, kiedy wchodzi. Pochylam się nad torbą od krykieta, szukam dookoła potencjalnych dowodów. (Porozrzucane w obrębie tego pomieszczenia: grabie, siekiera, piła, maczeta, piła mechaniczna. Żaden z tych przedmiotów nie jest narzędziem zbrodni. Na szyi, tuż pod linią odcięcia głowy, widać ślady. Uduszony. Czymś delikatnym: szalikiem? Poszewką od poduszki? Nie sznurem. Obrusem.)

- John. – Zatrzymuje się w drzwiach. Nie muszę na niego spoglądać, żeby wiedzieć, że męczy się z tym pretensjonalnym, drewnianym obrzydlistwem. – Daj mi swoją laskę.

Kuleje w moim kierunku. Wyciągam rękę w tył, nie oglądając się za siebie. Nie muszę widzieć; dobrze wiem, jak John teraz wygląda: nieco zażenowany własnym kuleniem, zdezorientowany nim, sfrustrowany. Trzyma się nadziei, że o tym nie wspomnę. (Nie zamierzam. Nigdy tego nie robię.) Próbuje ukryć się za przydługą grzywką (tak, jakby rzeczywiście mógł). Wkłada mi laskę w dłoń.

- Dziękuję.

Chwila niezdecydowania; siekiera? Piła? Najprostsza w użyciu byłaby piła mechaniczna. Podchodzę do niej. Biorę ją do jednej ręki, w drugiej trzymam laskę Johna.

- Sherlocku?

Wkładam laskę pod pachę i włączam piłę. Silnik odpala za pierwszy razem. Trzymam ją w prawej dłoni, laskę wypuszczam w lewą. Pojedyncze cięcie w sam jej środek. Górna część tego obrzydlistwa uderza o ziemię. (Tandetna złota końcówka, wyszczerbiona i brzydka. Wygląda, jakby ktoś ją przeżuł. Była znacznie za często używana.) Wyłączam piłę.

Spoglądam na Johna. Zatkało go. Jest kompletnie zdezorientowany.

- To straszne – mówię. – Twoja biedna laska, to był tragiczny wypadek. Jaka szkoda.

Wybucha śmiechem.

Podchodzę do drzwi i sięgam po czarną, metalową laskę, którą przyniosłem ze sobą. Podaję ją Johnowi, rączką naprzód.

- W sam raz nada się w zamian.

Ma idealną dla niego długość; specjalnie ją zamówiłem. (Pomocny był oczywiście fakt, że znam dokładną długość jego ramion i nóg, dynamikę jego chodu; byłem w stanie dokładnie sprecyzować idealny rozmiar dla niego. Za jakiś czas odkryje, że tuż pod rączką są wygrawerowane jego inicjały. Małe litery: JHW umieszczone w takim miejscu, by mógł przesuwać po nich palcem, kiedy będzie znudzony. Nie zauważy ich teraz. Dopiero później, w domu, przesunie palcami w tym miejscu.) Nie jest ani trochę przeciętna jak jego pierwsza laska (ta, którą dostał w szpitalu - nie ma wątpliwości, że i tak była lepsza od jego drugiej), jednak solidna, skromna i (przede wszystkim) wyraźnie tymczasowa.

- Dziękuję – uśmiecha się do mnie. Zaskoczenie. Wdzięczność. Uczucie.

Skinam głową i wracam do torby od krykieta.

#

Umówiliśmy się z Johnem na obiad u Angelo'a. Mary dzisiaj pracuje (czyżby? Jestem ciekaw), więc mamy popołudnie dla siebie. Żadnych konkretnych planów; zobaczymy, na co przyjdzie nam ochota. Siadam przy oknie i patrzę na niego, kiedy się zbliża. Idzie pewnym krokiem, jednak lekko przechyla się na lewo; znów faworyzuje lewą nogę. Nie jest tego świadom. Jego ciało walczy przeciwko niemu. Mózg reaguje na uraz, którego fizycznie nie ma. Teraz nie kuleje, jednak niedługo zacznie. Ostatnio widziałem go sześć dni temu.

Sześć dni. Za długo.

#

- Powinieneś widywać się ze mną dwa razy w tygodniu – oznajmiam Johnowi.

Siedzi w fotelu naprzeciwko mnie. Czyta magazyn medyczny. (Jego subskrypcje wciąż przychodzą na Baker Street, mimo że od dawna nie płaci połowy czynszu.) Jest wtorkowe popołudnie, Mary poszła na spotkanie Klubu Książki. John trzyma filiżankę z herbatą, ma ochotę na kolejnego herbatnika. Spogląda na mnie poprzez grzywkę.

- Słucham?

- Śledziłem postęp twojego kulenia.

Jest odrobinę onieśmielony. Do tej pory nigdy nie wspomniałem o tym otwarcie, mimo że problem był oczywisty od kilku miesięcy. John woli udawać, że nic się nie dzieje, jednak ta jedna rozmowa niczego nie zmieni. Szybko przez to przebrnę i zmienię temat.

- Potrzebujesz regularnego pojawiania się w niebezpiecznych lub potencjalnie niebezpiecznych sytuacjach. Zaczynasz kuleć gdzieś pomiędzy czterema a pięcioma dniami pozbawionymi takich bodźców. Ja mogę ci je zapewnić. Jeżeli będziesz się ze mną widywał co najmniej dwa razy w tygodniu, nie będziesz kuleć.

Pauza. Wygląda na zbitego z tropu. Spoglądam na gazetę leżącą na moich kolanach. Przeglądam wiadomości. Szukam wzmianek na temat przestępstw związanych z łożyskami kulkowymi. (Ważne.)

- Oczywiście – podejmuję po chwili - jeżeli pojedziesz na wakacje albo z innego powodu zostaniesz ode mnie odseparowany, sądzę, że jesteś w stanie sam sobie zapewnić małą dawkę adrenaliny raz w tygodniu. Tyle powinno wystarczyć, chociaż nie jestem tego całkowicie pewien. Podejrzewam, że łatwiej byłoby ci się ze mną spotykać.

- Ja… - Wygląda na to, że John nie wie, co chce powiedzieć.

- Co najmniej raz w tygodniu Mary ma nocną zmianę i co najmniej raz w tygodniu spotyka się po pracy ze swoimi znajomymi. Gdybyś spędził te wieczory ze mną, w ogóle nie musiałbyś używać laski. – Nie podnoszę wzroku. Słyszę, jak odpręża się w fotelu. Robi wydech i zaczyna się śmiać.

- Ja… Rozumiem. – Spoglądam na niego. Posyła mi szeroki uśmiech. Jest pod wrażeniem. Schlebiłem mu. Znów rozwiązałem za niego jakiś problem. (Nie zdawał sobie sprawy?) Wciąż jest odrobinę zażenowany. – Niesamowite. Opracowałeś to co do godziny, co? – Potrząsa głową. – To… Niesamowite.

- Cóż. – Znów spoglądam w gazetę. Komplementy Johna nigdy nie przestaną rozszerzać naczynek krwionośnych na moich policzkach.

- Jak długo zajęło ci wysnucie odpowiednich wniosków?

Zastanawiam się przez moment.

- Jakieś cztery miesiące.

Wstaje, podchodzi do mnie. Siada obok. Kładzie dłoń na moim policzku, głaszcze go kciukiem. Odwracam głowę i, wciąż trzymając gazetę, spoglądam na niego. Wpatruje się we mnie. Pochyla się i (lekko) całuje mnie w usta.

- To dobry plan. Dziękuję ci.

Nie wiem, co odpowiedzieć. Więc nic nie mówię.

Nie wstaje. Zostaje tak, siedząc obok mnie, czytając gazetę. Przez resztę nocy czuję na ustach echo jego pocałunku.