Harry obudził się. Tym razem przebudzenie było łagodne, a nie jak uderzenie w twarz czy gwałtowne zrywanie się z łóżka ze stłumionym krzykiem. Po prostu otworzył oczy. Czuł lekkie pulsowanie w prawym ramieniu oraz tępy ból prawego policzka.
Ostrożnie przyłożył dłoń do twarzy. Syknął, gdy zraniona po upadku skóra zapiekła dotkliwie.
Nie miał okularów, więc wyłaniające się z ciemności kształty łóżek, nocnego stolika i ściennego zegara na przeciwległej ścianie były zamazane. Nie wiedział, która jest godzina, miał jednak wrażenie, że jest bardzo wczesny ranek. Było trochę zbyt jasno jak na środek nocy. Ciszę przerywało jedynie monotonne tykanie zegara oraz… Harry wytężył słuch. Z kantorka pani Pomfrey dobiegały odgłosy rozmowy.
Nadstawił uszu. Słyszał głos pielęgniarki oraz drugiej kobiety – cichy i niski, który znał bardzo dobrze, ale w pierwszej chwili nie był w stanie skojarzyć osoby.
Po chwili drzwi gabinetu pielęgniarki otworzyły się. Smuga jasnego światła padła na posadzkę. Harry odruchowo przymknął oczy, udając, że nadal śpi.
- Nie ma za co – powiedziała pani Pomfrey, zniżając głos do szeptu. Najwyraźniej nie chciała obudzić śpiącego pacjenta. – Rozumiem, że wolałaś nie iść z tym do Severusa. Tu masz dawkę na cały miesiąc. O regularnym zażywaniu chyba nie muszę ci przypominać?
- Raczej nie – w głosie drugiej kobiety dał się słyszeć cichy śmiech. Drobna postać w ciemnym stroju stanęła w smudze światła i wtedy Harry ją rozpoznał, mimo braku okularów. Profesor Fedele. – Bardzo ci dziękuję, Poppy. Rzeczywiście wolałam się z tym zwrócić do ciebie, niż do Severusa.
- To zrozumiałe – potaknęła pielęgniarka. – Gdybyś jeszcze czegoś potrzebowała, zwróć się z tym do mnie.
- Naturalnie.
- Wyglądasz na bardzo zmęczoną, kochanie – w głosie pani Pomfrey dało się wyczuć troskę. Obie panie stały nieopodal łóżka Harry'ego, zaledwie kilka kroków dalej. Ze względu na pacjenta mówiły tak cicho, że chłopak musiał bardzo wytężać słuch, aby słyszeć ich rozmowę. – Ciężką miałaś noc, prawda?
- Nawet oka nie zmrużyłam – ziewnęła profesor Fedele. – Całe szczęście, że dzisiaj niedziela. Przynajmniej będę mogła odespać. Która to godzina? Dwadzieścia po czwartej… ech, chyba nie opłaca mi się teraz kłaść spać, bo nie wstanę na śniadanie. Wypiję kawę i znajdę sobie jakieś zajęcie. Ciekawe, czy Albus będzie na śniadaniu. Jest chyba bardziej zmęczony, niż ja…
Harry wstrzymał oddech.
- Albus wrócił? – w głosie pani Pomfrey brzmiała wyraźna ulga.
- Razem ze mną, niecałe pół godziny temu.
- Chwała Merlinowi! Od razu bezpieczniej się czuję, wiedząc, że Albus jest w Hogwarcie. Jak go nie było, a przyszła wiadomość o ucieczce śmierciożerców, myślałam, że oszaleję ze strachu. Cały czas miałam wrażenie, że lada chwila wpadną tu całą zgrają do zamku i wszystkich wymordują. I jeszcze ten wypadek Pottera, straszna historia. Co za ulga, że Albus już wrócił. Co za ulga!
- Wypadek? – głos profesor Fedele stał się nagle ostry i czujny. – Jaki wypadek? Co z chłopcem?
- Nawet nie chcę o tym mówić – pani Pomfrey z irytacją pociągnęła nosem. – Spadł z miotły, głupi dzieciak. Poprzedniego dnia wziął ode mnie trochę Eliksiru Słodkiego Snu, mówił, że ma koszmary, bardzo źle sypia… no i oczywiście wziął za dużą dawkę, chociaż go uprzedzałam, by był ostrożny, skutkiem czego zasnął podczas treningu. Cud, że nie zabił się na miejscu. Na szczęście dzięki interwencji Rolandy wszystko dobrze się skończyło, chłopak powinien wrócić na poniedziałkowe zajęcia. Swoją drogą, mam wrażenie, że młodzież z każdym rokiem jest coraz głupsza.
- I ty mi to mówisz? – w głosie profesor Fedele dał się wyczuć śmiech. – Pięć lat uczyłam w szkole i mam wrażenie, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, jeśli chodzi o nastolatków. Do końca życia nie zapomnę jednego ucznia, notabene szesnastoletniego, czyli nie jakiegoś smarkatego naiwniaka, któremu koledzy wmówili, że Diabelskie Sidła to najlepszy prezent urodzinowy dla dziewczyny, bo ma tak piękne kwiaty. Młodemu idiocie nie przyszło do głowy, że sama nazwa sugeruje coś, z czym lepiej się nie stykać. Nie dał mu nawet do myślenia fakt, że w żadnym sklepie nie kupi się legalnie Diabelskich Sideł i nabył je gdzieś na lewo, na czarnym rynku. Szczęście, że dziewczyna otworzyła swój prezent od razu, przy stole podczas śniadania i na oczach nauczycieli, a nie gdzieś w zaciszu dormitorium. Cudem ją wyratowałam, a uwierz mi, nie tak łatwo poradzić sobie z Diabelskimi Sidłami owijającymi się wokół szyi…
Pani Pomfrey stłumiła chichot.
- Biednemu adoratorowi chyba się dostało – wykrztusiła.
- A skąd. Zaraz po tym, jak dziewczyna odzyskała przytomność, zaczęli sobie padać w ramiona, wyjaśniać, przepraszać, dzióbku, słoneczko, misiaczku, no i rozeszło się po kościach. Co tylko dowodzi, że dzisiejsze dziewczyny są bezgranicznie głupie. Ja bym takiemu przynajmniej przyłożyła doniczką… - profesor Fedele usiłowała nie roześmiać się w głos.
Chichocząc cicho, obie panie ruszyły w kierunku drzwi wyjściowych. Harry nie był już w stanie usłyszeć, o czym mówią. Leżał z szeroko otwartymi oczami i słyszał stukot szpilek profesor Fedele, która wychodziła właśnie ze skrzydła szpitalnego oraz ciche, lekkie kroki pani Pomfrey, wracającej do swojego gabinetu.
A więc Dumbledore wrócił. Harry leżał nieruchomo, starając się nie poruszać wciąż obolałymi członkami.
Nie miał zamiaru czekać dłużej. To już zaszło za daleko i nie chciał z lękiem oczekiwać kolejnej nocy. Tym razem nie miał koszmarów, ale kto wie, jaka będzie następna noc…
Przymknął oczy.
Pani Pomfrey na pewno nie pozwoli mu dzisiaj wyjść z łóżka, a Harry zamierzał przeprowadzić rozmowę na spokojnie, najlepiej w zaciszu gabinetu nauczycielskiego, bez wszechobecnej pielęgniarki, wciskającej mu kolejne lekarstwa i mierzącej temperaturę. Nie, zdecydowanie musi wymknąć się ze skrzydła szpitalnego.
Czy aby da radę?
Ostrożnie poruszył nogami. Ból zrastających się kości był dotkliwy, ale nie sądził, aby nie był w stanie go wytrzymać. Ostrożnie odsunął kołdrę i podpierając się dłońmi, usiadł na łóżku, spuszczając nogi na podłogę. Biodro paliło go żywym ogniem, podobnie, jak lewe kolano, ale znosił już gorszy ból. Starając się nie narobić hałasu i zerkając w kierunku drzwi do kantorka pielęgniarki, wstał. Przez moment był pewien, że nie da rady. Zakręciło mu się w głowie, chwycił się stolika, zachwiał się, ale już po chwili zawroty głowy ustąpiły. Ostrożnie puścił się stolika i wyprostował.
Stał. Wprawdzie na trochę chwiejnych nogach, ale stał.
To mu wystarczyło. Wiedział, że Szkiele-Wzro nadal działa i cały czas regeneruje jego kości. Za kilka godzin powinien czuć się znacznie lepiej.
Wsunął się z powrotem do łóżka, całkowicie przytomny i rozbudzony. Już wiedział, co zrobi. Błyskawicznie opracował sobie plan, który nie mógł go zawieść.
Leżąc z otwartymi oczami i oczekując nadejścia świtu, myślał, że pani Pomfrey i profesor Fedele miały absolutną rację w kwestii głupoty młodych ludzi. Dlaczego nie pomyślał o tym wcześniej? Rozwiązanie leżało niemalże w zasięgu ręki. Tak proste i oczywiste.
X X X X X
Gdy nadszedł ranek, a pani Pomfrey wynurzyła się ze swojego kantorka, Harry udawał, że śpi. Wyczuł, że pielęgniarka pochyla się nad nim i dołożył wszelkich starań, by udawać uśpionego. Najwyraźniej pani Pomfrey dała się na to nabrać, gdyż zostawiła go w spokoju. Po chwili Harry usłyszał, jak wychodzi ze skrzydła szpitalnego.
Odczekał kilka minut, by się upewnić, że pielęgniarka nie wróci, po czym wstał i zaczął się błyskawicznie ubierać. Niestety, jedynym strojem, jaki miał w zasięgu ręki, był jego ubiór do Quidditcha, który leżał złożony w schludną kostkę na taborecie. Wiedział, że będzie wyglądał nieco głupio, wałęsając się po szkole w stroju sportowym, ale nie miał wyjścia.
Tak, jak podejrzewał, ból regenerujących się kości był już znacznie mniej dotkliwy. Największym problemem było założenie bluzy, gdyż ramię było całkiem zesztywniałe i ledwo nim ruszał. W końcu jakoś się udało, choć sporo się przy tym nacierpiał. Podszedł do drzwi i ostrożnie wyjrzał na korytarz. Pusto. Według jego wyliczeń, śniadanie rozpoczęło się jakieś piętnaście minut temu, a on potrzebował kilku, najwyżej dziesięciu minut na dojście do gabinetu.
Szedł szybko, mając nadzieję, że nie spotka innego nauczyciela ani, co gorsza, wracającej do skrzydła szpitalnego pani Pomfrey. Na szczęście korytarze były opustoszałe. Harry z uczuciem ulgi oparł się o ścianę przy gabinecie i przymknął oczy. Ramię piekło niemiłosiernie, a i kolano pulsowało tępym bólem. Nie odważył się usiąść, gdyż, jak podejrzewał, nie byłby w stanie się podnieść.
Nie wiedział, ile czasu upłynęło, gdy usłyszał kroki, odbijające się echem od ścian. Podniósł głowę i spojrzał wprost w parę łagodnych, nieco zdumionych oczu.
- Harry? Co tu robisz? Nie powinieneś leżeć w skrzydle szpitalnym?
Harry zawahał się, ale skinął głową. Właściwie to zamierzał skłamać, że czuje się dobrze i pozwolono mu wrócić do dormitorium, ale po ostatnim incydencie z Eliksirem Słodkiego Snu miał już dosyć łgania. Bez względu na konsekwencje, postanowił być szczery, zresztą coś mu mówiło,, że na kłamstwie daleko nie zajedzie.
- Wymknąłem się, gdy pani Pomfrey poszła na śniadanie – odpowiedział. Oblizał wyschnięte usta i zebrał się na odwagę. – Ja… bardzo chciałbym porozmawiać. Proszę mi wybaczyć, ale to naprawdę ważne.
Oczy profesor Fedele były podpuchnięte i podkrążone ze zmęczenia, ale malowała się w nich życzliwość, której Harry tak bardzo teraz potrzebował.
- Rozumiem. Wejdź do środka.
Machnęła różdżką i drzwi gabinetu stanęły otworem.
W tej chwili Harry zdał sobie sprawę z czegoś niezwykle istotnego. Wiedział przecież, że profesor Fedele jest bardzo zmęczona i zapewne nie spała aż do śniadania, planując prawdopodobnie położyć się po posiłku i odespać zarwaną noc. On tymczasem bezmyślnie poprosił ją o rozmowę, mając na uwadze tylko swój problem. Nie przyszło mu do głowy, aby zaczekać do kolacji, choć przecież mógł się wstrzymać.
Zrobiło mu się strasznie głupio. Otworzył usta, aby wybąkać przeprosiny i zapytać, czy może mógłby przyjść innym razem, kiedy profesor Fedele popchnęła go łagodnie do przodu. Harry potknął się na progu i już był w jej gabinecie.
- Jeśli to nieodpowiedni moment, to ja mogę przyjść później… - zaczął nieśmiało.
- Bzdura – profesor Fedele machnęła ręką i zamknęła za sobą drzwi. – Moment jest jak najbardziej odpowiedni. Usiądź, Harry. Ledwo trzymasz się na nogach.
Pani też, pomyślał Harry, ale nie odważył się tego powiedzieć na głos. Może i profesor Fedele była bardziej przystępna od McGonagall i nie miała nic przeciwko uczniom, którzy o coś pytają, jednak istniały pewne granice.
Usiadł, a profesor Fedele zajęła swoje miejsce za biurkiem. Machnięciem różdżki wyczarowała tacę z dwoma parującymi kubkami.
- Napijesz się kawy? – zapytała.
Harry podziękował i wziął jeden kubek, nie spuszczając wzroku z nauczycielki. Mimo, że mówiła uprzejmie i swobodnie, jak to miała w zwyczaju, w jej głosie było coś dziwnego. Harry rzadko kiedy analizował czyjeś zachowanie, ale w tej chwili nie mógł się oprzeć wrażeniu, że profesor Fedele jest przygnębiona.
Przez dłuższą chwilę pili kawę w milczeniu. Harry przypomniał sobie wieczór po meczu, kiedy wezwano go tu na rozmowę. Wtedy również siedzieli po obu stronach biurka, z tym, że podczas gdy on rozglądał się po gabinecie, profesor Fedele obserwowała go ukradkiem. Tym razem role się odwróciły. Nauczycielka piła wolno kawę, ściskając swój kubek tak mocno, aż palce jej pobielały, a wzrok błądził gdzieś w przestrzeni. Harry upił łyk gorącego napoju, obserwując jej profil, podkrążone oczy, podpuchnięte powieki. Nagle drgnął i pospiesznie opuścił wzrok. Pojął, że profesor Fedele z jakiegoś powodu straciła swoją zwykłą czujność i nie zdawała sobie sprawy z tego, że przygląda jej się uczeń. Harry poczuł się dziwnie, zupełnie, jakby robił coś niewłaściwego. Zaczął bardzo intensywnie przyglądać się ciemnobrązowej cieczy w swoim kubku.
- Co się dzieje, Harry? Próbujesz wróżyć sobie z fusów? W kawie ich nie znajdziesz…
Gwałtownie podniósł głowę. Profesor Fedele już się opanowała. Przyglądała mu się uprzejmie, a na jej wargach błąkał się łagodny uśmiech.
- Ja… - zająknął się Harry i zacisnął mocno palce na swoim kubku. – Ja wiem, że to pani wolny dzień, pani profesor.
- To dzień wolny od zajęć – odparła spokojnie nauczycielka – a nie od pracy. Rozmowy z uczniami, załatwianie szkolnych spraw, patrolowanie korytarzy, sprawdzanie wypracowań – oto, co profesorowie robią w weekendy. Wolny dzień mam wtedy, gdy biorę urlop i wtedy de facto nie ma mnie dla nikogo. Aczkolwiek twoja troska jest naprawdę wzruszająca. Zapewniam cię, że nie jestem aż tak zmęczona, na jaką wyglądam.
Czy ona czyta w myślach? spłoszył się Harry. Nauczycielka uśmiechnęła się lekko i chłopak nie mógł się powstrzymać, aby bezwiednie nie odpowiedzieć jej tym samym. W tej chwili przyszło mu na myśl, że profesor Fedele przypomina mu nieco Remusa Lupina. Oboje odnosili się życzliwie do uczniów i zdecydowanie lubili uczyć. Jedyną różnica było to, że Remus był chodzącą łagodnością i nigdy się nie unosił, natomiast profesor Fedele… cóż, Harry nie chciałby być świadkiem jej ataku wściekłości. Pamięć o tym, jak potraktowała stawiającego się jej Malfoya była nadal świeża, a przecież nie straciła wtedy opanowania. Jedynym znakiem świadczącym o tym, jak bardzo się wtedy zirytowała, był wyraz jej oczu. Gdyby zaś naprawdę wyprowadzono ją z równowagi, prawdopodobnie szkło sypałoby się z okien.
Odchrząknął, zdając sobie sprawę, że profesor Fedele czeka na jego odpowiedź.
- Czy zna się pani na snach? – zapytał.
Uniosła lekko brwi, wyraźnie zaskoczona.
- Nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam – odparła wolno. – Na snach? Masz na myśli odczytywanie znaczenia snów?
Harry potrząsnął głową. – Nie, nie. Źle się wyraziłem. Chodzi o to, że…
Zawahał się. Jak ma wyrazić na głos swoje obawy, swój strach, graniczący niemal z paniką, kiedy kolejny raz wędrował tajemniczym korytarzem, o którym przecież tylko śnił? Wstydził się, zwyczajnie się wstydził przyznać, jak bardzo się boi. I nagle zorientował się, że słowa same wypływają mu z ust. A kiedy zaczął, nie był w stanie przestać i wcale tego nie chciał. Jąkając się, opowiadał o koszmarnych wakacjach na Privet Drive, o tym, jak czekał na jakąkolwiek wiadomość od swoich przyjaciół i o tym, jak bardzo się boi. Powiedział, że szukał pomocy u Dumbledore'a, a potem u McGonagall i dlaczego zdecydował się pójść do pani Pomfrey po Eliksir Słodkiego Snu, okłamując ją, aby tylko zdobyć upragniony specyfik. Nie pisnął jedynie słowa o kwaterze Zakonu Feniksa, twierdząc, że spotkał się z Ronem i Hermioną w Norze.
Gdy skończył, zapadło ciężkie milczenie. Harry oddychał ciężko, jak po biegu, boleśnie świadom faktu, że gadał jak najęty i że właśnie zwierzył się profesor Fedele z tego, o czym nie mówił nikomu, nawet przyjaciołom. Zwiesił głowę i wlepił wzrok w swoje dłonie (dopiero teraz zauważył, że splótł palce tak mocno, aż pobielały mu kostki), czując, jak zalewa go fala wstydu. Wyrzucił bowiem z siebie wszystko, co go dręczyło – urazę do Rona i Hermiony, którzy nie odzywali się do niego przez część wakacji oraz złość na Dumbledore'a i McGonagall, do których wciąż miał żal za brak jakiejkolwiek pomocy. Co więcej, przyznał wprost, że się boi. Że kiedy budzi się z koszmaru, musi zagryzać wargi, aby swoim krzykiem nie obudzić współlokatorów. Że, zlany zimnym potem, owija się kołdrą i cały drżący wyczekuje nadejścia świtu, za wszelką cenę starając się nie zasnąć. Że gdy kładzie się do łóżka, serce bije mu ze strachu.
Pięknie. Miał piętnaście lat, był chłopakiem i właśnie przyznał się nauczycielce, że boi się złych snów. Co za upokorzenie! Harry poczuł, że policzki płoną mu żywym ogniem i to bynajmniej nie na skutek ran odniesionych podczas upadku z miotły. Gdyby można było zapaść się pod ziemię…
- Czy to znaczy – głos profesor Fedele był ostry – że spędziłeś połowę wakacji bez żadnej wiadomości od swoich przyjaciół?
W jej głosie brzmiało niedowierzanie, ale Harry wychwycił coś jeszcze. Odważył się podnieść wzrok. Oczy profesor Fedele pociemniały z oburzenia.
- Tak – odparł cicho. – Dopiero pod koniec lipca dostałem od nich list. Trzydziestego pierwszego, na moje urodziny…
Patrzyli sobie prosto w oczy i Harry wiedział, że oboje myślą o tym samym. Bez względu na konieczność zachowania ostrożności (tu nie wdawał się w szczegóły, nie chcąc się wygadać o Grimmauld Place), o której mówił Dumbledore, istniało wiele sposobów bezpiecznej i niewykrywalnej komunikacji. Piątoklasista mógł o nich nie wiedzieć, ale czarodziej na miarę Dumbledore'a musiał je znać.
- Co za… - zaczęła profesor Fedele i urwała gwałtownie.
Jej wściekłość była niemal namacalna. Obserwując jej ściągnięte brwi i zaciśnięte wargi, Harry uświadomił sobie pewną dziwną rzecz. Rzadko kiedy potrafił odczytywać cudze nastroje. Hermiona często mawiała, że on i Ron są kompletnie pozbawieni wyczucia, jeśli chodzi o emocje i uczucia innych. W dużej mierze była to prawda. Harry naturalnie wyczuwał, gdy ktoś był zły, szczęśliwy albo bardzo smutny, ale nie zagłębiał się nigdy w szczegóły. Dostrzegał łzy, szeroki uśmiech albo zmarszczone brwi, ale były to tak wyraźne oznaki, że musiałby być ślepy, by tego nie zauważyć. W przeciwieństwie do przyjaciółki nie wnikał jednak w to, co spowodowało dany nastrój. To Hermiona była w stanie powiązać dziwny uśmiech Lavender ze złą oceną z transmutacji, połączoną ze zgubieniem ulubionych kolczyków dwa dni wcześniej. Mało tego, twierdziła stanowczo, że Lavender jest wręcz załamana, podczas gdy Harry, patrząc na nią, widział jedynie, że koleżanka jest jakby nie w sosie.
Teraz natomiast, siedząc naprzeciwko profesor Fedele i przyglądając jej się, miał wrażenie, że czyta jej nastrój. Było to o tyle dziwne, że nauczycielka nie należała raczej do osób, które uzewnętrzniają się przed uczniami. Daleko jej było do kamiennego opanowania Snape'a czy dystyngowanej McGonagall, ale Harry odnosił wrażenie, że profesor od obrony mówi i pokazuje po sobie dokładnie tyle, ile chce. A jednak w momencie, gdy zaczęli pić kawę, na moment wypadła ze swojej roli. Palce mocno (zbyt mocno) obejmujące kubek i wyraz jej oczu – szczegóły teoretycznie pozbawione znaczenia. Każdemu też może zdarzyć się zamyślić, zwłaszcza, jeśli jest nieludzko zmęczony i pada z nóg. A jednak Harry dałby sobie głowę uciąć, że profesor Fedele jest z jakiegoś powodu smutna.
A teraz… była zła, to nie ulegało wątpliwości. I znowu Harry był pewien, że wie, czemu. Nie była zła na niego, za to, że wprosił się do jej gabinetu, niwecząc szansę na kilka godzin snu. Nie. Była zła na Rona i Hermionę, za to, że posłuchali zakazu i nie kontaktowali się z nim przez całe lato, zostawiając przyjaciela na łasce wujostwa, ale przede wszystkim oburzyło ją postępowanie Dumbledore'a i McGonagall. Harry domyślał się, że gdyby nie urwała w połowie zdania, padłoby parę ostrych słów pod ich adresem. A na to nie mogła sobie pozwolić, nie w obecności ucznia.
Drgnął, omal nie rozlewając kawy. Nie wiedzieć, czemu, ale przyszedł mu na myśl Snape, który zdawał się czytać w ludzkich myślach. Wielokrotnie zdarzało się, że profesor od eliksirów wypowiadał na głos myśli Harry'ego, co okropnie go denerwowało, a to bez wątpienia satysfakcjonowało nauczyciela. Snape wiele razy oskarżał go o różne niestworzone rzeczy, ale Harry podejrzewał, że Mistrz Eliksirów doskonale wie, kiedy ktoś mówi prawdę, a kiedy kłamie. To dlatego czuł się nieswojo pod jego bacznym spojrzeniem. Nie, aby się go bał. Po prostu miał czasem wrażenie, że Snape potrafi sięgnąć wprost do jego umysłu. Teraz przyszło mu na myśl, że i profesor Fedele to potrafi. Nie było to miłe uczucie.
Oho, znowu się opanowała. Brązowe oczy przygasły nieco, twarz się rozluźniła.
- Nie rozumiem, dlaczego Dumbledore nie uznał za stosowne skontaktować się z tobą na początku wakacji – powiedziała, stukając paznokciami o blat biurka. – Pojmuję oczywiście, że mimo istnienia bezpiecznych środków komunikacji poruszanie tematu Grimmauld Place byłoby nierozsądne. Jednak powody nieinformowania cię o niczym… cóż, nie potrafię ci tego wyjaśnić. Dumbledore zapewne miał jakiś ważny powód…
Harry czuł, że sama nie wierzy w to, co mówi. Nagle zamarł w osłupieniu, bowiem dotarł do niego sens słów profesor Fedele. Nie był pewien, czy się aby nie przesłyszał.
- Poruszanie tematu… czego? – wymamrotał.
- Grimmauld Place – uśmiechnęła się profesor Fedele. – Kwatery głównej Zakonu Feniksa, do którego i ja należę. Nie rozumiem, czemu cię to tak dziwi… ach, racja, przecież nie spotkałeś mnie tam w wakacje. Pojawiłam się w Anglii dopiero na rozpoczęcie roku szkolnego. Aczkolwiek o tym, że twoja profesor od obrony należy do Zakonu, mogłeś dowiedzieć się od któregoś z jego członków, Syriusza czy choćby państwa Weasley.
Harry nie mógł się powstrzymać od komentarza.
- Nie wiedziałem. Jak widać, nikt mi o niczym nie mówi.
Pomyślał, że chyba posunął się trochę za daleko, ale profesor Fedele pokiwała tylko głową i mówiła dalej.
- Wiesz już zatem, dlaczego Dumbledore ściągnął mnie tutaj z Francji i zaoferował posadę nauczyciela obrony – mówiąc to, odchyliła się nieco do tyłu i bezwiednie potarła palcami nasadę nosa. – Miałam wzmocnić szeregi Zakonu, to raz. Dwa, w tych niespokojnych czasach Hogwartowi potrzebny jest ktoś, kto przerobi z uczniami porządny program obrony. To, co na razie robimy na lekcjach, to powtórki oraz dość podstawowe zaklęcia, które musicie umieć bez zarzutu. Ale po świętach zacznę z wami bardziej intensywny trening, nie w formie zabawy w parach, a prawdziwych pojedynków. Rzucanie zaklęć na stojącego grzecznie kolegę nijak się ma do prawdziwej walki.
- A więc jest pani w Zakonie! – Harry poczuł coś na kształt ulgi. Świadomość, że profesor Fedele stoi po ich stronie, dodała mu otuchy, ufał bowiem jej umiejętnościom jak mało komu. – A więc wierzy pani, że Voldemort powrócił?
Pomyślał, że profesor Fedele wzdrygnie się na sam dźwięk tego imienia, ale ona nawet nie mrugnęła okiem. Harry przypomniał sobie, że podczas ich poprzedniej rozmowy sama użyła imienia Voldemorta. Wtedy nie zwrócił na to uwagi, dopiero teraz wydało mu się to dziwne.
- To oczywiste, że powrócił – profesor Fedele spojrzała uważnie na Harry'ego. – Każdy rozsądnie myślący czarodziej powinien zdawać sobie sprawę, że powrót Voldemorta to tylko kwestia czasu. Niestety, spora część społeczeństwa woli przymykać oczy na fakty i dała się omamić zapewnieniom Knota, że wszystko jest w porządku. Głupcy! – sarknęła. – Wiem, co pisano w gazetach na temat Dumbledore'a i… - zawahała się nieco - … twój.
Harry uśmiechnął się posępnie.
- Nie jest tak źle, jak pani myśli. Nikt się mnie zbytnio nie czepia.
Profesor Fedele na moment wbiła wzrok w swój kubek. Bez wątpienia nie uwierzyła jego zapewnieniom, ale z jakiegoś powodu nie ciągnęła tego tematu.
- Wracając do tego, o czym mi dzisiaj opowiedziałeś… - zaczęła.
Harry przerwał jej w pół słowa. Od jakiegoś czasu dręczyło go pytanie, którego wcześniej nie ośmielił się zadać, a które powracało i dokuczało mu niczym bolący ząb. Zależało mu na szczerej odpowiedzi, a czuł, że profesor Fedele będzie z nim uczciwa.
- Myśli pani, że jestem tchórzem? – wypalił.
Fede omal nie upuściła kubka. Zaskoczyło ją tak brutalnie rzucone pytanie, chociaż… w zasadzie nie powinno. Doskonale rozumiała, jakimi torami biegną myśli Harry'ego i co kłębi się w jego głowie. Spojrzała na siedzącego przed nią z miną zbitego psa chłopaka i poczuła, że robi jej się go strasznie żal. Biedak, nie mogąc liczyć na niczyje wsparcie, próbował radzić sobie na własną rękę. A to, że przyszedł do niej z prośbą o pomoc, wymagało sporej odwagi, ale i zaufania. W tym momencie Fede podjęła decyzję, że będzie z chłopcem absolutnie szczera.
- Nie, Harry. Nie uważam, abyś był tchórzem. A teraz posłuchaj mnie uważnie, bo chcę, abyś dobrze pojął, co do ciebie mówię.
Wlepił w nią wzrok. W jego oczach malowała się lekka otucha.
- Strach nie jest niczym złym – powiedziała. – Człowiek, pozbawiony zdolności odczuwania strachu, nie pożyłby długo. Gdybyś stanął na poręczy mostu i zerknął w dół, zapewne zakręciłoby ci się w głowie, przeraziłbyś się, że spadniesz i zszedłbyś. Ktoś, kto niczego się nie boi, wychyliłby się do przodu, aby zobaczyć, co ma pod stopami… i byłaby to prawdopodobnie ostatnia rzecz, jaką by w życiu ujrzał. Zdrowy strach powstrzymuje nas przez pakowaniem się w kłopoty. A ty chyba wiele razy udowodniłeś swoją odwagę, prawda? Podczas Turnieju Trójmagicznego walczyłeś ze smokiem. Kilkakrotnie stawałeś twarzą w twarz z Voldemortem, którego imienia boją się wymawiać czarodzieje. Śmiem twierdzić, że jest w tobie więcej odwagi, niż w kimkolwiek innym.
Harry zamrugał.
- Wtedy było inaczej – wymamrotał. – Wtedy wiedziałem, z kim lub czym walczę. Voldemort i smok byli realni. A teraz… sam nie wiem, czego się boję.
- Boisz się tego, czego nie znasz. To, co jest nam nieznane, przeraża nas bardziej niż to, co znamy, rozumiemy i widzimy – odparła spokojnie profesor Fedele. – Gdybyś wiedział, dlaczego śnisz o tym korytarzu, nie bałbyś się tak, jak teraz. Ze strachem bywa różnie. Bywa, że lęk jest w nas zakorzeniony tak głęboko, że nie umiemy sobie z tym poradzić. Ktoś, kogo w dzieciństwie ugryzł pies, w dorosłym życiu może nie bać się wysokości, ognia, ludzi czy burzy. Może wykazać się bohaterstwem, ratując ludzi z płonącego domu, ale na widok ratlerka ma ochotę uciekać.
- A pani czegoś się boi?
I ty się pytasz, czy jesteś tchórzem? Zadanie takiego pytania nauczycielowi wymaga sporej odwagi, mój drogi, pomyślała Fede. I dużej dawki tupetu. Brawo, dzieciaku. Wprawdzie ślizgońska natura nakazywała jej nie ujawniać własnych słabości, ale pedagogiczne doświadczenie i dość duża empatia podpowiadały coś innego. Jej zdaniem czasem opłacało się być otwartym, nawet, jeśli jest się nauczycielem rozmawiającym z uczniem – a może przede wszystkim wtedy? Czasem niekonwencjonalne posunięcia mogły przynieść nadspodziewanie dobre efekty.
- Nie lubię wielu rzeczy, ale jest coś, czego nie znoszę i nie dam się przekonać, że jest inaczej. Nienawidzę węży.
Harry wytrzeszczył oczy. – Węży?
- Jakież to nieślizgońskie, prawda? – roześmiała się nauczycielka. – Nie wiem doprawdy, skąd się wzięło przekonanie, że ulubionym zwierzątkiem każdego szanującego się Ślizgona musi być wąż. Ja ich nie cierpię. Kiedy byłam uczennicą i podczas zajęć z eliksirów musiałam kroić skórkę węża, przeżywałam istne katusze. Zdechłego jeszcze byłam w stanie znieść, bo się nie ruszał, chociaż podobno robiłam się przy tym tak zielona, że można by mnie z powodzeniem wtopić w godło domu. Natomiast żywe wywoływały u mnie atak paniki i do dziś się z tego nie wyleczyłam. Wiesz, że któregoś razu wrzucono mi w ramach dowcipu węża za koszulę?
- Co?
Profesor Fedele przewróciła oczami z irytacją. – Kolejny dowód na głupotę niekończącej się walki domów. Byłam wtedy w szóstej klasie i notorycznie użerałam się z pewną Gryfonką – tak, tak, Gryfonką – która pewnego dnia dorwała mnie w bibliotece. Przyniosła w pudełku żywego węża – na szczęście miała wystarczająco dużo oleju w głowie, aby wybrać zaskrońca, a nie na przykład grzechotnika – i gdy siedziałam pochylona nad książką, jednym ruchem wrzuciła mi go za kołnierz.
Harry aż syknął. Taki „dowcip" zakrawał wręcz na okrucieństwo.
- Możesz chyba sobie wyobrazić moją reakcję – profesor Fedele aż się wzdrygnęła. – Brr… aż mnie ciarki przechodzą na samo wspomnienie. Miotałam się po bibliotece, wywracając krzesła, stoliki, przewróciłam nawet regał z książkami. Zrobiło się straszne zamieszanie, bo nikt nie wiedział, co mi się stało, a biedna pani Pince myślała, że dostałam jakiegoś ataku i umieram. Hałas był taki, że zlecieli się chyba wszyscy nauczyciele, łącznie z Dumbledorem. A wyobraź sobie, nie jest tak łatwo pozbyć się czegoś, co wije ci się pod ubraniem gdzieś na plecach, zwłaszcza, gdy wpadasz w panikę. Dopiero profesor Snape zorientował się, w czym rzecz i wyciągnął mi węża spod koszuli. To było straszne upokorzenie, ten atak histerii, zdemolowane pół biblioteki…
- I w dodatku ręka profesora Snape'a pod koszulą – palnął Harry. – Gdyby mnie coś takiego spotkało, miałbym traumę do końca życia…
- Mniemam, że profesor Snape również – zauważyła uprzejmie profesor Fedele.
Harry dostrzegł iskierki rozbawienia w oczach nauczycielki. Stłumił narastający w gardle śmiech, gdyż ciekawość pchała go do zadania kolejnego pytania.
- I jak to się skończyło? Pewnie była straszna awantura?
- Jeszcze jaka – profesor Fedele postukała różdżką w oba kubki, które natychmiast wypełniły się kawą. Harry był tak zasłuchany, że zapomniał podziękować. – Ktoś zauważył, że dziewczyna wniosła do biblioteki spore pudełko, no i oczywiście wszystko się wydało. Profesor McGonagall była wściekła, a reakcję profesora Snape'a możesz sobie chyba łatwo wyobrazić. Do końca roku, a zdarzenie miało miejsce w lutym, dziewczyna szorowała nocniki w skrzydle szpitalnym. A ja wyrównałam z nią rachunki na swój własny sposób, tak, że więcej nie odważyła się ze mną zadzierać.
- I co pani zrobiła? – Harry siedział jak zaczarowany.
Na twarz profesor Fedele wypłynął rozmarzony uśmieszek.
- Gwen, bo tak miała na imię owa Gryfonka, chodziła z ówczesnym kapitanem krukońskiej drużyny Quidditcha. Bardzo często widywano ich razem, jak spacerowali objęci wpół albo szukali chwili odosobnienia w jakimś kącie. Odczekałam ze dwa tygodnie i zaczęłam działać. To było tuż przed kolacją. Uczniowie schodzili się powoli i jak to nadal jest w zwyczaju, gromadzili się przed Wielką Salą, rozmawiając i czekając na swoich przyjaciół. Była tam również Gwen i jej chłopak. W tłumie uczniów nikt nie zwracał na mnie uwagi, wystarczyło tylko wycelować różdżką i rzucić niewerbalne Zaklęcie Rozsupłujące.
Harry zamrugał.
- Zaklęcie Rozsupłujące? – powtórzył jak echo.
- O tak. Idealne do rozwiązywania supłów czy motków wełny, a także rozczesywania splątanych włosów, choć w tym ostatnim przypadku wymaga nieco innego ruchu nadgarstka. Działa również na rozmaite części ubrania – guziki, suwaki, paski od spodni czy spódnic…
Harry aż się zachłysnął.
- Proszę nie mówić, że pani… TO zrobiła! – wykrzyknął, tłumiąc chichot.
- Ależ oczywiście, że zrobiłam – uśmiech profesor Fedele był anielsko niewinny, choć w oczach czaiła się nieskrywana uciecha. – W trakcie jakże uroczej konwersacji Gwen nagle się zorientowała, że jej spódnica zmieniła położenie i plącze jej się wokół kostek. Dostała wtedy solidną nauczkę i przy okazji nauczyła się jednej ważnej rzeczy.
- Jakiej? – Harry aż uniósł się z fotela w oczekiwaniu na puentę.
Profesor Fedele wyjęła mu kubek z dłoni i odstawiła na biurko.
- A takiej, że dziewczynie w pewnym wieku nie wypada nosić majtek ze wzorkiem w Myszki Miki.
W tym momencie Harry dostał ataku histerycznego śmiechu. Zwinął się wpół, wyjąc z uciechy i ignorując protest niezregenerowanych jeszcze kości ramienia. Śmiał się tak, że łzy popłynęły mu po twarzy – po raz pierwszy od wielu dni. Wyobrażenie poważnej, kompetentnej profesor Fedele, która kilkanaście lat temu z niewinną miną spuściła koleżance spódnicę oraz opinających damski tyłek Myszek Miki, było tym, czego potrzebował. Rechocząc jak najęty, zapomniał na moment o swoich zmartwieniach, lękach i tajemniczym korytarzu.
Fede czekała spokojnie, aż chłopak się wyśmieje. Zdawała sobie sprawę, że według surowych, niepisanych zasad panujących w Hogwarcie, opowiadanie o własnych szkolnych wybrykach czy, co gorsza, wspominanie o majtkach, było przekroczeniem pewnej nienaruszalnej granicy na linii nauczyciel – uczeń. Wszelkie słowa czy aluzje, mogące pobudzić wyobraźnię nastolatka w okresie burzy hormonalnej i skierować jego uwagę na sferę erotyki, były bardzo źle widziane. Tak, jakby chłopcy w pewnym wieku potrzebowali zachęty do myślenia o seksie, pomyślała Fede z przekąsem. Wiedziała doskonale, że nastoletni chłopcy potrafili dostać przysłowiowego kota na widok damskiego kolana. Z tego powodu ubierała się dość prosto, skromnie i bez ostentacji. Suknie niemal do ziemi i zapięte pod samą szyję, rękawy sięgające nadgarstków, schludne uczesanie, dyskretny makijaż, żadnych perfum. Nie uważała bowiem za stosowne emanować kobiecością w otoczeniu nastolatków – śliniący się, pryszczaty uczeń to żadna atrakcja, za to gwarantowane kłopoty. Tak więc szminka o barwie makowej czerwieni wylądowała w szufladzie, a flakon perfum zastąpiony został lawendowym mydłem, które jej zdaniem kojarzyło się z miłą panią w średnim wieku.
Zerknęła na Harry'ego. Chłopak zdjął właśnie okulary i ocierał załzawione oczy. Fede nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. Biedak był już wystarczająco przerażony i zestresowany, trochę śmiechu mu nie zaszkodzi.
- Wracając do naszej rozmowy... - powiedziała i podała Harry'emu kawę, którą przezornie wyjęła mu wcześniej z rąk.
Wziął od niej kubek i skinął głową. Przypomnienie o przyczynie, dla której się tu znalazł, natychmiast odebrało mu chęć do śmiechu, ale czuł się znacznie lepiej. Po tym szaleńczym ataku głupawki odczuwał ulgę i dziwny spokój. Zupełnie, jakby śmiech zatarł nieco złe wspomnienia, a przynajmniej złagodził je do tego stopnia, że niemal przestały go przerażać.
- Powiem ci, skąd moim zdaniem bierze się twój sen – ton głosu nauczycielki stał się znowu poważny. - Wiesz dobrze, że blizna, którą masz na czole, jest czymś wyjątkowym. Jesteś pierwszą, i jak do tej pory ostatnią osobą, której udało się przeżyć zaklęcie Avada Kedavra. Nie ma na świecie drugiej osoby z taką blizną, w związku z czym nie wiemy, jaka tak naprawdę jest jej, jeśli mogę się tak wyrazić, specyfika. Na pewno nie jest to zwyczajna blizna. Wiesz, że twoja umiejętność mówienia językiem węży nie jest wrodzona i że posiadasz ją dlatego, że tą zdolnością obdarzony jest Voldemort?
Harry skinął głową.
- Wygląda na to, że w momencie ataku Voldemort zupełnie nieświadomie przekazał ci część siebie. Tak, wiem, że to brzmi okropnie – dodała profesor Fedele, gdyż Harry wzdrygnął się na jej słowa. - Niemniej jednak zaistniało między wami dość dziwne, specyficzne połączenie, którego do końca nie rozumiemy. Jakaś psychiczna więź, która was łączy. Opisując swój sen o korytarzu, byłeś w stanie podać mi dokładne szczegóły, na które śniący człowiek nie zwraca uwagi – obrazy, zbroje, znak omega wyryty na drzwiach. To, co wziąłeś za podkowę, to grecki znak omega. Gdyby był to zwyczajny sen, te wszystkie drobiazgi byłyby niewyraźne bądź nie zwróciłbyś na nie najmniejszej uwagi. Ponieważ jednak z twojej perspektywy wynikało, że stoisz w tym korytarzu, podejrzewam, że to, co widziałeś, to nie był sen, a cudze myśli. Wiesz, jak to jest, kiedy przywołujesz w pamięci jakiś obraz? Koncentrujesz się wtedy na każdym możliwym szczególe, tak, jak ty widziałeś ten korytarz i drzwi. Domyślasz się już, czyje myśli oglądasz?
- Nie – wyszeptał Harry, broniąc się przed oczywistą odpowiedzią. Zrobił przy tym taki gest, jakby chciał się odepchnąć od biurka. – Nie. To niemożliwe…
- Harry, to jest moż…
- On jest w moim umyśle?
- Uspokój się, proszę! – Fede uniosła dłonie w uspokajającym geście. W oczach chłopaka dostrzegła narastającą panikę. Spodziewała się, że Harry kiepsko przyjmie tę wiadomość, ale on wyglądał jak spetryfikowany. – Nie jesteś obłąkany ani opętany, nic z tych rzeczy! To coś, z czym możesz sobie łatwo poradzić, słyszysz? Harry, słyszysz mnie?
Chłopak powoli skinął głową. Jego oddech był płytki i przyspieszony.
- To dobrze. Wiedz zatem, że nad tego rodzaju więzią, czy też połączeniem umysłów, można nauczyć się panować. Nie jesteś bezbronny.
Harry wpatrywał się żałośnie w nauczycielkę. Nie sprawiał wrażenia przekonanego, a na jego czole perliły się krople potu.
- Istnieją dwie nauki, których celem jest kontrolowanie ludzkiego umysłu – kontynuowała Fede. Mówiła cichym, łagodnym głosem, chcąc uspokoić chłopaka. – Mamy więc legilimencję, która oznacza zdolność wdzierania się do cudzego umysłu i odczytywanie uczuć oraz emocji, a także wyciąganie z niego wspomnień. Przeciwwagą legilimencji jest oklumencja. To umiejętność zamykania umysłu przed atakiem legilimenty.
Harry'emu bardzo nie podobało się to, co właśnie usłyszał.
- To znaczy, że Voldemort czyta w moich myślach?
- Nie. Nie ma możliwości, aby dosłownie odczytywać myśli, ludzki umysł jest na to zbyt złożony. Wyjaśnię ci to na przykładzie. Przemyciłeś do Hogwartu butelkę Ognistej Whisky i ukryłeś ją w swojej szafce nocnej. Ktoś z nauczycieli zaczyna podejrzewać, że masz nielegalnie zakupiony alkohol, ty się oczywiście wypierasz. Wtedy do akcji wkracza legilimenta i zadaje ci pytanie: „Gdzie masz ten alkohol?". Ty oczywiście idziesz w zaparte i odpowiadasz: „Jaki alkohol?". Tyle, że na pytanie „gdzie" w twoim umyśle natychmiast, nawet na króciutką chwilę, pojawia się wizja szafki nocnej. I to widzi legilimenta. Nie odczyta dosłownie twoich myśli: „O do licha, mam nadzieję, że nie przeszukają mi dormitorium, przecież whisky leży w szafce". On tylko skojarzy, że jeśli przy pytaniu o alkohol w twoim umyśle pojawia się szafka nocna, to tam należy szukać. Legilimencja jest bardziej sztuką interpretacji, niż dosłownego czytania człowieka.
Harry nagle pojął, jakim cudem Snape wie o tylu rzeczach, które on chciałby ukryć. Gdy z nim rozmawiał, nie kontrolował swoich myśli.
- Gdyby zaś legilimenta trafił na oklumentę, wynik pojedynku umysłów mógłby być dość zaskakujący – ciągnęła profesor Fedele. – Bo legilimentę również można oszukać. Domyślasz się, jak?
Harry wolno pokiwał głową.
- Panując nad swoimi myślami i nie pozwalając sobie na myślenie o miejscu, gdzie schowałem alkohol – odparł.
- To jeden sposób, ale jeśli oczyścisz swój umysł na tyle, aby nie pojawiła się w nim żadna wizja, będzie oczywiste, że używasz oklumencji – nauczycielka wydawała się być zadowolona z odpowiedzi. – A to może być ryzykowne, gdyż istnieją różne sposoby wdzierania się do cudzego umysłu, czasem dość brutalne i bolesne. Nie chciałbyś wiedzieć, w jakim stanie wynoszono z przesłuchań podejrzanych o współpracę ze śmierciożercami, którzy nie chcieli zeznawać. Znacznie lepszym sposobem jest pomyślenie o innym miejscu ukrycia butelki, co skieruje pościg na zły trop i da ci możliwość lepszego ukrycia whisky lub spreparowanie swoich myśli tak, aby nie pojawił się w nich żaden alkohol. Bądź wywołanie wizji jakiejś zabawy, na której ów alkohol się pojawił. To ostatnie sugeruje, że owszem, miałeś styczność z alkoholem, ale nie w formie nielegalnego zakupu.
Na twarzy Harry'ego pojawił się nieco rozmarzony uśmiech, więc profesor Fedele dodala pospiesznie.
- Nie muszę chyba mówić, że takie rezultaty osiąga się po wielu miesiącach lub nawet latach ćwiczeń. To bardzo zaawansowany poziom, na kursie aurorskim uczą tego dopiero na drugim roku. Zejdźmy może jednak z tematu nielegalnego przemytu whisky do naszego aktualnego problemu. Voldemort może nie być świadomy, że przechwytujesz jego myśli. I równie dobrze może być tego świadom – westchnęła profesor Fedele. – Jest też trzecia opcja, która na pewno ci się nie spodoba. Voldemort może z rozmysłem wywoływać u ciebie te wizje. Innymi słowy, widzisz to, co on chce, abyś widział.
- A… czy można się jakoś dowiedzieć, czy on to robi umyślnie? – wyjąkał Harry.
- Tego nie wiem.
Harry spojrzał z niedowierzaniem na profesor od obrony. Poczuł się niemal oszukany tym, że ona czegoś nie wie.
- Nie jestem zbyt dobrym oklumentą ani legilimentą – wyjaśniła profesor Fedele. – Opanowałam te umiejętności podczas kursu aurorskiego, ale będę z tobą szczera. To nie jest moja specjalność.
- Jak w takim razie zdała pani egzamin? – nie ustępował Harry. – Przecież końcowe egzaminy aurorskie są na najwyższym poziomie.
- Jak zdałam? – na twarzy profesor Fedele pojawił się dziwny grymas. - Trenowałam chyba trzy razy więcej, niż moi koledzy z roku, a i tak dostałam dziewięćdziesiąt punktów na sto, czyli minimum, z jakim się zdaje. Prawie wszyscy pozostali, którzy zdali, osiągnęli setkę. Jak więc widzisz, nie błyszczałam. Poza przez pięć ostatnich lat nie używałam legilimencji, a oklumencji sporadycznie.
- To dziwne, bo ja… - Harry urwał w pół zdania. Chciał jednak rozwiać dręczące go wątpliwości. – Miałem czasem wrażenie, że potrafi pani czytać w myślach. Wiem, przed chwilą powiedziała pani, że to niemożliwe, ale kilka razy, gdy o czymś myślałem, pani wypowiadała to na głos.
- Ach, to… - profesor Fedele machnęła niedbale ręką. – To, o czy myślisz, to nic innego, jak umiejętność obserwacji. Potrafią to i mugole. Mowa ciała bywa bardzo zdradziecka, gdyż im więcej gestykulujesz, tym więcej siebie odsłaniasz. To dlatego profesor Snape unika zbędnych gestów. On pokazuje po sobie tylko tyle, ile chce – i nic więcej. Pamiętaj o jednym, Harry. Zdolność obserwacji i wyciągania logicznych wniosków z tego, co widzisz, to bardzo przydatna umiejętność. W ten sposób możesz dowiedzieć się bardzo dużo o drugim człowieku. Nawet to, co chciałby przed tobą ukryć.
Podkrążone oczy, podpuchnięte powieki, błędny wzrok, palce zaciskające się na kubku tak, aż bieleją…
- Tak, pani profesor – odparł Harry, spuszczając wzrok. Ma pani rację. Nie chciałaby pani, abym wiedział, że jest pani przygnębiona, a ten spokój to tylko pozory.
Fede poczuła, że zmęczenie zaczyna zaćmiewać jej umysł. Nie była w stanie dłużej rozmawiać. Zresztą czuła, że to najlepszy moment na zakończenie rozmowy. Chłopak już nieco doszedł do siebie i miała nadzieję, że przemyśli sobie kilka spraw, które poruszyła w trakcie dzisiejszej konwersacji.
- Pomogę ci, Harry – powiedziała. – Po południu mamy małą nauczycielską naradę i będę rozmawiać z Dumbledorem. Powiem mu o wszystkim, co mi opowiedziałeś i znajdziemy kogoś, kto nauczy cię, jak radzić sobie z oklumencją. I nie myśl o tym więcej, dobrze? – uśmiechnęła się, a Harry odpowiedział jej tym samym. – Zapomnij o korytarzu, Voldemorcie i wszystkim, co cię martwi. Chociaż… jednej rzeczy rzeczywiście powinieneś się obawiać. Reakcji pani Pomfrey, która zapewne przeszukuje zamek w pogoni za zaginionym pacjentem.
-Taaak… - Harry wstał niechętnie, czując, że to koniec rozmowy. Spodziewał się, że w skrzydle szpitalnym powita go siarczysta awantura, w związku z czym nie było mu tam spieszno. – Będę się chyba musiał gęsto tłumaczyć…
- Powiedz po prostu, że miałeś do mnie pilną sprawę, która nie mogła czekać. I nie tłumacz się ani nie opowiadaj, o czym rozmawialiśmy. I jeszcze jedno, Harry…
- Tak, pani profesor?
- Jeśli mogę ci udzielić pewnej rady… na przyszłość nie dawaj się tak łatwo zbyć i nie unoś się honorem. Wprawdzie bardzo mi miło, że przyszedłeś do mnie z prośbą o pomoc, ale dużym błędem było, że nie porozmawiałeś o tym z kimś wcześniej i próbowałeś radzić sobie sam. Czasem warto odrzucić urazę i dumę. W przyszłości może się zdarzyć, że będziesz potrzebował pomocy osoby, której nie lubisz, a głupotą byłoby upieranie się przy swoim tylko z powodu osobistych animozji. Czasem warto pomyśleć przede wszystkim o sobie i o tym, co jest najlepsze dla ciebie.
X X X X X
Gdy Harry wyszedł, Fede odczekała chwilę, po czym machnięciem różdżki zaryglowała drzwi. Nie miała ochoty na żadne inne wizyty. Dwie noce bez snu i tylko krótka drzemka z głową opartą o stół w kuchni Syriusza dość mocno ją wyczerpały. Z westchnieniem ulgi zrzuciła buty, zapaliła cygaretkę i położyła na biurku nogi obciągnięte czarnymi pończochami.
Przez chwilę w milczeniu rozkoszowała się wiśniowym dymem, wypełniającym jej płuca. Była nieludzko zmęczona i oddałaby życie za kąpiel i wygodne łóżko, w którym mogłaby spać aż do kolacji. Perspektywa wsunięcia się między chłodne prześcieradła wydała jej się niezwykle kusząca. Ale jej myśli krążyły wokół rozmowy z Harrym.
Ponownie zaciągnęła się dymem i, jak to miała w zwyczaju, zaczęła analizować.
Zawsze była bystrą obserwatorką. Już od dziecka lubiła przyglądać się ludziom, stojąc nieco z boku. Dość prędko zorientowała się, że gdy ludzie rozmawiają z nią twarzą w twarz, zachowują się mniej naturalnie niż wtedy, gdy sądzą, że nikt na nich nie patrzy.
Często odwiedzała ich jedna z przyjaciółek matki. Obie panie siadywały wtedy w saloniku bądź na tarasie, popijając kawę i plotkując. Mała Eunice była cichym, grzecznym, bawiącym się samotnie dzieckiem, które nie przeszkadzało swoją obecnością. Uwielbiała wizyty pani Grant, która nie miała własnych dzieci i może dlatego z taką czułością odnosiła się do córki przyjaciółki. Brała ją na kolana, całowała i przynosiła marcepanową czekoladę, za którą Eunice przepadała.
Dziewczynka z uwielbieniem przyglądała się pani Grant, która dla pięciolatki stanowiła niedościgniony wzór do naśladowania. Była to wysoka, szczupła blondynką o nienagannie uczesanych włosach (niesforne loki już wtedy były bolączką małej Eunice oraz przyczyną strumieni łez wylewanych podczas czesania), kunsztownym makijażu i zgrabnej sylwetce. Nosiła eleganckie ubrania i buty na wysokich obcasach, które tak śmiesznie stukały podczas chodzenia. Zafascynowana tym odgłosem dziewczynka dorwała się kiedyś do butów matki, czego efektem był złamany obcas, wybite dwa mleczne zęby (skutek koziołkowania na łeb na szyję ze schodów do piwnicy, zakończonego wyrżnięciem twarzą o podłogę) oraz solidne lanie.
Pewnego dnia obie panie siedziały na tarasie, a Eunice dreptała dokoła, przysłuchując się rozmowie i podziwiając swoje nowe, czerwone tenisówki. Pani Grant opowiadała właśnie o wakacjach w Hiszpanii. Dziewczynka zatrzymała się, zasłuchana, urzeczona opowieścią o palmach, ciepłym morzu i rozgrzanym piasku. Pani Grant wyglądała na zadowoloną, gdy pani Fedele oświadczyła:
- Takiego męża, jak twojego, to ze świecą szukać. Ale ty masz z nim dobrze!
Pochyliła się, aby dolać kawy do filiżanek. W tym momencie Eunice, która nie spuszczała wzroku z pani Grant, dostrzegła coś dziwnego. Twarz, przed chwilą tak wesoła i pogodna, zastygła na moment w upiorną maskę. Dziewczynka wstrzymała oddech. Była jeszcze zbyt mała, aby rozumieć pewne sprawy, ale pojęła, że wakacje pani Grant wcale nie były aż tak udane. Trwało to tylko chwilę i zaraz potem pani Grant na powrót była tą uśmiechniętą, miłą panią, którą tak dobrze znała.
Eunice przez resztę dnia głowiła się nad tą zagadką. Umysł pięciolatki podpowiadał jej dość logiczne rozwiązanie – pani Grant wcale nie podobały się wakacje. A jeśli tak, to dlaczego nie powiedziała, że było beznadziejnie? Myślała nad tym i myślała, ale pod wieczór musiała się poddać. Postanowiła zapytać taty.
Ojciec był księgowym, który całe dnie spędzał w pracy, ale zawsze znalazł czas na ułożenie córki do snu i przeczytanie jej bajki. Był człowiekiem skrupulatnym dokładnym i logicznym. Cenił dociekliwość i dążenie do poznania odpowiedzi, więc nigdy nie zbywał córki, gdy go o coś pytała. Ponadto był zwolennikiem rozmawiania z dzieckiem na poważnie, dostosowując odpowiedzi do wieku i możliwości pojmowania różnych rzeczy przez Eunice. Dlatego zapytany o dziwne zachowanie pani Grant, nie wykręcił się od odpowiedzi.
- Sądzę, moja mała, że masz rację – powiedział, otulając córkę kołdrą. – Pani Grant najwidoczniej nie bawiła się zbyt dobrze na wakacjach. Dlaczego? Tego nie wiem.
- To czemu opowiadała, jak tam było fajnie? – Eunice wystawiła nos spod kołdry, nie zamierzając dać się zbyt szybko uśpić. – Nie wyglądała jak ktoś, kto jest zadowolony.
- Tego nie wiem – westchnął ojciec. – Myślę, że nie chciała robić przykrości twojej mamie, mówiąc, jak nieudany miała wyjazd. Ale Eunice, nie wolno ci o to wypytywać pani Grant.
- Czemu?
- Bo każdy ma prawo do swoich tajemnic.
Wtedy Eunice zrozumiała, że ludzie są fascynujący. Każdy z nich, nawet ten najbardziej niepozorny, kryje w sobie jakieś sekrety i tajemnice. Dlatego nabrała zwyczaju przyglądania się ludziom, przypatrywaniu ich twarzom, gestom, przysłuchiwania tonowi ich głosu. Wkrótce przekonała się, że to, co ludzie mówią, a co naprawdę myślą, to dwie różne rzeczy.
Gdy ktoś mówił jej nieprawdę, potakiwała, w duchu myśląc: „Znam twój sekret. Wiem, że kłamiesz". Niezmiernie ją to bawiło.
Z czasem pojęła, że wiedza o drugim człowieku to naprawdę potężna broń.
A jeszcze później nauczyła się z niej korzystać.
X X X X X
Rozmowa była bardzo interesująca.
Gdyby Harry wiedział, że go analizuje, nie byłby zachwycony. Gryfońska, szczera dusza nie tolerowała tego typu podchodów, automatycznie klasyfikując je jako nieszczerość. Fede, jako rasowa Ślizgonka, miała na ten temat odmienne zdanie. Obserwowała chłopca z wrodzonej ciekawości i chyba już nawyku, a robiła to tak zręcznie, aby nie poczuł się jak na przesłuchaniu.
Sporo się o nim dowiedziała.
Jak każdy w czarodziejskim świecie, wiedziała, kim jest Harry Potter. Osobiście poznała go jednak dopiero tuż po przybyciu do Hogwartu. Pamiętała czarnowłosego biedaczynę, który opierał się o ścianę, jakby miał zemdleć i wyglądał na chorego. Drobny, chuderlawy dzieciak. Musiała przyznać, że nie zrobił na niej ogromnego wrażenia.
Ponieważ nauczyciele też są ludźmi, często zdarzało im się plotkować w pokoju nauczycielskim czy między zajęciami na temat uczniów. Z tego, co usłyszała Fede, chłopak miał opinię dość zdolnego, ale niezbyt pilnego. Pasjonował się quidditchem, niezbyt chętnie przesiadywał w bibliotece, ogromnego zapału do nauki nie miał. Dało się jednak wyczuć, że profesorowie go lubili (z jednym nieprzejednanym wyjątkiem) i uważali go za miłego, porządnego chłopca.
Fede przymknęła oczy.
Lubiła go, owszem. Nie, aby żywiła do niego jakąś ogromną sympatię czy zaliczała go do swoich pupili. Jak ognia unikała faworyzowania uczniów, pamiętając doskonale, jak niesprawiedliwy był profesor Slughorn. Owszem, byli tacy, których lubiła bardziej lub mniej, ale nie faworyzowała nikogo ani nie miewała pupili. Niektórym poświęcała więcej uwagi, niż innym, ale nie wynikało to z sympatii czy antypatii. Choćby Neville Longbottom, zastraszony nieśmiałek, który jednak bardzo chciał się uczyć i widać było, że na zajęciach wręcz wyłazi ze skóry, aby pokazać się od jak najlepszej strony. Kiedy przestał się tak denerwować, a zaczął koncentrować, okazało się, że daje sobie radę nie gorzej od kolegów. Fede podejrzewała, że Neville może być bardziej zdolny, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Dlatego podczas zajęć poświęcała mu dużo czasu, a on z zadowoleniem przyjmował jej uwagi. Biedak sam się chyba sobie dziwił, obserwując własne postępy. I o to jej chodziło. Lubiła odkrywać zdolności w uczniach, wyciągać je na światło dzienne, a następnie obserwować, jak pod jej kierunkiem rozwijają oni swoje talenty.
Czy Harry był zdolny? Powiedziałaby, że tak. Nie był przeciętniakiem, jego inteligencję i zdolności oceniała jako powyżej przeciętnej, choć daleko mu było do wybitności. Chłopak geniuszem nie był, a to, że brakowało mu też pilności, pozwalało jej podejrzewać, że może skończyć jako niespełniony talent. O takich mawia się: „zdolny, ale leniwy". Jeśli się nie zmotywuje, zatrzyma się w miejscu, podczas gdy ci bardziej ambitni i pracowici pójdą dalej, aż w końcu go prześcigną.
Może i niezbyt chętnie ślęczał nad książkami, jednak na zajęciach słuchał uważnie, chętnie wykonywał polecenia, nie obijał się. Daleko mu było do niemal nabożnego skupienia Neville'a, ale zdecydowanie chciał się uczyć obrony i ewidentnie przekładał praktykę nad teorię. Fede w duchu zgadzała się z takim podejściem, jeśli chodzi o wykładany przez nią przedmiot. Z tego powodu zrezygnowała z podręczników i postawiła na popartą solidnym treningiem praktykę.
Inteligentny? Tu Fede nieco się zawahała. Nie, aby chłopcu czegoś pod tym względem brakowało. Jej osobiste zdanie było zgodne z ogólną opinią – chłopak był bystry i miał głowę na karku. Problemem było to, że Harry postępował dość chaotycznie – raz zachowywał się rozsądnie, aby następnie wykazać się kompletnym brakiem tej cechy. Choćby incydent po meczu Quidditcha. Zamiast ruszyć głową, zorientować się, że Malfoy go prowokuje i zignorować zaczepki, a ewentualne porachunki zostawić na później, chłopak rzucił się na niego, mając nauczyciela za plecami. Wykazał się wtedy totalną głupotą, brakiem sprytu i opanowania. O tak, dawał się łatwo prowokować. A to bardzo źle.
Ciekawe, czy potrafi wyciągać wnioski. Odnosiła wrażenie, że tak, aczkolwiek zwykle po solidnej nauczce. Po ich poprzedniej rozmowie na temat hogwarckich domów zauważyła, że jego stosunek do Slytherinu nieco się zmienił. Nie, aby nagle zapałał wielką miłością do Ślizgonów. Jednak, gdy wszedł do gabinetu, był jedną wielką chmura gradową – pałał wściekłością do Malfoya i Slytherinu, a na nią był wyraźnie obrażony. Jak pensjonarka. Przytarła mu więc nieco nosa, ale uważała, że dobrze to smarkaczowi zrobi. A potem zaczęła z nim rozmawiać nie jak z uczniakiem, którego się stawia do kąta, a jak z dorosłym, rozsądnie myślącym człowiekiem. Wtedy zauważyła, że chłopak uważnie słucha, a potem zaczyna zadawać pytania. Wydawał się być zaskoczony tonem, w jakim przebiegała ich rozmowa, co wcale jej nie dziwiło. Ze swoich szkolnych czasów pamiętała, że mało który nauczyciel rozmawiał z uczniem życzliwie i po ludzku, zamiast fukać, rozkazywać i utrzymywać dyscyplinę za pomocą punktów oraz szlabanów. A doświadczenie mówiło jej, że jeśli traktuje się ucznia jak dzieciaka, takiego tez zachowania można się po nim spodziewać. Potraktowała więc chłopca poważnie, rozmawiając z nim życzliwie, odpowiadając na jego pytania, wyjaśniając wątpliwości. Gdy skończyli rozmowę, miała wrażenie, że Harry coś zrozumiał, a jej logiczne argumenty dały mu do myślenia. Zdał sobie sprawę ze swojego zachowania i przeprosił ją zupełnie szczerze.
To była ich pierwsza rozmowa, nie licząc oczywiście zajęć. Dzisiaj miała miejsce druga. I to właśnie ona dała Fede sporo do myślenia.
Dlaczego przyszedł właśnie do niej? Była pierwszą osobą, której o wszystkim opowiedział, a przecież znał ją niecałe dwa miesiące. Nie zwierzył się Dumbledore'owi, McGonagall, nawet przyjaciołom. To akurat rozumiała. Chłopak czuł się zawiedziony brakiem zainteresowania dyrektora (co było zupełnie zrozumiale) oraz urażony szorstkością wicedyrektorki. Miał też najwidoczniej żal do przyjaciół, którzy zgodnie z zaleceniami Dumbledore'a nie poinformowali go, że są na Grimmauld Place,. W jego pojmowaniu przyjaźni takie zachowanie było absolutnie niezrozumiałe. A urażony, uniósł się dumą i zamknął w sobie. Niezbyt dobra to cecha, choć typowa dla jego wieku – chłopak ma dopiero piętnaście lat. Głupi i trudny wiek – nie jest już dzieckiem, ale jeszcze nie jest mężczyzną. Chce być traktowany jak dorosły, ale sam nie zawsze potrafi się dojrzale zachować.
Dlaczego więc zaufał właśnie jej? Były dwie możliwe opcje. Albo wyczuł, że może jej zaufać, co świadczyłoby, że zna się na ludziach oraz ma w pamięci poprzednią rozmowę. Druga możliwość to taka, że zaufał osobie, która okazała mu zainteresowanie i chciała go wysłuchać. A to już niedobrze. Gdyby miała wobec niego jakieś złe zamiary, byłoby jej łatwo wyciągnąć z niego wszystko, co chciała, uczynić z chłopca swojego sojusznika i manipulować nim niczym kukiełką. Łatwowierność? I to chyba w dużym stopniu. Tyle, że ta skłonność do obdarzania zaufaniem kogoś, kogo mało jeszcze zna, może się kiedyś okazać jego gwoździem do trumny. Swoją drogą, Harry ewidentnie łaknął zainteresowania. Nie podziwu czy poklasku, o nie. Fede miała wrażenie, że zwyczajnie chciał, aby ktoś się nim zainteresował - tym, jak się czuje, co się z nim dzieje. W Hogwarcie, gdzie profesorowie nie spełniali roli nianiek ani nawet powierników, chłopak musiał się często czuć niezrozumiany i samotny. Zwłaszcza, że przyjaciele nie mogli mu w pewnych sprawach pomóc, a zdaniem Fede dorastająca młodzież powinna mieć koło siebie zaufaną, dorosłą osobę, która mogłaby służyć rada i pomocą. Nie ma nic gorszego, niż dzieciak, który praktycznie wychowuje się sam.
Nie brak mu natomiast odwagi i śmiałości, a także tupetu. Te cechy akurat Fede lubiła. Nie uważała, aby zbytnia potulność miała pomagać w życiu, gdzie często trzeba walczyć o swoje i nie ustępować pola. Chłopak był ogólnie grzeczny, ale podejrzewała, że wypływało to raczej z jego charakteru, niż z wychowania. Ta uwaga o ręce profesora Snape'a pod koszulą oraz pytanie „czy pani się czegoś boi?" wskazywały na to, że Harry nie posiadał tego, co nazywa się dobrymi manierami. McGonagall uznałaby te wypowiedzi za wielce niestosowne, a Severus bez wątpienia sklasyfikowałby je jako czyste chamstwo. Fede nie odebrała ich natomiast jako braku grzeczności, bo rozumiała, że nie takie były intencje Harry'ego. Pytanie o jej własne lęki było bez wątpienia ciekawskie, ale nie obraźliwe. Umyślnie poprowadziła tę rozmowę tak, aby zatrzeć dystans nauczyciel-uczeń. Rozmawiała z Harrym jako z równorzędnym partnerem, nie z pozycji przewagi, jaką daje tytuł profesora, nic więc dziwnego, że chłopak zachował się zgodnie z kanonem rozmowy, a nie jak potulny uczniak. Starała się go ośmielić, gdyż chciała porozmawiać szczerze i bez niedomówień. I udało jej się to. Chłopak otworzył się przed nią, prawdopodobnie tak, jak przed żadnym innym nauczycielem. Mogła z niego czytać jak z otwartej księgi.
Fede nie mogła zaprzeczyć, że Złoty Chłopiec bardzo ją ciekawił. Jako roczne dziecko przyczynił się zupełnie nieświadomie do upadku Voldemorta i świat czarodziejski wiele od niego oczekiwał. A czy on był przygotowany na udźwignięcie takiej odpowiedzialności? Z pewnością nie. Ale odpowiednio przeszkolony, prowadzony za rękę przez kogoś, kto pomoże mu poznać własne zdolności, rozwinie jego talenty i stanie się jego mentorem…?
W zadumie zgasiła cygaretkę.
Chłopak jej ufał, miała u niego posłuch. Gdyby chciała, mogłaby nim bez trudu manipulować. Piętnastoletni, nie znający życia, naiwny Gryfon nie miałby szans z prawie dwukrotnie starszą Ślizgonką, która miała dość mało skrupułów i potrafiła konsekwentnie i cierpliwie realizować swoje plany.
Tyle, że Fede nie miała zamiaru podporządkowywać sobie Harry'ego. Gdyby chciała, byłaby to łatwa przeprawa - stopniowe umacnianie zaufania chłopca, do tego stopnia, aż wszystko, cokolwiek by powiedziała, stałoby się dla niego święte.
O tak, potrafiłaby to zrobić. Ile razy z wdziękiem manipulowała ludźmi niczym marionetkami, nie tracąc przy tym szerokiego uśmiechu, grała na cudzych emocjach, lawirowała między kłamstwem a szczerością? Ile razy bawiło ją to do tego stopnia, że z trudem powstrzymywała śmiech? A wszystko po to, aby nie wyjść z wprawy, by się nie nudzić, dla żartu, ze złośliwości, z zemsty – i dlatego, bo to lubiła?
Co do Harry'ego, to chciała go prowadzić za rękę, przekazywać mu swoją wiedzę i poglądy, nauczyć myśleć i działać samodzielnie. Tak, samodzielnie. Nauczyć chłopca wszystkiego, czego będzie w stanie, a następnie wypuścić go w życie i w wir walki. Wybić mu z głowy ogłupiające stereotypy na temat lepszych i gorszych domów, nauczyć walczyć o swoje, troszczyć się o siebie i swoje potrzeby, wykorzystywać wszelkie nadarzające się okazje, ale przede wszystkim myśleć, myśleć!
Uważasz się za Boga, Fede? delikatny głosik rozbrzmiał w jej głowie. Chcesz zrobić z chłopca Ślizgona?
- Nie – mruknęła Fede, tocząc dialog sama ze sobą. Kolejna cygaretka znalazła się między jej wargami. – Chłopak JEST Ślizgonem. Trafił do Gryffindoru, bo sam tego chciał, ale Tiara Przydziału się nie myli. To Slytherin pozwoli mu poznać swoją wielkość, nie Gryffindor.
I sądzisz, że przerobisz go na swoje podobieństwo? Oj, Fede, Fede, twoje zarozumialstwo i pycha obrócą się kiedyś przeciwko tobie…
- Na swoje podobieństwo? Nie – Fede pozwoliła sobie na znużony uśmiech. – Nie podejmuję się niewykonalnych zadań. Rzucam się na głęboką wodę? Pozwalam się unieść pysze? Możliwe. Ale nie skrzywdzę tego chłopca. Będę go bronić, jeśli zajdzie potrzeba. A gdy wreszcie dojrzeje i pokaże, na co go stać, będę miała osobistą satysfakcję z tego, że to ja, a nie ktoś inny, pomógł mu osiągnąć wielkość. Osobistą, rozumiesz? Żadnych zasług czy honorów. To będzie moja cicha satysfakcja, o której nie powiem nikomu, będę ją zaś wspominać…
Po to, aby usilnie się przekonywać, że jesteś dobrym człowiekiem? Aby odzyskać dobre imię we własnych oczach? Powinnaś zostać żoną pastora. To świetnie spłukałoby z ciebie tę zgniliznę, w której nurzałaś się przez tyle lat. Tak, chcesz z tym skończyć. Chcesz zostać szanowaną, poważaną przez wszystkich osobą, ale nie łudź się, twoje prawdziwe ja zawsze wyjdzie na wierzch.
- Jasne – Fede zerwała się na równe nogi, omal nie przewracając przy tym fotela. Czuła bolesny ucisk w skroniach. Wyczerpanie dopadło ją tak nagle, że zachwiała się i musiała przytrzymać biurka, aby nie upaść. Gdy chwila słabości minęła, zgasiła wypaloną do połowy cygaretkę i na uginających się nogach powlokła się do sypialni.
Łóżko jawiło jej się niczym zbawienie.
Rozpięła guziki sukni i z ulgą pozbyła się ciężkiego, ciemnego materiału, który owijał ją niczym kokon. Rzuciła się na prześcieradło, nie dbając o to, że gorset boleśnie wrzyna jej się w ciało. Zasnęła tak, jak stała, w bieliźnie i czarnych pończochach, nie troszcząc się nawet o to, by się przykryć.
