AN: Mam nadzieję, że lubicie Zoey! :)
Życie po balu zaczęło płynąć swoim normalnym, spokojnym rytmem. Ginny niechętnie odliczała dni do powrotu, pogrążając się w zupełnej życiowej apatii. Ciężko było rozmyślać jej o opuszczeniu Slytherinu, kiedy tyle dobrego spotkało ją w ostatnim czasie...
- WEASLEY!
Drgnęła, wyrywana z zamyślenia. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na stojącego przed nią Snape'a, którego nozdrza drgały niebezpiecznie ze złości.
- Przecież słucham.
- Więc o czym właśnie mówiłem?
Ginny zaniemówiła, nerwowo przygryzając wargę. Siedzący obok Mark szepnął jej do ucha "Imperiusy", więc powtórzyła to niepewnie. Snape obdarzył ją obleśnym, złośliwym uśmieszkiem.
- Pięknie, panno Weasley. Widzę, że naprawdę dobrze wychodzi ci powtarzanie słów po innych. Szkoda, że w przypadku nauki idzie ci zdecydowanie gorzej...
Ginny wzięła głęboki oddech, starając się nie dać sprowokować Snape'owi, który z miną pełną wyższości, oddalił się od jej ławki. Na szczęście w tej samej chwili rozległ się dzwonek i wszyscy uczniowie entuzjastycznie poderwali się z miejsc, pakując swoje rzeczy. Ginny również odetchnęła z ulgą i już miała kierować się w stronę wyjścia, kiedy głos profesora przebił się przez ogólny rozgardiasz.
- Ty zostajesz, Weasley.
Pożegnana przez współczujące spojrzenia części Ślizgonów, stanęła przed biurkiem Snape'a i z nietęgą miną przyglądała się, jak nauczyciel skrobie coś na kawałku pergaminu, nie zwracając nawet na nią uwagi. Zirytowana tą lekceważącą postawą, kaszlnęła ostentacyjnie. Snape odłożył pióro i spojrzał na nią ostro.
- Widzę, że tu stoisz - zakomunikował z chłodem w głosie. - Przypomnij mi, kiedy wracasz do swojego potulnego domu?
Ginny uniosła brwi, zaskoczona tą niezbyt wyrafinowaną bezpośredniością.
Nie chcąc zagłębiać się w szczegóły, zdawkowo odparła, że wróci już niedługo. Snape przyglądał jej się uważnie spod wrogo zmrużonych powiek.
- Powiedz mi tylko - zaczął - czy już zupełnie straciłaś rozum?
Ginny zamrugała kilkukrotnie, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie przesłyszała.
- Głupia dziewczyno, wybierasz sobie najgorszy czas na tak bezczelną postawę względem najważniejszych rzeczy - syknął Snape ku jej zdumieniu. - Dobrze ci radzę, byś nie bagatelizowała sobie tych lekcji. Nie wiadomo, kiedy mogą ci się przydać. A teraz zejdź mi z oczu.
Ginny stała w bezruchu, analizując każde wypowiedziane przez Snape'a słowo. Kiedy pojęła, że sens tych zdań jest w stanie zrozumieć tylko ich nadawca, i kiedy profesor warknął, że ma w końcu stąd wyjść, ruszyła w stronę drzwi, nie zaszczycając go nawet słowem pożegnania.
Rozdrażniona, dynamicznym krokiem przecinała szkolne korytarze. Czuła nieodpartą potrzebę pozbycia się negatywnych emocji poprzez samotny, intensywny spacer. Skąd dzisiaj w Snapie tyle jadu w stosunku do jej osoby? Przecież nie zrobiła nic złego! Co chciał jej przekazać, co miał na myśli, mówiąc, że nie wiadomo, kiedy przyda jej się wiedza zdobyta na lekcjach? Czy on ją przed czymś ostrzegał? A może to była groźba?
Skręciła w jeden z korytarzy, wciąż zatopiona w niewygodnych rozmyślaniach.
Ginny powoli otworzyła oczy. Z zaskoczeniem zauważyła, że leży w pustym korytarzu. Rozejrzała się dookoła z zupełną dezorientacją. Czuła nieprzyjemny ból gdzieś z tyłu głowy i z trudem przyszło jej ocenienie sytuacji. Co robiła na środku korytarza zupełnie sama? Czy zemdlała? Usilnie próbowała przypomnieć sobie, co mogłoby spowodować jej obecność w tym miejscu, jednak żadne obrazy nie chciały pojawić się w jej głowie. Ostatnie, co zdołało zachować się w otchłani jeszcze nieprzytomnej pamięci, to rozmowa ze Snape'em i późniejszy spacer przez szkolne korytarze... Tylko dlaczego leżała nieprzytomna pośrodku jednego z nich?
Schowała twarz w dłoniach, starając się uporządkować myśli. W dalszym ciągu nie mogła przypomnieć sobie niczego, więc z cichym westchnieniem oddaliła ręce od twarzy. Spojrzawszy na nie, zamarła.
Jej dłonie pokryte były krwią. Poderwała się natychmiast i z przestrachem rozejrzała się w każdym możliwym kierunku, szukając czegoś, co mogłoby tłumaczyć jej splamione ręce. Nic jednak nie dostrzegła; ani kałuży krwi, ani ran na własnym ciele (dokładnie sprawdziła tył głowy), ani żadnego ciała. Nie czuła się jednak przez to spokojniejsza. Drżącymi rękoma sięgnęła po różdżkę i za pomocą zaklęcia Aquamenti usunęła brud.
Czuła, jak jej serce kołacze niespokojnie. Powoli wycofała się z korytarza na chwiejnych nogach, by chwilę później biec przed siebie zupełnie na oślep. Pewnie dobiegłaby do lochów w szybkim tempie, gdyby nie zderzyła się z kimś drastycznie.
Wielka, kryształowa kula potoczyła się po podłodze, wypełniając cały korytarz dudnieniem. Ginny spojrzała na osobę, na którą wpadła, wciąż z lekkim strachem w oczach. W dalszym ciągu miała poczucie dziwnego odrealnienia, które zapewne spowodowało to bolesne zderzenie.
- Przepraszam - wyjąkała Ginny, spoglądając na profesor Trelawney. Nauczycielka przyglądała jej się bez słowa, a jej wielkie oczy, powiększone przez szerokie okulary, wydawały się jeszcze bardziej przerażające.
Ginny schyliła się po kulę, by podać ją nauczycielce.
- Wszystko w porządku, moja droga? - zapytała z troską Trelawney. - Nie bój się... Już wkrótce znowu będziesz miała krew na rękach.
Ginny zastygła w bezruchu, niemal doznając chwilowego zatrzymania serca. Spojrzała na profesor Trelawney, nie kryjąc nawet swojego lęku.
- Słucham? - Jej głos drżał. - Ja nikomu nic nie zrobiłam, pani profesor! Przysięgam!
- Och, ja wiem, wiem... - powiedziała nauczycielka, głosem jakby oderwanym od rzeczywistości. - Szkoda mi cię, kochaniutka. Taka dzielna, a taka cierpiąca. Sinusoida, jedna wielka sinusoida!
- C-co? - wydukała Ginny, robiąc krok w tył. - Jaka sinusoida?
Profesor Trelawney uśmiechnęła się do niej łagodnie, jednak uśmiech ten bynajmniej nie sprawił, że Ginny się uspokoiła.
- Twoje życie. Jedna wielka sinusoida. Widzę ją, widzę tę krzywą i krew na rękach.
Ginny stała w bezruchu, niezdolna do zrobienia kolejnego kroku. Nigdy nie brała wypowiedzi Sybilli Trelawney na poważnie, zawsze podchodziła do nich z dystansem i szybko zrezygnowała z zajęć, uznając je za zupełną stratę czasu. I o ile przy profesorce czuła zawsze swego rodzaju dyskomfort, i jedynie chęć zawiadomienia specjalistów z Munga, o tyle tym razem ciarki przeszły po całym jej ciele, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Paraliżujący strach, że kobieta może wiedzieć coś więcej na temat krwi pokrywającej jej dłonie, przyprawiał jej serce o szybsze bicie, zwłaszcza, że nawet ona sama nie wiedziała, co właściwie się stało.
- Do widzenia - powiedziała tylko i szybko oddaliła się od nauczycielki. Marzyła wyłącznie o tym, by bezpiecznie trafić do lochów.
Wciąż nie mogła odsunąć od siebie myśli na temat niepokojącej sceny z profesor Trelawney. Kiedy dotarła do pokoju wspólnego, od razu skierowała się do dormitorium, nie odzywając się do nikogo słowem. Ostatnim, czego potrzebowała, były niewygodne pytania ze strony jej znajomych, którzy z pewnością czyniliby to z troski o nią, ale zdecydowanie nie pomogliby jej w układaniu myśli.
Była w zbyt wielkim szoku, by pójść na resztę lekcji i kilka godzin spędziła samotnie w dormitorium, wykańczana przez własne myśli. Nie obchodziło ją, jak wyjaśni Snape'owi swoją ucieczkę z zajęć oraz co odpowie na pytania Daphne i Zoey, kiedy zapytają o powód nieobecności. Potrafiła rozmyślać jedynie o krwi na swoich rękach.
Dlaczego były one splamione? Czyja to była krew? Jak Ginny znalazła się na podłodze w korytarzu i co wydarzyło się między ostatnim wspomnieniem ze spaceru a przebudzeniem?
Przez chwilę nawet przeszło jej przez myśl, że może tak naprawdę powoli zaczyna wariować i mózg płata jej figle, tworząc obraz zakrwawionych rąk. Szybko jednak wyperswadowała sobie z głowy ten pomysł. Przecież ta krew była namacalna, czuła, jak lepią się jej palce, niemalże odczuwała jej metaliczny smak na języku... Coś musiało się wydarzyć.
- Jesteś tu, Ginny? - Drzwi uchyliły się, wpuszczając do środka Daphne.
Ginny, która leżała na łóżku i bezmyślnie wpatrywała się w sufit, skinęła głową bez słowa. Przyjaciółka usiadła obok niej.
- Czemu cię nie było?
Ginny przewróciła oczami. To pytanie było do przewidzenia, a jednak wzbudziło w niej irytację.
- Źle się czuję.
- Chcesz o tym pogadać?
- Absolutnie nie chcę.
Daphne skinęła głową w geście zrozumienia. Jeszcze kilka miesięcy temu drążyłaby temat i Ginny bardzo odpowiadało to, że nauczyła się już, kiedy powinna odpuścić.
Siedziały w milczeniu jeszcze chwilę, dopóki Daphne nie przerwała ciszy, pytając Ginny, czy nie chciałaby iść z nią teraz na kolację.
- W sumie... Jestem trochę głodna - odparła ku uciesze przyjaciółki, podnosząc się leniwie z łóżka.
Spędziła w dormitorium tyle czasu, że nie wytrzymałaby ani minuty dłużej, pogrążając się w myślach. Musiała odpocząć chociaż chwilę i zaspokojenie głodu, który doskwierał jej od kilku godzin, wydawało się wręcz idealnym pomysłem.
I rzeczywiście, potok słów, który wydobywał się z ust Daphne, choć częściowo oderwał Ginny od nieprzyjemnych myśli. Wdzięczna była jej za tę krótką, wspólną chwilę, podczas której mogła się odprężyć.
Kiedy wyszły z Wielkiej Sali, Ginny chciała skręcić w kierunku lochów. Daphne zatrzymała ją jednak, chwytając jej nadgarstek.
- Chodź. Mam dla ciebie niespodziankę - powiedziała, pociągając zaskoczoną przyjaciółkę w stronę drzwi wyjściowych. - Bo już niedługo wracasz do Gryffindoru... - W jej głosie dało się słyszeć nutkę rozczarowania. - To pomyślałam, że może zechcesz spędzić jeszcze trochę czasu ze Ślizgonami...
Kiedy otworzyły mosiężne drzwi i wyszły na zewnątrz, łagodny chłód uderzył w nie nieoczekiwanie. Noc była bezchmurna i na tyle spokojna, że można było odczuć, jakoby kołyszące się delikatnie od podmuchu wiatru korony drzew zapraszały, by usiąść pod ich pniem i skierować twarz na czarne, uśpione jezioro.
Z początku Ginny nie mogła rozgryźć, co może szykować dla niej Daphne. Dopiero kiedy powoli zaczęły się zbliżać w stronę jeziora, ich oczom ukazała się niewielka, jasna kula światła. Im bliżej podchodziły, tym kształt stawał się coraz bardziej klarowny, by ostatecznie okazać się sporych rozmiarów ogniskiem, wokół którego siedziało kilkanaście osób.
Była to znaczna większość starszych Ślizgonów, duża część z nich otulona grubymi kocami. Ginny dostrzegła Zoey i Tony'ego, była tutaj również Crystal, która rozmawiała ze Stanleyem i Markiem, Pansy entuzjastycznie mówiąca coś Tracy i Millicencie, Blaise Zabini, który spoglądał na Zoey, mrużąc niebezpiecznie oczy, Crabbe i Goyle zajadający się kiełbasami, Tamara i Bidrick z drużyny quidditcha, a także Liv, której głowa łagodnie spoczywała na ramieniu Notta.
Ginny zamarła i poczuła, jak w jednej chwili krew ją zalewa. Od czasu balu nie zamieniła z nim ani słowa. Mało tego - ona i Nott zaczęli się jakby unikać, prowadząc przy tym jakieś dziecinne podchody, a przynajmniej Ginny tak to odbierała. Zdawała sobie sprawę, że ich prawie-pocałunek nie może ot tak odejść w niepamięć i w końcu będą musieli spojrzeć sobie w twarz. Kilka razy złapała się nawet na tym, że poważnie zaczyna rozważać, czy aby na pewno nie czuje do niego czegoś więcej... A biorąc pod uwagę, że sprawa z Harrym była dla niej teraz naprawdę mało znacząca, coś mogło być na rzeczy z Nottem.
Kiedy jednak zobaczyła go wraz z Liv, wszystkie te wątpliwości odeszły w niepamięć, a na ich miejsce wstąpił gniew. Gniew, który wzrósł jeszcze bardziej, gdy dłoń Liv przykryła dłoń Notta. Widząc to, Ginny z wściekłości zacisnęła pięści. Nocne spotkania, rozmowy, cały ten bal... I Nott ze spokojem dający się głaskać po ręce Liv. Tyle dla niego znaczyła.
- Cześć, Ginny! - zawołał ktoś, jednak ona nie była w stanie stwierdzić, czy był to głos Stanleya, Tony'ego czy może Marka. Odrywając wzrok od Liv i Notta, usiadła obok Zoey na wyciętym pniu drzewa, a minę miała dość nachmurzoną.
- Och, nie... - jęknęła Zoey, spoglądając to na nią, to na Notta. Szybko połączyła fakty. - Najpierw Potter, teraz on...
- Żaden on! - syknęła Ginny, uważając, by nikt ze Ślizgonów jej nie usłyszał. - Zapomnij o tym, co widziałaś w bibliotece, Zo.
Zoey uniosła brwi, jednak nic nie powiedziała.
- Często organizujecie tego typu rzeczy? - zagadnęła Ginny Daphne, która właśnie była w trakcie rozmowy z Tonym.
- Zdarza się - odpowiedziała, odwracając się od Tony'ego. - Czasami bez okazji, czasami wtedy, gdy chcemy coś świętować...
Ginny uśmiechnęła się blado, wlepiając wzrok w czerwono-żółte płomienie, które tańczyły wesoło, i które niewielki wiatr spychał nieco w jej stronę. Mimo tego, że był początek lutego, noc nie była aż tak chłodna, a ciepło bijące od ogniska pozwalało na spokojne spędzanie czasu na zewnątrz. Dodatkowo Ginny nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wspólne siedzenie z uśmiechniętymi Ślizgonami działa na nią kojąco i pozwala uwierzyć w to, że w gruncie rzeczy są oni naprawdę zjednoczeni. Bardzo możliwe, że to właśnie ta integracja rozprowadzała przyjemne ciepło po jej ciele.
Odpłynęła trochę myślami i ponownie rozejrzała się po zebranych. Ich twarze wyglądały wyjątkowo blado w świetle tańczących płomieni, ale też (Ginny nie wiedziała, z czego to wynika) niecodziennie łagodnie i wesoło. Jedynie Zabini sprawiał wrażenie jakby spinał całe ciało i próbował zabić za pomocą wzroku, który utkwiony był w Zoey. Ona jednak najwyraźniej nie zdawała sobie z tego sprawy.
Ginny poczuła nagłe olśnienie. Szybko szturchnęła przyjaciółkę i szepnęła do niej:
- Zoey, musisz mi powiedzieć, jak rzuciłaś zaklęcie Obliviate na Zabiniego. Myślałaś o tym wcześniej? Ćwiczyłaś to? Ile pamięci może wykasować ktoś niedoświadczony? Myślisz, że Zabini może sobie przypomnieć wszystko?
Zoey patrzyła na nią, unosząc brwi chyba najwyżej, jak tylko mogła. Na jej twarzy malowała się konsternacja, więc Ginny zamilkła, mając nadzieję, że ten potok pytań nie wzbudzi jej podejrzeń.
- Nie, nie myślałam nad tym i nigdy wcześniej nie rzucałam tego zaklęcia - powiedziała powoli Zoey, jakby bojąc się, że Ginny znów wybuchnie, ochlapując ją lawą kolejnych pytań. - Nie wiem, czy sobie przypomni, ale mam nadzieję, że nie. W końcu to zaklęcie zapomnienia. - Przyjrzała jej się badawczo. - A czemu pytasz?
Ginny westchnęła, uznając, że i tak nie ma sensu udawać, że wykazuje takie zainteresowanie jedynie z czystej ciekawości.
- Myślę, że ktoś mógł potraktować mnie właśnie tym zaklęciem.
- Jakim zaklęciem? - odezwała się natychmiast Daphne, nadstawiając ucho. Ginny posłała jej groźne spojrzenie, jednak ona nic sobie z tego nie zrobiła i wciąż czekała na odpowiedź z zapartym tchem.
Ginny, zrezygnowana, opowiedziała im o tym, jak nagle obudziła się na środku korytarza z dziurą w pamięci. Pominęła jednak najważniejszą część o krwi na dłoniach, uznając, że to mogłoby mocno je wystraszyć.
- Może poproś Crystal o pomoc - podsunęła Daphne, gdy tylko Ginny skończyła mówić. - Jej ojciec pracuje w jakimś dziale zaklęć, czy coś...
Ginny rzuciła krótkie spojrzenie w stronę Crystal, która siedziała po turecku i rozmawiała z Markiem.
- No nie wiem... - mruknęła, zwracając się do Daphne i Zoey.
Niespodziewanie przyszedł jej do głowy pewien niepokojący pomysł. Ta myśl była tak nagła, że Ginny poczuła, jak robi jej się słabo.
Pięć lat temu przeżyła analogiczną sytuację. Będąc pod wpływem Voldemorta, a raczej Toma, budziła się z krwią na jeszcze dziecięcych dłoniach, zupełnie nieświadoma tego, że za jej pomocą napisała na ścianie korytarza wiadomość o otwarciu Komnaty Tajemnic.
Kiedy przypomniała sobie pierwszą klasę, ciarki pokryły całe jej ciało. Nie, to niemożliwe... Nie myślała o tych wydarzeniach od tak dawna, starała się je wyprzeć z pamięci. To przecież wykluczone, by sytuacja się powtórzyła... W tym wypadku naprawdę wolałaby zostać ofiarą zaklęcia zapomnienia.
Odgoniła od siebie wspomnienia o Tomie, dzienniku i pierwszej klasie, po czym usiadła obok Crystal. Nim zdążyła przemyśleć, jak dokładnie powinna ubrać w słowa to, co ją nęka, zdania już wypływały z jej ust. Chyba była tak wstrząśnięta myślą, że sytuacja sprzed pięciu lat może się powtórzyć, że nawet nie zwróciła uwagi na to, co dokładnie mówi do Crystal.
Ta z kolei słuchała jej pytań bardzo uważnie, a kiedy Ginny skończyła, powiedziała:
- Wiesz, Ginny, z tym zaklęciem to wcale nie jest taka prosta sprawa. - Skrzywiła się lekko. - Przynajmniej mojemu ojcu sprawia niemało problemów w pracy. Teoretycznie nie powinno używać się go wobec innych osób bez pilnej przyczyny. To zaklęcie stworzono do innych celów. Można go użyć na przykład na mugolu, który widział za dużo... By wykasować komuś pamięć z, powiedzmy, kilku godzin to nie trudna sztuka. Gorzej z latami, a nawet miesiącami. Niedoświadczonemu czarodziejowi się to nie uda. - Zamyśliła się lekko, wbijając wzrok w płomienie. - Aczkolwiek... Nie jest niemożliwym, by nie przypomnieć sobie tego, co zostało z pamięci usunięte.
- Naprawdę? - ożywiła się Ginny. - Jak?
- Jeżeli ktoś usunął komuś znaczny kawał pamięci, czyli zmodyfikował jej niemal całe życie, albo wykasował coś niezwykle ważnego, to ta pamięć raczej już nigdy nie wróci. Choćby osoba, która ją wykasowała, chciała ją przywrócić. Jest to po prostu nieodwracalne. Osoba z usuniętą pamięcią będzie miała czasami jakieś przebłyski czy poczucie, że coś jest nie tak. I tylko to.
Ginny zmarkotniała trochę, gdy wyobraziła sobie, co musi czuć osoba, której zmodyfikowano całą pamięć. Wydawało jej się to czymś naprawdę smutnym i przerażającym - całe życie mieć z tyłu głowy świadomość, że coś jest nie takie, jakie być powinno. I nigdy nie dowiedzieć się, co.
Tymczasem Crystal kontynuowała:
- Oczywiście można usunąć pamięć tylko w niewielkim stopniu. I osoba, która tę pamięć usunęła, może bez problemu ją przywrócić. No, chyba, że akurat nie chce. - Na jej twarz wkradł się kwaśny uśmiech. - Wtedy jest szansa, jednak bardzo niewielka, że ktoś sobie to przypomni. Najpierw przebłyski, potem może wrócić całe wspomnienie. Czasami się to zdarza, ale do tego potrzebny jest jakiś impuls.
Ginny westchnęła. Impuls? Niby jak może przypomnieć sobie, co się wydarzyło, kiedy nawet nie wie, gdzie takiego impulsu szukać? Wygląda na to, że będzie musiała poczekać, aż do jej słuchu dojdą pogłoski o czymś, co mogłoby mieć choć trochę wspólnego z krwią na rękach. Jednak tego wolała uniknąć.
Crystal przyglądała jej się badawczo.
- Jeżeli masz jakieś podejrzenia, Ginny, to myślę, że powinnaś iść do Dumbledore'a.
Ginny spojrzała na nią niepewnie. Słowem nie powiedziała Crystal o tym, co ją spotkało, a siedziała ona zbyt daleko od Zoey i Daphne, by mogła usłyszeć wcześniejszą rozmowę. Ginny zapytała ją jedynie o zaklęcie Obliviate, w dodatku pod pretekstem zadania domowego.
Crystal może nie była kopalnią wiedzy jak Hermiona, ale posiadała umiejętność trzeźwego myślenia i szybkiego łączenia faktów. To już uratowało Ginny podczas meczu Slytherin - Gryffindor. Może teraz też uratuje?
Ginny już otworzyła usta, jednak nie zdążyła się odezwać, gdyż dobiegło ich głośne prychnięcie:
- Iść do Dumbledore'a? Nie żartuj, Crystal.
To Mark Dowell spoglądał na nie z lekkim politowaniem. Ginny zorientowała się, że jego głośne słowa przykuły uwagę kilku osób siedzących nieopodal.
- Dlaczego tak mówisz? - zapytała Crystal, marszcząc brwi. Mark machnął ręką.
- Ostatnio często go nie ma. Parę razy chciałem się z nim zobaczyć i za każdym razem mówiono mi, że wyjechał w bardzo ważnej sprawie.
- Po co chciałeś się z nim zobaczyć? - odezwała się nagle Liv. Ona i Nott spoglądali na Marka uważnie. Ten jednak zupełnie ją zignorował i ciągnął dalej:
- Zdaje mi się, że on ma jakieś interesy i to wszystko wydaje się mocno podejrzane. Pewnie stara się zapobiec wojnie, czy coś...
- Albo ją sprowokować - mruknął Nott.
Ginny spojrzała nań ostro. Tego było za wiele. To, że wtrącał się do czyjejś rozmowy, mogła jeszcze przełknąć, ale jakim prawem mówi o Dumbledorze w takisposób?
- Wszędzie widzisz spisek, co, Nott? - warknęła Ginny. Palce Liv wciąż mocno zaciskały się na jego dłoni, a to spowodowało, że wypowiedź Gryfonki była jeszcze bardziej przesycona jadem.
- Jeżeli wierzyć wiadomościom z pierwszej ręki, to tylko kwestia tygodni - odparła cicho Liv, wlepiając wzrok w ognisko. Ginny spojrzała na nią zaskoczona, zupełnie nie pojmując tej aluzji. Jakim wiadomościom?
- Mówisz o swoim ojcu, Livy? - odezwała się Zoey. Ginny odniosła wrażenie, że przyjaciółka zauważyła niezrozumienie błąkające się na jej twarzy, stąd to pytanie.
Liv skinęła głową z nietęgą miną.
- Jest ostatnio przeszczęśliwy. Myśli, że obudziły się we mnie jakieś głębokie uczucia względem niego. A ja po prostu zastanawiam się, co też oni kombinują...
- To tak samo jak mój wuj - odparła Crystal, przewracając oczami. - Biega za tymi Śmierciożercami w Ministerstwie i ma nadzieję, że przyjmą go do tego zacnego grona. - Zaśmiała się gorzko. - Nie ma za grosz szacunku do siebie.
Ginny patrzyła to na jedną, to na drugą. Owszem, wiedziała, że rodzice niektórych uczniów Slytherinu należą do grona Śmierciożerców, ale była niezwykle zdziwiona, że to Liv i Crystal mają takie powiązania w rodzinie.
Jednak sądząc po wyrazie ich twarzy, wcale im się to nie podobało.
- A nie uważacie, że... Że lepiej stanąć po stronie, która ma największe szanse na zwycięstwo? - Ginny wcale nie chciała wypowiedzieć tych słów, jednak wydobyły się one z jej ust zupełnie bezwiednie. Ciekawa była, jaki pogląd na ten temat mają Ślizgoni.
- Co masz na myśli?
- No... - Beznamiętnie zaczęła bawić się kosmykiem włosów. - Znaczna część szkoły jest przekonana, że wszyscy Ślizgoni to młodociani poplecznicy Sami-Wiecie-Kogo.
Jej wzrok machinalnie powędrował w stronę Carbbe'a, Goyle'a, Zabiniego, Pansy i w końcu Notta. Malfoya tu nie było.
- Pewnie kilku by się znalazło - stwierdził Mark i wzruszył ramionami. - Podobnie jak w innych domach. Ja póki co zachowuję neutralność.
- Zresztą w szkole ostatnio i tak źle się dzieje - mruknęła Crystal. Kopnęła niewielki kamyk w stronę ogniska, a potem patrzyła, jak otulają go płomienie. - Garstka osób nie wróciła do szkoły po świętach. Część z nich pochodzi z rodzin mugolskich, trochę to dziwne, nieprawdaż? - Westchnęła, a po krótkiej chwili milczenia, dodała: - Druga część to ci, których rodzice pracują w Ministerstwie i jako tako orientują się, co się święci. No i może uciekają, kto wie?
- I jeszcze te masowe zwolnienia pracowników w Ministerstwie - dodał Mark. - A na ich miejsca podejrzani ludzie, którzy sieją propagandę i strach. Już przejęli kontrolę nad Prorokiem i Ministerstwem. Ciekawe, czy uda im się przejąć kontrolę nad całym społeczeństwem.
- Albo kiedy - mruknęła smętnie Liv.
Zapadła cisza, przerywana jedynie oddalonymi odgłosami rozmów reszty Ślizgonów i ogniem trzaskającym w ognisku.
Zdanie wypowiedziane przez Liv, gwieździsta noc i ta niebezpieczna aura, unosząca się w powietrzu... To wszystko przypominało Ginny nocne wyjście do Hogsmeade z Nottem jakiś czas temu. Wówczas przekonana była, że żadna wojna nie nadejdzie, jednak teraz musiała przyznać mu rację. Choć wolałaby mieć złe przeczucia w każdej innej kwestii, tylko nie w tej...
- Taka trochę sinusoida - mruknęła bardziej do siebie, niż do nich. Liv jęknęła cicho.
- Och, tylko nie to słowo! Profesor Trelawney całą dzisiejszą lekcję mówiła jakieś bzdury, a ta cała sinusoida była w co drugim zdaniu.
Ginny wyprostowała się natychmiast i spojrzała na nią, otwierając oczy szeroko.
- Naprawdę? Co konkretnie mówiła?
Liv wzruszyła ramionami.
- Nie słuchałam jej za bardzo. Ona... dosyć często mówi podobne rzeczy, takie pozbawione sensu. Wspominała coś o biednej dziewczynie, której życie to sinusoida. Oraz, że ona tę sinusoidę widzi w jej oczach czy coś... - Zmarszczyła brwi i uśmiechnęła się lekko. Widać było, że przepowiednie profesor Trelawney nie robią na niej wrażenia.
Ginny przez chwilę spoglądała na Liv, nie będąc w stanie wypowiedzieć żadnego słowa. Musiała to wszystko poskładać w całość. Czy to oznaczało, że nauczycielka rzeczywiście całkiem poważnie przepowiedziała Ginny przyszłość?
Czuła, że wzrok Crystal zaraz wypali jej dziurę w twarzy. Uznając, że Ślizgonka i tak domyśli się, o jaką dziewczynę chodziło, powiedziała:
- Wpadłam dziś na Trelawney, a ona zaczęła wygadywać jakieś bzdury. Mówiła, że moje życie będzie przypominać sinusoidę... I że będę mieć krew na dłoniach.
Miała nadzieję, że wszyscy, którzy jej słuchali, biorą wypowiedzi profesor Trelawney z podobnym dystansem co Liv, i że nikt nie skojarzy tej przepowiedni z faktyczną krwią na jej rękach.
Sądząc po ich minach, rzeczywiście nie brali tych słów na poważnie.
- Krew na dłoniach? - powtórzyła Zoey, unosząc brwi. - Co ona znowu bredzi? Miała na myśli jakiś metaforyczny sens czy jak?
- A co to za różnica, skoro i tak mówi głupoty? - odezwał się Nott, pierwszy raz od dłuższego czasu. - Życie jak sinusoida... Dobre sobie. Jakbym chciał udawać wróżbitę, to powiedziałbym to samo. A wiecie dlaczego? Bo życie każdego człowieka jest niestabilną krzywą. - Przeniósł wzrok na Ginny. - Że też w ogóle rozważasz jej słowa, Weasley.
Jednak Ginny go nie słuchała. Nie mogła odciągnąć wzorku od Liv, która znów ułożyła głowę wygodnie na jego ramieniu. A on mówił do Ginny, jak gdyby nigdy nic, swoim chłodnym tonem.
Ścisnęła dłoń w pięść. Więc Nott nie boi się pokazać przed wszystkim z Liv uwieszoną na jego ramieniu, a bał się porozmawiać z Ginny o tym, do czego prawie między nimi doszło w bibliotece? Poczuła, jak jej policzki powoli płoną.
Zoey chyba zorientowała się, co działo się teraz w umyśle Ginny, gdyż po chwili odezwała się dość zgryźliwym tonem:
- Co słychać u Higgsa, Livy?
- Uhm, u Terrence'a? - Pomimo ciemności, Ginny i tak dostrzegła delikatny rumieniec na policzkach Liv. - Nie wiem... Właściwie to na balu postanowiliśmy zrobić sobie małą przerwę. On ma stabilną pracę, ja jeszcze się uczę i...
- Rozumiem - ucięła Zoey. - Długo byliście razem...
Liv nie odpowiedziała, a jedynie odsunęła się nieco od Notta, lekko skołowana. Zoey i Ginny uśmiechnęły się porozumiewawczo.
- Aha! - krzyknęła nagle Daphne, podrywając się z miejsca. - Coś sobie przypomniałam!
Stanley i Tony, którzy z nią rozmawiali, spojrzeli po sobie wymownie. Zresztą nie tylko oni - krzyk Daphne spowodował, że wszyscy ucichli i popatrzyli na nią zaciekawieni.
- Pamiętacie, jak bardzo bawiło was to, że chcę iść na bal? - Z triumfalną miną wzięła się pod boki, a jej włosy delikatnie zafalowały przez podmuch wiatru. Jej cień łudząco przypominał cień jakiegoś bohatera. - Mówiliście, że nikogo sobie nie znajdę. Przegraliście zakład!
Ginny parsknęła cicho śmiechem, nie dowierzając, że oni rzeczywiście mają po szesnaście lat. To wszystko wydawało jej się niezwykle dziecinne.
- Nie przypominam sobie... - odparł szybko Stanley, drapiąc się po głowie.
- Ach, to było tak na poważnie? - zapytał Tony, widocznie udając zdziwienie.
Jednak Daphne nie dała się nabrać. Z zaciętą miną chwyciła za ucho każdego z nich i pociągnęła z całej siły. Wstali, cicho popiskując z bólu.
- Obiecaliście skoczyć do jeziora w środku nocy, jeżeli uda mi się znaleźć partnera - przypomniała im wesoło.
Ślizgoni popatrzyli po sobie, a na ich twarzach zagościły złośliwe uśmieszki. Wszyscy wstali z miejsc i ruszyli w stronę drewnianego pomostu, do którego dochodzili już Tony, Stanley i Daphne.
- Ale... jest luty! - jęknął Stanley, niepewnie spoglądając na taflę jeziora. Ognisko płonęło samotnie w oddali, nikt już wokół niego nie siedział.
- My żartowaliśmy! - zawołał Tony, a po chwili dodał: - Najpiękniejsza!
Ale Daphne zignorowała ich protesty.
- Adieu! - krzyknęła radośnie, po czym bez ostrzeżenia zepchnęła obu chłopców z pomostu.
Wśród ogólnej salwy śmiechu dało się usłyszeć głośny plusk. Niewielki deszcz, spowodowany ich skokiem do wody, sprawił, że wszyscy zakryli głowy rękoma. Chwilę później z tafli jeziora wyłoniły się dwie głowy.
- Zimno, zimno, zimno, zimno, zimno! - wołał Stanley, podskakując energicznie. Okulary zsunęły mu się z nosa i złapał je szybko, nim wpadły do wody.
Tony podpłynął do pomostu, po czym chwycił rękoma jego drewniane deski i wychylił się nieco. Daphne kucnęła tak, by ich twarze znalazły się na równej linii.
- Jak woda? - zapytała słodko. Sine wargi Tony'ego utworzyły niebezpieczny, cwaniacki uśmieszek.
- Pociągnę cię za sobą na dno - rzekł, po czym nieoczekiwanie chwycił ją za kostkę. Daphne krzyknęła, jednak krzyk ten szybko został stłumiony przez wodę, do której z głośnym pluskiem wpadła.
- To lepsze niż kabaret - szepnęła Zoey do ucha Ginny, patrząc, jak Daphne wyłania się z wody i z wściekłością odgarnia włosy z twarzy.
Nagle obok nich pojawił się Zabini. Bez żadnego słowa podniósł Zoey, jakby była lekka niczym piórko, po czym stanął na końcu pomostu.
- Nie. To jest lepsze niż kabaret - powiedział, puszczając jej oczko. Zoey wierzgała energicznie i usiłowała nawet atakować go pięściami. To chyba jednak nie robiło nań wrażenia, ponieważ sekundę później oboje znaleźli się pod wodą.
- OSZALAŁEŚ?! - Zoey wynurzyła się z wody, ochlapując Zabiniego z szaleńczą wściekłością i wykrzykując kilka obelg. Była chyba jedyną osobą, która nie zanosiła się teraz śmiechem. Nawet Daphne nieco się rozchmurzyła.
- Chodźcie, szybko można przywyknąć do zimna! - zawołał dziarsko Tony.
Nie musiał długo ich namawiać. Chwilę później Ginny musiała usunąć się z drogi, by zrobić miejsce nadbiegającej Tracy. Zatykając nos, wskoczyła do wody, sprawiając, że kilka kropel spadło na głowę Ginny.
Następnie Crystal stanęła na skraju pomostu, spoglądając na jezioro z pewną dozą niepewności. Jednak chwilę później usiadła na deskach i powoli zsunęła się do wody.
Mark również długo się nie zastanawiał. Z rozpędu wskoczył na główkę do jeziora, a kilka kąpiących się osób nagrodziło ten imponujący skok wiwatami.
- Draco! Gdzie byłeś tyle... Och, co ci się stało?! - Ginny odwróciła od nich wzrok, by spojrzeć na zmartwioną Pansy, która wnet nadbiegła do zbliżającego się Malfoya. Początkowo Ginny nie wiedziała, co mogło mu się stać, że Pansy zareagowała tak nerwowo, jednak gdy przyjrzała mu się bliżej, zrozumiała. Niemalże cały jego lewy rękaw pokrywały ślady krwi.
- Po prostu się skaleczyłem - warknął Malfoy do Pansy. Kiedy jednak spojrzała na niego smutno, dodał już łagodniej: - Dałem trochę maści na ranę, ale widocznie przestała działać i znowu krew zaczęła lecieć...
- Draco, ale to wydaje się być poważnym skaleczeniem - powiedziała Liv, która nagle pojawiła się obok nich. - Wygląda, jakbyś stracił naprawdę dużo krwi...
- To nic takiego - uciął Malfoy.
Kiedy to mówił, jego wzrok powędrował w stronę Ginny. To spojrzenie sprawiło, że całe jej ciało nagle pokryły ciarki. Szybko odwróciła wzrok, bojąc się, że Malfoy może odkryć strach na jej twarzy. Ta rana, to wymowne spojrzenie... Malfoy na pewno ma coś wspólnego z krwią na jej rękach. Tylko jak? Zaatakowała go? A może on ją? Może oboje stanęli z czymś do walki? A może chciała mu tę ranę tylko opatrzyć, a on z jakiegoś powodu usunął jej to z pamięci?
- Co oni w ogóle wyprawiają? - sarknął Malfoy, spoglądając krzywo na kolegów kąpiących się w jeziorze. Z pomostu właśnie skoczyły Tamara i Millicenta. - Jest luty. Cholerny luty.
- Draco, powiedz tylko, czy bardzo boli...
- Daj mi w końcu spokój, Pansy! - rzucił niecierpliwie, a jego głos przepełniony był chłodem. Pansy wyglądała, jakby słowa Malfoya poważnie ją zraniły.
Szybko jednak się zreflektowała. Uniosła wysoko głowę i, minąwszy go, złapała Liv za rękę, po czym ruszyła z nią na skraj pomostu. Malfoy odprowadził je obojętnym wzrokiem, a kiedy obie skoczyły do wody w tym samym momencie, prychnął cicho.
- Ginny, skaczesz?! - zawołał ktoś z jeziora.
Ginny stanęła dokładnie w tym miejscu, z którego przed momentem skoczyły Liv i Pansy i spojrzała na Ślizgonów kąpiących się w wodzie. Z radością ochlapywali się nawzajem, nurkowali i pływali w kółko. Ten widok sprawił, że przez chwilę zapomniała o wszystkim - o zbliżającej się wojnie, o krwi, o tym, że to jest w końcu Slytherin, i o tym, że już niedługo musi ten dom opuścić. Widząc zadowolonych znajomych, którzy beztrosko unosili się na powierzchni jeziora, poczuła, jakby miała dziesięć lat i nic nie było w stanie zniszczyć jej beztroskiej wizji świata.
A później rzuciła okiem na Malfoya, Notta, Crabbe'a i Goyle'a, którzy jako jedyni pozostali na pomoście. Dlaczego, tego Ginny nie wiedziała. Może nie chcieli pokazać się z tej innej strony, może nie byli gotowi na zrzucenie masek? Ginny miała wrażenie, że woda w jeziorze choć częściowo zmyła te maski, które spływały teraz po twarzach Ślizgonów niczym tusz na policzkach Pansy.
Może ta czwórka chciała zrezygnować z tego wiecznego grymasu, który gościł na ich twarzach, może mieli dość intryg, w które są wciągani poprzez więzy rodzinne, ale z jakiegoś powodu nie mogli sobie na to pozwolić. Choćby podczas tej jednej, wspólnej dla Ślizgonów nocy nie mogli sobie pozwolić na porzucenie roli.
Nad tym Ginny jednak nie chciała się rozwodzić. Przecież mogą wybrać, czy zechcą skoczyć w głąb lodowatego jeziora, czy pozostać na bezpiecznej przystani, gdzie jest ciepło i sucho.
Ona już wybrała. Podobnie jak parę miesięcy temu zdecydowała się na głęboki skok wprost w wody Slytherinu.
- Skaczę.
Następnego dnia Ginny kierowała kroki w stronę lochów tuż po tym, jak po śniadaniu próbowała skontaktować się z profesor McGonagall w celu ustalenia szczegółów powrotu. Długo odkładała ten dzień, jednak w końcu musiała wrócić tam, gdzie było jej miejsce. Sama nie mogła się sobie nadziwić, że mimo wszystko chciałaby w Slytherinie jeszcze trochę zostać, jeszcze trochę ich wszystkich poznać...
Na szczęście nie mogła znaleźć profesor McGonagall, co dało jej poczucie pewnej ulgi. Zdecydowawszy, że porozmawia z nią po obiedzie, skierowała się do pokoju wspólnego.
Kiedy jednak dotarła pod jego drzwi, zauważyła w oddali dziewczynę, która kurczowo łapała się za brzuch i pochylała w stronę podłogi, sprawiając, że włosy zakrywały jej twarz.
- Wszystko w porządku? - zawołała Ginny, podbiegając do niej i chwytając jej ramię. Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na nią niebieskimi oczami, w których czaił się ból. To była Zoey.
- Zoey, co się stało? - Zoey otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, jednak żadne słowo się z nich nie wydobyło. Zamiast tego z jej ust popłynęła struga krwi, która ubrudziła Zoey brodę, szatę, a także lekko trzęsące się dłonie Ginny.
- Chyba się zatrułam... - powiedziała słabo Zoey i kaszlnęła lekko, zakrywając ręką usta. Pozostały na niej krople krwi.
- Czym?! - Ginny czuła, jak miękną jej kolana. - Sokiem z żyletkami?!
Miała wrażenie, że Zoey jest bledsza niż zwykle. Jej usta były sine, a oczy dziwnie mętne. Widać było, że ledwo stoi na własnych nogach, ponieważ mocno ściskała ramię przyjaciółki.
Kolejny potok krwi jeszcze bardziej ubrudził ich szaty, dłonie, a nawet włosy. Dodatkowo utworzył sporą, przerażająco czerwoną kałużę.
- Skubana Trelawney... Miała rację - odparła Zoey, wysilając się na słaby, acz ironiczny uśmiech. Jej spojrzenie powędrowało na poplamione dłonie Ginny. Ta była jednak na tyle spanikowana, że minęła dłuższa chwila, nim zrozumiała, że Zoey miała na myśli przepowiednię nauczycielki. Nie była jednak w stanie o tym teraz myśleć.
- Musimy iść do pielęgniarki - powiedziała, starając się brzmieć stanowczo. Głos jednak trząsł jej się tak bardzo, że nie była nawet pewna, czy przyjaciółka ją zrozumiała.
Zoey nie ruszyła się z miejsca. Jej oddech był coraz bardziej urywany, skóra nieomal przezroczysta, a wargi nasączone krwią sprawiały, że serce Ginny biło w szaleńczym tempie.
- Fajnie, że byłaś... z nami - powiedziała cicho Zoey, a jej uścisk rozluźnił się.
- Zoey, chodź!
Ale ona nie poszła. Nagle osunęła się po ścianie bezwiednie, niczym kukiełka, której ktoś obciął sznurki, po czym głośno upadła na ziemię, wprost w kałużę własnej krwi.
- Wstawaj! Wstawaj, musimy iść! Zoey, wstań!
Ginny krzyczała jeszcze przez kilkanaście sekund, jednocześnie szturchając Zoey. W końcu jednak przestała to robić. Usiadła pod ścianą i, schowawszy twarz w dłoniach, starała się uspokoić oddech, a łzy nagle zaczęły spływać po jej policzkach niekończącym się strumieniem.
Boleśnie uświadomiła sobie, że przyjaciółka już nigdy jej nie odpowie ani nie wstanie. Bo Zoey Holt już nie żyła.
