Autor: dracosoftie
Tytuł oryginału: Must Love Quidditch; link na profilu.
Beta: Morwena
Tłumaczenie za zgodą autorki.
xxxxx
- Chyba jesteś już w lepszym humorze - stwierdził oschle Blaise, krzywiąc się, gdy Draco tylko się uśmiechnął. Otrzymał wczoraj ostrą reprymendę i nadal był z tego powodu zły na blondyna. - Podzielisz się?
Usta Draco znowu drgnęły, a jego oczy lekko straciły ostrość, gdy przypominał sobie wczorajszy niesamowity orgazm z Gryffinem.
- Nie.
Blaise uśmiechnął się, nie potrafiąc gniewać się na Draco zbyt długo. Blondyn o tym wiedział i często bezlitośnie wykorzystywał to na swoją korzyść.
- Widziałeś Neville'a?
- Tak. Masz szczęście, że nie przekląłem cię za informowanie go. Naprawdę, Blaise, jestem dorosły. Nie potrzebuję niańki.
Draco zmarszczył na chwilę brwi, przeglądając dużą stertę pergaminów, wiadomości, które Madge dała mu, gdy tylko wszedł do biura. Wczoraj po południu opuścił kilka dość ważnych spotkań, ale nie był w nastroju, by zostać.
- W tym bałaganie powinno być coś od Komisji ds. Podziału Stref na Ulicy Pokątnej –powiedział Blaise, niedbale skinąwszy dłonią w stronę sterty. - Poszedłem za ciebie na spotkanie z dyrektorem Działu Planowania. Nie był zadowolony, że musiał rozmawiać ze mną zamiast z tobą, ale powiedziałem mu, że z pewnością pojawisz się na zebraniu zarządu w poniedziałek wieczorem.
Draco pokiwał głową z roztargnieniem, znajdując wiadomość od wspomnianego surowego czarodzieja. Abraxas Wedgewick. Facet był strasznym snobem; Draco miał wrażenie, że jego rodowe nazwisko ułatwiało mu akceptację ich oferty - miła zmiana, jako że zazwyczaj było na odwrót. Zanotował sobie, by kazać Madge wysłać czarodziejowi bezpłatną wejściówkę do jego klubu, ekskluzywnego społeczeństwa, gdzie elita czarodziejów czystej krwi (jak również półkrwi, od kilku dekad) spotykała się, by grać w karty i palić. Sam nigdy tam nie chodził, ale przedłużał członkostwo swojej rodziny właśnie dla takich momentów. Nie potrzebował starych głupców, którzy zbyt dużo stawiali na czystość krwi i stare pieniądze.
- Czy Theo tam będzie? – zapytał Draco, wciąż bazgrząc na kawałku pergaminu.
- Tak, ale może się trochę spóźnić. Freddie ma spotkanie z Uzdrowicielem i on też chce tam być – odpowiedział Blaise, uśmiechając się, gdy Draco uniósł głowę i zmarszczył brwi - To tylko rutynowe sprawdzenie. Nic, czym powinniśmy się martwić.
Draco pokiwał głową, wracając do pracy. Poznał córkę Ginny i Theo parę dni wcześniej, gdy odwiedził ich w szpitalu. Uśmiechnął się, przypominając sobie, jak głupio się czuł, czając się na korytarzach oddziału dziecięcego w Świętym Mungu w nadziei, że uda mu się w przelocie ujrzeć Gryffina. Wiedział, że jego przyjaciółka również urodziła i miał nadzieję, że ich ścieżki się skrzyżują. Oczywiście nie miał pojęcia, jak wygląda Gryffin lub czy jego przyjaciółka wciąż była w szpitalu, mimo wszystko miał nadzieję. Martwił się, że to może Ginny była czarownicą, o której mówił Gryffin, ale ona zapewniła go, że poród był szybki i łatwy, kiedy o to zapytał. Nie było mowy o ciężkim przeżyciu, o jakim mówił Gryffin.
- Jak tam Ginny? – zapytał Draco, przyciskając guzik na biurku, by wezwać Madge. Miał stertę podpisanych dokumentów do wysłania sowią pocztą.
- Świetnie. Wczoraj jadłem z nimi kolację. Ona wprost promienieje, a Theo chyba by wybuchnął, gdyby był bardziej szczęśliwy – powiedział Blaise, uśmiechając się czule na myśl o parze i ich malutkiej, idealnej córeczce.
- Dobrze, to dobrze – wymamrotał Draco z roztargnieniem, skupiony na ekranie swojego komputera. Obiecał sobie, że nie sprawdzi maili od Magicznych Randek Online, zanim nie upora się z pocztą na swoim biurku, ale miał problem z oparciem się pokusie.
- Umowa Stevensa jest finalizowana - powiedział Blaise, rozbawiony oczywistym roztargnieniem przyjaciela.
Draco zamruczał z aprobatą, przygryzając wargę i zastanawiając się, co teraz zrobić. Jego skrzynka pocztowa najprawdopodobniej tonęła w wiadomościach, a niektóre z nich mogły być ważne. Musiał też przeczytać i odpowiedzieć na kilka listów, także jakiś tuzin kontraktów domagał się jego uwagi przed wysłaniem.
- Rozmawiałem z dostawcą, którego chce Theo. Wygląda na to, że uda nam się ubić dobry interes na meblach, które zaakceptowałeś – kontynuował Blaise, zduszając śmiech, gdy Draco nagle obrócił się w fotelu, siedząc teraz naprzeciw ciemnego ekranu komputera.
- To dobre wieści – wymamrotał Draco, odpalając komputer i stukając niespokojnie stopą w oczekiwaniu na włączenie się monitora.
- Oczywiście, wszystko zależy od tego, czy uda się załatwić tę zmianę podziału stref – poinformował Blaise, nawet nie próbując ukryć swojego uśmiechu, skoro Draco już na niego nie patrzył.
- Oczywiście – powiedział Draco, błyskawicznie logując się do swojej skrzynki i ze zwężonymi oczami szukając wiadomości od Gryffina pośród wielu nowych.
Blaise prychnął, gdy Draco w pełni skoncentrował się na ekranie, prawidłowo zgadując, że tajemniczy Gryffin wysłał maila.
- Jeszcze tylko kilka proceduralnych kwestii, w sprawie tego poniedziałkowego spotkania – powiedział Blaise, przygotowany do ucieczki, zmusił się, by jego głos brzmiał spokojnie. - Wedgewick zażądał, byś przyszedł nago. Naprawdę, to tylko formalność. Ułatwi to wam wymianę usług seksualnych potrzebnych do uzyskania głosów, na których ci zależy.
Draco tylko pokiwał głową z roztargnieniem, nie rejestrując słów, dopóki Blaise nie poderwał się z krzesła. Prawie udało mu się wyjść przez wciąż otwarte drzwi, gdy łagodne zaklęcie żądlące rzucone przez Draco ukłuło go w tyłek, ale lekki ból nie wystarczył, by zetrzeć mu uśmieszek z twarzy.
Draco przewrócił oczami, patrząc z powrotem na ekran.
- Palant.
xxx
Do: IntrospektywnyIntelektualista[at]MagiczneRandkiOnline .uk
Od: MusiKochaćQuidditch[at]MagiczneRandkiOnline .uk
Piątek, 27 czerwca 2008, 1:59
Re: Dziękuję
Sly,
powinienem być w łóżku, bo rano mam spotkanie - już za kilka godzin - ale nie mogę uspokoić myśli na tyle, by zasnąć. Może będę potrzebował Eliksiru Snu lub Uspokajającego, by mi się to udało, bo za każdym razem, gdy zamykam oczy, czuję Twoją dłoń na moim członku.
To było cudowne - w każdym calu tak cudowne, jak to sobie wyobrażałem wielokrotnie masturbując się i udając, że to Twoja dłoń na jest na moim członku zamiast własnej. Dziś wieczór, to było... cholera. Myślałem, że jeżeli do Ciebie napiszę, pomoże mi to przestać o Tobie myśleć, żebym wreszcie mógł iść spać, ale stało się odwrotnie. To naprawdę absurdalne, żeby mężczyzna w moim wieku nie potrafił kontrolować swojego libido. Zazwyczaj to umiem, wiesz. To Ty jesteś odpowiedzialny za ten niekontrolowany popęd.
Cóż, chyba nic z tego nie wyjdzie. Idę teraz wprowadzić w życie moją ulubioną fantazję - powtórkę dzisiejszego wieczoru. Słodkich snów, jeżeli czytasz to, zanim jeszcze pójdziesz spać i powodzenia, jeżeli czytasz to w biurze. Przeprosiłbym za sytuację, w której - mam nadzieję - się znajdziesz, ale jakoś nie jest mi przykro, jeżeli moje słowa - i myśl o mnie, masturbującym się przez Ciebie - sprawiają, że jesteś tak twardy, jak ja.
Do następnego razu,
Gryffin.
xxx
Pięknie, pomyślał Draco ironicznie, otwarte drzwi były jedyną rzeczą powstrzymującą go przed pocieraniem w pełni twardej erekcji. Westchnął, spoglądając na zegarek. Do spotkania zostało mu dziesięć minut, a Madge miała za chwilę przyjść z większą ilością papierów do podpisania.
Krzywiąc się, chwycił różdżkę, rzucając szybkie zaklęcie, by pozbyć się erekcji. Zaklęcie nie wytrzyma długo, ale powinno wystarczyć mu do lunchu, kiedy będzie mógł aportować się do domu i zająć problemem spowodowanym przez Gryffina. Draco uśmiechnął się szeroko, przypominając sobie bardzo nieprzyjemny wieczór przed laty, kiedy profesor Snape zwołał wszystkich pierwszorocznych chłopców ze Slytherinu, by porozmawiać z nimi o seksie. Było to jeszcze bardziej żenujące dla Draco, bo był on również jego ojcem chrzestnym, nie tylko głową jego domu. Severus nauczył ich użytecznego zaklęcia, którego Draco używał niejednokrotnie podczas swoich wczesnych lat w Hogwarcie.
Jęknął, gdy myśl o Severusie przywiodła go do myśli o wyznaniu Gryffina. Był prawie pewny, że profesorem, który tak wpływał na Gryffina był nikt inny, jak Severus Snape, nadzwyczajny Mistrz Eliksirów. Jego erekcja narosła, ponownie dając o sobie znać na myśl o młodszym Gryfinie, masturbującym się gorączkowo w jakiejś opuszczonej wnęce. Draco sam nigdy nie miał żadnych fantazji o mężczyźnie, ale przyznał, że głos Severusa z pewnością był wart masturbacji.
Wujek Severus nauczał przez ile - dwadzieścia parę lat? Draco zastanowił się, mając nadzieję, że uda mu się zmienić tok myślenia, by nie używać zaklęcia ponownie. Nie było bolesne, ale też nie najprzyjemniejsze. Więc Gryffin nie może być o wiele starszy ode mnie. Może nawet jest mniej więcej w moim wieku. To jest, jeżeli mówił o Severusie. Draco westchnął zdecydowanie, podnosząc różdżkę, by rzucić zaklęcie raz jeszcze.
- Algo Pluvia - powiedział, krzywiąc się, gdy uczucie przenikliwego chłodu przyniosło właściwy skutek.
- ... strasznie mi przykro, ale jego nieobecność była wczoraj nie do uniknięcia - Blaise był tuż za drzwiami, ton jego głosu brzmiał pojednawczo i szczerze.
- ...obraza... - nieznajomy głos zawodził wyraźnie zdenerwowany. Draco wysilił się, ale nie mógł dosłyszeć reszty.
- I przepraszam za to – powiedział Blaise, zniecierpliwienie w jego łagodnym głosie było słyszalne tylko dla tych, którzy znali go tak dobrze, jak Draco. - Ale teraz ma chwilkę, jeżeli chciałaby się pani z nim zobaczyć. Z pewnością pan Malfoy nie miałby nic przeciwko. Wkrótce ma kolejne spotkanie, ale nigdy nie odprawiłby z kwitkiem tak wartościowej klientki jak pani, Madam Atalier.
Blaise zastukał w drzwi mocno, niby ogłaszając ich obecność. Draco wiedział, że to tylko przedstawienie dla kobiety, którą wprowadzał - Blaise dokładnie wiedział o zaklęciach wzmacniających dźwięk, które Madge rzuciła na korytarz, by nikt nie mógł podkraść się do jej szefa.
Draco pokiwał głową, wysyłając Blaise'owi ciche podziękowanie za rozładowanie sytuacji i za wskazówkę co do tożsamości kobiety - niewątpliwie rozzłoszczona czarownica stojąca przed nim, byłaby jeszcze bardziej wściekła, gdyby jej nie rozpoznał.
- Madam Atalier - powitał ją, wstając, by pokłonić się oficjalnie kobiecie w średnim wieku i okrążył biurko, by ucałować jej wyciągniętą dłoń. Ona i jej mąż posiadali kilka dużych aptek w Wielkiej Brytanii, a Malfoy Industries od lat doradzało im w sprawie kupna nieruchomości i inwestycji biznesowych. - Czemu zawdzięczam tę przyjemność?
Złagodniała wyraźnie po tym geście i napięcie dookoła jej ponurych ust znikło, gdy uśmiechnęła się do niego dziewczęco.
- Syn Madam Atalier miał z panem wczoraj umówione spotkanie, panie Malfoy – powiedział Blaise ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy, który mógł widzieć tylko Draco, ponieważ Zabini nadal stał w drzwiach. - Unieważnienie spotkania było dla niego dość niewygodne, a Madam była na tyle miła, by przyjść dziś za niego, żeby osobiście wszystko ustalić.
Blaise urwał, wmaszerowując do pokoju z opasłym folderem. Ach, pomyślał Draco, wciąż z uprzejmym zainteresowaniem na twarzy, jest tu w sprawie tych słabnących inwestycji, na które nalegał ten idiota jej syn. Wziął akta, kiwając głową w stronę Blaise'a, który powtórzył ten gest, kłaniając się czarownicy.
- Jestem pewien, że pan Malfoy będzie w stanie pani pomóc, Madam - powiedział uprzejmie, pokazując jej uśmiech, któremu nikt nie mógł się oprzeć. - Cieszę się, że mieliśmy okazję porozmawiać. Pan Malfoy ma nawyk monopolizowania naszych najbardziej czarujących klientek.
Gdy Blaise spojrzał na nią wzrokiem pełnym uznania, zarumieniła się, bezwiednie pocierając dłoń, wciąż mrowiącą od pocałunku Draco.
Blaise mrugnął do Draco, gdy wychodził z pokoju. Zatrzymał się ponownie, by uśmiechnąć się złośliwie, zerkając na krocze Draco i unosząc brew. Blondyn zarumienił się zażenowany tym, że czarodziej usłyszał jego wcześniejsze zaklęcie i wdzięczny, że zatrzymał on Madam Atalier na korytarzu, pozwalając zaklęciu zadziałać.
Jesteś mi coś winien, Blaise bezgłośnie poruszył ustami zanim wyszedł. Udał, że się dławi, kiedy przewracał oczami, gdy czarownica usadowiła się naprzeciwko biurka Draco.
xxx
- Och, na miłość... – zasyczała Hermiona, dźgając Harry'ego w żebra. Zasnął - znowu.
Harry uniósł głowę i otworzył szybko oczy. Hermiona westchnęła, pochylając się, by przewrócić kilka stron manuskryptu przed nim. Wciąż rozmawiali o poprawkach - ostatnia runda, na szczęście - i Harry przysypiał przez ostatnią godzinę.
- To ty chciałeś tyle kontroli - wyszeptała, muskając ustami jego ucho, gdy pochylił się, by zrobić jej miejsce - To ty walczyłeś, by być tak zaangażowanym w proces edycyjny. Wiesz, że nie robią tego dla większości pisarzy. Mógłbyś przynajmniej udawać, że jesteś zainteresowany.
Harry zarumienił się i podniósł rękę, by poprawić okulary, zamierając, gdy zdał sobie sprawę, że ich nie ma. Obserwował bladą dłoń przed nim, manicure na jego paznokciach i światło odbijające się od blond włosów. Jasne, pomyślał mętnie, mrugając i starając się zorientować w sytuacji. Jego serce zamarło, gdy zorientował się, że zasnął podczas spotkania. Czy jego zaklęcie maskujące znikło? Popatrzył gorączkowo na Hermionę, a ona pokręciła delikatnie głową, natychmiast rozumiejąc powód jego zdenerwowania. Jego ramiona rozluźniły się lekko, plecy pozostały wyprostowane, był teraz całkowicie rozbudzony przez przypływ adrenaliny.
- Już prawie skończyliśmy - powiedziała surowa kobieta, siedząca na końcu stołu, patrząc na Harry'ego. - Chyba, że ma pan jakieś obiekcje, panie Evans.
Harry zerknął na strony przed nim, na poprawki, które już przestudiował zeszłej nocy. Nie mógł zasnąć, nawet po tym, jak masturbował się o drugiej nad ranem, więc zaparzył sobie kawę i zabrał się do pracy.
- Panie Evans?
Harry spojrzał na nią, pocierając dłonią twarz. Wiedział, że zaklęcie to zamaskuje, ale był wykończony. Poszedł do łóżka dopiero po szóstej, co dało mu mniej niż dwie godziny snu, zanim musiał wstać na spotkanie o dziewiątej. Spojrzał na długi stół konferencyjny, na którym piętrzyły się rozmiękłe pudełka po niedojedzonych daniach na wynos, puste kubki po kawie i porozrzucane kawałkami pergaminu. Pracowali cały dzień.
- Nie, żadnych - powiedział, głosem lekko zachrypniętym od nieużywania. Nie miał za bardzo aktywnej roli w procesie. Jak to powiedziała Hermiona, to cud, że w ogóle tu był i to tylko dlatego, że nalegała. Nie miał tego przywileju kilka pierwszych razy, ale jako bestsellerowy pisarz miał teraz jakieś wpływy. - Dziękuję. Wszystko jest cudowne. Odwaliliście wszyscy kawał dobrej roboty.
Zmęczeni edytorzy i specjaliści od reklamy rozpromienili się przez pochwałę, niektórzy z nich spontanicznie zaczęli bić brawo. To był kolejny powód, dla którego mógł przebywać w ich wewnętrznym azylu, miejscu, do których większość autorów nie miała wstępu - jego urok i skromność. Wszyscy uwielbiali pracować z Harrym, który rzadko nie dotrzymywał terminów, albo urządzał awantury o edytowanie czy plan kampanii reklamowych. James Evans ciężko pracował, był utalentowany pisarzem i miłym człowiekiem.
- To zbyteczne, ale dziękuję - powiedział, niepewny, czy rumieniec palący jego policzki był widoczny przez zaklęcie.
Wstał razem ze wszystkimi, zbierając notatki i pomięty manuskrypt. Domyślał się, że czeka go wykład od Hermiony, bo jej plecy były sztywne, jakby połknęła kij, a uśmiech wymuszony, gdy przy wyjściu z biura przyjmowała podziękowania i gratulacje od prawie tuzina różnych ludzi.
Obserwował ją czujnie, wiedząc, że poczeka, aż będą sami, zanim zaatakuje. Był więc zaskoczony, gdy przeszła obok niego, w kierunku kominka. On zawsze szedł pierwszy, by otworzyć dostęp do Grimmauld Place.
- Nie zamierzasz...
- Potrzebujesz snu - powiedziała krótko, przewracając oczami, gdy przyłożył ręce do twarzy, upewniając się, że zaklęcia są na miejscu.
- Nie muszę widzieć efektów, by wiedzieć, że nie spałeś całą noc - wysyczała, przysuwając się bliżej, by nikt ich nie podsłuchał. - Co ty sobie myślisz? Nawet nie chcę wiedzieć, co robiłeś zeszłej nocy, James, ale jestem tu, by ci powiedzieć, że to kosztowało cię prawie wszystko, na co tak pracowałeś!
Przełknął ciężko, wiedząc, że miała rację. Wychodzenie dzisiaj z zaklęciem maskującym było niezwykle ryzykowne. Mogło z łatwością zniknąć mnóstwo razy, kiedy przysypiał lub po prostu tracił koncentrację.
- Przepraszam...
Prychnęła, przewracając oczami.
- Mnie nie przepraszaj. Ja zarobiłabym nawet więcej pieniędzy, gdyby wyszło na jaw kim jesteś. To ty chcesz utrzymać to w sekrecie.
Westchnął, kiwając głową. Ona nie rozumiała, dlaczego nalegał na utrzymanie pseudonimu i czuł się trochę winny z tego powodu. Nie potrzebował pieniędzy - gdy stał się pełnoletni, odziedziczył skrytki i nieruchomości Blacków i Potterów - ale dla niej i Rona byłaby to duża różnica. James Evans był sławny i miał dość duże wpływy. Jako Harry Potter z łatwością podwoiłby dochód z książek.
- Wiesz, że dałbym wam...
Jej oczy rozbłysły, a on zrobił krok w tył - podświadomy gest instynktu samozachowawczego.
- Nie zaczynaj - powiedziała, niskim i groźnym głosem.
Tę rozmowę również prowadzili wiele razy. Chciał jej zrekompensować stracony dochód, który z pewnością ją omijał, ponieważ nie miała Harry'ego Pottera jako klienta, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Z radością wybudowałby dom jej i Ronowi lub założył skrytkę u Gringotta, ale żadne z nich nie chciało nawet tego rozważyć.
- Idę, zanim powiesz coś, co mnie rozzłości - powiedziała, jej twarz była napięta. - Ale powiem ci to jeszcze raz. Musisz się spotkać z tym facetem.
Harry wzdrygnął się, ale ona uniosła rękę, urywając jego protest.
- Przestań. Wiem, że to ma coś wspólnego z nim. Każdy twój problem czy rozproszenie uwagi podczas ostatnich dwóch miesięcy może być powiązane z nim - powiedziała łagodniejszym tonem. – Tak, tak, myślisz, że wiesz, co robisz, ale naprawdę musisz się z nim spotkać osobiście. Wkrótce. Albo przynajmniej dowiedz się, kim jest. Siedzisz w tym zbyt głęboko.
Otworzył usta, nie mogąc znaleźć żadnych słów zaprzeczenia.
- Ty też to wiesz - powiedziała, jej oczy były smutne. - Już prawie się w nim zakochałeś, a nawet nie wiesz, kim jest.
Harry pokiwał głową, wzruszając ramionami. To była prawda. Wiedział, jak głupia jest ta sytuacja - co, jeżeli Sly okaże się jakimś uwodzicielem? Co, jeżeli okaże się, że wcale nie jest taki, jak w mailach? Pozwolił sobie przywiązać się emocjonalnie do całkowitego nieznajomego.
- Za kilka tygodni - powiedział nieprzekonująco, wzruszając ramionami. Sly nie mógł się wcześniej z nim spotkać, Harry również był zajęty, ślubem i książką. Przesuwanie spotkania nie miało żadnego sensu.
Hermiona oparła się na jego ramionach, podciągając się, by go pocałować. Jej usta przywarły do zarostu na jego szczęce, ukrytego zaklęciem.
- Idź się przespać.
- Tak zrobię - obiecał, oddając pocałunek, zanim weszła do kominka i zniknęła.
